Supernowa Rakowi Wspak

Biegusiem za Darusiem

To miłe, że seniorzy chcą poznawać piękno naszego świata, chętnie uczestniczą w różnych wycieczkach mimo swoich lat i niejednokrotnie zaawansowanych wiele chorób. Udowadniają sobie, że jeszcze potrafią i dają radę znieść wiele niewygodnych przejść, aby dotrzeć do  wytyczonego przez organizatorów atrakcyjnego celu.

Seniorzy pragną zwiedzić jak najwięcej w krótkim danym im czasie, bo obawiają się, że następny raz może już nigdy nie nastąpić. Co mają robić?  Trochę z obawami, ale na wszystko wyrażają zgodę, bo nie widzą innej alternatywy, albo akceptują warunki, albo nie pojadą nigdzie i wcale.

Aby na rynku być atrakcyjnym, organizatorzy starają się w swoich projektach wycieczkowych sprostać wymaganiom i oferują tak dużą ilość atrakcyjnych miejsc do zwiedzania, że doby by zabrakło aby to wszystko w normalnym rytmie stosownym do wieku była możliwość tego zrealizowania. Więc ambitny  przewodnik młody wysportowany gna przed siebie, a za nim zdyscyplinowani  seniorzy którzy też mają ambicję, że jeszcze dają radę mimo zaawansowanego wieku. Wszyscy są zadowoleni i wszyscy się cieszą, dopóki nie odzywa się zbuntowany nadwyrężony organizm. Wówczas wielu zaczyna narzekać i przelewają projekcję na przewodnika lub innych.

Wielu seniorów wyuczonym nawykiem pod wpływem wcześniejszych życiowych przeżyć, chcą na wycieczkach  w bardzo krótkim czasie zwiedzić jak najwięcej, w efekcie czego przemieniają się w antylopy i gnają przed siebie na oślep niby w dobrym kierunku, bo za przewodnikiem, ale nie wiedzą, że niebawem może pożreć ich tygrys……/uaktywnić się śmiertelna choroba/

Prawa natury są bezwzględne i nie ma co się łudzić, nie zdajemy sobie sprawę, że tak naprawdę to łamiąc prawa  łamiemy siebie i pogarszamy swoje życie. Możemy odczuwać tylko jedną dużą emocję, jeśli przeważa zmęczenie, to nie jesteśmy wstanie odczuwać otaczającego piękna. Biorąc pod uwagę żelazne zasady natury,  według których  podobne przyciąga podobne – to oczywiste, że im więcej zmęczenia to przyciągamy okoliczności dające więcej zmęczenia i odwrotnie, jeśli podziwiamy piękno dające czystą radość i przyjemność,  to przyciągamy do swojego życia więcej radości i przyjemności.

 

Na wycieczce na Sardynii było inaczej, bo był wybór i  dlatego  była bardzo udana. Kto chciał mógł się zmienić w antylopę, a kto chciał mógł odkrywać piękno życia na swój sposób.

Ja dawniej za młodu, też starałam się w coraz krótszym czasie robić coraz więcej i więcej aż pewnego dnia na mojej drodze rak płuc postawił znak STOP! Wówczas u mnie przed laty nastąpił całkowity zwrot w sposobie myślenia, przy pomocy przestudiowanych dziesiątek, a nawet setek odpowiednich książek  o tematyce lepszego życia, zaczęłam swoje życie małymi kroczkami ulepszać.

Już niczego nie muszę udowadniać, ani sobie, ani innym, ja po prostu wiem, że jestem szybka i dałabym radę, ale nie chcę by mój umysł został pożarty przez chorobę Alzheimera lub ciało przez jakiegoś potwora jak rak, dlatego staram się nie uczestniczyć w żadnym wyścigu szczurów, ani  przemieniać w antylopę. Pamiętam, że życie mam tylko jedno i że łatwo je zniszczyć, a tak trudno ulepszyć.

Wyruszyłam w podróż na Sardynię z grupą przyjaciół, celem odkrycia piękno życia i cel został zrealizowany w 100%.

Czułam się bezpiecznie, bo wycieczka była zorganizowana przez Uniwersytet Trzeciego Wieku, nie mniej było to dla wszystkich seniorów wyzwanie, bo nasza podróż, to  30 godzin jazdy w autokarze i 12 godzin płynięcia promem z Włoch na Sardynię. 20 lat temu ze względu na sfatygowany kręgosłup w życiu bym się nie odważyła na tak długą podróż. Obecnie ze zdziwieniem stwierdziłam, że daję radę, chociaż trochę się denerwowałam, czy zbytnio organizmu nie przeforsuję,  zresztą tak jak wszyscy uczestnicy wycieczki. Wszystkie obawy minęły jak tylko weszłam  do autokaru i poznałam wiele miłych osób.

Tak naprawdę, to mimo niewygody podróżowania kręgosłup odpoczywał, bo bagaż problemów  dnia codziennego zostały w tyle  i bolączki w moim bagażu życia przestały na ten moment istnieć,  stąd moje poczucie ulgi.

 

Po usadowieniu się w autokarze i przywitaniu z  uczestnikami  wycieczki, od pierwszych godzin  podróży z przyjemnością oddałam się całkowicie  podziwianiu  piękna naszego świata już z okna autokaru. W miłym gronie przyjaciół było wesoło, łączył nas jeden cel – poznać Sardynię, czy naprawdę jest taka wyjątkowa jak piszą i mówią? Jak jest naprawdę, niedługo każdy z nas przekonał się osobiście.

Proszę mi nie zazdrościć, bo taka wycieczka jest  możliwa prawie dla każdego, wystarczy tylko chcieć. Dla mnie nie jest przeszkodą niska emeryturka, bo rok wcześniej co miesiąc odkładałam sobie 200 zł kosztem  słodyczy i rezygnacji kupna nowej bluzeczki, ale za to po roku miałam za co pojechać na wymarzoną podróż.

Każdą  wymarzoną wycieczką  resetuje się mój organizm i w konsekwencji mniej wydaję na recepturowe leki. Aby tak się stało, należy doświadczyć wiele miłych doznań i radości, niestety samemu trzeba dokonywać wyboru, między  zobaczeniem dużej ilości  nowych ciekawych miejsc w pobliżu zakwaterowania, a dalekimi odległościami skutkującymi  dużym zmęczeniem.

Podczas wycieczki w miarę możliwości  dbam o umiar, po to aby więcej doświadczać  radości, nie mogę  forsować organizmu dużym zmęczeniem, bo chcę aby zgodnie z  prawem przyciągania do swojego życia przyciągnęła  się  radość, zamiast zmęczenia i bólu.

Związku z powyższym, na każdej wycieczce będąc już w miejscu docelowym,  jeśli czuję się zmęczona, to rezygnuję z niektórych  objazdowych poznawczych wycieczek, tylko wypoczywam i poznaję bliskie miejsca w pobliżu  zakwaterowania, które zawsze  okazują się również  piękne i bardzo ciekawe. Będąc wypoczęta  odbieram poznane piękno każdą komórką swojego ciała i cała kipię radością życia i to są te chwile, kiedy by się chciało zatrzymać czas.

Czego wszystkim z całego serca życzę samych pięknych udanych wycieczek.

Irena

 

 

Nie musisz cierpieć

Fragment książki Agnieszki Waga

www.SztukaZarzadzaniaPodświadomoscią.pl 

 

   

 

Jak to, ja mam raka? Dlaczego? To niemożliwe! Dlaczego ja? – to pierwsze pytania, jakie rodzą się w głowie większości ludzi, którzy usłyszeli diagnozę. Ta choroba to wielki napis STOP, to krzyk naszego organizmu, byśmy go wysłuchali.

 Drogi są dwie. Jedna prowadzi z górki i na jej końcu jest śmierć – to łatwa droga, nic nie musisz robić, wózek już jest rozpędzony, inni cię pokierują, wybiorą za ciebie. Dokładnie jak do tej pory, nic się nie zmieniło, tylko teraz z powodu choroby już nie musisz czuć się winny, że czegoś nie dopełniłeś, że nie zarabiasz więcej, że działka leży odłogiem, że nie zajmujesz się po pracy z dziećmi itp. Druga ścieżka jest inna, a na jej końcu jest życie – ta wiedzie pod górę, musisz wyskoczyć z wózka i zacząć się wspinać, nie możesz już słuchać innych, musisz zacząć słuchać tylko siebie, tego, co twoja podświadomość chce ci powiedzieć. Jest to droga nie dość, że pod górę, to do tego wyboista, ale za to na szczycie czeka na ciebie piękny widok i gdy spojrzysz w dół, już zawsze będziesz miał inną perspektywę……………więcej w książce –www.SztukaZarzadzaniaPodświadomoscią.pl 

               Książka opisuje emocje i życiowe schematy  wzięte z faktycznych przeżyć różnych osób będących w trudnych życiowych sytuacjach. Dowiadujemy się jak często niepotrzebnie cierpimy tylko dlatego, że błędnie coś interpretujemy.

Chorzy na raka to zacni ludzie, którzy dobro innych przekładają nad własne, przez to bardzo łatwo przyjmują czyjeś winy na siebie, jednocześnie boją się, aby czasem ze swojej winy nie popełnić jakiegoś błędu. Autorka książki podaje przykład, że chorzy tak bardzo za wszystko obwiniają siebie, aż uwierzyli, że myślą i robią wszystko źle, dlatego boją się samodzielnie poruszać. Swojej postawy bardzo się wstydzą, a duma nie pozwala, aby do tego przyznać się przed samym sobą. 

Skąd o tym wszystkim wiem, bo byłam jedną z tych osób i w rozmowach między sobą byłyśmy bardziej szczere niż wobec bliskich.

Zadano mi pytanie, jak to się stało, że poszłam inną drogą niż wszyscy znane mi chore osoby?

Nie ufałam nikomu, a najbardziej sobie, a mimo tego poszłam nieznaną drogą na swoją odpowiedzialność.   Wybrać właściwą drogę do zdrowia pomogły mi proste ćwiczenia zadane przez autorkę książki Aga Waga. Można powiedzieć, że wymusiła na mnie pod rygorem, że mnie pozostawi samej sobie, jeśli nie wykonam na piśmie pewnych ćwiczeń, między innymi za co lubię siebie, co jest we mnie dobrego, co dobrego wniósł rak w moje życie. W pamiętnikach swoich wyczytałam, że byłam zła na Agę, że tych ćwiczeń nie chciała wykonać za mnie, bo ona by to zrobiła w ciągu paru minut, a mnie to zajęło parę dni, takie to dla mnie było trudne. Kiedy już napisałam parę zdań w pocie czoła, to ona ciągle mi mówiła, że za mało, że mam za co dziękować Bogu, tylko muszę lepiej przyjrzeć się sobie.

Niebawem przekonałam się jak bardzo mnie te ćwiczenia były potrzebne. Dzięki nim zobaczyłam siebie w innym świetle, przejrzałam na oczy i odkryłam, że może nie jestem taka zła jak myślałam wcześniej. Najbardziej zaskoczyło mnie, że wiele win cudzych przyjmowałam jako swoje. Zrozumiałam, że tak naprawdę to nie znam siebie i niepotrzebnie bałam się poznanie prawdy. Im więcej odkrywałam prawdziwych faktów ze swojego życia, tym bardziej zaczynałam siebie lubić.

Agnieszka podczas terapii udowodniła, że tak naprawdę rak powstał z tego, w czym oszukiwałam siebie, dlatego taki nacisk kładła, na proste, ale niezbędne ćwiczenia, bo ona wiedziała, że to zapoczątkuje okres mojego zdrowienia i wszystko się potwierdziło w praktyce.

Z czasem odkrywanie prawdy o sobie stało się dla mnie fascynującą przygodą, a książka Agnieszki Waga – Sztuka zarządzania podświadomością jest moją wspaniałą mapą nawigacyjną na drodze do lepszego życia.

Książkę z czystym sercem każdemu polecam kto chce u siebie zamknąć bramę, przez którą wciska się wszelakie zło tego świata.

Najlepszym okresem na zabicie „potwora” jest czas, gdy jest on jeszcze mały – Autor A.Robbins.

Nie czekaj aż cierpienie urośnie do niebotycznych rozmiarów jak u mnie rak płuc, od razu wyrzuć zło które się zakradło i zamknij bramę, przez które wlazło, a książka Agnieszki Waga krok po kroku mówi, jak tego dokonać, skoro ja tego dokonałam, to każdy potrafi.

Pozdrawiam

Irena

 

Po nowe życie

 

 

Kto wie dlaczego bardziej kochamy negatywne emocje niż pozytywne?

Wiele osób jest chętnych do pomagania i pocieszania w cierpieniu, ale niewielu do dzielenia radości z osiągniętych sukcesów. To jak to jest? Czy naprawdę przyjaciół poznaje się w biedzie?

Dlaczego jakaś osoba nie potrafi cieszyć się radością przyjaciela, ale chętnie pomaga i zawsze pociesza w cierpieniu?

Czy znacie takie osoby w swoim otoczeniu?

Czternaście lat temu miałam wybór albo wstąpić na nową ścieżkę życia, albo z godnością umrzeć. Automatycznie przyszło mi na myśl pytanie – dlaczego nie zmieniłam swojego życia wcześniej?

Odpowiedź przyszła i to prosta jak budowa cepa, to moje przywiązanie do smutku, bólu, cierpienia, trzymały mnie mocno niczym w zamkniętym więzieniu bez wyjścia. Mało tego, to nawet byłam ze swojego życia zadowolona. Teraz kiedy otworzyłam sobie bramę do wolnych emocji i systematycznie uwalniam się od uwięzionych uczuć, zobaczyłam, że silnie związana byłam z grupa osób o podobnych emocjach, aby nie powiedzieć, że bardziej niż do swoich toksycznych uczuć. Związku z tym, nie byłam samotna, miałam z kim dzielić smutki, ale gorzej było z radością.

Niestety do dzielenia radości z osiągniętych sukcesów jest niewielu, podobnie jak chętnych do pracy nad zarządzaniem swoimi emocjami i swoim życiem. Kiedy zapraszam do wolności emocjonalnej, to większość odpowiada, że sobie radzą i zaraz opowiadają, jak dzielnie znoszą swój ból i cierpienie. Są ferm etycznie zamknięci na najmniejszą zmianę na lepsze. Ja też taka byłam, u mnie nastąpiło przebudzenie dopiero w determinacji, jak zachorowałam na nieuleczalnego raka, przecież tak być nie musiało, dlatego opowiadam swoją historię, aby ktoś mógł sobie zaoszczędzić traumatycznych przeżyć, przez które ja przechodziłam.

W świecie wolnym od wielu toksycznych uczuć jest nas tak bardzo mało. Jestem aktywna, wychodzę do ludzi, mam męża, dzieci, mimo tego czasem czuję się źle jak wokół mnie jest tyle bólu i cierpienia.

Kiedyś myślałam, że przyjaciół poznaje się w biedzie, moje życie zweryfikowało, że to nieprawda, bo o wiele trudniej podzielić się radością. Kiedy było mi źle, miałam wielu przyjaciół z którymi mogłam porozmawiać i było komu mnie pocieszyć.

Obecnie jak cieszę się z sukcesu pokonania problemu, to nie zawsze mam tą radość z kim dzielić.

Byłoby super, gdyby można było ukryć problemy tak, aby znikały z naszego życia, ale tak nie jest. Ukryte nadal rosną w siłę już bez żadnych przeszkód, dopóki nie ujrzą „światła dziennego”.

W takich chwilach przypominam sobie, co ja dawniej robiłam, jak nie radziłam sobie z problemami i smutkiem? Po prostu starałam się o nich nie myśleć tak długo, aż los zadecydował za mnie, najczęściej nie po mojej myśli. Z bólem fizycznym nie trzeba było sobie radzić, wystarczyło być obowiązkowym w przyjmowaniu leków i dzielnie cierpienie znosić i jeszcze bliscy   podziwiali jak dzielnie znoszę ból.

Obecnie nie przyjmuję żadnych leków, a ból wykorzystuję do rozwiązywania smutków i problemów i moim marzeniem jest, aby wszyscy byli szczęśliwi, wolni od bólu i cierpienia. Niestety, mogę pomóc tylko tym, którzy sami chcą dokonać w sobie zmian.

Nikt nie lubi świadomie cierpieć, te blokady są w naszej podświadomości i trzymają nas schematy życiowe, które przyjęliśmy, najczęściej we wczesnym dzieciństwie.

Po swojej odmianie inaczej do swojego bólu podchodzę.  Inni zadają pytanie, dlaczego? Lub są pogodzeni z bezsilnością, ja zadaję pytanie, jaką informację ten ból chce mi przekazać?

Kiedy ponownie widzę zdarzenie, to prawie zawsze okazuje się, że prawda tego zdarzenia jest inna niż ja kiedyś to sobie zaprogramowałam.

Tak np. było, jak wpadłam do kotła gotujących się obierków. Ojciec jak mnie wyciągnął, to byłam pewna przez 50 lat, że najpierw mnie zbił uderzając ręką w poparzone miejsca, denerwował się na mnie, położył nerwowo na łóżko i dopiero pobiegł zadzwonić po pogotowie.  Po wejściu do podświadomości z poczuciem winy, ponownie zobaczyłam to samo zdarzenie w innym świetle. Prawda okazała się inna, Ojciec otrzepywał ze mnie ręką gorące   obierki, przyklejone do mojej sukienki i ciała, a ja mylnie odebrałam jako dawanie mi klapsów.  Denerwował się tym, że ja cierpię, a On jest bezsilny, ale nie na mnie, jak do tej pory myślałam.

W okowach uczuciowej niewoli, już bym nie mogła przebywać, bo to nie byłam ja, dopiero tutaj na wolności mogę być sobą.

Na szczęście wiele osób już taką samą wolnością się cieszy, tylko po większej części są to osoby młode, a moje pokolenie na zmiany jest bardzo odporne.

Mało jest nas przeżywających trzecią młodość o pomysłach na siebie, jak się ma 60+ z watem. Trudno jest przełamać stereotyp, że pozostało nam już tylko zajmować się wnukami i chodzić do kościoła. Co wcale nie znaczy, że mam coś przeciwko, mam na uwadze tylko to, że myśmy już swoje zrobili, wypracowali i mamy prawo w końcu pomyśleć o sobie i coraz częściej mówić nie, by żyć z myślą o sobie.

Wierzę, że niebawem coraz więcej osób po 60+ zacznie się wyzwalać z uwięzionych uczuć podobnie jak tysiące młodych.

Młodzi mają inne priorytety i inne pomysły na swoje życie i zupełnie inaczej korzystają ze swojej wolności, po wyjściu z krainy ofiar. Cieszy mnie to, że co raz więcej młodych uwalnia swoje uwięzione emocje, biorą swoje życie na swoją odpowiedzialność, by żyć tak jak sami chcą, a nie tak, aby komuś to się podobało.

Będąc wolna z uwięzionych wielu emocji, czuję się tak, jak bym żyła w innym ogromnym świecie, rozglądam się po nim, który wydaje mi się większy, jak by normalnie się poszerzył, może dlatego, że dałam sobie więcej wyborów?

Tylko smuci mnie to, że tych z trzecią młodością w moim świecie jest tak ciągle niewielu.

Wiele osób zbliżonych wiekiem do mnie myśli jeszcze stereotypowo, co ktoś od życia może jeszcze   chcieć więcej jak swoje już przeżył i ma   60 + wat i jest po ciężkiej chorobie?

Co wy o tym myślicie?

Mimo ukończonych 70 lat ja idę nową wybraną ścieżką dla mnie nieznanym świecie, ale z wiarą, że życie pięknem jak zawsze, nieraz mnie zaskoczy, czego z całego serca tego wszystkim życzę.

Irena

 

Bez wsparcia lekarzy – kartka z pamiętnika

Wspaniała Pani Doktor zachowała się w moich oczach dziwnie. Ona po prostu nie wiedziała, jak zinterpretować poprawę wyników już bez przyjmowania leków recepturowych, a z pozostawionym rakiem. Nie miałam szansy jej wytłumaczyć, że wszystko jest w naszej głowie.

 

 

Ja 13 miesięcy po diagnozie raka płuc, już z nadzieją, że walkę wygram, chociaż lekarze postawili na mnie krzyżyk.

Oglądam swoje skierowanie na tomografię komputerową płuc.  Próbuję w nim doszukać się czegoś, co pozwoli wyciągnąć mi wniosek w temacie mojego zdrowia.  Od Pani doktor żadnych informacji nie udało mi się zdobyć.

Moje zdrowie wobec mnie lekarze owiewają tajemnicą, nie mogę pojąć, dlaczego?  Niestety na skierowaniu nic nie ma na co choruję, to nie wypis ze szpitala, na którym coś o stanie zdrowia muszą napisać.

Całą wizytę lekarską, jeszcze dzisiaj nie mogę ogarnąć, więc analizuję cały przebieg krok po kroku.

Przed gabinetem lekarskim, cierpliwie czekając na swoją kolejkę ściskając w rękach RTG płuc i ambulatoryjne badania krwi, czyniłam postanowienia, że swoimi pytaniami zmuszę Panią doktor do szczerego wyjaśnienia mojego stanu zdrowia.

Po wejściu do gabinetu, Pani doktor spojrzała na wyniki, oględnie przebadała mnie i nic nie mówiąc ciągle coś pisała. Na wspomnienie, jeszcze teraz czuję się nieswojo, jak w mojej obecności rozmawiała przez telefon o dość prywatnych swoich sprawach.

Słysząc, co mówi czułam się gorzej niż nieswojo. Mimo tego chcąc wykorzystać czas, kiedy coś pisała, starałam się zadawać jej pytania dotyczące zdrowia w taki sposób, by lekarka musiała odpowiedzieć. Niestety ten słowny pojedynek z lekarzem przegrałam. Dowiedziałam się o problemach lekarzy, ale nic na temat swojego zdrowia.

Teraz chyba już naprawdę umieram, dlatego na badaniach kontrolnych żadnych informacji nie mogę od lekarzy wydobyć. Zachowanie Pani doktor dobitnie świadczy o tym, że coś złego dzieje się w moich płucach. Wiadomo, dobre informacje przekazała by mnie chętnie i z jakąś „dumą” bo mnie prowadzi.

Z tego wszystkiego wychodząc nie zapytałam się, kiedy mam zgłosić się na następne badanie. Zastanawia mnie, jak niektórym pacjentom udaje się nawiązać kontakt z lekarzem?

Milcząco wręczono mi skierowanie na TK nie informując, gdzie z wynikiem po badaniu TK mam się zgłosić, skoro do końca roku limit przyjęć wyczerpany.

Przed wyjściem z przechodni poszłam do rejestracji, aby dowiedzieć się, gdzie mam z wynikiem TK iść na konsultację, jeśli do końca roku nie mam szans tutaj się zarejestrować. Odpowiedziano mi, że konsultacja lekarska to moja sprawa, ale wynik muszę do nich przynieść, jeśli nie chcę być obciążona kosztami.

Wniosek jest prosty, lekarze w moje wyleczenia absolutnie nie wierzą, i nic nie mówią, bo uważają, że lepiej dla mnie, abym prawdy nie znała.

Patrzę na skierowanie i zastanawiam się, czy w ogóle iść na te badania TK. W ogóle mam dość lekarzy i wszystkich badań. Jednak chyba pójdę na to chole…..TK, bo coś przypominam sobie, że po badaniach TK dają opis. Jednak mimo wszystko wolę wiedzieć, jaki jest stan moich zniszczonych płuc. Tylko w ten sposób dowiem się ile zostało mi życia, pod warunkiem, że zdążę przed śmiercią te badania zrobić.

Tak mnie traktują, jak by chcieli powiedzieć, po co do nas przychodzisz, przecież i tak umierasz i zajmujesz nam niepotrzebnie czas. Dlaczego tego nie powiedzą mi wprost, że niepotrzebnie lekarzom zajmuję cenny czas. Właściwie to mi już powiedziano, że w moim leczeniu wszystkie możliwe środki wyczerpano.

 Czyżby dlatego są źli na mnie, że nie chcę zaakceptować faktu, że umieram i lekarze są bezsilni? 

Służba medyczna z kolei nie chce zaakceptować faktu, że jak oni wyczerpali wszystkie swoje możliwości, to nie znaczy, że na świecie nie ma innych skutecznych metod leczenia. Przecież nie mogę im powiedzieć, jakimi metodami jeszcze się leczę, bo zabili by mnie śmiechem. Nie wiedzą, że badania są mi potrzebne do dalszego leczenia metodą niekonwencjonalną. Myślą, że upieram się do przeprowadzenia badań, bo mam do tego prawo i zabieram kolejkę tym, którym bardziej jest to potrzebne.

Zastanawiam się, czy mam moralne prawo robić badania w beznadziejnej sytuacji? Chorych coraz więcej, a możliwości do przeprowadzenia badań coraz mniej, nie mówiąc już o środkach leczniczych. Kiedyś lekarz bardzo mnie skrytykował, a wręcz nakrzyczał, jak opis badania TK głowy okazał się pozytywny. Ja drżałam ze strachu, czy rak nie opanowuje moją głowę, jak wskazywały na to okropne bóle, a lekarz przeciwnie, by się ucieszył.

Już nie boję się śmierci i trochę pożyłam, ale żal mi zostawić obecnego życia. Wszyscy zwątpili, ale ja mimo tego nadal walczę. Nie wiem, dlaczego dopiero teraz, ale zauważyłam, że tak naprawdę moje życie nie jest takie złe, jest całkiem fajne. Mam kochane dzieci, Mamę, męża, fajną siostrę i brata, z którym lubię pogadać na różne tematy.

Czuję okropne zmęczenie, przecieram oczy i na mojej półce widzę książkę Pana Durczoka. Książkę już czytałam szukając nadziei, ale po jej przeczytaniu wpadłam w beznadzieję. Automatycznie nasuwają mi się fakty, że zgodnie z prawem przyciągania, jak jestem w beznadziei to gdzie spojrzę, ściągam beznadzieję.

Z książki wynika, że Pan Redaktor Durczok nie miał takich problemów jak ja. Był wyjątkowym pacjentem i w szpitalu Pan profesor do niego zupełnie inaczej podchodził do leczenia raka. Dla mnie i wielu znanych mi chorych jest to nierealna bajka. Pan profesor mówił mu, że z raka można całkowicie się wyleczyć i komórki rakowe można z organizmu całkowicie wyeliminować. Każdego dnia bez jego pytań wiele mu wyjaśniał, tłumaczył na czym polega leczenie i jakie są tego skutki uboczne. Ciekawe, czy do innych pacjentów też tak samo podchodził?

O czym ja myślę, przecież wiadomo, że tacy zwykli pacjenci jak ja do niego nie mają szans się dostać na jednorazową konsultację, a co dopiero o prowadzeniu całego leczenia!

Pacząc na książkę Pana Durczoka wkurzam się i   nasuwają mi się myśli, że muszę radzić sobie sama. Ja nie mam wyjścia, muszę sobie postawić rokowania w samo leczeniu i leczeniu. Bez względu na to jakie mają co do mnie rokowania lekarze, ja z tego raka wyjdę!

No cóż muszę pokonać raka! Nie mogę ze służbą zdrowia, to pokonam go bez niej! Co wcale nie oznacza, że ze służby zdrowia nie będę korzystała. W końcu płaciłam dla nich składki przez 30 lat i ze zwolnień prawie nie korzystałam, w obawie o pracę. Wyciągnę ze służby zdrowia co się da i ile się da, czy im się to podoba, czy nie!

Właśnie dzisiaj 21.11.2005 roku o godzinie 23minut 45 pierwszy raz zbuntowałam się lekarzom i podejmuję bez ich konsultacji postanowienie!

Skoro lekarze nie mogą mnie już leczyć, to pokonam raka bez nich!

Dochodzi do mnie, że chyba podjęłam właśnie ważną decyzję. Od razu poczułam się lepiej mimo późnej godziny. To nasuwa postrzeżenie, że beznadzieja odbiera mi siłę, a decyzja ją przywraca.

To niesamowite, decyzją dałam sobie nadzieję i siłę!!!!

Znów się u mnie potwierdza, że Agnieszka Waga mówi prawdę, że siła i moc jest w nas, a teraz ją opisuje  w swojej  książce Sztuka Zarzadzania Podświadomością. 

Optymistyczne postrzeżenie daje mi niesamowitą radość, która trwa do dziś,  więc w radosnym nastroju mówię sobie na dobranoc- Kocham siebie Irenko i wszystkich ludzi.

Pozdrawiam serdecznie wszystkich

 

 

Książka którą piwinnam przeczytać 16 lat temu!

Często mnie pytacie jakie książki polecam, jakie książki czytałam gdy byłam w trakcie leczenia i chemioterapii. Zawsze miałam z tym problem, bo tak naprawdę korzystałam z wielu publikacji. Brakowało mi takiej jednej która opisywała by całą wiedze która była mi potrzebna w wyleczeniu.

Teraz już jest!!!!

Z czystym sercem polecam „Sztukę zarządzania podświadomością -emocje”.

Cała moja terapia opisana zrozumiałym językiem nawet dla dziecka.

Jeśli chcesz się dowiedzieć dlaczego zachorowałeś ?

Jeśli chcesz wiedzieć co zrobić by pozbyć się choroby?

Jeśli chcesz się dowiedzieć szczegółowo co ja innego robiłam od innych chorych że mimo rokowań nadal żyje?

-odpowiedź znajdziesz w tej książce.

 

 

Ja już czytam i jestem zachwycona, że można to przedstawić w tak prosty i zwięzły sposób.

Jest to poradnik, do którego cały czas będziesz wracał. Ta książka to zbiór narzędzi które ja do tej pory stosuje do polepszenia nie tylko mojego zdrowia ale i życia.

Książkę można zakupić na allegro-Link do zakupu: 

https://allegro.pl/oferta/sztuka-zarzadzania-podswiadomoscia-emocje-8322359788

Polecam gorąco

Irena

 

Byłam złym dzieckiem

Kartka z pamiętnika

Każda choroba zawsze najpierw ukazuje się mentalnie nim objawi się w naszym ciele fizycznym.

Poszukiwania broni na moje dolegliwości, okazały się bliżej niż sądziłam, bo winowajcą  okazały się moje zablokowane emocje. Tym razem przekonałam się na dobre, jak są szkodliwe blokady emocjonalne i jak wiele zależy ode mnie, kiedy uchroniłam swoją mocno poturbowaną wątrobę. /Prawdopodobnie uchroniłam się przed rakiem wątroby/

Ból rósł w siłę tak bardzo, że aż mentalnie czułam    atak raka na wątrobę, śledzionę, nerki i oskrzela. Rozsypałam się kompletnie i na pomoc wezwałam swoją córkę słowami – Agniesiu atakuje mnie rak wątroby.

Córka uspokoiła mnie mówiąc – spokojnie mamo!  Wychwyciłaś   stadium rozwoju raka w okresie mentalnym i na razie jeszcze nie uaktywnił się w ciele. Mówiąc mi damy radę, natychmiast przyjechała z odsieczą.

Pracując nad uwolnieniem się od bólu, wyszła mi na powierzchnię emocja żalu. Chcąc się z nią zmierzyć i dowiedzieć jakie wydarzenie za tym żalem się kryje, napotkałam emocjonalną ścianę twardą jak beton nie do przebicia.

Agnieszka zadała pytanie, dowiedz się czego ta twarda ściana broni?

Mając blisko siebie wsparcie nabrałam odwagi, by bliżej się jej przyjrzeć. Zadawałam sobie pytanie, jakie wydarzenie zostało ukryte? W odpowiedzi udało mi się zobaczyć zablokowany wstyd z powodu kochanej Mamy.  Im bardziej nacierałam na twardą ścianę napotkaną w tej podróży w głąb siebie uaktywniał się   tak duży stres, że nie byłam w stanie sama sobie poradzić, tak samo jak wówczas pięcioletnia Irenka.

Ciało na stres reagowało jako ból, który utknął we mnie niczym drzazga i najgorsze, że rósł w siłę. Takie zachowanie ciała jest dowodem jak duże jest zablokowane cierpienie emocjonalne, tylko pytanie jakie?

Wizualnie będąc pod ścianą emocjonalną, jak tylko próbowałam siłą woli przejść przez nią, fizycznie pojawiał się duszący kaszel z ostrym bólem w całej klatce piersiowej oraz wzdłuż okolic wątroby.

Córka już na od początku sesji rozpoznała w moim stresie dominujące uczucie żalu. Ostatnio przepracowana praca nad żalem to był wierzchołek góry lodowej, z którym sobie nie poradziłam.

Wchodząc w emocjonalny mur stało się jasne, dlaczego od wczesnego dzieciństwa miałam problemy z wątrobą. Powodem było nieustanne żałowanie Mamy za to, że ciężko pracuje, że ma słabe serce i często robi się jej słabo, a ja nie mogę jej pomóc, bo nic nie potrafię dobrze zrobić.  Stałam się bardzo nerwowa, anemiczna i żółta z nabytej żółtaczki.

Już jako pięciolatka sama   opiekowałam się młodszym braciszkiem, a rok później opiekując się nim pasłam krowy.  Dorastając sprzątałam dom i matkowałam swojej siostrzyczce, nie biorąc wolnego w niedzielę i święta. Mimo starań moja praca była nic warta, a ja coraz bardziej czułam się niepotrzebna.   Mama ciągle za nic mnie nie chwaliła, tylko krytykowała. Lęk przed odrzuceniem rósł w niebotyczną siłę, kierując mój wzrok coraz bardziej do ziemi, prawie przestałam patrzeć przed siebie.

Stało się dla mnie jasne z punktu widzenia energetycznego, dlaczego   w wieku pięciu lat chorowałam na żółtaczkę, miałam anemię, byłam chuda, blada i jak mówiono o mnie chorowita. Takie mówienie o mnie odbierałam jako pogardę o sobie, że jestem gorsza od tych tryskających zdrowiem silnych dzieci.

Mimo solidnie wypełnianych obowiązków jako mała Irenka myślałam o sobie jako złą, niedobra nikomu niepotrzebna. Nawet jak poszłam do szkoły i byłam najlepszą uczennicą i tak uważałam siebie za gorszą od innych.

Moje piątki i czwórki   były gorsze od piątek i czwórek moich koleżanek, bo piątka piątce nierówna kwitowała moje dobre oceny kochana Mama. W ten sposób chciała mnie motywować do lepszej nauki, nie zdając sobie sprawy, że na całe życie programowała mnie niskim poczuciem własnej wartości.

W pewnym momencie podczas sesji uświadomiłam sobie, że nadal tkwi we mnie gdzieś głęboko nabyte przekonanie, że; jestem chuda, brzydka, nikomu niepotrzebna, gorsza od innych, nic nie umiem, nic nie potrafię dobrze zrobić. Zauważyłam tkwiący we mnie konflikt.  Przecież teraz walczę z otyłością, a mimo tego tkwi we mnie przekonanie, że jestem chuda – wykrzyknęłam głośno, przecież to nieprawda!!!!!!!!!! Mam dużą nadwagę!!!!! Mam z nadmiaru tłuszczu otłuszczoną wątrobę!!!!! Co za absurdalne mam przekonanie!!!!!!!

Tym ponownym przeżyciom towarzyszył mi przeszywający ból pod lewą łopatką, czułam obolałą całą lewą stronę, ból w klatce piersiowej, duszący kaszel, ból w okolicy wątroby, odbijającą się gorycz, mdłości z tendencją wymiotną i oczywiście okropny ból głowy.

Podczas sesji chwilami myślałam, że nie przeżyję, ale na szczęście była przy mnie kochana córka, a jej spokojny głos uspakajał mnie; Już to przeżywałaś, jesteś w miejscu, w którym już byłaś i dałaś radę, to i teraz dasz radę nie bój się jestem przy Tobie, tym razem nie jesteś sama, ściskając moją rękę cicho dodawała – JESTEM Z TOBĄ. Łzy płynęły mi ciurkiem i mimo ostrego bólu czułam się przy niej bezpiecznie.

Podczas terapii ponownie przekonałam się o jej trafnym wyłapaniu zablokowanych emocji. Faktycznie   nie przyjmowałam MIŁOŚCI   nawet od kochanych dzieci, wszystko się potwierdziło, teraz jestem tego pewniejsza niż Ona sama, a tak długo miałam opory.

„Żal” nieodłączny towarzysz miłości zablokowany był tym samym przekonaniem co uczucie miłości.

W moim życiu objawiało się to tym, że zawsze żałowałam innych, ale nigdy nie siebie!!!!

Jak zachorowałam to jeszcze   bardziej żałowałam swoją kochaną Mamę, że ma taką chorą córkę   coraz bardziej nieudolną i do niczego.  Wówczas władzę nade mną przejął lęk przed odrzuceniem, a skutki tego okazały się dla mnie fatalne.

W miarę jak rosłam utrwalałam przekonanie, że wszystko co robię to takie nic.   Wypełniałam swoje obowiązki jak potrafiłam najlepiej, ale i tak byłam od innych najgorsza.

Nie przyjmowałam miłości, a do tego nie żałując siebie tylko innych moja” czakra uczuć” szybko wysychała i wątroba z woreczkiem żółciowym w wieku 27 lat przestała funkcjonować i woreczek musiał być usunięty.

Po wyciągnięciu na światło dzienne blokady żalu, poczucia winy i wstydu, zobaczyłam zdarzenie  zupełnie w innym świetle, tym samym automatycznie zmieniały się moje uczucia i zobaczyłam jak betonowa ściana rozsypuje się w pył.   Przekonanie” NIE ZASŁUGUJĘ NA MIŁOŚĆ” – rozpłynęło się jak we mgle.

W miejsce DESTRUKTYWNEGO nabyłam nowe przekonanie – „ZASŁUGUJĘ NA MIŁOŚĆ”

Mocne bóle ustępowały, a po paru dniach poczułam się jak” MŁODY BÓG”.

Do swojej Mamy nie miałam pretensji, bo wychowywała mnie tak, jak potrafiła najlepiej. Podczas terapii zobaczyłam w jej oczach miłość i strach o mnie, który rządził jej postępowaniem w moim wychowaniu.

Tak naprawdę świadomie zawsze wiedziałam, że mam kochaną mądrą Mamę całkowicie oddaną swoim dzieciom, to tylko podświadomość odbierała inaczej.  Nasza podświadomość nie słucha naszej świadomości, dlatego nie miałam pojęcia jaką mam blokadę.

Cieszę się, że moja Mama była taka jaka była   i nigdy w życiu za żadną cenę nie zamieniłabym ją na inną, kocham ją taką jaką była i będę kochała do końca życia.

Jestem córce wdzięczna, że skutecznie zmotywowała mnie do pracy z żalem, bo tym sposobem znów uratowała mnie przed śmiertelną chorobą, ale tym razem   przed rakiem wątroby. Biorąc pod uwagę od lat wątroby otłuszczenie, usunięty woreczek żółciowy i reakcję ciała przy odblokowywaniu stresu jest duże prawdopodobieństwo, że w niedługim czasie rak mógł się uaktywnić.

Było bardzo prawdopodobne, że gdybym nie uwolniła blokady żalu, wątroba pozbawiona swoich enzymów stałaby się łatwą pożywką dla raka. Po uaktywnieniu rak rozprzestrzeniał by się po całym ciele w  takiej  kolejności jak podczas terapii odczuwałam ból.

 Każda choroba zawsze najpierw ukazuje się mentalnie nim objawi się w naszym ciele fizycznym.

Prostując swoje przekonania nabyte przez złe spojrzenie na pewne zdarzenia, nie wiem, czy zmieniam nabyty swój program, ale wiem i widzę jak zmieniam w swojej podświadomości przekonania i jak zmienia się moje obecne zdrowie. Odczuwam to tak jakbym ciągle przeżywała w swoim życiu nowych zaskakujących cudów.

Uczucie żalu jest bardzo wskazane i potrzebne pod warunkiem, że zachowana jest równowaga. W sytuacji, gdy tylko daje się miłość i żałuje innych, nie zachowując nic dla siebie to w końcu choroba musi dać znać o sobie, że coś nie tak jest z naszymi emocjami i z naszym życiem, a w skrajnych przypadkach taką informację przekazuje nam rak.

Trzeba kochać siebie, by móc tą miłość przekazywać innym. Nie można dać czegoś, czego sami nie mamy.  Żałować od serca należy dobrą miarą dawać i szybko uzupełniać swoją czakrę miłości.

A czy Wy kochani czytelnicy czasem żałujecie siebie czy tylko innych?

Tylko proszę nie mylić z biadoleniem na swoje życie – to jest zupełnie coś innego i bardzo destruktywne!

„Podświadomość nie umie myśleć logicznie. Podświadomość nie jest wstanie rozważać  żadnych za i przeciw” – Joseph Murphy

Życie bez chorób

 

 

Chcesz być zdrowy, to odpowiedz na pytanie, jakie korzyści daje ci choroba?

Każda choroba daje jakieś korzyści, jeśli nawet nie rekompensuje cierpienia i strat, to skutecznie blokuje wyzdrowienie. Prawie już każde niemowlę potrafi zarejestrować, że jak krzyczy, to nie zawsze Mama zwróci na niego uwagę, ale jak gorączkuje to od razu jest reakcja. W dorosłym życiu, dopóki dopisuje zdrowie, to się nim nie interesujemy, a jak zachorujemy, to tematem choroby kierujemy się tym co jest dla nas wygodne, a choroba zawsze była i nadal jest dobrym usprawiedliwieniem na wszystko.

W śród ludzi, na temat zdrowych osób funkcjonują stereotypy, nad których logiką nikt się nie zastanawia, bo w pewnym wieku prawie każdy choruje i szuka na nią usprawiedliwienia, aby nie było, że to z jego winy. Jeśli pojawi się jakiś wyjątkowy człowiek, który mając już swoje lata, nie wie co to choroba, to wzbudza u zainfekowanych chorobą podejrzliwość.

Mało osób interesuje się, jak taki żyje bez chorób? Czasem ktoś zapyta, czy ma jakiś cudowny eliksir, a jeśli nie ma to sobie sam dodaje, że to musi być jakiś cwaniak, bo jeśli nie choruje, to nic go nie obchodzi, wykorzystuje innych, jest leniwy i nie zna prawdziwego życia.

Często się słyszy jak o zdrowych, mówi się z pogardą, ona to była rozpieszczana i nie musiała, jak inni ciężko pracować, od razu jest sugestia, że jest zdrowa dlatego, że jest leniwa. Jest zdrowa, bo ma dobrego męża lub bogatych Rodziców, którzy za nią rozwiązują trudne problemy i co taka osoba może wiedzieć o życiu?

O zdrowych osobach mówi się z pogardą, bo powszechnie uważa się, że tacy przeżyli dużo lat, ale nie znają życia. Wielu karmi się kłamstwem, że porządną lekcję życia daje tylko cierpienie i ból, tylko ktoś, kto ciężko choruje, lub doznał ciężkiego wypadku, z dużym uszczerbkiem na zdrowiu, jest godny szacunku. Natomiast kto ciężko pracuje, uczy się, jest zaradny, ale w ogóle nie chorował i nie choruje, nic złego jemu się nie przytrafiło, nie cierpiał z powodu wypadku, czy z innego powodu, to zamiast szacunku, to często rzuca się takiej osobie bez żadnej obiekcji przysłowiowe kłody pod nogi. Otoczenie się cieszy, jak taki ktoś nabije sobie guza, bo jak nie cierpi, to nie wiele jest wart, stereotypowo mówi się o takim, co on może wiedzieć o życiu?

Niestety kłamstwo jest słodkie, a prawda boli i nie chcemy wiedzieć, że ktoś dlatego jest zdrowy, bo wypracował swoje zdrowie ciężką pracą i dlatego, że każdą zdobytą wiedzę wdrażał w życie, a nie jak inni zdobywają wiedzę dla papierka, by się móc chwalić i budować swoje wydumane ‘ego’.

Prawda jest taka, że osoba, która ma wiele lat i jest zdrowa, to na pewno jest bardzo pracowita, rzetelna, uczciwa i zna prawdziwe życie, polegające na prawdzie, a nie na słodkim kłamstwie. Nie jest łatwo poznać prawa natury, a jeszcze trudniej je przestrzegać, wymaga to dużego wysiłku, skupienia, nauki, mądrości i odwagi, aby żyć w prawdzie pośród zakłamanych osób.  Nikt nie będzie zdrowy, jeśli nie kocha ludzi i nie ma dla nich dużej empatii. Każdy z nas, który się rodzi, otrzymuje to samo powietrze, słońce, wiatr i obowiązują go, te same prawa natury.

Osoby chore również niejednokrotnie ciężko pracują, tylko nie zdają sobie sprawy, że okłamują siebie. To na nic, że oddają innym swoje serce, jeśli przekładają dobro innych nad swoje, to szybko się wyczerpują, chorują i stają się ciężarem dla innych, tak niestety działają prawa natury, czy chcemy o tym wiedzieć czy nie, te prawa tak funkcjonują.

Może narażę się na gniew wiele osób, ale tylko zdrowy prawdziwie potrafi kochać ludzi i naturę. To nie znaczy, że chorzy nie chcą kochać prawdziwie, większość zdecydowanie nawet bardzo chce, tylko nie wiedzą jak, lub nazywają miłością coś co nią nie jest.

Każdy bez wyjątku chce być dobry, tylko nie zawsze możemy, bo mamy takie, a nie inne przekonania i takie, a nie inne życiowe schematy.

Malutki Heniu już w kołysce zauważył, że jak chce przytulić się do Mamy, to krzyk nie zawsze skutkuje, ale jak zwymiotuje, lub zagorączkuje, to od razu nie tylko Mama, ale i cała rodzina go tuli i głaska. Jego podświadomość już zarejestrowała, jak być zauważonym. Później w szkole paluszek i główka też była wymówką jak nie chciało się odrabiać lekcji, lub czegoś nudnego uczyć. W dorosłym życiu, kiedy doszła duma, to już ona przejęła władzę nad Heniem i pilnowała, aby się nie przepracował, tylko chwalił się tym czego nie zrobił lub dodawał blasku błahostkom.

Ogromna duma, absolutnie nie pozwoli przyznawać się do słabości, błędów ani do czegoś co nie potrafi się zrobić. Ktoś taki owładnięty dumą, nikogo nie poprosi o pomoc, o rozwiązanie problemu, bo tym samym musiałby się przyznać do swoich słabości. Co innego jak by poważnie zachorował, lub   jeśli by złamał kręgosłup, czy przeszedł zawał, to słabości z automatu są usprawiedliwiane. Wówczas wszystkiemu jest winna choroba, a on bohatersko znosi konsekwencje i  ma się czym chwalić, aby go podziwiano, jak dzielnie znosi ból, oraz utratę pracy, w której tak naprawdę już absolutnie sobie nie radził, ale o tym cicho, bo nikt nie może się dowiedzieć. Henio bardzo chciał się leczyć, ale tylko u tych i w taki sposób, aby się nie wyleczyć. Dla ‘ego’ choroba była zbawieniem, bo przykryła wszystkie jego nieudolności, a on z czasem opowiadał jaki to nie był z niego niebywały fachowiec i dokonałby czegoś wyjątkowego tak wielkiego, że cały Świat by zadziwił. Gdyby nie choroba, on dzisiaj dokonywałby, niebywałych bohaterskich czynów, dlatego, tym bardziej cierpi przez chorobę. Prawda jest taka, że Henio bez swojej okropnej choroby nie potrafiłby już żyć, woli z fałszywą godnością umrzeć, niż ponownie być silnym i zdrowym i wszyscy by się dowiedzieli, że nie potrafi nic konkretnego zrobić, tylko robił wszystko na aby, jak te w wierszyku żaby, a takiego wstydu by nie przeżył, dla Henia choroba przyszła w sama porę i była wielkim zbawieniem.

Tak kochani, dla wielu choroba jest usprawiedliwieniem i zbawieniem dla ludzkich słabości. W firmie Franka fachowców zaczęły zastępować komputery, elektronika, a On na elektronice mało się znał. Miał w tym kierunku wykształcenie, ale ponieważ przestał się rozwijać, to po 20 latach okazało się, że jest daleko w tyle i już niewiele ogarnia, natomiast męskie „ego” nie pozwalało mu się do tego przyznać. Przy nadchodzącej redukcji pracowników, groziło mu zwolnienie. Aby jego dumne ego nie ucierpiało miał dwie możliwości, albo podnosić swoje kompetencje, ale to wymagało wytężonego wysiłku, a on był leniwy, więc wyjściem awaryjnym okazał się rak i dzięki temu otrzymał rentę. Czy Franek ściągnął na siebie raka? Świadomie na pewno nie, ale tak zarządziła jego podświadomość w trybie awaryjnym. Najważniejsze, że rak ukrył brak kompetencji i jego dumne ego nie doznało uszczerbku. On chciał się leczyć i żyć, ale absolutnie nie było w jego interesie, aby całkowicie się wyleczyć. Przecież stracił by rentę, a do żadnej pracy się nie nadawał, bo nic nie umiał, a fizycznie był słaby i leniwy, aby chcieć regenerować fizyczne siły. Wolał by umrzeć, niż się przyznać, że przez arogancję i lenistwo, utracił swoje kompetencje i już nic w obecnym świecie nie potrafi robić. Rodzina powiedziała, że stracił wolę życia, a tak naprawdę, to stracił tylko swoje kompetencje, bo się nie rozwijał. Miał wszystko, kochaną żonę, rodzinę, ale to praca nadawała jego życiu sens.

Czasem uczymy się przez całe życie, ale mamy inny cel, a inne zdobywamy kompetencje, na zasadzie chybił, trafił i najczęściej jest chybił, niż trafił, wówczas kręcimy się w kółko jak chomik w kołowrotku.

Aby nie zostać po latach przeterminowanym, należy pamiętać, że zdobyte kompetencje nie aktualizowane, po paru latach tracą na swojej wartości i mogą stać się nie aktualne.

Chcąc żyć pełnią życia musimy ciągle się rozwijać i uczyć się od osób którzy są zdrowi, radośni i szczęśliwi.

Irena

 

PROFESJONALNY ROZWÓJ OSOBISTY

 

 

    To ja z certyfikatem i Fryderykiem

ZYSKAJ SUPERMOC – Twój Plan Rozwoju Osobistego.

„PRO rozkłada na części pierwsze Twoje kompetencje, potencjały i zasoby intelektualne.” – Fryderyk Karzełek

Zaplanuj idealną swoją przyszłość

 

Co robić, aby przyciągnąć zło?

Nic! –  Ono samo przychodzi, czy tego chcemy, czy nie?  A co Wy o tym kochani myślicie?

 

Czy myślisz czasem o tym, jaki będziesz za lat 15 i jak będzie wyglądało Twoje życie?

Proszę napisz, bez względu na wiek, jak siebie wyobrażasz za lat 15?

Jeśli nie masz na takie przemyślenia czasu i jeszcze nie jesteś gotowy, to czy będziesz gotowy jak dopadnie Cię śmiertelna choroba, lub utracisz dorobek swojego życia, czy aż dopadnie Cię starość?

Instrukcja, aby źle się działo jest łatwa, potocznie akceptowana i chętnie realizowana. Wystarczy nie robić nic.

Dlaczego?

Zło lubi, jak ulegamy podszeptom i myślimy tylko jak spędzić wygodnie i miło czas. Aby przyciągnąć zło, należy absolutnie unikać większego wysiłku, a trudne sprawy odkładać na później. Jeść to co lubię, oglądać swoje ulubione seriale, grillować ze znajomymi, a do tego palić papierosy i zapijać piwem lub alkoholem. Czasem pół żartem, pół serio tłumaczyć sobie, że jeśli to co robimy jest niezdrowe, to na coś trzeba umrzeć. Na cierpienia i bóle fizyczne pod ręką są tabletki, antybiotyk, a na ból psychiczny z pomocą przychodzą media, w których łatwo się sprzedają horrory i tragiczne informacje. Dla chwilowej ulgi trujemy się i zaśmiecamy mózg, bez zatrzymania, po co? –  Aby czasem czegoś sobie nie uświadomić?

Tak robimy, dopóki nie dopadnie nas choroba np. – jak w moim przypadku rak płuc, lub utrata pieniędzy. Dopóki jest fajnie, to nie chcę żadnych zmian- twierdzimy. Nie chcemy wiedzieć, że zmiany i tak bardzo szybko zachodzą, tylko już nie tak jak byśmy chcieli. Wówczas   jak coś się złego wydarzy, to narzekamy, że taki mój zły los, że życie niesprawiedliwe, bo żyłem uczciwie, pracowałem i za co mnie to spotkało!

Póki co, to się jeszcze pocieszamy, że każdy ból kiedyś przeminie, bo nic nie jest trwałe i wszystko się zmienia. Zapominamy, że tak samo przemijają miłe chwile, nasza wygoda i chwilowe przyjemności. O których w bólu i cierpieniu się nawet nie pamięta, bo wówczas już nie są istotne. Tak już jest, że wspomina się miłe chwile, ale bardziej zapada w pamięć czas niedostatku i choroby, rozpamiętujemy raz za razem zło i urazy, które nas dotknęły.

Co zrobić, aby nasze wyobrażenie według marzenia się spełniło? Wystarczy zaplanować swój rozwój osobisty. Nie wiesz jak?

Specjalnie dla Ciebie, Fryderyk Karzełek stworzył nowatorski projekt który polega na zdiagnozowaniu przyczyny Twoich niepowodzeń, przy pomocy  Twojego osobistego Doradcy i PLANU ROZWOJU OSOBISTEGO, aby pomóc  Ci krok po kroku zrealizować twoje marzenia.

Na taki projekt długo czekałam, bo jak ja zaczynałam swój rozwój osobisty 15 lat temu, to mówili o mnie, że jestem nawiedzona, że rak namieszał mi w głowie. Mimo to po cichu nic nie mówiąc nikomu, praktykowałam rozwój osobisty (RO) przy pomocy mnóstwa książek pozytywnego myślenia. Wspierała mnie moja córka Aga Waga (obecnie terapeutka www.terapiaemocjonalna.com), która też w tym czasie wyszukiwała odpowiednie książki po bibliotekach i księgarniach, jeździła na kursy i wszystkie zalecenia praktykowała na sobie, a potem na mnie. Teraz wiem, że ja sama bym sobie nie poradziła ze swoimi wewnętrznymi podszeptami – po co ci to! Jesteś śmiertelnie chora! Masz już swoje lata więc resztę dni które Ci zostały spędź w sposób miły i godnie umieraj, a nie jako nawiedzona!

Bez nauczyciela, własnego mentora nie dała bym sobie rady.

Początkowo RO praktykowałam w determinacji, pod ścisłą opieką mojej córki obecnie terapeutki Agnieszki. Po pewnym okresie dodatkowo motywowały mnie zauważalne cudowne efekty. Były tym bardziej dla mnie widoczne, bo prowadziłam każdego dnia ze swojego życia i swoich myśli pamiętnik. W krótkim czasie zauważyłam, jak zmieniają się moje myśli, moje nastawienie, a za nimi pomalutku niepostrzeżenie wkroczyło w moje życie zdrowie i lepsze życie.

Kiedy odzyskałam zdrowie, diagnoza i tragiczne rokowania lekarzy były tylko mglistym wspomnieniem, zrozumiałam, że dostałam drugie życie, do tego lepsze. Miałam wewnętrzną potrzebę pomóc innym, którzy nawet nie wiedzą, że można być twórcą swojego życia. Bywało, że słuchając człowieka narzekań i zwierzeń, w tym o chorobach to dokładnie rozpoznawałam jego blokady, ale nie miałam odpowiednich narzędzi, aby mu pomóc.

Jedyne co mogłam zrobić, to ludziom dawać nadzieję, aby nawet w trudnych sytuacjach się nie poddawali. Dla niesienia nadziei założyłam ten blog i on swoja rolę spełnił.

Terapia emocjonalna i praca nad podświadomością pod okiem Terapeutki Agnieszki pozwoliła mi wyzwolić w sobie moc do pokonania raka i odzyskania zdrowia i lepszego życia. To jednak było za mało, abym poczuła się w pełni szczęśliwa, brakowało mi misji życiowej i celu, do którego mogłam dążyć. Tym bardziej że byłam już na emeryturze, wycieczki i relaks przynosiły tylko chwilową radość.

Pewnego dnia córka dała mi książkę Fryderyka Karzełka „Pieniądze są Sexy” i idąc śladami książki poznałam wiele jego niesamowitych szkoleń, które dały mi nowe spojrzenie na moje życie i pozwoliły mi postawić sobie nowe cele. Zrozumiałam, że moją misją życiową jest pomaganie innym w rozpoznaniu swojej życiowej drogi.

Bardzo dziękuję Fryderyku- za to, że pokazałeś mi co jest moją misją życiową i jak można czerpać radość z pracy.

Niebawem pozytywna lawina ruszyła – moja córka z praktykowania terapii RO napisała instruktażową książkę „Sztuka zarządzania podświadomością” / jest w druku/, a ja w między czasie, zostałam Niezależnym Doradcą Rozwoju Osobistego w niesamowitym, nowatorskim projekcie Fryderyka Karzełek w Firmie „HEKSAGON” – „GRA O MILION”

Spełniło się moje marzenie, nareszcie są dostępne proste narzędzia dla każdego, które są rzetelne, proste i naprawdę skuteczne, wystarczy tylko chcieć. Więc na co czekasz? Możesz od razu  zwrócić  się do doświadczonego doradcy RO takiego jak ja i wykonać dla siebie swój indywidualny Plan Rozwoju Osobistego. Będąc Twoim osobistym doradcą będę GRATISOWO przez cały czas monitorować twoje postępy w pracy nad sobą i motywować cię do działania. Tak długo jak będzie trzeba. Zauważ, że jak chodzisz z kimś np. na bieganie masz większą szansę, że wytrwasz w postanowieniu, niż gdy robisz to samodzielnie. A jakie masz szanse, gdy robisz to z osobistym trenerem?

Wiem co mówię, bo praktykuję rozwój osobisty od 15 lat z niesamowitymi efektami, ale to dzięki dobremu i wzajemnemu wsparciu, na zasadzie – córka mnie, a ja córkę. Bez siebie nie pokonałybyśmy zła, które nam podsyłało myśli z racjonalnymi, ale toksycznymi argumentami, aby nic nie robić.

Dzięki praktykowaniu rozwojowi osobistemu, otrzymałam drugie lepsze życie; jestem zdrowa, pobudowałam wymarzony dom, jeżdżę samochodem, poznałam komputer i Internet. Nie do pomyślenia, że 15 lat temu, mieszkałam w małym mieszkaniu w bloku, z ciągłymi problemami finansowymi i zdrowotnymi. Byłam schorowaną starszą kobietą, na emeryturze, której od życia nic się już nie należało, która już tylko powinna zadbać o godne umieranie na nieuleczalnego raka płuc.

A wiecie co ja zrobiłam? – Zaczęłam praktykować RO i marzyłam, ale to tak na poważnie zapisując wszystko w zeszycie, oraz wielkimi literami na kartach papieru. – Dziękuję Ci za to moja kochana córko, że wyrwałaś mnie z czarnej „dziury” ze szponów okropnego zła.

A teraz jestem zdrowa w pełni sił i nadal mam czelność marzyć jaka będę wspaniała za następnych 15 lat.

Dzisiaj mając w zasięgu ręki fantastyczny PLAN ROZWOJU OSOBISTEGO wraz z diagnozą jest szansą dla każdego, jeśli tylko chcesz:

Pozbyć się swoich słabości; mieć lepszą pracę; lepsze zdrowie; lepsze finanse; odkryć swój talent, być szanowanym w środowisku; mieć dobre relacje w rodzinie.

Jest to realne i naprawdę możliwe, wystarczy u mnie za mówić dla siebie PLAN ROZWOJU OSOBISTEGO, a ja jako Twój Doradca PRO poprowadzę Ciebie do realizacji Twoich marzeń i planów całkowicie gratis.

W RO jestem naprawdę dobra, znam się na tym, po tym jak rozprawiłam się z rakiem płuc i innymi przeciwnościami już nic nie jest dla mnie trudne.

Może nie będę skromna, ale ile znasz osób, które pokonały zaawansowanego raka płuc? – zapewniam Was, że było to bardzo trudne i wydawało się wręcz niemożliwe.

Ze mną i z projektem PRO  pokonasz każde przeciwności życia, wszystko zacznie zależeć od Ciebie.

Nie wierzysz? To kliknij w poniższy link i napisz do mnie na mojego emaila, by zamówić  projekt PLANU ROZWOJU OSOBISTEGO.

czekajirena59@gmail.com

 

Bo jak inaczej się przekonasz, że to działa?

Kliknij teraz w poniższy link i zapisz się na  zmianę swojego życia na lepsze od dziś. czekajirena59@gmail.com  lub odezwij się do mnie na messengera na priv.

 

 

Nie zwlekaj, bo życie jest zbyt krótkie i piękne, by je marnować. Zostań TWÓRCĄ SWOJEGO ARCYDZIEŁA ŻYCIA już dziś!

Ja z PRO czekam na Ciebie.

Pozdrawiam serdecznie:)

 

 

Irena Danielak

Niezależny
Doradca Rozwoju Osobistego

W firmie HEKSAGON Fryderyka Karzełek
Irena Danielak – mój email  czekajirena59@gmail.com

tel.kom 512 443 120

 

 

Pamiętnik zranionej

 

 

Okropne chwile przeszłości nie ulegną zapomnieniu przez upływ czasu, jeśli zakotwiczone są w komórkach naszego ciała i w naszej podświadomości, one żyją w nas jako cierpienie i choroby.

Po zdradzie pierwszego męża, który wywiózł mnie z dziećmi z miasta na wieś daleko od mojej Rodziny i zostawił bez środków do życia, wydawało mi się, że kiedyś czas zagoi rany, jednak tak się nie stało.

Po wielu trudach, kiedy  wiodłam już spokojne drugie życie, dopadały mnie  coraz silniejsze   ataki okropnych bóli. Absolutnie nie kojarzyłam ich ze zdradą byłego męża.

Próbowałam różnych terapii, jeździłam na warsztaty terapeutyczne, ale pozbyć się cierpienia z swojego ciała nie mogłam. Dopiero córka jak się wzięła za mnie, to swoim sposobem pomogła mi dotrzeć do źródła bólu i było po sprawie i cierpieniu.

Okazało się, że moje ciało zamanifestowało cierpienie z zamierzchłej przeszłości, jak mąż mnie zdradził i zostawił z dwójką nieletnich dzieci bez środków do życia. Ponownie otworzyły mi się dawne rany, a może nie otworzyły, tylko przykryłam swoim innym pozytywnym życiem?

Jednak to nieprawda, że czas goi rany, tylko czas pozwala na zapomnienie, a do cierpiącego ciała się przyzwyczajamy, ale tylko do pewnych granic.

W pewnym momencie nie było wyjścia i poddałam się terapii, podczas której ponownie wróciłam do przeszłości odgrzebując zapomniane ropiejące rany.

Ponownie poczułam przerażenie, jak kiedyś, kiedy stało się w moim życiu coś strasznego, okropnego, czuję, że to już po mnie i moich kochanych dzieciach. Mój kochany mąż, któremu ufałam bezgranicznie, przy rozstaniu tak walnął mnie jeszcze po głowie, że się przewróciłam i jak się ocknęłam to stały nade mną przerażone dzieci, a ja nie mogłam się podnieść z powodu kręgosłupa. Z powodu kręgosłupa byłam na zwolnieniu przez trzy miesiące, tak był stłuczony dysk.

Do dnia dzisiejszego nikomu się ze wstydu nie przyznałam, że na pożegnanie tak były mąż mnie załatwił i to w obecności dzieci. Nigdy do tych dni z dziećmi nie wracałam czekając aż z czasem wszystko ulegnie zapomnieniu. Po tym wydarzeniu jeszcze o tego bydlaka walczyłam niczym „lwica” gotowa mu wszystko wybaczyć, oby tylko zechciał zostać z nami.

Na moje szczęście nie udało mi się bydlaka zatrzymać, z czasem umysł prawie wszystko wymazał z pamięci, ale ciało stojące na straży prawdy dawało o sobie znać dawnym cierpieniem. Nie tylko umysł zapamiętał te okropne dla mnie chwile, ale jak widać każda komórka ciała.

Świadomie wszystko bydlakowi wybaczyłam, aby o nim zapomnieć i myślałam, że tak się stało.

Umysł dał się zbałamucić, ale coś w środku i komórki ciała utrzymywały nadal moje okropne chwile przeszłości przy życiu, o czym nie miałam zielonego pojęcia.

Po odkryciu prawdy, zobaczyłam, że to nie ja grzebałam się w brudach przeszłości, to brudy przeszłości grzebały mnie, a ja do tego je dźwigałam, a one bruździły coraz bardziej i to tak, że już było nie do wytrzymania. Na moje szczęście udało mnie się bólu pozbyć, co prawda za cenę chwilowego mentalnego  przeżycia koszmaru, ale tak trzeba było, aby przeciąć swój podświadomy horror.

Nie ma się co dziwić, że po terapii czuję się lekko, jak zrzucam z siebie takie ogromne brzemię przeszłości, a radość rozpiera moje serce i ciało.

Teraz nie dziwi mnie, że ustąpiły wszystkie chroniczne bóle, bo już wiem skąd one się brały, to umierające komórki ciała gnijące w brudach przeszłości wołały o ratunek!

Dziękuję ci kochana córko za pomoc, nie zdajesz sobie sprawy, ile dla mnie zrobiłaś. Kocham Cię nad życie.

Życzę wszystkim samych radosnych dni.

Irena

 

 

Miłość w opałach

Dziewczyny marzą o „księciu na białym koniu”, zapominają, że chłopaki też marzą w ukryciu o swojej księżniczce, o którą zawalczą nie koniecznie „z ziejącym ogniem wawelskim smokiem”, ale pragną walczyć o jej względy, uznanie i miłość.

Wszystkie dla wybranego chcą być DAMĄ jego serca, tylko niektóre jak już trafią jak im się zdaje na tego jedynego, to szybko przeobrażają się w wierną służącą, dla której jego pragnienia są dla niej rozkazem. Przy takiej biedny chłopak nie ma szansy się wykazać swoją walecznością i męskością.

Dla niejednego szczęśliwca kończy się marzenie jak zobaczy swoją ukochaną w innym świetle. Niedawno poznał zaradną energiczną zadbaną dziewczynę i kiedy już myślał, że ma wymarzoną DAMĘ swojego serca, chce o nią walczyć, dbać, zabiegać, tymczasem ona okazuje się pospolitą niewolnicą służącą. Na nic się nie obraża, spełnia jego życzenia nim je wypowie, podaje wszystko pod nos i niczego od niego nie wymaga!
Rozczarowany, ale jak się nie ma co się lubi, to się lubi co się ma, nie ma wymarzonej dziewczyny, ale za to trafiła mu się niewolnica, która za darmo mu usługuje, a jego „ego” ma możliwość napawania się władzą nad nią i jej dziećmi, nic w zamian nie musi dawać, to dlaczego miałoby mu się nie podobać? Do tej pory był nic nie znaczącym, a teraz trafiła mu się taka władza!

Jako Pan i władca swoją zniewoloną pilnuje jak swojej własności, bo jak mu się wydaje, że ona to lubi, on to lubi więc w czym problem? Jak myślicie?
Według mnie problem w tym, że obydwoje coś nieznanego co ich trzyma z sobą, nazwali miłością coś co nią nie jest.
Truteń korzystając z danej mu władzy szybko włącza coraz większą kontrolę w każdej dziedzinie jej życia, nie interesuje go, że ich związek dla Rodziny staje się nie do zniesienia.
Skutkuje to zauważonym problemem, obydwoje obwiniają siebie nawzajem, zamiast szukać rozwiązań w sobie.
Zniewolona kobieta daje przyzwolenie na kontrolowanie swojego życia, bo czuje się pod jego kontrolą bezpieczna – czyżby?
W takich sytuacjach mówi się, że miłość jest ślepa – czyżby?
A może nazywamy miłością, co nią nie jest? A może tak się dzieje, bo mamy zablokowane uczucie miłości?
Jeśli nie wiemy, co jest miłością, należy kierować się szacunkiem, pod warunkiem, że zachowaliśmy szacunek dla siebie i nie oddaliśmy pod władanie trutniowi.

Uzależniona jest uzależnioną, bo ma wewnętrzny konflikt między świadomością, a nieświadomością.
W zawansowanym stadium uzależnienie przechodzi w nerwicę, a następnie w depresję. Zażywane antydepresanty absolutnie nie rozwiążą problemu, tylko trochę złagodzą skutki.
Z mojego doświadczenia wynika, że przyczynę należy szukać w zdarzeniach z dzieciństwa w złych relacjach z ojcem. Podstawą zawsze są zablokowane uczucia, które wystarczy uwolnić i uzdrowić siebie i swój związek nie zmieniając partnera, tylko swoje postępowanie.

Uwaga!! – W uzależnieniach zmiana partnera nic nie daje, jeśli nie zmienimy swoich nawyków w traktowaniu siebie.

Nie można być księżniczką, jednocześnie traktować siebie jak zniewoloną sługę.
Na początek należy dokonać wyboru jak siebie zaczniemy traktować; Czy jak Damę? ; Księżniczkę?; Czy zniewoloną służącą bez żadnych praw?

Po uwolnieniu toksycznych emocji, może się okazać, że zaczniemy siebie traktować z szacunkiem i partner znów zobaczy w nas swoją DAMĘ jaką poznał na pierwszym spotkaniu?
Zdarza się, że ten sam „truteń” z inną kobietą oddaje się całkowicie w jej władanie i role się odwracają.
Naszą rzeczywistość kreuje podświadomość, a niezgodność z świadomością stwarza konflikty które nie rozwiązane kończą się chorobami i często dramatem.

Na nic nie zda się zmiana partnerów, jeśli się jest w schematach uzależnienia.
Nauka z błędów życiowych polega na przeanalizowaniu swojego postępowania wobec partnerów, jeśli podobnie postępowałam wobec jednego i drugiego trutnia tak samo, to powinno nam trochę dać coś do myślenia, że kierują nami jakieś toksyczne schematy.

Niektóre zadowolone, że bohatersko uwalniają się z toksycznego partnera, nie zdają sobie sprawy, że partner odchodzi, ale program zniewalający ją, w podświadomości zostaje.

„W istocie jesteśmy zbiorem wielu jaźni. A te liczne jaźnie nie zawsze się ze sobą zgadzają. Mogą mieć inne plany, co znaczy, że w danej chwili będą podawać różne, a czasem nawet przeciwstawne argumenty. Wewnętrzny konflikt, który rozgrywa się w naszej głowie, może być przytłaczający” – Autor C.C. Tipping

Wielu osobom się wydaje, że jak poznają nowego partnera, zupełnie innego niż poprzedni truteń, to nowy związek będzie się rozwijał w zgodzie i miłości. Nic bardziej mylnego!
Jeśli nie wyciągnęliśmy odpowiedniej lekcji życia, to nadal będziemy ślepi na prawdę i nadal będziemy tworzyć coś toksycznego.

Kiedy kierujemy się wygodą, to nic nie chcemy widzieć, poza tym wyciąganie wniosków z lekcji życia jest bolesne, a każdy chce mieć trochę spokoju. Nie wiedzą, że i tak w najbardziej niedogodnym momencie o to się przewrócą, często mocno się raniąc. Najgorsze, że jak są małe dzieci, to przy tym wszystkim ponoszą zawsze największe szkody.

U młodej Kasi zauważyłam, że jej fajne dzieciaki obdzierane są z poczucia własnej wartości, przez nowego partnera.
Dała swojemu nowo poznanemu partnerowi całkowitą swobodę w ich traktowaniu i nazywa to wychowaniem, który zamiast miłości pokazuje im kto w ich domu jest panem i kto rządzi. Kasia pociesza się, że mówi dzieciom, że ich Mama jest najważniejsza. A co będzie jak on kiedyś wskaże im, że ktoś inny w ich domu jest najważniejszy?

Dzieci szybko zauważyły, że to on, a nie Mama jest w ich domu panem i władcą i starają się ze wszystkich sił jemu przypodobać.
Kasia chce widzieć w ich takim zachowaniu lubienie jego, ale niestety jest w błędzie. Nie chce zauważyć, że szczególnie synka nowy partner obdziera z poczucia własnej wartości. Jeszcze z nimi nie zamieszkał, a już zmienił w ich domu zasady funkcjonujące od lat. Dzieci są fajne, dobrze ułożone, radosne, więc, po co zmieniał funkcjonujące zasady?

Według mnie tylko po to, aby pokazać swoją władzę i upokorzyć Mamę i dzieci.
Kasia jako kochająca Mama swoim dzieciom brak dostatecznej uwagi rekompensuje im drogimi wyjazdami czy zabawkami.

Jeśli ktoś ma poczucie zagubienia i nie chce tego zauważać, to według mnie bliscy w takiej sytuacji muszą logicznie i racjonalnie reagować dość stanowczo. Najważniejsze by nie utwierdzać w błędnym przekonaniu, że nic się nie dzieje, że wszystko dobrze. Jak coś nie tak i serce boli, czasem trzeba o tym krzyczeć i tupać czy to się kochanej osobie podoba czy nie!!!!!!
Jeśli nawet krzyk Matki dorosłej córki w jej obronie nie odniesie skutku, to przynajmniej nie udziela wsparcia w budowaniu toksycznego związku.

Dowodem, na tworzenie toksycznego związku jest Kasia, bo widoczne są napięte u niej mięśnie, zmęczenie, do tego zaniedbana i utracony w oczach blask radości. Jeśli nic z sobą nie zrobi, to tylko patrzeć, jak zacznie chorować, tylko kto wówczas zajmie się jej małymi dziećmi? Ten truteń, który jest z nimi dla władzy i wygody zajmie się nią i dziećmi?

Kochana Kasia już zapomniała, że niedawno to już przerabiała i zna zdolności trutnia. To iluzja, że ten jest inny, truteń jest trutniem!

Na szczęście w porę przejrzała na oczy, wzięła parę terapii i dzisiaj jest zupełnie inną, jest szczęśliwą dziewczyną, żoną i matką radosnych dzieci.

Nie dajmy się zwieść iluzji, miejmy odwagę spojrzeć prawdzie w oczy, jeśli chcemy przeżyć życie w zdrowiu i radości, uwolnijmy uwięzione emocje, bo życie mamy tylko jedno!

Irena

Kiedy jesteśmy sobą?

 

 

Dla mnie pokonanie raka było dużym sukcesem, ale obecnie większą wartością jest to, że na drodze do wyzdrowienia odkrywałam lepszą wersję siebie.

Czy kiedyś byłam złym człowiekiem? Zdecydowanie nie! Ja tylko byłam przykryta warstwą kurzu i błota, przez co nie kochałam siebie, a nawet nienawidziłam.

Moja znajoma przyszła do mnie z prośbą, abym jej pomogła. W skrócie opowiedziała mnie jakie ma ciężkie i trudne życie. Znam ją i wiem, że jest wspaniałym człowiekiem, słuchałam ją ze łzami w oczach i bardzo jej współczułam.

Niestety nie mogłam pomóc, bo absolutnie znajoma nie chciała zmienić swoich toksycznych przekonań. Myślała, że robię zamach na jej tożsamość, długo musiałam tłumaczyć, że wręcz odwrotnie, jej wspaniała tożsamość ledwo jest widoczna pod warstwami błota, a że tak jest świadczy o tym jej ciężkie życie, a zasługuje na wspaniałe.

Tak uważa wiele osób, chcieliby coś zmienić w swoim życiu na lepsze, ale bez zmieniania siebie. Boją się, że utracą swoją dobroć, chęci niesienia pomocy innym, uczciwość i swoje dobre wychowanie.

Idąc takim tokiem rozumowania niektórzy chorzy nieuleczalnie nie chcą wyzdrowieć, jeśli muszą zmienić siebie, wolą umrzeć takimi jakimi są i się nie zmieniać. Niestety nie wiedzą, że zmieniając siebie, odkryliby lepszą swoją wersję.

Niedawno mój tok rozumowania był podobny, dopóki nie doświadczyłam, że zmieniając siebie poprzez uwalniane emocje i przekonania nie traci się swoich wartości składających się na tożsamość, tylko odkrywa się lepszą prawdę o sobie.

Naprawdę trzeba mieć dużo odwagi, by chcieć samym przed sobą poznać prawdę o sobie, coś na ten temat wiem.

Nie wiedziałam co znajduje się w mojej podświadomości. Lęki przykryte wstydem sugerowały, że znajduje się tam coś strasznego.

Po przełamaniu się, uwalniając uwięzione emocje odkryłam, że nie jestem taka zła. Zdziwiłam się, że jestem fajniejsza niż o sobie wcześniej myślałam. W ten sposób pomału odbudowywałam swoją zrujnowaną wewnętrzną wartość.

Prawda jest taka, że zablokowane emocje i przekonania ukrywają przed nami samymi prawdę o nas i tworzą wewnętrzny konflikt, który skutkuje w ciele chorobami i ciężkim życiem. W takich sytuacjach najczęściej zwalamy winę na „los” ; czy jakaś „karmę”.  W głębi duszy czujemy, że nie zasłużyliśmy na zło życia, które nas spotyka, ale nie chcemy wiedzieć, że wszystko jest w nas.

Niczego nowego nie piszę i nowego nie wynalazłam, ludzkość tą prawdę znała już od czasów starożytnych, a może już wcześniej.

Teoretycznie niby wcześniej wiedziałam, czytałam, ale jak na sobie doświadczyłam, to poczułam się tak, jak bym odkryła nową galaktykę lub przydatkowo znalazłam się w jakimś „MATRIX”.

Podążając   ciekawością, moja przygoda detektywa uwięzionych emocji i podróż nimi do ciemnych zakamarków swojej podświadomości z czasem okazała się fascynująca i wcale nie taka ciemna.

Kontynuując swoją przygodę emocjonalno- wizualną do podświadomości odnajduję siebie małymi kroczkami jaką naprawdę jestem.  To mnie uświadomiło, że nie wiadomo kiedy, przestawałam być sobą, bo w miarę jak rosłam zmieniałam się przede wszystkim pod wpływem zablokowanych lęków i przekonań. Z odważnej pewnej siebie dziewczynki stałam się nieśmiałą, zalęknioną  i bez pewności siebie kobietą. 

Kiedyś w przeszłości nieświadomie przestałam być tą prawdziwą Ireną i pomyśleć, że od zawsze starałam się być sobą, nie wiedziałam, że nadaremny był mój trud.

Pomyślcie sami, kto cierpiący, oszukiwany, okłamywany jest sobą?

       Irena

KOCHANE MAMY I TEŚCIOWE

 

Nikt nie ma wątpliwości, że Matki MIŁOŚĆ jest kryształowo czysta i szczera, tylko dlaczego jest tyle konfliktów i nieporozumień między Matkami a dorosłymi dziećmi?

Mam partnera córki za to lubić, że zrobił z niej półtora nieszczęścia? 

W konfliktach narzekają dorosłe dzieci na swoje Mamy i odwrotnie Mamy narzekają na swoje dorosłe dzieci.

Jednak ich narzekania bardzo się różnią. Matka narzekając na swoje dziecko tak naprawdę żali się jak bardzo się o nie martwi. Natomiast dzieci narzekając opowiadają, jakie ze swoją Matką mają problemy i jak są nieznośne.

Mimo wielu szczerych życzeń, z powodu konfliktów nie dla wszystkich Mam Święto Matki jest dniem radosnym.

Jedna z mam pożaliła się, owszem złożono mi życzenia, ale radość przykrył ból, bo synowa nie pozwoliła synowi jeść mojego poczęstunku, powodem było jej dbanie, aby nie był tak gruby jak ona. W ich domu jest tak samo, sama je, a synowi nie pozwoli.  Żywi się tym, czego synowa zjeść już nie może. Syn ją kocha i jest ślepy, nie widzi jak jego poniża. Nie widzi też tego, jak jego poniżanie mnie boli, bo jeszcze dziwi się, że ich wizyta mnie zasmuciła.  Wyszłam z domu i nie chce mi się do niego wracać, bo co oczy nie widzą, to sercu lżej. Chcę sprzedać dom i wyjechać jak najdalej, bo moje serce tego nie wytrzymuje, a ja i tak w tym temacie jestem bezsilna.

Inna z mam żali się, że syn jej mówi, że jest z żoną szczęśliwy, ale w swoim związku niewiele ma dopowiedzenia. Jakie to szczęście? Jak na jego twarzy maluje się obraz nędzy i rozpatrzy, a mnie bardzo to boli i jestem bezsilna?

Przysłuchująca się żalom matka 40- letniej córki dodaje, to tak jak moja córka, szczęśliwa, radosna, pełna życia i energii, dopóki nie związała się z nowym partnerem. Wszystko w niej wygasło, został z niej tylko obraz nędzy i rozpatrzy. On natomiast ponoć rozkwitł, jego Rodzina wyznała, że teraz jest pełen życia i nawet przestał chorować. Nie dziwi mnie, że jego Rodzina ten związek błogosławi w przeciwieństwie do mnie. Przecież gdybym u córki widziała radość i szczęście to moje serce promieniało by z radości, a jego bym uwielbiała, że córkę tak uszczęśliwił. A tak to co!!!  Mam partnera córki za to lubić, że zrobił z niej półtora nieszczęścia? 

 

Żalące się Mamy zrozumiały, że pomagając dziecku dźwigać ciężar toksycznego związku tak naprawdę czynią więcej krzywdy niż pomocy. Pozwoliły swoim dzieciom rujnować swoje życie na ich sposób, by w konsekwencji mogły szybciej odnaleźć siebie na nowo.

„Kiedy uznajesz i akceptujesz fakty, zarazem w pewnym stopniu się od nich uwalniasz”. – Autor  Eckhrt Toll/światowej sławy nauczyciel duchowy/

Bruce Lipton mówi, że ślepa wiara zabija, niestety życie tą prawdę potwierdza w toksycznych związkach, które zarażają całą Rodzinę.

W podobnych sytuacjach jak opisane powyżej przykłady, Matce poza bólem zawsze towarzyszy poczucie winy. Zastanawia się, jaki popełniła błąd wychowawczy, że jej dziecko daje przyzwolenie na poniżające traktowanie.

Kiedy nas dotyka zło nie ma w tym niczyjej winy.  Źródłem wszystkiego zła które nas spotyka jest zablokowany lęk w naszej podświadomości. Nic nie pomorze „Mędrca szkiełko i oko” bo podświadomość ma sprawczą moc i rozumu nie słucha.

W takiej sytuacji terapia jest trudna, ale możliwa by zakończyła się sukcesem. Pierwszy krok żalące się mamy mają już za sobą, bo zaakceptowały swoją bezsilność wobec toksycznego związku swoich dzieci. To dobrze, że mogły się wzajemnie trochę pożalić, wesprzeć i wyrzucić ból z siebie.

Trzeba mieć siłę, aby pozwolić dzieciom rujnować swoje życie na ich sposób, by w konsekwencji mogły kiedyś odnaleźć siebie na nowo.       

      Iren

 

Przyczyna uzależnień

 

„ Zatem co jest prawdziwą przyczyną uzależnienia? Zacznijmy od tego, co nią nie jest. Źródłem problemu nie jest z całą pewnością to, co sugerują metody konwencjonalne, czyli:

– Nie jest to zły nawyk.

– Nie jest to czynnik dziedziczny.

– Nie jest to spowodowane degeneratywnym środowiskiem rodzinnym

– Nie jest to słaba konstrukcja psychiczna uzależnionego.

– Nie jest to brak silnej woli. „ Autor   –  GARY CRAIG

Od lat  stosując    Terapie  Emocjonalne,  Radykalne Wybaczanie, Kod Uzdrawiania, oraz   Potęgę Teraźniejszości uświadomiły mi,  że prawdziwą przyczyną uzależnienia jest nawarstwiający ból, z którym nie można sobie poradzić   i aby serce nie pękło,  podświadomość  znajduje wentyl bezpieczeństwa, u mnie tym wentylem bezpieczeństwa  było uzależnienie radości od drugiej bliskiej osoby.

Moje życie wbrew pozorom, było pasmem udręk i bólu. W młodym wieku trzęsły mi się ręce jak galareta, od dziecka  odczuwałam bóle kręgosłupa, dolegliwości wątrobowe i sercowe.

Rodzice chodzili ze mną do lekarzy, ale nikt nie kojarzył tego, że dźwigam na sobie wielki ciężar emocjonalny i że problemy wątrobowe wynikają z braku żałowania siebie.

Prawie od zawsze  żałowałam wszystkich wokół, poza sobą. Jak wyczerpał się zasób uczuć, to zostawała  tylko gorycz w postaci zbierającej się żółci i syndrom uzależnienia psychicznego, aby serce z powodu braku żalu   nie pękło.

Przez całe długie życie nie zdawałam sobie sprawy, że moja podświadomość zabrania mi wszystkiego, co sprawia mi przyjemność i radość, mogę cieszyć się tylko tym, co sprawia przyjemność i radość moim bliskim. Niestety, to za mało aby móc czerpać radość z życia, przecież co moim bliskim sprawia radość, mnie niekoniecznie musiało to cieszyć i odwrotnie.

Źródłem pierwotnym   uzależnienia radości  było przekonanie; „Jestem od innych gorsza i na radość nie zasługuję”

Już mając trzy latka czułam do siebie pogardę i nienawidziłam siebie za sprawą moich Rodziców. We wczesnym dzieciństwie nie karcono mnie biciem, tylko moje złe zachowanie było pogardliwie z uśmiechem wytykane, była to dla mnie wyjątkowo bolesna krytyka, o wiele gorsza od bicia. Moi koledzy z podwórka  otrzymywali co prawda pasy na tyłek, ale później ich ojciec, czasem matka bardzo chwaliła, a co gorsza moja mama też ich chwaliła, a nawet ich złe zachowanie usprawiedliwiała.  Ja nie otrzymywałam pasów, ale i też nigdy mnie nie chwalono, więc uznałam, że ja  nie  zasługuję. Było mi bardzo żal moich kolegów na podwórku, że są tacy wspaniali, a mimo to otrzymywali na tyłek pasy. Rodziców żałowałam, że ciężko pracują dla mnie, a ja jestem taka niedobra,  starszego kuzyna żałowałam, chociaż mnie bił, ale był biedny, bo sierotą, młodsze rodzeństwo żałowałam, że są mali i słabi.

Przez ich żałowanie pozwalałam im cieszyć się z tego, że mnie coś mojego cennego zniszczyli, że mnie popychali i szturchali  i kłamali skarżąc, że to moja wina. Ja nigdy na nikogo nie skarżyłam, bo to było złe, ale tylko w jedną stronę. Dla mnie ja byłam nieważna,  dbałam tylko o zadowolenie innych.

Moi Rodzice nie zdawali sobie sprawy, że programowany mam syndrom uzależnienia psychicznego. Często słyszałam nawet już jako dorosła, że moje rodzeństwo bardziej kochało mnie, niż ja ich, wynikało to z tego, że tylko oni na mnie skarżyli, nieważne, że kłamali, często powtarzane kłamstwo stało się prawdą, przynajmniej dla moich Rodziców i dla Rodzeństwa.

Bardzo mnie to wszystko bolało i aby uśmierzyć ból, moja podświadomość dała mi możliwość czerpania radości tylko  uzależniając od bliskich osób co było jednoznaczne stop!!!!!  – dla czerpania  radości ze  swojego życia.

Tak się stało, że nim skończyłam 5 lat, miałam zablokowany syndrom uzależnienia psychicznego i zablokowaną radość .

W dorosłym późniejszym życiu walczyłam o swoją radość i przyjemność wpędzając się w wewnętrzny konflikt, między podświadomością a świadomością.   Jak pisze Bruce Lipton, że każdy konflikt stwarza wewnętrzny stres, który nas zabija, a tam gdzie jest wewnętrzny konflikt, podświadomość zawsze wygrywa i tak też było w moim przypadku.

Po terapii w moim życiu bardzo dużo się zmieniło, zaczynam coraz więcej robić to, co sprawia mi przyjemność, podróżuję w miłym towarzystwie,  a moje dzieci i mąż coraz częściej zaskakują mnie miłymi gestami sprawiające mi radość.

Ważne, że nie oczekuję w kolejkach do lekarzy i nie truję się receptowymi lekarstwami pochłaniające całą  emeryturę.

Moje życie w widoczny sposób zmieniło się na lepsze, co nie znaczy, że już nic mnie nie doskwiera, mam jeszcze sporo bolączek do odblokowania, ale mam świadomość, że wszystko jest w nas i naprawdę bardzo wiele od nas samych zależy.

Wszystkim serdecznie życzę sukcesów na drodze zdrowia i czerpania z życia jak najwięcej radości.

Irena

 

 

ŻYCZENIA WIELKANOCNE

Z OKAZJI WYJĄTKOWEGO ŚWIETA PRZESYŁAM WSZYSTKIM :

Zdrowych, pogodnych Świąt Wielkanocnych,
pełnych wiary, nadziei i miłości.
Radosnego, wiosennego nastroju,
serdecznych spotkań w gronie rodziny
i wśród przyjaciół
oraz wesołego Alleluja.

Koniec leczenia

 

 

To ja z córką z okresu walki z rakiem                               To ja z córką obecnie

 

 

Zostawili mnie z niewyleczonym do końca guzem i rozsianymi komórkami rakowymi! Zalecenia lekarskie brzmiały – spędzić resztę życia w sposób miły.

Już wiem, że najcenniejsze to te chwile, spędzone razem z bliskimi, ale czasem jest to niewykonalne. Takie jest życie, że aby spędzić miło z kimś chwile, muszą inni mieć na to czas. Niestety czas to pieniądz i niektórzy muszą zarabiać na życie i zaspakajać swoje inne nie mniej ważne potrzeby, a może ważniejsze niż spędzenie czasu ze mną. Muszę się z tym pogodzić, nie mam wyjścia, jestem skazana na samotność.

Przypominają mi się słowa Pana profesora onkologa prowadzącego moje leczenie w szpitalu na Golęcinie. Teraz to w leczeniu to nie Pani problem, inni z bliskimi się tym zajmują. Pani problem zacznie się niedługo jak zakończy się procedura leczenia. Wszystkie możliwe leczenia już się kończą, a na całym świecie nie ma na ten typ raka skutecznego leku. Odpowiedziałam mu, że ja się nie poddam i wierzę w cud wyleczenia. Uśmiechnął się i pogratulował mi wspaniałej postawy, dodając, że obawia się, że mój entuzjazm może zniszczyć samotność. Dopiero teraz docierają do mnie jego słowa.

Podjęłam dzisiaj decyzję dnia 11.10.2005r, że akceptuję swoją samotność i muszę się z nią zaprzyjaźnić, tak jak zaprzyjaźniłam się już z rakiem. Muszę nauczyć się trudnej sztuki życia samej z sobą. Ten pamiętnik jest moim pomocnikiem na drodze do walki z samotnością.

Mam pytanie, czy warto walczyć o życie w samotności i samotnie?

Dzisiaj właśnie doświadczyłam, że służba medyczna, łącznie z moją wspaniałą prowadząca Panią doktor nie będzie mi nawet kibicować na dalszej drodze do wyleczenia. Oni zakończyli swoją procedurę leczenia, zalecili mi w sposób miły spędzać czas, jednocześnie uchwycić wznowę, która w każdym momencie może nastąpić. Nie zdawali sobie sprawy, że jedno z drugim pogodzić się nie da i na tym ich rola mojego leczenia się zakończyła.

Oczekiwałam, że moi bliscy postąpią podobnie, tylko bardziej taktownie i ze współczuciem.

Przecież już nie wierzy nikt w moje wyzdrowienie, wszystkich tylko interesuje jak będzie przebiegała moja wznowa raka i kiedy to nastąpi. Tylko moja córka kontroluje moje książki, czy czasem nie przysporzą szybszą wznowę.

Dobrze, że mogę chociaż w pamiętniku się wyżalić. Swoje niekorzystne badania ukryłam przed bliskimi, bo po co ich martwić? Przecież i tak nic poradzić nie mogą, a ja nie jestem pewna, czy przed nimi bym się nie rozkleiła. Nie chcę też, aby przyjeżdżali mnie odwiedzić dlatego, ze coś złego znów się dzieje z moim zdrowiem i w każdej chwili może mnie nie być. Moim marzeniem jest spędzić trochę chwil z bliskimi, ale tak, że Oni też tego chcą, samoistnie, dobrowolnie bez wymuszania chorobą.

Jakie to ma znaczenie, kiedy wznowa ma nastąpić, jeśli oczekiwać na wznowę muszę w samotności? Może córka wierzy, że w każdej chwili może pojawić się lekarstwo na raka? Nie ważne co myśli, ale miło mi, że te książki przerabia razem ze mną, dzięki temu czuję jej obecność, nawet jeśli jej przy mnie nie ma. Tego jestem pewna, córka kibicuje mi w tej samotnej walce ze wznową raka. Czy na pewno tylko ze wznową? Przecież zostawili mnie z niewyleczonym do końca guzem i rozsianymi komórkami rakowymi!!!! Radioterapie miałam tylko na prawe płuca, a przecież przerzut szedł na cały organizm!

Po co to wszystko? Dzisiejsza wizyta u onkologa potwierdziła ich tezę, że na wznowę długo nie czekałam. Badanie lekarskie zupełnie inaczej przebiegło niż sobie zakładałam….

Poszukiwania broni na mojego raka, po wielu trudach zostały uwieńczone sukcesem, dzisiaj jestem zdrowa, ten sam sposób z sukcesem zadziałał na inne choroby. Winowajcą okazały się moje własne zapomniane emocje, z bardzo odległych czasów.

Na moje szczęście jak je odkopać znalazła sposób córka Agnieszka – dla zainteresowanych więcej na stronie http://www.terapiaemocjonalna.com

 

 

 

Fakty o moim raku

 

 

 

Na prośbę wiele osób, ponownie ujawniam ze swojego pamiętnika w czterech krokach, co robiłam po diagnozie raka płuc i jak udało mnie się go pokonać i to bez wznowy.

Diagnoza miała miejsce ponad 14 lat temu i już od dawna żyję innym życiem. Moje życie zostało podzielone na przed rakiem, walka z rakiem i nowe życie po raku. Jestem ta sama, ale całkowicie inna, a chorobę nowotworową wspominam jako dramatyczną przygodę, która obróciła się na moje dobro.

Teraz z perspektywy czasu dla mnie rak płuc to nic groźnego. Na pewno teraz miałabym problem z innym typem raka, gdyby u mnie się pojawił.  Nie wiem jak bym sobie z nim radziła, ale wiem na pewno, że wszelkimi sposobami starałabym się odnaleźć przyczynę. Być może byłabym bezsilna, jeśli lekarze byliby tak bezsilni jak przy moim raku płuc, ale z pewnością bym się nie poddała, tylko stosowała terapię emocjonalna, zweryfikowałabym obecny styl życia i zmieniłabym na inny.

Czytałam, że przy śmiertelnej chorobie dobrze jest zmienić tryb życia przeciw stawnie do obecnego. Jeśli na przykład ktoś dużo pracował powinien dużo wypoczywać i pozwalać sobie na leniuchowanie. Jeśli ktoś mało pracował, dużo bezczynnie marnował czasu, to powinien poszukać sobie zajęcia, które wymaga dużo pracy. Jeśli ktoś był domatorem i w ogóle się nie bawił, powinien zacząć chodzić na balety, tańce i szukać towarzystwa którzy lubią się bawić itp.

Analizując swoje życie przed rakiem i po raku, to myślę, że w tym jest coś na rzeczy, bo właśnie dokładnie tak po diagnozie uczyniłam.

Przed rakiem byłam pewna, że prowadzę zdrowy tryb życia, bo prowadziłam zgodnie z zaleceniem lekarzy i wykwalifikowanych dietetyków, ale mimo tego, po diagnozie styl życia zmieniłam na inny, bo dla mnie okazał się toksyczny skoro stworzyłam korzystne warunki dla raka.

Dało mi też do myślenia, że zdrowie kontrolowałam systematycznymi lekarskimi badaniami, a mimo to jak zdiagnozowano u mnie raka, to był już bardzo zaawansowany i były przerzuty. Najbardziej zaskoczyło mnie to, że RTG płuc dwa tygodnie przed diagnozą guza 4cmx8cm, tego w płucach nie wykrył, dopiero inny RTG, TK, oraz wiele innych badań nieubłaganie diagnozę potwierdziło.

Bruce Lipton pisze w książce Biologii Przekonań, że wszystkie komórki w naszym ciele zachowują się jak ludzie. Przyzwyczajają się do swojego środowiska, w którym się rozmnażają.

Może właśnie dlatego warto w trakcie choroby zmienić swój styl życia? Może inne nasze życie nie spodobać się komórce rakowej? A o to przecież chodzi, mojemu rakowi wyraźnie zmiana się nie spodobała.

Po usłyszeniu diagnozy najpierw było u mnie niedowierzanie, a później bezsilność, bo skoro lekarze i naukowcy bezradnie rozkładali ręce, to co ja prosta kobieta mogłam w takiej sytuacji zrobić?

Jak niebawem okazało się, to ja prosta kobieta poradziłam sobie z rakiem, zmieniając swoje autorytety. Już lekarze przestali być moimi wyroczniami, ich diagnoza przestała być moją wyrocznią. Kiedy okazało się, że lekarze są wobec mojego raka bezsilni, to ich zalecenia stały się dla mnie bezsensu i szukałam innych rozwiązań, nie mając już nic do stracenia.

Wiedząc, że umieram i zostało mi mało czasu to;

Po pierwsze – zaczęłam się modlić i to tak od serca.

Po drugie – dużo spacerowałam i zmieniłam swoją dietę beztłuszczową na bardziej tłustą, jak wyczytałam, że płuca lubią tłuszcz, ale bez przesady, tłuszcz dodawałam z umiarem.

Po trzecie – zaraz po chemii pojechałam po raz pierwszy na 3 tygodniowe wczasy sanatoryjne na których bawiłam się i szalałam do białego rana, bo uważałam, że skoro umieram to już nic nie mam do stracenia.

Po czwarte i najistotniejsze – to intensywnie stosowałam terapię według zaleceń mojej terapeutki Agnieszki.

Walka była trudna, długa i mozolna, dopóki się nie przekonałam, że jestem wolna od raka płuc. Problem polegał na tym, że do tej prawdy musiałam sama się przekonać, bo przy DRP /drobno komórkowy rak płuc/ badaniami lekarskimi można tylko potwierdzić raka, ale nie można wykluczyć.

Biorąc pod uwagę, że rak drp atakuje błyskawicznie, to gdyby jakaś komórka się uchowała, to już dawno by mnie nie było, a już na pewno nie mogłabym się w tym czasie uwolnić od innych nieuleczalnych chorób.

Tak naprawdę moja walka z rakiem to była walka z samym sobą, a konkretnie to z lękami, chroniące ukryte poczucie winy. Dzisiaj mogę powiedzieć, że była bardzo skuteczna, skoro żyję już ponad 14 lat od diagnozy i to bez wznowy.

Irena

 

Aby serce nie pękło

 

  

 

Gorsze od bicia dla małej Irenki była ciągła krytyka bliskich, która doprowadziła do uzależnienia psychicznego.

„Zatem co jest prawdziwą przyczyną uzależnienia? Zacznijmy od tego, co nią nie jest. Źródłem problemu nie jest z całą pewnością to, co sugerują metody konwencjonalne, czyli:

– Nie jest to zły nawyk.

– Nie jest to czynnik dziedziczny.

– Nie jest to spowodowane degeneratywnym środowiskiem rodzinnym

– Nie jest to słaba konstrukcja psychiczna uzależnionego.

– Nie jest to brak silnej woli. „Autor   – GARY CRAIG

Od lat stosując    Terapie Emocjonalne, Radykalne Wybaczanie, Kod Uzdrawiania, oraz   Potęgę Teraźniejszości dowiodły mnie niezbicie, że prawdziwą przyczyną uzależnienia jest nawarstwiający ból, z którym nie można sobie poradzić i aby serce nie pękło podświadomość znajduje wentyl bezpieczeństwa. U mnie tym wentylem bezpieczeństwa było uzależnienie radości od drugiej bliskiej osoby.

Moje życie wbrew pozorom, było pasmem udręk i bólu. W młodym wieku trzęsły mi się ręce jak galareta, od dziecka odczuwałam bóle kręgosłupa, dolegliwości wątrobowe i sercowe.

Rodzice chodzili ze mną do lekarzy, ale nikt nie kojarzył tego, że dźwigam na sobie wielki ciężar emocjonalny, a problemy wątrobowe wynikają z braku żałowania siebie.

Prawie od zawsze żałowałam wszystkich wokół siebie, poza sobą. Jak wyczerpał się zasób uczuć, to zostawała tylko gorycz w postaci zbierającej się żółci i syndrom uzależnienia psychicznego, aby serce z powodu braku żalu   nie pękło.

Przez całe długie życie nie zdawałam sobie sprawy, że moja podświadomość zabrania mi wszystkiego, co sprawia mi przyjemność i radość, mogę cieszyć się tylko tym, co sprawia przyjemność i radość moim bliskim. Niestety, to za mało, aby móc czerpać radość z życia, przecież co moim bliskim sprawia radość, mnie niekoniecznie musiało to cieszyć i odwrotnie.

Źródłem pierwotnym   uzależnienia radości było przekonanie; „Jestem od innych gorsza i na radość nie zasługuję”

Mając trzy latka czułam do siebie pogardę i nienawidziłam siebie za sprawą moich Rodziców. We wczesnym dzieciństwie nie karcono mnie biciem, tylko moje złe zachowanie było pogardliwie z uśmiechem wytykane, była to dla mnie wyjątkowo bolesna krytyka, o wiele gorsza od bicia. Moi koledzy z podwórka otrzymywali co prawda pasy na tyłek, ale później ich ojciec, czasem matka bardzo chwaliła, a co gorsza moja mama też ich chwaliła, a nawet ich złe zachowanie usprawiedliwiała.  Ja nie otrzymywałam pasów, ale i też nigdy mnie nie chwalono, więc uznałam, że ja nie zasługuję. Było mi bardzo żal moich kolegów na podwórku, że są tacy wspaniali, a mimo to otrzymywali na tyłek pasy. Rodziców żałowałam, że ciężko pracują dla mnie, a ja jestem taka niedobra, starszego kuzyna żałowałam, chociaż mnie bił, ale był biedny, bo sierotą, młodsze rodzeństwo żałowałam, że są mali i słabi.

Przez ich żałowanie pozwalałam im cieszyć się z tego, że mnie coś mojego cennego zniszczyli, że mnie popychali i szturchali i kłamali skarżąc, że to moja wina. Ja nigdy na nikogo nie skarżyłam, bo to było złe, ale tylko w jedną stronę. Dla mnie ja byłam nieważna, dbałam tylko o zadowolenie innych.

Moi Rodzice nie zdawali sobie sprawy, że programowany mam syndrom uzależnienia psychicznego. Często słyszałam nawet już jako dorosła, że moje rodzeństwo bardziej kochało mnie, niż ja ich, wynikało to z tego, że tylko oni na mnie skarżyli, nieważne, że kłamali, często powtarzane kłamstwo stało się prawdą, przynajmniej dla moich Rodziców i dla Rodzeństwa.

Bardzo mnie to wszystko bolało i aby uśmierzyć ból, moja podświadomość dała mi możliwość czerpania radości tylko uzależniając od bliskich osób co było jednoznaczne stop!!!!!  – dla czerpania radości ze swojego życia.

Tak się stało, że nim skończyłam 5 lat, miałam zaprogramowany  syndrom uzależnienia psychicznego  przez zablokowaną radość.

W dorosłym późniejszym życiu walczyłam o swoją radość i przyjemność wpędzając się w wewnętrzny konflikt, między podświadomością a świadomością.   Jak pisze Bruce Lipton, że każdy konflikt stwarza wewnętrzny stres, który nas zabija, a tam, gdzie jest wewnętrzny konflikt, podświadomość zawsze wygrywa i tak też było w moim przypadku.

Po terapii w moim życiu bardzo dużo się zmieniło, zaczynam coraz więcej robić to, co sprawia mi przyjemność, podróżuję w miłym towarzystwie, a moje dzieci i mąż coraz częściej zaskakują mnie miłymi gestami sprawiające mi radość.

Ważne, że nie oczekuję w kolejkach do lekarzy i nie truję się receptowymi lekarstwami pochłaniające całą emeryturę.

Moje życie w widoczny sposób zmieniło się na lepsze, co nie znaczy, że już nic mnie nie doskwiera, mam jeszcze sporo bolączek do odblokowania, ale mam świadomość, że wszystko jest w nas i naprawdę bardzo wiele od nas samych zależy.

Wszystkim serdecznie życzę sukcesów na drodze zdrowia i czerpania z życia jak najwięcej radości.

Irena

 

Ofiara losu

 

 

       

Nic w życiu nie dzieje się przypadkiem i przykre jest to, że dopiero śmiertelna choroba, lub inny dramat uświadamia nam, że wszystko jest w nas i od nas tak wiele zależy. Tak być nie musi, możemy wcześniej zadbać o nasze jedyne życie.

Jeśli czegoś nie widzisz? – to nie znaczy, że tego nie ma.

Przyszła do mnie zapłakana Jadwiga, z bólem w sercu, matka dorosłej córki i babcia wnuków, z prośbą o radę co ma zrobić? Mówi do mnie, że cokolwiek nie zrobi, to i tak będzie cierpiała, tylko nie wie które cierpienie gorsze.

Bo widzisz mówi do mnie, moja córka rozstała się po raz kolejny jak sama stwierdziła z „trutniem”. On uciekał z domu nie wiadomo, dokąd na całe dnie, a czasem tygodnie i to zawsze jak miał pieniądze. Jak pieniądze mu się kończyły to jak by nigdy nic z niczego się nie tłumacząc wracał goły i wesoły na wikt i córki opierunek.

On zawsze do dzieci miał prawa o ona tylko obowiązek. Stosował zasadę wszystko co twoje to moje, ale co moje to nie rusz.

Swoimi sposobami wszystkie pieniądze od niej wyciągał. Po czwartym rozstaniu teraz wydawało się, że już na dobre, bo nie są razem już z siedem miesięcy. Oddała mu ich wspólny samochód, by rozstanie było w miarę spokojne, sama z trudem kupiła sobie na raty drugi, nie przeczę, że trochę jej w tym pomogłam, bo żal ściskał jak się co dzień męczyła z dziećmi odprowadzając do przedszkola. Wiatr, deszcz, chlapa, nie obchodziło to kochanego tatusia jak sobie poradzi, co z dziećmi, bo jak był na jej utrzymaniu to łaskawie pozwalał jej wozić dzieci ich wspólnym samochodem, a sam wylegiwał się do południa.

Zdarzało się, że po cichu zabierał jej z portfela pieniądze, jak przyuważyła to twierdził, że na olej samochodowy, benzynę, czy jakieś części, bo oczywiście on nigdy swoich pieniędzy na takie wydatki nie miał.

Po rozstaniu jeszcze miał bezczelność wypomnieć jej, że samochód, który kupiła to też za jego pieniądze. On uważał, że jak z nią był, to jej zarobione pieniądze są też jego, ale od jego pieniędzy to wara! Sama słyszałam jak mówił jej, że nic ci do moich pieniędzy.

W czym problem, że aż tak cierpisz?  Przecież się rozstali pytam się Jadwigi.  Widzisz ona i tak jego obdarza zaufaniem bezgranicznym można powiedzieć.

Skąd takie przypuszczenie?  Ponownie wprowadził się do niej? Jeszcze nie i nie o to chodzi!

Wiesz co się dzieje?  Widzę jak na dłoni, że truteń, mimo że ma kogoś innego, to przejmuje nad córką ponownie kontrolę, a ona mu daje na to przyzwolenie. Jak by nigdy ją nie okradał, dała mu klucze od swojego mieszkania i samochodu, niby, że była taka potrzeba ze względu na dzieci.  Przecież jest ojcem moich dzieci, to nie będzie mi w domu i samochodzie złośliwie grzebał, na usprawiedliwienie dodała.

Nie chce pamiętać, że wcześniej ją oszukiwał i okradał, a przez pół roku potrafił się do dzieci nie odzywać. Jak zabrał samochód nie obchodziło go czym dzieci będzie woziła do przedszkola. Nie chce pamiętać, że prawie za każdym razem jak wymuszała od niego wspólny samochód to się na drodze rozkraczał, w ten sposób zniechęcił ją do korzystania z wspólnego samochodu, by mieć tylko do swojej dyspozycji.

Zadałam pytanie skąd podejrzenie o kontrolę? Stwarzanie sytuacji, że zabiera jej kluczyki może jest taka potrzeba?  To jeszcze    niczego nie dowodzi, chociaż przyznaję nierozważna jest to reakcja córki, że na to przystaje i nie widzi w tym żadnego zagrożenia, a przecież ją znam, to bardzo mądra i rozsądna kobieta i może trochę przesadzasz?

Chciałabym, ale fakty są niezaprzeczalne, zaczął się córką interesować z kim się spotyka, przygadywać jej, najgorsze, że sygnalizują sąsiedzi, że często pod dom zajeżdża samochodem do domu nie wchodząc. Związku z tym córka boi się nawet z kolegą i przyjaciółmi spędzić w swoim domu sylwestra, bo już kiedyś zrobił jej o to awanturę po którymś rozstaniu.

Po tym wyznaniu nastąpiło między nami milczenie, nie wiedziałam, jak Jadwigę pocieszyć. Zdawałam sobie sprawę, że z boku widzi się lepiej, a matka widzi sercem, nie tylko oczyma.

Jej córka należała do osób, którym się wydaje, że jak problemu nie zauważą, to stworzą sobie otoczkę spokoju i radości i problem zniknie z ich życia.  Nie chcą zauważać, że okłamują siebie, a problem rośnie jak na drożdżach osiągając nawet gigantycznych rozmiarów.

Usilnie starając się być ślepym, może tak wygodnie, bo każdy chce mieć trochę spokoju, ale to tylko chwilowe złudzenie. Nie chcą widzieć, że i tak w najbardziej niedogodnym momencie o to się przewrócą, często mocno się raniąc. Najgorsze, że małe dzieci przy tym wszystkim ponoszą zawsze największe szkody.

Jeśli ktoś jest zagubiony i nie chce tego zauważać, to według mnie bliscy w takiej sytuacji muszą logicznie i racjonalnie reagować dość stanowczo. Najważniejsze by nie utwierdzać w błędnym przekonani, że nic się nie dzieje, że wszystko dobrze. Jak coś nie tak, czasem trzeba o tym krzyczeć i tupać czy to się kochanej osobie podoba czy nie!

Jeśli nawet krzyk bólu nie odniesie wobec ukochanego dziecka skutku, to przynajmniej nie udzieli się wsparcia sabotażyście jaźni, który stoi na straży toksycznego schematu.

Po wyjściu znajomej przyszła mi refleksja czy Matka dorosłego dziecka ma prawo wtrącać się do jego życia, jeśli jej oczyma widzi zagrożenie?

Nie wiem, czy ma prawo czy nie, ale która Matka z bólem serca spontanicznie nie zareaguje nawet narażając utratę bliskich więzi?  Prędzej czy później, tylko z większym bólem te więzi i tak by zostały utracone, bo sabotażysta by się o to postarał.

Każdy ma swojego sabotażystę eksperta od niweczenia wszystkiego w zależności od wielkości zablokowanych emocji w podświadomości, bo każdy ma jakieś swoje blokady. Nie ma znaczenia, status materialny, wykształcenie czy inteligencja, emocje wszyscy mamy takie same.

Co to jest sabotażysta?

„Ja sabotażysta to jaźń, która bezustannie sprawdza, jakie przekonania, idee, koncepcje, postawy, uprzedzenia i inne treści znajdują się w twojej świadomości, i pilnuje, żeby wszystko, co robisz, myślisz i planujesz, pasowało do tego co tam jest. W przeciwnym razie będzie sabotować twoje zachowania na wszelkie możliwe sposoby. Będzie zakłócać twoje związki, finanse i inne sfery życia, ilekroć to, co zrobisz, pomyślisz i zaplanujesz, nie będzie się zgadzało z przekonaniami, które już istnieją w twojej świadomości.” Autor – Colin.C. Tipping

Nic w życiu nie dzieje się przypadkiem i fajne jest to, że tak wiele zależy od nas, bo wszystko jest w nas, tylko czasem wolimy cierpieć, niż zadać sobie trud i odmienić zły los.

„Chociaż odkrycie własnych przekonań może ci trochę utrudnić życie, to jednak przyniesie ci dużą korzyść” Autor – C.C.Tipping

Jadwiga zachęciła swoja córkę do wzięcia parę lekcji terapii, a terapeutka Agnieszka odpowiednimi pytaniami spowodowała, że jej córka zobaczyła siebie z boku. Z pewnym zdziwieniem zauważyła, że popełnia te same błędy, jednocześnie licząc, że coś się zmieni, niestety, przekonała się, że tak to nie działa.

Kierował jej postępowaniem toksyczny schemat udawadniania – „jestem dobrą żoną i matką”, a jej sabotażysta pilnował, aby wszystko działo się  zgodnie z schematem.

Popracowała trochę nad sobą zgodnie ze wskazówkami terapeutki Agnieszki i zauważyła, że zły los się od niej odwrócił. Dokonała całkowitą zmianę swojego życia i przestała być ofiarą losu.

Obecnie prowadzi fajne życie i wierzy, że będzie jeszcze lepiej, bo już radzi sobie z toksycznymi emocjami, a tym samym z toksycznymi osobami. Ma swoją dobrze prosperującą firmę i nowego życiowego fajnego partnera, z którym się wzajemnie szanują, kochają i wspomagają.

Życie się ma tylko jedno i zamiast obwiniać zły los, może warto dać trochę wysiłku i nauczyć się zarządzać swoimi emocjami.

Irena

Gorące obierki

Mnie przechodzą ciarki po plecach jak na podstawie oświadczenia dziecka feruje się wyroki, bo się zakłada, że dziecko w zburzonych emocjach nie kłamie. Absolutnie się z tym zgadzam, że nie kłamie, ale czy to znaczy, że mówi zawsze prawdę?

Dzieci, jeśli nawet są prawdomówne i nie kłamią, to i tak przekłamują fakty, bo mają prawo nie poradzić sobie z emocjami, lub widzieć prawdę w wykrzywionym zwierciadle. Wielokrotnie się o tym przekonałam, jak działa małego dziecka umysł podróżując emocjonalnie w czasie do okresu wczesnego dzieciństwa. Każdy kto choruje ma w sobie zalążek wykrzywionej prawdy najczęściej w okresie dzieciństwa.

Nasze zmysły mogą nas zwodzić, myśli okłamują, ale uczucia zawsze mówią prawdę.

Jednym takim zwodniczym uczuciem jest lęk, a źródło ogromnego lęku najczęściej znajduje się już we wczesnym dzieciństwie. Przekonałam się o tym wielokrotnie podróżując w czasie jak lęki dziecka potrafią wykrzywić prawdę, to wręcz nie do uwierzenia, ale fakty są niezaprzeczalne.

Co to jest lęk? Jest to uczucie, które jest w nas i mówi nam, że czegoś się boimy, tylko nie wiemy czego.

Lęk, strach i gniew są trudne do rozpoznania i nie w tym jest problem, tylko w tym, kiedy stają się toksyczne, a stają się właśnie wtedy, kiedy zdarzenie zostało przekłamane, lub daliśmy wiarę fikcji.

Spotykam się z opiniami, że jak się ma lęki, to oznacza, że jest się nerwowym, lub przestraszonym, to nic bardziej mylnego, jeśli są pozytywne. Każdy ma lęki, bez nich nikt nie mógłby funkcjonować, w ogóle nie byłoby istnienia.  Przecież gdybyśmy byli pozbawieni lęku, to z ufnością wchodzilibyśmy do paszczy krokodyla na pożarcie.

Często nie zdajemy sobie sprawy, że są strażnikami chroniącymi nas przed zagrożeniem życia i przypominają abyśmy pobierali lekcje z przebytych doświadczeń.

Bez lęku nie moglibyśmy istnieć, potrzebny nam jest do życia jak chleb i woda.

Niektórzy naukowcy twierdzą, że to nie przez lęk, tylko przez uświadomienie wiemy, kiedy jest zagrożenie. Z naukowcami nie dyskutuję i tego nie czynię, jestem tylko prostym praktykiem. Zakładając, że to prawda, to i tak podświadomie na straży uświadomionego zagrożenia stoi lęk.

Kiedy nasze lęki są w nas uwięzione, stają się toksyczne i rujnują nasze zdrowie i życie. Zablokowane doprowadzają nasze życie do dużych dramatów i okropnego cierpienia. Każde uwięzione uczucie jest toksyczne, ale w każdym dramacie i cierpieniu podłożem jest toksyczny lęk.

Lęk tworzy się toksyczny, kiedy świadomie lub nieświadomie, zakopujemy i trzymamy na uwięzi, a on z upływem czasu rośnie do niebotycznych rozmiarów skazując nas na niepowodzenie życia, na ból i cierpienie.

Dzieje się tak dlatego, że w pewnym momencie jakiegoś nieoczekiwanego zdarzenia wywołujące silne emocje, nasz umysł dla naszego zdrowia psychicznego chowa głęboko powstałe emocje w naszej podświadomości. Po pewnym okresie zakopany lęk wraz z innymi emocjami czyni spustoszenia, a inny nowy lęk pilnuje, abyśmy do tych zdarzeń nie chcieli ponownie wejrzeć.

Każdą terapię zaczynam angażując swoją siłę woli do pokonania dwóch lęków. Jeden lęk pokonuję przed ponownym wejściem do zdarzenia, które wywołały silne emocje nie do przeżycia.  Drugi lęk pokonuję przed zmianą życia. Mimo świadomości, że po uwolnieniu lęku nastąpi zmiana pozytywna, to i tak lęk nie odpuszcza.

W takich sytuacjach przypominam sobie, jakie zdarzenia miały miejsce w przeszłości, wywołujące takie uczucia, których się boję.  Najczęściej idąc od zdarzenia do zdarzenia, znajduję źródło w okresie wczesnego dzieciństwa. Kiedy zdarzenie widzi się ponownie oczyma dorosłego, to prawda okazuje się zupełnie inna. Jako dziecko miałam prawo sobie nie poradzić z emocjami, lub widzieć zdarzenie w złym świetle, ale teraz po wielu latach są one dla dorosłego absurdalne, czasem niedorzeczne przekonanie zbudowane na takim samym niedorzecznym lęku, niestety, ale prawdziwym i ogromnym.  

I tak na przykład, jak wpadłam do gotującego kotła z obierkami ziemniaków, to byłam pewna prze 60 lat, że ojciec najpierw mnie po tyłku wlał, a dopiero potem poszedł zadzwonić po pogotowie. Miałam z tego powodu ogromne poczucie winy i uważałam, że słusznie najpierw otrzymałam lanie, nim otrzymałam pomoc. Podczas podróży w czasie do momentu zdarzenia, zobaczyłam, że Ojciec otrzepuje mnie z przyklejonych mokrych i gorących obierek, a wypadek absolutnie nie wydarzył się z mojej winy.

Za każdym razem po zweryfikowaniu zdarzenia, emocje zablokowane same się uwalniają, a ja przez pewien okres nie mogę się nadziwić, że przekonania zbudowane przez małą dziewczynkę, rządziły moim dorosłym życiem.

O tym, że tak działają przekonania wiedziałam wcześniej z książek i doświadczeń innych osób, ale co innego znać teorię, a co innego samemu o tym się przekonać.

 „Patrz, na swoje emocje, a raczej odczuwaj je w swoim ciele. Jeżeli jest oczywisty konflikt między nimi, a tym co pojawia się w umyśle – myśl będzie kłamać emocja powie ci prawdę.” – Autor Eckhart Tolle

Po odsłonięciu zakopanych emocji, zawsze okazuje się, że ponowne zdarzenie widzę zupełnie w innym świetle. Uświadomienie tego faktu powoduje, że toksyczny lęk wraz z innymi emocjami uwalnia się, a ja czuję niesamowitą lekkość i przypływ dużej energii.

Na to samo zdarzenie wykonuję czasem kilka podróży uczuciowej w czasie, w pewnych odstępach czasowych, bo jednorazowo uwalniają się tylko dwie emocje, czasem trzy. Najczęściej w jednym zdarzeniu jest wiele aspektów i zablokowanych wiele emocji.

Niektórzy twierdzą, że na pewne zdarzenie już terapię robili i nie chcą ponownie do tego zdarzenia wracać i to jest duży błąd. Dowodem na to, że nie odblokowali wszystkich emocji, jest niechęć do ponownego wejrzenia w przerabiane wcześniej zdarzenie.

Obecnie nie oczekuję jak dawniej, jakie po ekscytującej emocjonalnej podróży, w której coś zweryfikowałam, co zmieni się w moim życiu. Polegam na faktach i prawdzie, a ona zawsze zmienia na lepsze.

Delektuję się przypływem nowej energii i odczuwaną radością. Poddaję się całkowicie przeżywanym uczuciom i sile natury.

Irena

 

Reset zdrowia i życia

 

 

Co robić, jak spada jakość życia?

Zregenerować się po agresywnym leczeniu nieuleczalnej choroby jest naprawdę o wiele trudniej niż jej pokonanie, o czym przekonałam się osobiście.

Trudno uwierzyć, że mając w peselu 70+ i będąc po nieuleczalnej chorobie można odbudować jeszcze swoją jakość życia. Aby tak się stało najpierw musiałam uwierzyć, że sami zapraszamy do siebie choroby, więc i sami możemy wyrzucić, był to dla mnie jakiś sens.

Praktykując pracę ze swoimi emocjami, niejednokrotnie się przekonałam, jak dużo trudu musimy włożyć, aby zachorować. Może dlatego wydaje nam się, że choroba przychodzi sama, a może dlatego, bo tak chcemy wierzyć, bo tak dla nas wygodnie, bo usprawiedliwiamy nasze lenistwo, a może brakuje odwagi, by spojrzeć prawdzie na swoje życie?

Jeszcze niedawno na powyższe słowa reagowałam złością lub ignorancją. Pierwszy raz w prywatnej rozmowie o tym usłyszałam od lekarza i pamiętam, jak bardzo się z nim kłóciłam i uzasadniałam, że jest w błędzie, bo nikt przy zdrowych zmysłach nie funduje sobie cierpienia.

Obecnie uważam, że jest coś o wiele bardziej trudnego, niż pokonanie śmiertelnej choroby. Nieuleczalny rak, czy inne choroby pustoszą organizm niczym tornado ziemię przez które przechodzi. Do tego doliczyć uboczne skutki ciężkiej chemii i innego leczenia obrazuje jak po chorobie wyniszczony jest organizm i jak spada jakość życia. Zregenerować się po agresywnym leczeniu nieuleczalnej choroby jest naprawdę trudniej, niż jej pokonanie, niemniej jest to możliwe.

Mnie pewien naukowiec, po obejrzeniu mojej dokumentacji medycznej zaskoczył twierdzeniem; „patrząc przez co Pani przeszła, jest łatwiej uwierzyć w cud uzdrowienia, niż w to, że Pani organizm tak pięknie się zregenerował, po tak agresywnym ciężkim leczeniu, to jest trudne do wytłumaczenia, nie tylko z punktu widzenia naukowego”.

Wielu terapeutów z medycyny niekonwencjonalnej odmawia leczenia, jeśli przeszło się cykl agresywnej chemii, ze względu na fakt, że po dużej dawce chemii na raka, zostają nieodwracalne skutki uboczne, które nic nie może zregenerować. To tak jak nie może już odrosnąć uschnięta noga, czy zjedzona ręka przez rekina.

To wszystko prawda, ale należy pamiętać, że bardziej niż rak z agresywnym leczeniem niszczą organizm toksyczne schematy, oraz emocjonalne blokady. One niszczą organizm, bo nie pozwalają zdrowym komórkom normalnie funkcjonować, a jak się odblokuje, to te komórki ciągle są zdrowe i podejmują normalną swoją funkcję.

Paradoksalnie w tym właśnie była dla mnie szansa na odbudowanie jakości życia. Pozbywając się emocjonalnych blokad, odblokowałam zablokowane komórki mojego ciała i dałam im szansę na normalne funkcjonowanie, które zaczęły spełniać funkcje zamiast tych nieodwracalnie zniszczonych chorobą i leczeniem.

To tak samo jak w domu, zablokujemy dopływ prądu, czyli wyłączymy prąd, to na krótko nic się nie dzieje, ale po dłuższym okresie, zachodzić zaczyna reakcja łańcuszkowa – wyłącza się Internet, ogrzewanie, woda, podczas mrozów pękają rury z wodą, dom wilgotnieje, w tynki wchodzi grzyb, tynki odpadają. Czy to oznacza, że prąd jest zepsuty? Nie! Prąd tylko został zablokowany i przez długi okres czasu właściciel domu nie usunął blokady i prądu ponownie nie włączył. Po ponownym włączeniu, prąd zaczyna spełniać swoją funkcję, ale dom już wymaga często gruntownego remontu i dopiero pomału wszystko wraca do normalnego funkcjonowania.

Tak ja prosta kobieta w podeszłym wieku wytłumaczyłam sobie na prosty język cud odbudowania swojej jakości życia. Tak naprawdę, jak się głębiej zastanowić, to wszystko jest takie proste, dopóki naukowcy naukowo tego nie skomplikują. Jedno jest pewne, że coś zadziałało, bo fakty są niezaprzeczalne, mam lepsze zdrowie i lepsze życie, niż przed zachorowaniem. Byłoby cudownie, gdyby mi to przyszło łatwo i nie musiałabym przechodzić tyle trudu, a do tego zdobywać się na ogromną odwagę, by przeciwstawiać się stereotypowym osądom, nie tylko lekarzy, ale i wielu terapeutów.

Po większej części terapeuci nie chcą łączyć innego leczenia poza swoim tym jedynym wyjątkowym. A przecież przy remoncie domu potrzebujemy wielu wykwalifikowanych fachowców. Co z tego jak odblokujemy prąd, a nie naprawimy wodnej kanalizacji, to dojdzie do przecieków, do zwarcia i ponownej blokady prądu. A może przy przeglądzie okaże się, że należy jakieś zgniłe belki usunąć i zastąpić nowymi?

Na tym poziomie energetycznym w którym funkcjonujemy, uważam, że niezbędne jest korzystanie z pomocy lekarskiej różnej specjalności, oraz osiągnięć medycznych, a praca z emocjami może nam pomóc w doborze właściwego lekarza i skuteczniejszym leczeniu.

Odbudowując swoją jakość życia łączyłam wiele terapii oraz leczenie akademickie z pracą nad swoimi emocjami, które niewiarygodnie podnosiły efekty kuracji i leczenie. W zdumienie popadali nie tylko lekarze, ale i terapeuci, u których brałam terapię/masaż kręgosłupa/, że ich kuracje dają aż takie efekty, bywało, że ktoś się wygadał, że takie niesamowite efekty widoczne są tylko u mnie. Niestety nikogo to nie interesuje, co ja dodatkowo stosuję, aby były takie cudowne pozytywne skutki.

I muszę przyznać, że bardziej lubię łączyć pracę z emocjami z leczeniem u wybranego dobrego lekarza, niż u terapeutów. Lekarz mówi o pozytywnych skutkach i o nic nie pyta, a ja się cieszę i też nic nie mówię. Przez lata do takiej cichej jednostronnej współpracy przywykłam, bo wiem, że lekarze muszą przestrzegać swoich medycznych procedur, co wcale nie znaczy, że nie ma wspaniałych lekarzy, tylko trudno do nich trafić. By trafić do odpowiedniego lekarza, w tym również pomaga zmiana życiowych schematów i przekonań.

Sama korzystałam z osiągnięć medycyny akademickiej i łączyłam terapię z emocjami z każdym innym leczeniem. Wielokrotnie było i tak, że uwalniając się z toksycznych emocji dolegliwości zdrowotne często same znikały razem z chorobą, to wówczas się cieszę, że nie muszę już iść do lekarza i to wszystko.

Jeśli już muszę iść do lekarza, to przyznaję uczciwie, że już od lat nie realizuję wypisywanych recept, bo nie ma takiej potrzeby, a lekarze niekoniecznie muszą o tym wiedzieć. Czasem mówią mi, o! jak ten antybiotyk ładnie zadziałał, proszę przyjmować silniejszą dawkę, bo z czasem działanie na chorobę słabnie. Nie mogę im powiedzieć, że żadnego antybiotyku nie brałam, tylko stosowałam swoją terapię.

Prawda jest też taka, że dotrzeć do emocji, która jest fundamentem choroby jest bardzo trudno i czasem brakuje na to sił, szczególnie jak człowiek już jest bardzo chory, wówczas fajną alternatywą jest wspomaganie leczenia przez odpowiedniego lekarza. Łatwiej jest pobierać kroplówki i wspomagać działanie leków niż dawać duży umysłowy wysiłek w uwalnianiu toksycznych schematów.

Czasem dzięki terapii emocjonalnej trafiam do odpowiedniego lekarza o odpowiedniej specjalności w odpowiednim czasie. Po usunięciu toksycznego życiowego schematu życie naprawdę staje się łatwiejsze.

Powtórzę kiedyś zasłyszaną anegdotę: Pewien człowiek bardzo wierzący w Boga długo modlił się o uzdrowienie i głęboko wierzył, że tak będzie. Więc kiedy przyszedł do niego lekarz z propozycją leczenia, on odmówił twierdząc, że się modli i wierzy, że Bóg go uzdrowi. Podszedł do niego inny lekarz o bardzo wysokiej specjalizacji i zaproponował pomoc, argumentując, że umrze, jeśli tej pomocy nie przyjmie, on również odmówił twierdząc, że się modli i głęboko wierzy, że Bóg go uzdrowi. Po tygodniu podszedł do niego chirurg proponując ostatnią deskę ratunku jako wykonanie operacji natychmiastowej, bo inaczej umrze. On również odmówił operacji ratującej życie, twierdząc, że się modli i głęboko wierzy, że Bóg go uzdrowi. Niestety jeszcze tej nocy zgodnie z rokowaniem lekarzy chory zmarł. Kiedy chory będąc po tamtej stronie stanął przed obliczem Boga, zapytał się – Boże, dlaczego mnie nie uzdrowiłeś ja tak się modliłem i Ci wierzyłem? Pan Bóg odpowiedział mu – wysłuchałem modlitwy i Ci pomagałem, ale ty każdą moją pomoc odrzucałeś. Wysłałem ci jednego lekarza, Ty odmówiłeś, wysłałem ci wysokiej klasy specjalistę, Ty odmówiłeś, wysłałem ci dobrego chirurga, który jeszcze mógł Ci uratować życie, Ty odmówiłeś. Wielokrotnie moją pomoc odrzucałeś!

Dla mnie pozbycie się raka płuc, zresetować wszystkie spustoszenia po raku i chemii, uwolnienie się prawie od wszystkich alergii, od astmy oskrzelowej, choroby sercowej, a nawet wieloletnich okropnych dolegliwości kręgosłupa jest czymś bardzo realnym, bo przez to przeszłam, że często wydaje mi się takie normalne.  Te choroby naprawdę we mnie były, a teraz ich nie mam, więc to musiało być bardzo proste i łatwe do wyleczenia, bo inaczej mnie zwyczajnej prostej kobiecie by się nie udało.

Już dzisiaj nie pamiętałabym jakie miałam blokady, przekonania i jakie życie, gdyby nie prowadzone pamiętniki. Po ich przejrzeniu i skonfrontowaniu z dokumentacją medyczną widać jak stan zdrowia bardzo mnie się poprawił nie tylko ze spustoszeń po raku. Człowiek do dobrego szybko się przyzwyczaja i myśli, że tak musi być, że tak się samo ponaprawiało, ale to nieprawda, tak jak nic samo się nie zepsuło, tym bardziej samo się nic nie naprawi.

Człowiek docenia zdrowie jak je utraci, jak z trudem odzyskuje zdrowie bardziej je ceni, ale po krótkim czasie zapomina, nie chce się pamiętać co było jego utratą. Dopiero jak przejrzy się dokumentacje medyczną i zapisane pamiętniki uświadamia sobie ogrom wysiłku, oraz jaki niebywały został osiągnięty sukces w temacie zdrowia.

Po wielu doświadczeniach, jeśli zachodzi potrzeba, aby coś z siebie wyrzucić, zawsze pomna jestem, że skoro dałam tyle trudu i zaprosiłam chorobę, to dam radę udźwignąć ponownie ten ciężar, by go z siebie wyrzucić. Jak uważacie, czy to ma sens?

Wszystko jest w nas i wiele zależy od nas, ale czy wszystko naprawdę zależy od nas?

Irena

 

 

 

 

Wojna dwóch światów

       Mali terroryści

Nie wiecie do czego może doprowadzić nadopiekuńcza matka. Jeszcze nie spotkałam nadopiekuńczej matki, która po latach by przez swoje dzieci nie płakała, a już trochę na tym świecie pożyłam.

Najbardziej do drastycznych sytuacji dochodzi w rodzinach wielopokoleniowej, w której dzieci są traktowane na specjalnych zasadach. Tą zasadą jest – radość dzieci jest bezcenna i nikt więcej się nie liczy.

Dzieci doskonale potrafią wykorzystać tą słabość matki i zwyczajnie bawią się kosztem innych. Dokładnie to radość czerpią swoją zabawą tylko wówczas, jak ich zabawa stresuje kogoś innego. Początkowo praktykują na swoich rówieśnikach, później na słabszych, aż w końcu na dorosłych. Na uwagę, że stresują swoją zabawą innych, momentalnie jest atak nadopiekuńczej matki ze słowami-„nie zabijaj w moim dziecku radości”!

Taką ulubioną osobą do denerwowanie swoją zabawą jest babcia i dziadek.  Zawsze łatwo zganić na brak cierpliwości, ze względu na podeszły wiek. No a z tego powodu mojemu dziecku nie będę zabijać radości z zabawy, tłumaczy sobie wiele matek.

One nie chcą zobaczyć, że jej kochane dziecko nie cieszy się zabawą, tylko tym, że niewinną zabawą potrafi każdemu dokuczyć, a matka nie zarzuci mu jego winy. Jak to! Przecież nic złego nie robi, tylko się niewinnie bawi! Czyżby?

To, dlaczego jak nikogo przed jego oczyma nie ma, to ta zabawa go nudzi i to wcale nie chodzi o skupienie na nim uwagi.

Przed laty tak było z synami „Y” i ich kochaną babcią. Widziałam, jak cieszyli się podając babci kapcia ich pieskowi, a ona biedna jak tylko się nachyliła, to piesek zanosił synkowi, który mu rzucił, a to był młody piesek ukochany ulubieniec wszystkich. Matka z ojcem cieszyła się razem z nimi. Jak w końcu babcia swojego kapcia dorwała, to zaśmiewali się jak na metr po niej skacze i szarpie jej ubranie. To wszystko działo się na oczach jej kochanej córki, a matki tych chłopców. Babcia mi mówiła, że jak podarowała te kapcie pieskowi do zabawy, to ani chłopcy, ani piesek nimi się już nie bawili, tylko ponownie, te jej nowe kapcie przerzucali czasem do siebie, a czasem jak poprzednio do pieska. Niebawem babcia odeszła w zaświaty, a chłopcy już podrośli i niestety swoją zabawę w dokuczanie nadal kontynuowali, tylko stosowali jeszcze bardziej wyrafinowane sposoby na ojcu, a później na swojej matce, ale to już matkę nie cieszyło, tylko sprawiało ogromny ból. Chłopcy jako dorośli tak samo uważali, że nic złego nie robią, tylko doskonale się bawią np. zapraszając do ich wspólnego mieszkania bandę narkomanów. Niestety policja często interweniowała i była bezskuteczna. Ta historia zakończyła się dramatem, słyszałam, że siedzą w więzieniu za zabicie swojego ojca pod wpływem narkotyków.

Pewna babcia opowiada mi, że ma wspaniałych wnuków i super by się z nimi mieszkało, gdyby nie ich złośliwe zabawy, które bardzo ją stresują. Córka uważa, że dzieci nic złego nie robią, tylko doskonale się bawią np. z pieskiem prowokując go do niemiłego warczenia, to nic, że akurat wówczas, kiedy babcia, lub dziadek się relaksuje kawą, lub oglądają swój ulubiony serial.

Przecież to są już nastolatki i mogliby z pieskiem się bawić w swoim pokoju, lub ogrodzie. Niestety, matka nie chce wiedzieć, że oni tylko dlatego z tym pieskiem się bawią, bo cieszy ich dokuczanie babci i dziadkowi. Kiedy zostawiają ich z bawiącym się pieskiem, to automatycznie kończą swoją zabawę. To nie chodzi o skupienie uwagi, przekonałam się, opowiada dalej babcia, jak ze znajomą oglądaliśmy film, to oni zeszli na dół i przed TV zaczęli pokaz dziwnego swojego tańca z wrzaskiem i głośnym śmiechem. Jak znajoma dołączyła do nich i zaczęła tańczyć podobnie jak oni, to od razu przestali, wnuczka zaczęła skakać po kanapie i zaraz sobie poszli. Nie dali się uprosić na dalsze tańce ani wtedy, ani później. Przestały ich cieszyć głośne tańce jak nas nie stresowali. Wnuk uwielbia dawać się lizać swojemu pieskowi po ustach i całej twarzy, z głośnym śmiechem, ale tylko wówczas, kiedy robi to przy mnie, jak odchodzę to automatycznie zabawę kończy. On wie, że jestem obrzydliwa i stosuje to najczęściej, kiedy ja coś jem, lub przy kawie. Córka uważa, że on w taki sposób pokazuje pieskowi miłość, a ja uważam, że jest zwyczajnie złośliwy wobec mnie.

Ona brzydzi się pająków, ciekawe jakby się zachowała, jak by ktoś na stole jak je ciasteczko i się delektuje, przed jej talerzem bawił się pająkami!

Takich przykładów mogłabym podawać wiele, zastanawiam się tylko po co? Przecież te matki nic nie zrozumieją, bo też są ofiarami złośliwej zabawy swojego rodzeństwa. To nie ma znaczenia, czy jest starsze, czy młodsze, są złośliwe w zależności kogo matka chroni. Czasem chroni starsze, bo jest dumna, jak syn chce się odegrać na młodszej, to ją na przykład nie bije, tylko jej ukochanego misia. Najczęściej matki chronią młodsze, że to niby słabsze, ale mając wsparcie matki i ojca, nie chcą zauważyć, że taki maluch rośnie w siłę, a ten starszy staje się bezsilny i zabijają w nim własne poczucie wartości. Raczej w dawnych czasach, ten problem nie dotyczył seniorów, bo dzieci oddawały im należny szacunek i żadne dziecko nie odważyło by się głośno bawić nie upewniając się, czy dorosłym to nie przeszkadza.

Apeluję do zaborczych matek dla ich własnego dobra, zastanówcie się, czy naprawdę chronicie swoim pociechom ich radość życia, czy zamiast tego nie torujecie im drogi do bezwzględnej złośliwości?

Irena

 

 

Przeszkadzała Mamie

 

Czy wiecie, że opiekunowie i rodzice niechcący programują swoim dzieciom toksyczne przekonania, które mają wpływ na całe ich dorosłe życie?

Każde dziecko chce być dobre i kochane, to dlaczego tak nie jest?

Właśnie dlatego, że czasem takie pragnienie dziecka doprowadza do toksycznych przekonań i życiowych dramatów.

Tak było właśnie ze mną, podczas terapii byłam zszokowana jak zobaczyłam co było przyczyną mojego programu uzależnienia psychicznego.

Okazało się, że mając niecałe trzy latka, poczułam się od Matki odpychana. Pewnego razu   usłyszałam, jak chwali moją kuzynkę Marysię, że jest taka usłuchana/czyli dobra/, cicha jak by jej prawie nie było, ciocia tylko przytaknęła, dodając, że jest cicha, ale bardzo kochana.

Malutka Irenka nie wiedziała, że powodem braku zainteresowania Mamy jest urodzony mały braciszek, który był słaby i chory. Podjęła walkę o miłość Matki postanowieniem bycia posłuszną i cichą.

Od tego momentu    w okresie wczesnego dzieciństwa zaczęła realizować pragnienie bycia kochaną, słuchając wszystkich dorosłych.  Nawet swojego 11 letniego kuzyna sierotę wojenną wziętego na wychowanie, który w ramach pomocy małą Irenką się opiekował.  

On dla dobra Mamy nie pozwalał mi się malutkiej Irence zbliżyć i zwrócić się do Mamy o nic, nawet o podanie picia, a sam niczego nie chciał mi podać. Piłam i jadłam, kiedy byłam zawołana, a jak leciałam do niej, to kuzyn mnie odpychał, podstawiał nogę, a nawet bił, krzycząc, bekso bądź cicho, bo przeszkadzasz Mamie.

Uważałam, że ma rację, nie wolno zachowywać się głośno, czyli ani płakać, ani się śmiać, skakać i tańczyć, bo obudzę chorego braciszka.  Podstawowe potrzeby i prawa stały się w oczach małej Irenki złe, a dla opiekunów niewygodne.

W takich chwilach uciekałam do starego pokoju/nie zamieszkały/ i chowałam się do dużego kufra, aby tam cichutko sobie popłakać i głaskać obolałe miejsca.

Próbowałam później kuzynowi tłumaczyć, że nie chciałam Mamie przeszkadzać, tylko aby podała mi picie, albo że się skaleczyłam i by opatrzyła skaleczenie. Zawsze odpowiadał, że jestem niezdarą i tylko przeszkadzam Mamie. Wpędzał mnie w poczucie winy i wstyd, jak mogłam się tak zachować. Tym bardziej, że zauważyłam, że jak krzyczał n „nie przeszkadzaj Mamie”, to rodzicom się jego zachowanie wobec mnie podobało.

Mnie było żal Mamy, bo nie ma na nic czasu, Ojca, że ciężko pracuje i kuzyna, bo wojenny sierota, tylko ja miałam wszystko, rzekomo nic mi nie brakowało, poza jednym faktem, czułam się niepotrzebna, odepchnięta, które z czasem urosło do bycia nieważną i nic wartaną.

Nikt nie zdawał sobie sprawy, ani z dorosłych, ani ja przez 50 lat, że właśnie w powyższy sposób zaprogramowałam sobie program uzależnienia psychicznego.

Kiedyś pisałam w swoich pamiętnikach, że jak zachorowałam na raka, nie wiedziałam dlaczego prześladowały mnie słowa ” Nie przeszkadzaj Mamie”  i  przekonanie  „muszę odwdzięczyć się Mamie”.

Splot zachowań moich opiekunów spowodował u mnie przekonania, że muszę być wobec innych szczera do bólu i o wszystko co chcę zrobić muszę zabiegać o akceptację kogoś innego, jak kiedyś swojego kuzyna, który decydował, kiedy nie przeszkadzam Mamie.  Z perspektywy czasu spostrzegłam, że zawsze mądrzejszy był ktoś kto mówił pewnie i stanowczo, co wcale nie oznaczało, że mądrze.

Paradoks polegał na tym, że moja Mama wspominając nasze dzieciństwo, zawsze twierdziła, że byłam trudnym dzieckiem i sprawiałam więcej problemów, niż pięciu chłopaków. Nie wiem, dlaczego pięciu, ale tak mówiła.

Do niedawna takie twierdzenie Matki sprawiało mi przykrość, bo pamiętam, że zawsze starałam się z całych sił być dobrą kochaną córką i kochałam swoją Matkę nad życie.

Dzisiaj rozumiem, dlaczego tak było, nie mogło być inaczej, bo postępowałam nie tak, jak podpowiadało mi moje serce i mój rozum, tylko słuchałam   zaufanych osób wskazanych najpierw przez Rodziców jako mądrych, a później przez środowisko.

W szkole średniej obrywało mi się, jak coś zrobiłam za radą mojej   przyjaciółki, którą moja Mama uważała za najmądrzejszą na świecie, ale moich tłumaczeń nikt nie słuchał. W taki i podobny sposób utrwalałam w sobie lęk przed podejmowaniem decyzji.

Doszło do tego, że przestałam podejmować decyzje sama, zaczęłam słuchać czyichś poleceń lub akceptacji, a dopiero później udowadniałam swoje racje, niestety, ale już bezskutecznie.

Tak również było w   dorosłym życiu, podobnie jak w dzieciństwie nie broniłam swoich racji, tylko   słuchałam poleceń osób przez środowisko uznawanych jako mądrych. Zamiast w sobie, szukałam też w nich akceptacji i bezpieczeństwa.

Skutkowało to tym, że trafiając na fałszywych szefów i innych fałszywców udowadniałam im, że jestem lojalna i uczciwa. Oni bez żadnych skrupułów okradali mnie z czasu wolnego, a nawet z pieniędzy nic mi nie udowadniając, tylko wskazując na mnie, że to moja wina.

Nic dziwnego, że trafiłam również na despotycznego męża, bo uaktywniony syndrom uzależniający przyciągnął do mojego życia despotę. Skąd miałam wiedzieć, że to odczuwane przeze mnie przyciąganie nie jest miłością jak   myślałam, tylko przyciąganie toksycznego uzależnienia. To tak, jak pijak zawsze trafi do pijących wódę nie wiedząc, gdzie są, jak by miał w sobie nawigację.

Dałam przyzwolenie byłemu mężowi całkowicie kierować i rządzić swoim życiem, jak kiedyś w dzieciństwie oddałam swoje prawa starszemu kuzynowi, który mnie szturchał, bił abym była cicho dla dobra Mamy. Tak naprawdę ze swoich obowiązków opiekuna się nie wywiązywał, a rodzice tego nie zauważali.

Tak się działo w moim życiu, bo moi opiekunowie chcieli widzieć w Małej Irence dobre posłuszne dziecko. Nie byli świadomi, że torują jej trudną drogę do dalszego życia.

Paradoks polega na tym, że syndrom uzależniający powstał dlatego, że właśnie mała Irenka była bardzo posłuszna i bardzo chciała być kochana.

Irena

 

 

    

Jak spowolnić starzenie?

 

4 symptomy obaw przed starością według Napoleona Hill to:

1.Przedwczesne zwolnienie tempa życia – to błędne przekonanie, że potencjał zmniejsza się z wiekiem

2.Przepraszanie za swój wiek – należy wyrażać wdzięczność za wiek mądrości i zrozumienia

3.Tłumienie inicjatywy – traci się inicjatywę, jeśli bezpodstawnie wierzy, że jest się za stary

4.Udawanie kogoś młodszego – nawyk naśladowania sposobu ubierania młodych

 

 

 

 

Nie wiem, ile mi dane będzie pożyć, ale tego nie wiedzą nawet młodzi i tak naprawdę nie wie tego nikt, więc z tym tematem sobie odpuściłam. Kto mnie seniorce siedemdziesięcioletniej zabroni zakładać, że będę żyła np. 100 lat?

Jestem seniorką, pozbyłam się raka płuc i wielu chorób, a teraz planuję ogromną zmianę swojego życia, czy dam radę?

Czy mogę spowolnić proces starzenia się?

Pierwsze co zrobiłam, to zadałam sobie pytanie, czy mogę myśleć o przyszłości jak skończyłam 71 lat?

Eckhart Tolle pisze – Przyspieszasz procesy starzenia się gromadząc przeszłość w swojej psychice.

Zdecydowanie jest w tym zdaniu zawarta mądrość, bo jeśli naprawdę chce się coś jeszcze przeżyć, to nie mogę trzymać się przeszłości, której już nie ma.

A może już tylko zostało mi żyć życiem swoich dzieci? Cieszę się ich radością, ale to za mało, aby żyć swoim życiem, nie obciążając bliskich i nie przyspieszając procesu starzenia się, wystarczy, że prawo grawitacji zrobi swoje, nie muszę w tym pomagać, a będę, jeśli nic nie będę robić, tylko siedzieć i narzekać, że Panu bogu starość się nie udała.

Odpowiedź przyszła, że jak najbardziej tak, tylko muszę wziąć pod uwagę obecne zasoby jakimi dysponuję. Przeanalizować dokładnie swoje zdrowie i czym dysponuję, jakimi środkami materialnymi.

Następne pytanie sobie zadałam co chcesz Irena przez te 30 długich lat robić?

I po tym pytaniu zaczął się problem i miałam trochę pod górkę.

Biorąc pod uwagę swoje zasoby, to jakkolwiek to zabrzmi, głupotą by było jakbym nie brała pod uwagę swoich sukcesów zdrowotnych, bo jak by nie było dało mi to dużą dawkę doświadczenia, wiedzy i praktykowania wieloletniego w temacie zdrowia. Wszyscy się zgodzą, że każda choroba przyspiesza starzenie ciała, a więc trochę mam z głowy.

Jestem praktykiem i rozwiązywałam problemy niemożliwe do zrealizowania, a najważniejsze, to osiągnęłam lepsze zdrowie, a to najważniejszy sukces na pewno jest, ale czy najtrudniejszy?

Dla mnie obecnie trudnością jest osiągnąć większe zasoby finansowe, bo niska emeryturka nie wystarczy do zrealizowania nowych marzeń.

Póki co wzięłam się za planowanie przyszłego życia na 1- rok ; na 2- lata; na 5- lat; na 10;  a 20 i 30 lat tylko tak ogólnie.

Przy szczegółowym planowaniu zrobiłam rozeznanie, czym dysponuję poza doświadczeniem?

Dzieci już mieć nie będę – bo po co? Spełniłam się jako Matka. Więc nie będę wyznaczać cele jako 30 lub 40 latka, bo to mi już nie potrzebne.

Mam małą emeryturkę, ale aby wyjść z domu potrzebne są pieniądze. Nie na darmo jest przysłowie ”kto nie ma miedzi, to niech w domu siedzi”.

W czym się nie spełniłam, a mogę to zrobić bez względu na wiek?

Po przemyśleniu postawiłam sobie 30 celów i 70 marzeń, wszystkie ładnie wypisane powiesiłam na drzwiach w szafie.

Wszystkich celów nie ujawnię, aby nie zapeszyć, ale jeden cel który obecnie realizuję, to niezależność finansową, która jest niezbędna do realizacji następnych marzeń.

Cel i marzenia okleiłam zdjęciami na swojej tablicy marzeń, a przy każdym celu w punktach wypisałam cel i plan działania, bo bez tego się nie ruszę z miejsca.

Moim pierwszy krokiem w działaniu było poszukać sobie mentora, jak zdobyć wolność finansową bez względu na wiek. Poszukałam i już mam odpowiedniego – jest nim wspaniały Fryderyk Karzełek. Prowadzi obecni klub 555 i co dzień rano motywuje chętnych do działania, daje wartości potrzebne na drodze do niezależności finansowej. Sam przeszedł ogromną drogę od upadłości do dużych pieniędzy i teraz uczy chętnych jak tego można dokonać – chętnym serdecznie polecam #klub 555 Fryderyk Karzełek.

Powiem szczerze, że nie wiem, czy dam radę, potrzebuję dużo miłości i dużego wsparcia, abym w swoich celach wytrwała.

To dla mnie trudniejsze nawet, niż pokonanie raka płuc i inne przewlekłe choroby. Dałam sobie naprawdę trudne wyzwanie – muszę się wiele uczyć, bo teraz biznes robi się dzięki informatyce, a ja jeszcze 3 lata temu ledwo potrafiłam ze strachem włączyć komputer i pomyśleć, że 15 lat temu miałam ogromne zaniki pamięci. Dużo daję z siebie, siedzę przy komputerze parę godzin dziennie, uczę się kręcić filmiki i je montować, wkręca mnie to, tak bardzo, że już nic innego mnie nie interesuje, ale to bardzo trudne i naprawdę ciężkie, czasem myślę, że sobie chyba odpuszczę.

W działaniu cel mi się nie zmienia, ale plany co róż doskonalę i trochę zmieniam. Wynika to z tego, że w działaniu napotykam na problemy, które wymagają natychmiastowego rozwiązania.

Największe problemy napotykam sama z sobą, ze swoimi starymi nawykami i samodyscypliną. Do tej pory stare nawyki były dobre, ale teraz nie pasują do nowych wyzwań.

Absolutnie nowe do starego nie pasuje./ Oczywiście to brzydkie słowo starego dotyczy nawyków/

Aby zrealizować nowy cel i nowe marzenie, wiem, że jeśli nie dokonam zmian w sobie, to nie dam sobie szansy na zrealizowanie postawionych marzeń.

Proszę o miłość i wsparcie wszystkich, którzy mi dobrze życzą, bo bardzo od Was moi drodzy tego potrzebuję, dlatego serdecznie proszę o polubienia, kciuk w górę i serduszka.

Pozdrawiam wszystkich z MIŁOŚCIĄ.

Irena

 

 

 

Kiedy życie przemija

 

 

 

Kiedy się planuje i w ogóle myśli o przyszłości? Oczywiście za młodu i niekoniecznie wszyscy, są piękni i młodzi, którzy żyją bez celu, aż do emerytury.

Jeszcze jak się ma 50+ to stawia się nowe cele jeśli stare nie wypaliły, coś się planuje, ale jak się pójdzie na oczekiwaną emeryturę, to przestaje się o przyszłości tak konkretnie myśleć. Ogólnikami się kwituje, że teraz już tylko potrzebuję zdrowia i spokoju.

Natura nie lubi próżni, więc czym tą lukę seniorom wypełnia?

A – życiem dzieci

B- życiem wspomnieniami, czyli przeszłością.

I tutaj popełnia się największy błąd i ja tego błędu popełnić nie chcę.  Naukowo zostało udowodnione, że trzymając się przeszłości, lub żyjąc życiem innych przyspiesza się proces starzenia, a demencji starczej chciałabym uniknąć, już miałam zaniki pamięci, ten koszmar jest mi znany i nigdy więcej takiej powtórki.

O tym każdy może się przekonać, obserwując starsze osoby, których dopadła starość – pamiętają dobrze zdarzenia z przed 20 laty, a zapominają co robili dwie godziny temu. Przed demencją zaczyna się zwykle od tego, że przestaje się mieć swoje cele, a obecność straszy samotnością i by jej nie odczuwać ratunkiem są wspomnienia, czyli życie przeszłością.

Niestety ta część mózgu odpowiedzialna za obecność i przyszłość nieużywana zanika podobnie jak każdy nieużywany mięsień.

To wszystko prawda, tylko co robić, jak się ma 70+, jakie wyznaczać sobie cele? Jaką planować przyszłość?

Życia bez przyszłości doświadczyłam wcześniej, jak znalazłam się między śmiercią, a życiem w cierpieniu. Miało to miejsce jak zachorowałam na nieuleczalnego raka z diagnozą nieleczony 5 tygodni życia, a leczony 6 miesięcy.

Dane mi było stanąć przed wyborem, co zrobić z końcówką uciekającego życia? Żyć jak do tej pory, zażywać środki przeciw bólowe i udawać, że raka nie ma? Miałam duże zaniki pamięci, ale jak mi wracała to nie mogłam pozwolić, by rak pożerał mnie żywcem bez żadnych przeszkód.

Podjęłam decyzję walki, a resztę pomogła mi córka. Powiedziała mi, że damy radę, Mamo nie jesteś sama, jestem z Tobą z całym sercem pomogę w tej nierównej walce. Skoro na całym świecie na ten typ nie ma leku, to postanowiłam, że skoro muszę umrzeć, to on padnie razem ze mną, ja nie mam nic do stracenia, przecież i tak umieram to mogę wypróbować na sobie różne metody znane na świecie, ale nie stosowane przez lekarzy. Tak jak postanowiłam, zgodnie z planem robiłam, bez obaw, bo co już może zaszkodzić umierającej?

Wszystkie cele, wszystkie marzenia, które były nie zrealizowane wyrzuciłam jako nieaktualne i aby za nimi nie mieć żalu, wstawiłam od razu nowe cele i nowe marzenie. Może dla patrzących z boku może wydawać się koszmarne przygotowanie do śmierci, ale nie dla umierającej. Dla mnie koszmarem było przejść na drugą stronę z uczepionym „demonem” w środku.

Głównym celem stało się osłabić raka, a wzmocnić swoje siły i odporność, ile będzie to możliwe.

Miałam tylko jedno marzenie, znaleźć różne inne sposoby na raka nie rezygnując z leczenia akademickiego.

W tym okresie całkowicie skupiłam się tylko na tym jednym celu i jednym marzeniu. Ze swojego życia okresowo całkowicie wyłączyłam TV i czasopisma. Robiłam tylko wszystko to, co może podnieść moją odporność albo trochę osłabić raka.

Tym wyborem strzał okazał się w dziesiątkę, chociaż walka była bardzo męcząca i bardzo długa, bo około pięć lat walczyłam ze wznową.

W okresie walki wypraktykowałam, że kiedy chwilowo poddawałam się magii wspomnień miłych chwil z przeszłości, automatycznie wzbudzałam za nimi tęsknotę i żal, że umieram i już podobnych chwil nie przeżyję więcej. Profesor onkolog Bruce Lipton w książce pisał, że takie tęsknoty i żale, to doskonałe środowisko dla raka wątroby, a kręgosłup też tego wszystkiego nie byłby wstanie udźwignąć i rak tylko na to czekał, a ja powiedziałam sobie, nie doczekanie twoje.

Rakowi nie dawałam sposobności, by nabierał sił, tylko brałam się za wzmocnienie swoich, różnymi sposobami. Spacery, medytacje, dieta, terapie uwalniające mnie z toksycznych schematów i przekonań były bardzo uciążliwe, ale podnosiły odporność.

Nowe cele, nowe marzenia, a za nimi odpowiednie działania doskonale po pewnym czasie zahamowały rozwój choroby.

Tak naprawdę to mogło się wydawać, że zostałam bez przyszłości, bo skończyła się przyszłość ze starymi celami i marzeniami który, ten rozdział życia rak na zawsze zamknął. Śmiertelna choroba na zawsze zmienia całe życie, tylko tak naprawdę to dotychczasowe, bo Pan Bóg jak zamyka jedne drzwi, to otwiera drugie, tylko trzeba je dojrzeć i użyć sporo sił, aby je otworzyć.

Będąc pozbawiona realizacji przyszłości z celami i marzeniami z przed diagnozy, postawiłam sobie nowy cel, nowe marzenia zgodne z sytuacją, zgodne z faktami jakimi mi przyszło być otoczoną – czyli; rakiem, krótkim czasem, małymi możliwościami finansowymi, ale dużym wparciem córki. To były bardzo skromne zasoby, ale były i według tych zasobów stawiałam cele i marzenia.

Moją przyszłością stało się pokonać raka i przygotować się na przejście na drugą stronę na tyle, aby spokojnie opuścić naszą stronę życia, tak jak kiedyś widziałam to u swojej kochanej Mamy.

Już sama decyzja, nowe cele, nowe marzenia dały mi automatycznie od razu dużą dawkę energii co uwidoczniło się jednocześnie lepszymi wynikami przy badaniach lekarskich. To z kolei podnosiło mi wiarę, że moje działania walki z rakiem mają sens.

Wzmocnienie wiary bardzo mi było potrzebne, bo wiele osób łącznie z lekarzami twierdzili, po co się torturuję, lepiej abym starała się ostatnie dni spędzić spokojnie z bliskimi, choćby na miłych wspomnieniach. Niektórzy moje lepsze samopoczucie zganiali na psychikę, czyli iluzję, wiedząc, że mam zaniki pamięci, kiwali z politowaniem głowami, co ona z resztką swojego życia wyprawia?

Tylko moja córka i ja wiedzieliśmy swoje i tych uwag nie braliśmy pod uwagę, mimo wszystko, milcząco dalej realizowaliśmy wytyczony cel.

Z tego okresu wszystkie moje cele zrealizowałam, a marzenia się spełniły z nawiązką, bo zakładałam, że raka uśmiercę razem z sobą, a okazało się, że ja w tej walce przetrwałam, a on padł i już się nie podniósł więcej.

Powyższy bagaż doświadczeń przydał mi się, kiedy skończyłam kolejną już siódmą dziesiątkę.

Co zrobiłam? Jak zaplanowałam sobie dalsze życie? Moi kochani, jeśli was to interesuje, to zapraszam na następny post.

Irena

 

Przekorny los

 

   Co zniszczyło szczęśliwy związek?

 Jak skończyłam 65+  dopiero zaczęłam pomalutku jako kobieta się spełniać, ale zanim się tak stało, to przez wiele lat brałam życiowe lekcje, dlaczego tak długo? Może można było swoje lekcje odrobić wcześniej? Jak Wy moi drodzy uważacie?

Marzyłam, aby być zdrową, ładną i bogatą, a byłam chorowita, brzydka i biedna.

Dlaczego marzenia nie zawsze się spełniają?

Szłam przez życie upadając i podnosząc się, z nadzieją, że coś się kiedyś dobrego i mnie przytrafi, że los się do mnie też uśmiechnie, a spotykały mnie tylko rozczarowania.

Na szczęśliwy los nie liczyłam, bo uważałam, że nie mam szczęścia i tak było. Gdyby było losowanie komu przypadnie najcięższa praca, to taki los na pewno bym wylosowała. Natomiast nigdy pieniędzy żadnych nie wygrałam ani w spadku nie otrzymałam.

Zgodnie z ludowym przysłowiem, ”że oszczędnością i pracą ludzie się bogacą” całe życie tyrałam jak osioł, by wyjść na prostą z biednej rodziny. Sumiennie odkładałam każdy grosz na konto PKO w banku Polskim, ale w okresie inflacji wszystkie oszczędności przepadły.

Jednak był taki moment w moim życiu, że poczułam sercem i całą sobą swoje wymarzone szczęście.

Mnie się nie wydawało, tylko byłam pewna, że od pewnego dnia będę żyła długo i szczęśliwie.

Było to dawno temu, ale są chwile, które nigdy się nie zapomina i ja która uważałam siebie za takie nic, takie chwile przeżyłam.

Pewnego zwyczajnego dnia będąc młodą dziewczyną, jak zwykle poszłam z koleżanką do kawiarni na kawę. Przy wejściu okazało się, że nie ma wolnych miejsc, gdy zamierzałyśmy z tego powodu wyjść, podeszło do nas dwóch eleganckich młodych panów i zaprosili nas do swojego stolika. Jednemu z nich od razu przypadłam do gustu i z mojej strony było podobnie. Od samego początku wydawało mi się, że znamy się jakby od dawien dawna.

Tak zaczęła się ta cudowna gra z przyszłym moim mężem i ojcem moich dzieci.

Nasza znajomość początkowo koleżeńska szybko przerodziła się w wielką miłość. Był obiektem zazdrości wszystkich moich koleżanek. On wykształcony, przystojny młody inżynier z nowiutką skodą – co w tamtych czasach było mało spotykane, by młody człowiek miał taki ładny samochód i dobrze płatną pracę. Czułam się jakbym spotkała prawdziwego księcia na białym koniu.

Ja też nieźle zarabiałam jako księgowa w banku z perspektywą otrzymania niebawem służbowego mieszkania w wojewódzkim mieście, tak że nikt nie mógł mi zarzucić, że zakochałam się w jego kasie.

On był prawdziwym dżentelmenem i zawsze za wszystko płacił, nawet opłacał nasze wspólne podróże po Polsce, bo wojaże zagraniczne zostawiliśmy na potem. Ja się przed jego pieniędzmi wzbraniałam, ale on twierdził, że pieniądze jemu nie są potrzebne, a mnie przydadzą się bardziej. Trudno było zaprzeczyć, mimo wysokich zarobków potrzeb miałam sporo, bo wszystkiego musiałam dorabiać się sama.

Spotykaliśmy się dość często, a czas wspólny upływał nam szybko, bez względu na to, co razem robiliśmy. Czasem długie godziny siedzieliśmy przy herbatce w kawiarni, czasem chodziliśmy do kina, teatru, wspólnie planowaliśmy swoje urlopy, które zawsze dla nas były udane, bez względu, gdzie byliśmy i bez względu na pogodę, ważne, że razem.

To naprawdę był piękny i szczęśliwy okres w naszym życiu. To co się stało?

Przecież nic nie stało na przeszkodzie, abyśmy wiedli długie i szczęśliwe życie! Dlaczego stało się inaczej?

Sielanka skończyła się po ślubie, ale co to był za ślub! Niby skromny, ale cała moja rodzinna wieś opijała nasze szczęście, a to i tak na nie wiele się zdało.

Powiem, dlaczego – obydwoje byliśmy zaprogramowani w „schemacie oczekiwania” A ślub uaktywnił tego schematu działanie! Że kieruje nami toksyczny program, nie zdawaliśmy sobie sprawy, bo wszystko się działo w naszej podświadomości.

Tak naprawdę to on kochał swoje wyobrażenie o mnie, ale nic nie mówił, a ja kochałam swoje wyobrażenie o nim i też milczałam w tym temacie.

Po ślubie zamiast mówić o swoich oczekiwaniach, to ja nic nie mówiąc zaczęłam spełniać jego oczekiwania, ale zgadywałam i najczęściej błędnie, bo skąd miałam wiedzieć? Przecież w tym temacie milczał, mimo, że pytałam i tak było odwrotnie.

Mój zaprogramowany schemat bazował na przekonaniu, że żona tak mężowi musi dogadzać, aby on był z życia zadowolony, w ten sposób wzięłam odpowiedzialność za jego życie, oczekując, że on weźmie odpowiedzialność za moje życie?

W praktyce w domu wszystko robiłam sama, sprzątałam, prałam, gotowałam, robiłam zakupy, zajmowałam się dziećmi.

W swojej pracy podobnie dbałam o miłą atmosferę współpracowników, co powodowało ogromne spięcie, aby czasem kogoś niechcący nie obrazić.

Zmęczenie, stres i brak czasu pomału zabijał moją kobiecość, a tym samym wszystko to, co jemu podobało się we mnie w okresie narzeczeństwa. Jego postawą wobec mnie byłam rozczarowana, że nie doceniał mnie jako żony i matki, ani tego, że wszystko w domu robiłam sama. Udowadniałam, że jestem dobrą żoną i matką naszych dzieci, ale nic od męża nie wymagałam, więc skąd miał wiedzieć jakie są moje oczekiwania?

Po rozwodzie powiedział mi, że owszem było mu ze mną wygodnie i nigdy by ode mnie nie odszedł, ale tylko przy Wandzi spełniał się jako mężczyzna, bo była prawdziwą kobietą, a ja nią przestałam być.

Starałam się być miła, oznaczało to, że starałam się mężowi podporządkować. On tego nie rozumiał i ja też tego nie rozumiałam. Skoro dobro powraca, to dlaczego od niego nie wracało!? Dlaczego on mi tego nie odwzajemniał?

 Nic z tego, to był toksyczny schemat, więc taki sam powracał.

Na przykładzie podam jak niszcząco na nasz związek działał schemat, który nami podświadomie kierował.

Mimo moich starań on miał kwaśną minę, to nie brałam pod uwagę, że jego niezadowolenie mogło mieć zupełnie inną przyczynę nie związaną z domem i ze mną, tylko popadałam w poczucie winy, a jak wina to i kara.

Jeśli jego zdenerwowali w pracy, to frustrację przelewał na mnie, a ja przejmując odpowiedzialność, przyjmowałam wszystko na siebie. Moje poczucie winy on pokazywał mi poprzez projekcję na mnie, oczywiście na poziomie podświadomym. Bo świadomie to krzyczał na mnie, wymachiwał przed nosem rękoma, a ja nie wiedziałam o co?

Schemat oczekiwania zniszczył nasz związek, tak musiało się stać, aby poprzez traumę rozwodu mogłam usłyszeć, co krzyczy do mnie podświadomość? – Irena jesteś w toksycznym schemacie! Zacznij myśleć o sobie, a nie oczekuj, że ktoś zrobi to za ciebie. Owszem jak trochę pomyślisz o sobie, to dopiero i inni o tobie pomyślą!

Niestety ja tego w tamtym okresie nie słyszałam, dotarło to do mnie później, dopiero, jak zaczęłam uwalniać toksyczne schematy.

Miłość wiele zniesie, ale trzeba dać jej szansę i niszczycielskie schematy uwolnić, póki jeszcze miłość trwa.

Życzę wszystkim udanych szczęśliwych związków.

Irena

 

„Z butami milionerki pod mostem”

Już samo świadome przyznanie się przed sobą do swoich słabości może nam pomóc rozwiązać wiele problemów i zapobiec dramatom.

Wiedza jest siłą, a wiedza o sobie jest mądrością – Autor C.C.Tipping

 

Pieniądze szczęścia nie dają, niestety ich brak nieszczęściu nie zapobiega, to jak już ma się być nieszczęśliwym, to lepiej z pieniędzmi niż bez.

Aby mieć pieniądze wystarczy poznać siebie, uwolnić się od lęku i destruktywnych przekonań. Czasem naprawdę wystarczy przez chwilę pomyśleć i zastanowić się nad sobą.

Takim przykładem była Marysia, która jak sama twierdzi „ znalazłam się w butach milionerki pod mostem”.

W trakcie rozmowy wtrąciłam Marysi pytanie; Co ty mówisz?  Jak to możliwe? Znam trochę Ciebie zawsze jesteś operatywna i lubisz nowe wyzwania.

A Ona na to; No właśnie, to że ja lubię, nie pomyślałam, że bliscy mojemu sercu niekoniecznie muszą podzielać moją pasję, Marysia zaczęła opowiadać.

Pewnego dnia jak dojrzała w mojej głowie nowa pasja, nowe wyzwanie i nie chcąc się pozbywać dobrze prosperującej firmy przekazałam całą firmę mężowi. Byłam z nim już 15 lat i mieliśmy dorastające dwoje dzieci. Męża miałam uczciwego, pracowitego, dlatego z czystym sumieniem mogłam mu swoją firmę powierzyć, a właściwie to naszą, bo nie mieliśmy rozdzielności finansowej. Mąż na poczet dobrze prosperującej firmy zadłużył się w banku na parę milinów, aby rozszerzyć działalność. Niestety nieoczekiwanie firma zaczęła przynosić mniejsze dochody, odsetki od zadłużenia rosły aż w końcu nie było możliwości spłaty.

Nim ja rozwinęłam swoją nowa działalność zgodnie ze swoją pasją, mąż firmę doprowadził do bankructwa. Straciliśmy wszystko, łącznie z domem. Wyeksmitowani pojechaliśmy do kochanej mamy, która udzieliła nam wsparcia. Niczym sparaliżowana całą sytuacją, po drodze na dworcu odłączyłam się na chwilę i bezwiednie poszłam w nieznanym kierunku.

Ocknęłam się pod mostem kolejowym, boso trzymając w rękach swoje buty, już byłej milionerki.

Opowiedziała jak zadawała sobie pytania koncentrując się w szczególności na jednym pytaniu;

Kim jestem?

Marysia opowiada mi dalej jak by mówiła sama do siebie:

Zadałam sobie to pytanie patrząc na swoje bose nogi, które nie były już godne nosić buty milionerki. Patrzyłam raz na swoje buty, a raz na bose stopy i ciągle pytałam siebie kim jestem? Co się stało? Dlaczego to nam się przytrafiło? To moja wina!!  Nie!   to męża wina!!  Po co powierzyłam mu swoją firmę!!  Tak stojąc nurtowały mnie pytania i pretensje do siebie i męża.

Nagle gdzieś z zewnątrz sama przyszła odpowiedź na pytanie kim jestem?  Tak, to takie proste, jestem bankrutem. Dlaczego tak się stało?  To też proste, przecież pragnęłam nowego wyzwania. To dlaczego przekazałam firmę mężowi?  On tej firmy wcale nie chciał, przyjął ją by mnie pomóc, bo żal mnie było dobrze prosperująca firmę sprzedać.

W tym momencie zrozumiałam, że zgubiło nas zbyt duże przywiązanie do firmy, a właściwie to tylko moje, bo mąż chciał mi pomóc, tylko pomoc przerosła jego możliwości. On lubił spokojnie pracować, cieszył się życiem, nigdy nie interesowało go robienie pieniędzy, a nie prowadzenie firmy. Przecież za to go właśnie kochałam.  On mnie też kochał za moje pasje, za moje wyzwania podziwiał i kochał.

Drugim pociągiem dołączyłam do Rodziny, ze łzami w oczach wszystkich przeprosiłam, w szczególności mojego męża. Mąż też płakał, przepraszał mnie mówiąc, to ja Ciebie chciałem prosić o wybaczenie, a Ty mnie przepraszasz?  Za co?

Odpowiedziałam mężowi, że chciałam byś był inny niż jesteś, bo na dany moment było mi wygodniej firmę wcisnąć Tobie niż pozbyć się do niej przywiązania i ją sprzedać, by spokojnie móc realizować się w nowym wyzwaniu.  Wyznałam mu szczerze jak na spowiedzi.  Po tych słowach mąż z całą Rodziną przytulili mnie do siebie i wszyscy wzajemnie wybaczaliśmy sobie nasze słabości.

Uczciwe uczucia są zawsze silne – skomentowała swoją opowiedzianą historię.

Myślę,  że Marysia wyciągnęła lekcję  życia, dlatego dała sobie możliwość  odbić się od dna i iść dalej.

Wiadomo mi, że Marysia po 10 latach pracy we Włoszech spłaciła wszystko co do grosza i wróciła do kraju, do swojej Rodziny. Była dumna, że nawet udało jej się odkupić ich zlicytowany dom.

Opowiedziała mi krok po kroku jak z niczego we Włoszech zarobiła  ciężką pracą, ale uczciwie parę milionów. Tylko to jest długa historia na inną opowieść.

Czasem poznanie siebie, zadbanie o swoje wnętrze jest bliskim bardziej pomocna niż inna forma pomocy.

Irena

 

Nowe życie

  

 

Wiele osób jest chętnych do pomagania i pocieszania w cierpieniu, ale niewielu do dzielenia radości z osiągniętych sukcesów. To jak to jest? Czy przyjaciół poznaje się w biedzie?

Dlaczego jakaś osoba nie potrafi cieszyć się radością przyjaciela, ale chętnie pomaga i zawsze pociesza w cierpieniu?

Czy znacie takie osoby w swoim otoczeniu?

Czternaście lat temu miałam wybór albo wstąpić na nową ścieżkę życia, albo z godnością umrzeć. Automatycznie przyszło mi na myśl pytanie – dlaczego nie zmieniłam swojego życia wcześniej?

Odpowiedź przyszła prosta jak budowa cepa, to moje przywiązanie do smutku, bólu, cierpienia, trzymały mnie mocno niczym w zamkniętym więzieniu bez wyjścia. Mało tego, to nawet byłam ze swojego życia zadowolona. Teraz kiedy otworzyłam sobie bramę do wolnych emocji i systematycznie uwalniam się od uwięzionych uczuć, zobaczyłam, że silnie związana byłam z grupa osób o podobnych emocjach, aby nie powiedzieć, że bardziej niż do swoich toksycznych uczuć. Związku z tym, nie byłam samotna, miałam z kim dzielić smutki, ale gorzej było z radością.

Niestety do dzielenia radości z osiągniętych sukcesów jest niewielu, podobnie jak chętnych do pracy nad zarządzaniem swoimi emocjami i swoim życiem. Kiedy zapraszam do wolności emocjonalnej, to większość odpowiada, że sobie radzą i zaraz opowiadają, jak dzielnie znoszą swój ból i cierpienie. Są ferm etycznie zamknięci na najmniejszą zmianę na lepsze. Ja też taka byłam, u mnie nastąpiło przebudzenie dopiero w determinacji, jak zachorowałam na nieuleczalnego raka, przecież tak być nie musiało, dlatego opowiadam swoją historię, aby ktoś mógł zaoszczędzić traumatycznych przeżyć.

W świecie wolnym od wielu toksycznych uczuć jest nas tak bardzo mało. Jestem aktywna, wychodzę do ludzi, mam męża, dzieci, mimo tego czasem czuję się źle jak wokół mnie jest tyle bólu i cierpienia.

Kiedyś myślałam, że przyjaciół poznaje się w biedzie, moje życie zweryfikowało, że to nieprawda, bo o wiele trudniej podzielić się radością. Kiedy było mi źle, miałam wielu przyjaciół z którymi mogłam porozmawiać i było komu mnie pocieszyć.

Obecnie jak cieszę się z sukcesu pokonania problemu, to nie zawsze mam tą radość z kim dzielić.

Byłoby super, gdyby można było ukryć problemy tak, aby znikały z naszego życia, ale tak nie jest. Ukryte nadal rosną w siłę już bez żadnych przeszkód, dopóki nie ujrzą „światła dziennego”.

W takich chwilach przypominam sobie, co ja dawniej robiłam, jak nie radziłam sobie z problemami i smutkiem? Po prostu starałam się o nich nie myśleć tak długo, aż los zadecydował za mnie, najczęściej nie po mojej myśli. Z bólem fizycznym nie trzeba było sobie radzić, wystarczyło być obowiązkowym w przyjmowaniu leków i dzielnie cierpienie znosić i jeszcze bliscy   podziwiali jak dzielnie znoszę ból.

Obecnie nie przyjmuję żadnych leków, a ból wykorzystuję do rozwiązywania smutków i problemów i moim marzeniem jest, aby wszyscy byli szczęśliwi, wolni od bólu i cierpienia. Niestety, mogę pomóc tylko tym, którzy sami chcą dokonać w sobie zmian.

Nikt nie lubi świadomie cierpieć, te blokady są w naszej podświadomości i trzymają nas schematy życiowe, które przyjęliśmy, najczęściej we wczesnym dzieciństwie.

Po swojej odmianie inaczej do swojego bólu podchodzę.  Inni zadają pytanie, dlaczego? Lub są pogodzeni z bezsilnością, ja zadaję pytanie, jaką informację ten ból chce mi przekazać?

Kiedy ponownie widzę zdarzenie, to prawie zawsze okazuje się, że prawda tego zdarzenia jest inna niż ja kiedyś to sobie zaprogramowałam.

Tak np. było, jak wpadłam do kotła gotujących się obierków. Ojciec jak mnie wyciągnął, to byłam pewna przez 50 lat, że najpierw mnie zbił uderzając ręką w poparzone miejsca, denerwował się na mnie, położył nerwowo na łóżko i dopiero pobiegł zadzwonić po pogotowie.  Po wejściu do podświadomości z poczuciem winy, ponownie zobaczyłam to samo zdarzenie w innym świetle. Prawda okazała się inna, Ojciec otrzepywał ze mnie ręką gorące   obierki, przyklejone do mojej sukienki i ciała, a ja mylnie odebrałam jako dawanie mi klapsów.  Denerwował się tym, że ja cierpię, a On jest bezsilny, ale nie na mnie, jak do tej pory myślałam.

W okowach uczuciowej niewoli, już bym nie mogła przebywać, bo to nie byłam ja, dopiero tutaj na wolności mogę być sobą.

Na szczęście wiele osób już taką samą wolnością się cieszy, tylko po większej części są to osoby młode, a moje pokolenie na zmiany jest bardzo odporne.

Mało jest nas przeżywających trzecią młodość o pomysłach na siebie, jak się ma 60+ z watem. Trudno jest przełamać stereotyp, że pozostało nam już tylko zajmować się wnukami i chodzić do kościoła. Co wcale nie znaczy, że mam coś przeciwko, mam na uwadze tylko to, że myśmy już swoje zrobili, wypracowali i mamy prawo w końcu pomyśleć o sobie i coraz częściej mówić nie, by żyć z myślą o sobie.

Wierzę, że niebawem coraz więcej osób po 60+ zacznie się wyzwalać z uwięzionych uczuć podobnie jak tysiące młodych.

Młodzi mają inne priorytety i inne pomysły na swoje życie i zupełnie inaczej korzystają ze swojej wolności, po wyjściu z krainy ofiar. Cieszy mnie to, że co raz więcej młodych uwalnia swoje uwięzione emocje, biorą swoje życie na swoją odpowiedzialność, by żyć tak jak sami chcą, a nie tak, aby komuś to się podobało.

Będąc wolna z uwięzionych wielu emocji, czuję się tak, jak bym żyła w innym ogromnym świecie, rozglądam się po nim, który wydaje mi się większy, jak by normalnie się poszerzył, może dlatego, że dałam sobie więcej wyborów?

Tylko smuci mnie to, że tych z trzecią młodością w moim świecie jest tak ciągle niewielu.

Wiele osób zbliżonych wiekiem do mnie myśli jeszcze stereotypowo, co ktoś od życia może jeszcze   chcieć więcej jak swoje już przeżył i ma   60 + wat i jest po ciężkiej chorobie?

Co wy o tym myślicie?

Mimo ukończonych 70 lat ja idę nową wybraną ścieżką dla mnie nieznanym świecie, ale z wiarą, że życie pięknem jak zawsze, nieraz mnie zaskoczy, czego z całego serca tego wszystkim życzę.

Irena

 

Niewinne kłamstwo

 

 

 

 

Jak odkryłam nieświadomy schemat zmartwienia, niszczący układ krążenia? Co było tego przyczyną?

Opiekunowie drobnymi kłamstwami okłamując małe dzieci, nie zdają sobie sprawy jak bardzo poważnie może to wpłynąć na całe ich życie.

Weszłam w medytację, by poczuć prawdziwe uczucia tu i teraz.  Kierując się zadanym pytaniem – dlaczego mam przymus zamartwiania się?  Od nitki do kłębka weszłam do źródła problemu, które znajdowało się w dalekiej przeszłości.

Wizualnie zobaczyłam siebie niczym na filmie, jak miałam dokładnie 3 latka i sześć miesięcy. Widzę siebie w lesie, a obok dość wysoko na hamaku zrobionego z płachty uwieszonej na drzewie śpi mój malutki braciszek. Wiem, że mam go pilnować, aby nie ukradli go „cyganie”. Próbuję daremnie zobaczyć czy czasem się nie obudził. Czuję przejmujący strach przed wilkami. Jako trzy letnia Irenka oceniłam błyskawicznie, że braciszek jest wysoko i przed wilkami bezpieczny, ale ja wystawiona jestem wilkom na widok, a tym samym na pożarcie. Przerażona płaczę i szukam schronienia.  Szybkim ruchem znalazłam się w dołku pod krzakiem i z daleka przez łzy obserwuję hamak ze śpiącym braciszkiem.

Nie wiem, jak znalazłam się w domu z pytaniem, gdzie jest mój maleńki braciszek? Wszyscy pytani odpowiadali mi, że porwali go „cyganie”.

Od tak okropnej wiadomości ja, będąc trzy letnim dzieckiem zamarłam i poczułam się winna.  Zrobiło mi się bardzo smutno i martwiłam się co mu tam porwani zrobią. Dotarło do mnie, że straciłam braciszka, a bardzo go kochałam. Czułam się zła, niedobra, bo nie upilnowałam braciszka, nie ważne, że bałam się wilków, ja byłam już duża, miałam 3,5 roku, a on był taki malutki.

Widzę siebie jak chodzę po całym domu smutna bez celu, bez chęci na zabawę. Ciągnięta przez kolegę poszłam do sąsiadów idąc za nim jak cień. Aż nagle przez otwarte drzwi podejrzałam jak mój mały braciszek z gołym tyłeczkiem raczkuje sobie przy oknie przy ławie.

Ten widok bardzo mnie ucieszył, zaskoczył i zdumiał, że braciszek się odnalazł i nikt mnie o tym nie powiedział, a ja tak bardzo o niego się martwiłam niepotrzebnie.

Nikogo nie obchodziło, że ja się martwiłam, nikt mnie o odnalezieniu braciszka nie powiadomił, tylko jeszcze przygadywali, że to z mojej winy braciszek zaginął.

Automatycznie za to zaprogramowało mi się przekonanie, że Rodzice, ciocie i wujkowie mnie nie kochają i nikogo nie obchodzi, że ja za braciszkiem wylewam łzy. Nie upilnowałam go, to mam za swoje.

Przekonanie – „Nikt mnie nie kocha”. „Zmartwienia są wynagradzane” „Jak bym się nie zamartwiała, braciszek by się nie odnalazł”

W dorosłym życiu skutkowało to tym, że zawsze w pierwszej kolejności otrzymywał np.  śniadanie mąż, chociaż małe dziecko płakało. Powstawały u mnie wewnętrzne konflikty, bo dzieci kochałam nad życie i nie mogłam pogodzić obsługę despotycznego męża z opieką nad dzieckiem.  Dziś nie dziwi mnie, że już za młodu chorowałam, miałam usuwany pęcherzyk żółciowy i problemy z nerkami. Wraz ze zmianą świadomości, toczyłam z mężem walkę o zaspakajanie w pierwszej kolejności potrzeb dzieci, aż skończyło się rozwodem, ale w podświadomości ciągle czułam się winna.

Teraz wiem, że mój pierwszy mąż był projekcją moich destruktywnych przekonań.

Z tego też powodu, dopóki dzieci się nie usamodzielniły, nie chciałam z nikim wchodzić w związek.

Z perspektywy czasu wiem, że mnie jako trzylatkę nastraszyli, abym pozostawiona już nigdy nie oddalała się od braciszka, bo bali się, że mogę gdzieś zabłądzić, lub utopić się w bagnach.

Nikt z dorosłych w owym czasie nie przypuszczał, że z powodu nastraszenia uczynią mi taką krzywdę. Dzieci w powojennym okresie były bardzo doceniane, kochane i ważne. Niestety to były czasy, kiedy małe dzieci na okres pilnych prac zostawiano same w różnych miejscach.  W tamtym okresie nie było dramatu z tego tytułu, że małe dzieci zostały same. Tylko kiedyś nawet nieznajomi byli dobrymi wujkami i ciotkami i w potrzebie jak byli w pobliżu udzielali pomocy, opieki i w razie konieczności powiadamiali Matkę. Nikomu nie przyszło do głowy by dzwonić po milicję, że dziecko jest samo i potrzebuje pomocy.

U mnie po spojrzeniu na zdarzenie w innym świetle, automatycznie nastąpiło samo wybaczanie oraz wybaczanie wszystkim opiekunom.

Otworzyłam się na miłość, bardziej pokochałam siebie, a moi bliscy na tym korzystają, bo mam dla nich teraz więcej miłości.  Dolegliwości ciała zniknęły i poczułam radość, przypływ energii i wielką ulgę.

Im bardziej kochamy siebie, tym więcej możemy ofiarować innym.

Życzę wszystkim dużo MIŁOŚCI.

Irena

 

 

Co mówią sny?

 

 

 

 

 

Senne emocje to ważne dla nas informacje, co dzieje się obecnie w naszym życiu. Do treści snu nie przywiązuję większej uwagi, ważne są dla mnie zawarte w nich uczucia.

Zapisuję odczuwane we śnie emocje, np. lęki, wstyd, złość, radość i z tymi odczuciami przeprowadzam terapię emocjonalną. W ten sposób bezbłędnie trafiam do „demonicznych” zapomnianych zdarzeń z przeszłości.

„Kto powiedział, że sny i koszmary nie są tak samo rzeczywiste jak „tu i teraz” –  Autor John Lennon

Jeden ze snów, który odzwierciedlał moją emocjonalną obecną rzeczywistość.

Sen – jestem z byłym mężem i dbam o niego, aby się nie przeziębił. On leniwy, znudzony, ja biorę to za przejaw choroby. Wmuszam w niego soki, witaminy i dbam by spokojnie wypoczywał. O siebie nie dbam, nie chcę zauważać, że bardzo źle się czuję, jestem osłabiona i coś złego dzieje się w moim ciele. Byłam przekonana, że jak mężowi jest dobrze, to i mnie musi być dobrze.  Mam w nim poczucie bezpieczeństwa.

Senne emocje uświadomiły mi, że swoje dobre samopoczucie uzależniam od osób, z którymi przebywam.

Lubię dobre samopoczucie innych, więc kierując się tym lubieniem dbam o dobre samopoczucie innych kosztem swojego zmęczenia i zdrowia. Niemożliwe jest dobrze się czuć jak się jest zmęczonym, osłabionym i doskwiera zdrowie. Zapominam, że może ktoś w mojej obecności też wolałby mnie z dobrym samopoczuciem, a nie zmęczoną.   Sen dał mi też informacje, że szukam bezpieczeństwa tam, gdzie go nie ma.

Z byłym mężem jestem po rozwodzie 26 lat, a od 10 lat on już nie żyje. Zdarzenie we śnie było iluzją, ale emocje senne były realnie odzwierciedlające moje toksyczne przekonania.

Uświadomienie sobie jakie mam   blokady, to bardzo wiele, ale za mało aby uzdrowić swoje życie i ciało.

Terapia była trudna, moje uzależniające przekonania przykryte były wieloma warstwami innych przekonań i wieloma warstwami destruktywnych emocji. Zmuszona byłam terapie prowadzić etapami przez dwa tygodnie.

W tym czasie mocno odczuwałam bóle w okolicach serca, wątroby i stawów palców u rąk. Ciągle chciało mi się płakać i chociaż powstrzymywałam płacz to i tak oczy mi piekły jak bym ciągle płakała. W końcu dałam sobie przyzwolenie na płacz i przepłakałam całą noc. Za to na trzeci dzień poszła mi energia i poczułam się lekka i zdrowa – dolegliwości zniknęły.

W koszmarach sennych, po przeanalizowaniu sennych emocji, można zauważyć, że „demonami” są nasze ukryte lęki, wstyd, poczucie winy i rozżalenia, wówczas może się okazać, że koszmary nie są tak straszne jak się zdawało.

Miłe przyjemne sny, z których aż nie chce się człowiekowi  obudzić, jest ukryta radość oraz inne  przyjemne przeżycia do których nam się wydaje, że nie zasługujemy, ale to nieprawda, po przeanalizowaniu okazuje się, że  jak najbardziej zasługujemy.

Czy wy też macie takie przepowiadające sny?

Irena

 

Licznik odwiedzin

0219988
Visit Today : 40
Total Visit : 219988
Hits Today : 152
Total Hits : 1428225