Supernowa Rakowi Wspak

Trudne decyzje

 

 

Mamy prawo do radosnego, szczęśliwego życia, tylko co z tego, jak nie potrafimy z tego prawa korzystać. Nikt nie ma gotowego przepisu na łatwe, udane życie, natura daje nam wszystko, czego potrzebujemy, ale sięgnąć po to i zdecydować co z tym zrobić musimy sami i sami musimy się tego nauczyć.

To jest tak samo jak z ugotowaniem posiłku, wszystko MATKA ZIEMIA daje, tylko trzeba potrzebne produkty pozbierać, złowić, kupić albo wyhodować. Najpierw trzeba wiedzieć jaką potrawę chcemy przyrządzić, według jakiego przepisu, następnie robimy plan i dopiero zabieramy się do przyrządzania posiłku.

Gdy zdobywamy produkty byle jakie, byle szybko i byle jak przyrządzamy, to nie dziwmy się, że potrawa będzie też byle jaka, bez smaku i byle jakiej jakości. Takie potrawy niszczą i trują nasz organizm, ale za to na przyrządzenie jej nie trzeba dawać większego wysiłku. Tak bywa jak staje się najważniejsze, aby było łatwo, prosto, szybko. Z tego powodu chwilowo można poczuć zadowolenie, jeśli nie myśli się o konsekwencjach, jak niszczymy nasz organizm i przyjemność ze spożywania posiłku.

Jedno z praw natury mówi, że jeśli robimy to, co jest łatwe, a nie jest słuszne, to życie mamy   trudne, byle jakie, jak ten byle jak sporządzony posiłek. Jeśli natomiast podejmujemy się sensownego trudu, to życie staje się łatwe i przyjemne.  Pogoda jest taka sama dla kwiatów, cierni i chwastów, to od naszych decyzji zależy czym wypełnimy swoje życie – pełne radości?  Czy cierpienia?

Wygoda, chwilowa ulga gubi, bo kiedy myśli się o wygodzie, to dla wygody zapomina się o ewentualnych negatywnych skutkach, jakim na przykład może być rozczarowanie miłością.

Jak dwoje ludzi naprawdę się kochają, to myśli skupiają na trudzie, czyli o tym co dla tej drugiej osoby mogą zrobić? Zadają sobie pytania z czego mogą dla budowanego wspólnego związku zrezygnować? A w ogóle czy są wstanie dla budowania Rodziny z czegoś zrezygnować?

Osoby będące w schemacie wygody, przy budowaniu Rodziny myślą tylko o tym, co jest dla nich łatwe, miłe i przyjemne. Żadne z nich nie myśli o konsekwencjach podjętej wspólnej decyzji, a najgorsze jest to, że nie biorą za te decyzje odpowiedzialności za siebie, tylko na zasadzie jakoś to będzie lub że będzie dobrze i cieszą się, że są w tym schemacie zgodni. Bez względu na wykształcenie, nie zdają sobie sprawy, że jest to prosta droga do bólu, cierpienia i ogromnego rozczarowania obydwóch stron.

Halinka z Tomkiem myśleli, że dobrali się jak dwie połówki jabłka, ona ładna dobrze zarabiająca jako księgowa w banku, on przystojny zdolny młody oficer WP zaczynający robić karierę.

Nie byli uświadomieni, że jedyne co ich łączyło to, że obydwoje chcieli z sobą założyć Rodzinę i nie widzieli w tym żadnego problemu, swoją uwagę skupiali co jest dla nich łatwe i miłe.

Obydwoje przez związanie się z sobą chcieli polepszyć sobie wygodę i bezpieczeństwo życia.

Halinka w pracy przez dyrekcje byłą doceniana, proponowano jej nawet awans, ale wiązało się to z ciągłym dokształcaniem, szkoleniami, aby wywiązać się ze swych obowiązków wymagało to od niej dużego zaangażowania, a nawet pracy ponad godziny ustawowe. Jak Tomek jej się oświadczył, nadmieniając, że jego żona nie musi pracować, wystarczy, że zechce iść mieszkać z nim do miejscowości, gdzie on otrzyma skierowanie do służby wojskowej.

Ucieszyły ją oświadczyny i Tomka propozycja, więc bez wahania wyraziła zgodę, bo w decyzji brała tylko pod uwagę co jest łatwe i miłe. Wizualnie widziała siebie, jak jest z nim i nie musi już pracować zawodowo, więc może do południa sobie pospać, pooglądać nawet seriale, przecież zdąży zrobić zakupy i jakoś ugotować obiad, by z radością z ciepłym posiłkiem czekać w domu na ukochanego męża. Ważne dla niej było to, że dawał jej bezpieczeństwo finansowe, swoją oficerską pensją. Nie brała pod uwagę, że zarabiała tyle samo co Tomek i żyć z jednej pensji wcale nie będzie takie łatwe, zwłaszcza że dorabiają się wszystkiego od początku, w pustym otrzymanym służbowym mieszkaniu. Nie zakłócała sobie miłych myśli z powodu otrzymania mieszkania jakimiś problemami, kwitowała wszystko” jakoś to będzie” ważne, że razem. Nie chciała też myśleć o konsekwencjach rezygnacji ze swojej zawodowej pracy, bo chciała budować związek w miłej radosnej atmosferze i z całych sił pragnęła spełniać oczekiwania swojego kochanego męża. On ją zapewniał, że w ogóle nie jest wymagający, bo wojsko nauczyło go jeść wszystko, co jest zjadliwe i że w ogóle nie ma żadnych potrzeb.

Tomek oświadczając się Halince był mile zaskoczony, że bez problemu wyraziła zgodę, aby iść za nim do miejscowości, gdzie otrzyma skierowanie, trochę się obawiał, że nie zechce zrezygnować ze swojej pracy.  Mieszkając samotnie nie bardzo radził sobie z zakupami, gotowaniem, sprzątaniem i praniem. W domu te czynności wykonywała jego Matka z radością i przyjemnością. Jak wyszedł z domu często wspominała jak teraz bez niego jej się nudzi, nie ma co robić, nie ma dla kogo gotować, komu prasować koszul, piec ulubionych jego ciasteczek. Więc uważał, że zakładając Rodzinę ułatwi sobie życie, nie będzie musiał wykonywać czynności domowych, których nie cierpiał, ale lubił dobrze zjeść i mieszkać w czystym ładnie urządzonym mieszkaniu.

Po przyjęciu przez Halinkę oświadczyn obydwoje byli z tego powodu bardzo uszczęśliwieni, uważali, że dzięki małżeństwu ułatwią sobie życie. Nie wzięli pod uwagę, że zakładając nowe życie pojawią się nowe problemy i że wszystko co miało być łatwe i miłe, konsekwencje mogą okazać się koszmarne.  

Według mnie w podejmowaniu tak życiowej decyzji popełnili błąd, bo nie wzięli pod uwagę, że wspólny związek, to również wyrzeczenia i ograniczenia. Nie zapytali siebie nawzajem, ile dla związku są w stanie zrobić i ile dać trudnych wyrzeczeń?

Halinkę i Tomka krótko po wspólnym zamieszkaniu spotkało wzajemne rozczarowanie i zaczęło się wzajemne obwinianie siebie. Ona, że to on się zmienił, a on, że to Halinka jest zupełnie inna niż kiedyś była.

Nim się rozwiedli ich ambicją stało się zadawanie sobie wzajemnie  bólu, bo wówczas czuli  chwilową ulgę z powodu ogromnego rozczarowania.

Dlaczego ich wspólne życie stało się dla nich nie do zniesienia?

Kto temu zawinił? Czyj to był błąd?

Zapraszam do dyskusji i komentarzy.

Pozdrawiam

Irena

Dlaczego prawda boli?

 

 

W wyniku traumatycznych zdarzeń o powstałych uczuciach zapominamy, nie zdając sobie sprawy, że są powodem naszych chorób i życiowych cierpień.

Pewnego dnia, z jakiegoś nieznanego mi powodu uaktywniło się poczucie, że jestem nieważną dla bliskich, których bardzo kocham i na spotkaniach z nimi zależało mi najbardziej na świecie.

Przychodziły mnie do głowy myśli, że może bliscy przyjemniej spędzili by czas w inny sposób i lepiej beze mnie?

Gdy byliśmy razem to zauważyłam, że spotkania z nimi są dla mnie męczące. No nie!!! – wykrzyczałam sobie, to okazuje się, że moi bliscy nieświadomie mnie męczą!!! Co za kara mnie spotkała!!! 

Mając taki wewnętrzny konflikt, moje serce dawało znać bolesnym kłuciem, łącznie z trzustką i wątrobą. Doświadczenie w praktykowaniu zablokowanych emocji podpowiadało mi, że karę zadaję sobie sama.

Jednego byłam pewna, że kocham bliskich i jestem kochana więc przebywając razem z nimi powinnam tryskać energią radości, a nie zmęczeniem. Przecież kiedyś tak nie było, więc dlaczego tak się teraz dzieje?

Stało się dla mnie jasne, że coś nie tak jest z moimi przekonaniami i że coś się uaktywniło.  Moje ciało też mi taką informację daje, bo w ostatnim okresie zaczęłam się czuć coraz gorzej.  Bywało, że musiałam w ciągu dnia poleżeć osłabiona i obolała.

Ponieważ nie lubię cierpieć i się męczyć, przełamałam lęk i wczuwając się w siebie, zadałam pytanie, dlaczego cierpię? W odpowiedzi usłyszałam, że to dlatego, że moi bliscy są ważniejsi ode mnie. Absolutnie odpowiedzi nie rozumiałam, przecież bez wahania oddałabym za nich życie.  Mimo tego kierując się intuicją zadałam sobie w odpowiedzi następne pytanie, dlaczego to jest toksyczne, że dla mnie bliscy są ważniejsi niż ja dla siebie?

Od momentu zadania pytań zaczęłam z sobą wewnętrzną rozmowę;

 Automatycznie   blokujący lęk włączył   mi wątpliwości, jak to!  Irena masz być taką okrutną egoistką i być dla siebie ważniejszą niż bliscy?  To po co żyć! – aż tak pomyślałam przez moment.

Najgorsze, że ego podpowiadało mi walkę o ważność w Rodzinie, a już mam świadomość, że taka walka byłaby toksyczna, dlatego automatycznie odrzuciłam. Na szczęście we mnie   przeważała świadomość, że wszystko jest w nas i jak rozwiążę zaistniały konflikt w sobie to wszystko się poukłada.

Ego standardowo zaczęło się bronić, abym nie doszła prawdy co za tym byciem „nieważną” się kryje. /Niestety „ego” to byt, który ma wpływ na naszą świadomość i jak każdy byt walczy o przetrwanie, dlatego nie należy go słuchać/ Związku z tym jak tylko zabieram się za terapię z lękami, to od razu dopada mnie senność. Dla mnie jest to tylko znak, że moje myślenie wkroczyło na właściwą drogę do odkrycia prawdy o sobie.

Dla dodania otuchy powiedziałam sobie; Irena jesteś doświadczonym detektywem swoich emocji więc dlaczego nie miałabyś dowiedzieć się jakie zdarzenie czy aspekty zdarzenia zostały przekłamane?

Bramę do podświadomości otworzyłam sobie   klasycznym pytaniem; kiedy Irena ostatnio czułaś się nieważna?

I tak idąc od kłębka po nitce doszłam, że powodem okazało się nastraszenie mnie jak miałam około trzech latek. Rodzice dla mojego dobra, abym już więcej nie oddalała się od małego śpiącego braciszka wmówili mnie, że go nie upilnowałam i porwali go cyganie. Bardzo tym się przejęłam, bo swojego braciszka kochałam nad życie, więc ta wiadomość tak bardzo mnie zabolała, że w połączeniu z poczuciem winy było to ponad siły małego dziecka, dlatego zdarzenie automatycznie zostało zepchnięte w niepamięć do podświadomości.

U mnie po spojrzeniu na zdarzenie w innym świetle, automatycznie nastąpiło samo wybaczanie oraz wybaczenie swoim Rodzicom. Zmęczeniem okazał się stres spowodowany zablokowanym poczuciem winy, które tak naprawdę nie miało żadnego potwierdzenia w rzeczywistości, a mimo tego było tak destruktywne, że rujnowało mi zdrowie i życie.

Kiedy wyprostowałam zakłamanie, bardziej pokochałam siebie, a moi bliscy na tym skorzystali, bo mam dla nich teraz więcej miłości.  Dolegliwości ciała zniknęły i poczułam radość, przypływ energii i wielką ulgę. Od odblokowania poczucia winy z okresu wczesnego dzieciństwa moje spotkania z bliskimi stały się pasmem radości, dającą siłę i lepsze zdrowie.

Bałam się prawdy, a to właśnie ona mnie oswobodziła z bólu, bo sprawcą wszystkiego zła było zakłamanie.

 Im bardziej kochamy siebie, tym więcej możemy ofiarować innym. Życzę wszystkim dużo MIŁOŚCI.

Irena

 

 

Czy wiesz kim jestes?

 

Po szokującej diagnozie, w pierwszych chwilach co się w głowie pojawia  wszystko jest ważne, ale chyba najważniejsze  to spontaniczne pytanie, które w konsekwencji  może okazać się  kluczowe, czy podążymy w kierunku życia? Czy śmierci?

Jakie to jest pytanie, kiedy nieoczekiwanie spotyka nas coś okropnego? U mnie pojawiło się dlaczego? Czy wam, kiedyś takie pytanie się pojawiło? Jeśli nie, to super, bo to znaczy, że nic złego się wam nie przytrafiało i niech tak zostanie.

Podczas śmiertelnej choroby,  poszukiwałam odpowiedzi i  wielu nie tylko lekarzy doradzało, abym to dręczące pytanie, zignorowała i myśli skupiła na czymś przyjemnym, bo już niewiele mi czasu zostało. Na moje szczęście byłam nieposłuszną pacjentką i to uratowało mi życie. Nikogo nie namawiam do nieposłuszeństwa lekarzy, ale ja taka byłam i nigdy tego nie żałowałam. Siedzące w głowie to pytanie zadawałam sobie nieustannie, aż za którymś razem coś wewnętrznego powiedziało mi, że najpierw dowiedz się Irena KIM JESTEŚ?!

W pierwszych sekundach nowe pytanie mnie sparaliżowało i przeszły ciarki po całym ciele. Pojawiła się nawet myśl, że nie posłuchałam mądrzejszych uczonych, to teraz ugrzęzłam na dobre i już po mnie. Skąd mam wiedzieć kim jestem, jak ja nawet nie wiem jaka jestem? Znałam siebie w różnych sytuacjach, ale w takiej jeszcze nie byłam i absolutnie nie miałam ani ochoty, a tym bardziej sił na poznawanie siebie, nie teraz! Nie jestem na to gotowa!

Z drugiej strony chciałam bardzo się dowiedzieć, dlaczego muszę cierpieć? Kim jestem, że mam w sobie „demona”, który w szybkim tempie pożera od środka? Przecież tak bardzo się starałam dbać o swoje zdrowie! Byłam pod opieką lekarzy i to specjalistów wysokiej klasy, a mimo to, guz w płucach sobie spokojnie rósł na ich oczach tak jakby ich ten rak oślepił? Czy co się stało! Aby nie widzieć guza 4x8cm i nie widzieć jak mój stan zdrowia pogarsza się z dnia na dzień? Wypisywali spokojnie recepty, ja traciłam pieniądze, trułam siebie i tuczyłam raka receptowymi tabletkami. Gdyby te tabletki nie były na receptę, to mogłabym iść do prokuratury, że mnie ktoś podstępnie truje. A może to ten rak jest demonem tak inteligentnym, że przewyższa uczonych i lekarzy na całym świecie? Nie znaleźli na niego sposobu, dlatego z tego powodu tak wielu wartościowych młodych ludzi umiera!

W krótkim czasie podczas przemyśleń nad swoją sytuacją zadane pytanie kim jestem poskutkowało przyznaniem się przed sobą, że bardzo oddaliłam się od kościoła i Boga, więc jak to się stało? Ateistką i tak nigdy nie byłam, a teraz nie mam nawet przy sobie swojego Anioła i zostałam sam na sam z rakiem i kostuchą z kosą nad głową. Okropność! Brrrrrrrrrrrrr – nie życzę najgorszemu wrogowi.

Z pytaniem bez odpowiedzi zaczęła się moja walka najpierw z rakiem, a później sama z sobą i to ostra! Na śmierć i życie!

Jeszcze wtedy nie wiedziałam, że już od podjęcia decyzji o walce z chorobą, zaczęłam radykalnie zmieniać siebie, po prostu naiwnie myślałam, że coś dodatkowo dołączę do siebie i pozostanę taką jaką byłam dawniej, przed diagnozą. Zmieniać siebie absolutnie nie chciałam, a nawet bardzo się wzbraniałam, przecież ze swojego życia byłam zadowolona i nie widziałam powodu, dlaczego miałabym siebie zmieniać, chciałam tylko pokonać raka i by wszystko nadal zostało po staremu.

Stało się inaczej, ale to długa opowieść, ile kosztowało mnie trudu, ile zmieniłam przekonań, ile zablokowanych emocji wyrzuciłam z siebie na zawsze. Tak naprawdę to mnie z przed diagnozy już nie ma, ja dawna całkowicie odeszłam i z tej Ireny dawnej dziś już niewiele zostało i co najważniejsze bardzo z tego powodu się cieszę. Zdecydowanie już nie chcę tej dawnej Ireny, a tym bardziej dawnego życia. Obecnie proces zmieniania siebie nazywam procesem odnajdywania siebie na nowo, który ciągle trwa.

Niby jestem tą samą, ale całkowicie już inną, nie tylko że już zdrowa i szczęśliwsza, tylko przede wszystkim prawdziwą sobą, czyli  wolną od fałszywych schematów, a wszystko zaczęło się od nie zignorowaniu dręczącego pytania, dlaczego?

Irena

 

Tak trudno wybaczyć

Czy o doznanych krzywdach wystarczy zapomnieć i już po sprawie? Otóż nie! To najgorsze co możemy zrobić dla siebie to zapomnieć, czyli zepchnąć wszystko do podświadomości.

Kiedy następuje wybaczanie takie szczere od serca, to się krzywdy pamięta, ale nie mamy o to do nikogo żalu, ani pretensji i co najważniejsze nie obarczamy siebie za to winą.

Kasia doznała wiele krzywd od swojego ojca, bił ją, poniżał, między innymi dostała za to, że poszła wraz z grupą dzieci do kościoła, więc przy wszystkich przed kościołem na nią nawrzeszczał, że jest nieposłuszną wyrodna córką, która nie szanuje swojego ojca i przyłożył jej pasem. Ona biedna nie miała szansy się wytłumaczyć, bo tak naprawdę nie wiedziała o co ma takie do niej pretensje. Karę przyjęła z pokorą z ogromnym poczuciem winy i że jest niedobrą córką i wyrodną, tak zaprogramowała się na wiele lat. Ojca swojego kochała, więc szybko o wszystkim zapomniała i była pewna, że wszystko ojcu wybaczyła i już nie pamiętała bólu, wstydu i przykrości.

Jak dorosła nigdy Ojca o zajściu pod kościołem i o wielu innych rzeczach nie zapytała, bo wymazała wszystko z pamięci, tak było to dla niej okropne, że nigdy tych przykrych zdarzeń nie chciała sobie przypomnieć.

Na pytanie, czy chce może coś Ojcu wybaczyć, odpowiadała naprawdę szczerze, że nie ma co wybaczać, jeśli już, to musiałaby prosić jego o wybaczenie.

Niestety w późniejszym życiu Kasia miała podobnego do Ojca męża despotę, który bezkarnie ją poniżał, a nawet i parę razy uderzył i tak samo szybko zapominała wyrządzone krzywdy. W pracy przez swoich szefów, była wykorzystywana i poniżana i tutaj właśnie w pracy miarka się przebrała i postanowiła coś z tym zrobić. Przyszła na terapię celem uwolnienia się od despotycznej pracy, bo tak sama od siebie nie miała odwagi i nie wiedziała, czy w ogóle w jej sytuacji jest to możliwe, bo mąż uważał, że na takie złe traktowanie w pracy zasługuje.

Podczas terapii od nitki do kłębka okazało się, że źródłem wszystkich przykrości były chowane urazy do Ojca, głęboko w podświadomości. Dopiero jak krzywdy wyciągnęła z bólem serca na światło dzienne, to dopiero wybaczyła i uświadomiła sobie, że wzięła odpowiedzialność za Ojca i winę przyjęła.  Z perspektywy czasu zobaczyła, że absolutnie nic złego nie uczyniła, tylko przejęła nie swoją winę. Oczywiście automatycznie uwolniła się od ogromnej winy, w to miejsce wstąpiła ogromna energię i poczuła, jak się wzmacnia pewność siebie i powiększa poczuciem własnej wartości. Zobaczyła swojego Ojca w zupełnie innym świetle, tak bardzo, że aż krzyknęła, a ja przez tyle lat miałam wobec niego poczucie winy. A On który będąc słabym oficerem WP, wykładał w wojsku religioznawstwo, tylko tych wykładów nikt nie traktował poważnie. Tego dnia się właśnie dowiedział, że jest do niczego i pod kościołem swoją frustrację przelał na 8-letnią Kasię. Bez problemu wybaczając Ojcu oczyściła się z poczucia winy.

Kasia po terapii zmieniła swoje życie; nabrała odwagi, zmieniła swoją pracę, z domu wyrzuciła despotycznego męża i wzięła rozwód. W kwestii jej zdrowia też wszystko wróciło do normy, czyli ustały ataki bólowe brzucha, wymioty, a osłabnięcia nagłe nieoczekiwane odeszły tam skąd przyszły.

Przed zachorowaniem na raka uważałam, że wszystkie zadane urazy odpuściłam i żadnych urazów nie chowam, niestety jak zachorowałam, to co pierwsze odkryłam, że byłam w dużym błędzie.  Zwyczajne wymazanie ze swojej pamięci traktowałam jako wybaczanie.

Podobnie jak kiedyś Kasia, czy wy również uważacie, że nie macie co wybaczać?

 Do mnie wiele osób mówi z przekonaniem, że nie mają co wybaczać i ja im wierzę, że mówią to co czują, ale również wiem, że żyją w zakłamaniu i zwyczajnie siebie oszukują, oczywiście w podświadomości.

Dowodem na oszukiwanie siebie są wszystkie choroby i dolegliwości życiowe tych osób. Wielu uczonych i lekarzy o tym piszą, że aby być zdrowym trzeba wybaczać i wszyscy ogólnie rzecz biorąc się z tym zgadzają, tylko nie zdają sobie sprawy, że zapominanie biorą za zdolność szybkiego wybaczania urazów i krzywd, w ten sposób czyniąc sobie jeszcze większą krzywdę.

Czy wy też uważacie, że nie macie co wybaczyć? A może jest co wybaczyć, tylko błędnie myślicie, że oprawca na to nie zasługuje, może i prawda, ale pamiętajcie, że oprawcom wybaczacie dla swojego dobra.

Często problem polega na tym, że mylimy pojęcia, między zapominaniem, a wybaczaniem. Różnica jest ogromna nie wyobrażalna.  Kiedy spychamy uraz do podświadomości, to tego świadomie już nie pamiętamy, ale on siedzi w nas ukryty i rośnie w siłę.

Życzę wszystkim z całego serca, aby nie dali się tej despotycznej sile chowanych urazów zniszczyć.

Irena

 

 

 

Nie moja wina

 

 

Dawid R. Hawkins słynny wykładowca Harvard, Oxford i inne, podnoszeniu ludzkiej świadomości poświęcił całe życie.

Jego książkami zainteresowałam się,  bo jako wszechstronnie wykształcony lekarz wypraktykował na sobie, potęgę uwalnianych emocji i emocjami wyleczył się z wielu swoich przewlekłych chorób i jak tego dokonał szczegółowo opisał w swoich książkach i na ten temat prowadził wykłady. Ja nim poznałam Hawkinsa książki uwolniłam się z nieuleczalnego raka i wielu innych chorób też uwalniając zablokowane emocje, z tym, że terapię stosowałam inną metodą. Tak naprawdę we wszystkich terapiach bez względu na  metodę chodzi o uwolnienie się z lęków pod którymi zawsze znajduje się zabójcze poczucie winy.

Może właśnie dlatego ludzie robią wszystko, aby przerzucić swoją  winę na innych?  Może właśnie dlatego tak trudno przyznać się do swoich błędów?

Irena

I

O praktykowaniu zdrowia

Na nic wiedza, bez wypraktykowania, mówi Fryderyk Karzełek, z czym absolutnie z całą duszą i sercem się zgadzam, ale  czy wiedza zdobyta w praktyce jest wartościowa, jeśli naukowiec teoretyk nie potwierdzi?

 

 

Cytat z książki – Pieniądze są sexy dotyczy pieniędzy, ale dotyczy to również naszego zdrowia. Nie jestem naukowcem, ani teoretykiem, a w prosty sposób rozprawiłam się z rakiem płuc, z którym wielu uczonych lekarzy i profesorów sobie nie poradziło, czy to dla innych może być wartością?

Pozdrawiam

Irena

 

Kiedy życie traci sens

Jak jesteśmy młodzi nie chcemy pamiętać, że młodość szybko przemija i nie żyjemy tak jak chcemy, tylko czekamy aż coś fajnego się nam przytrafi. Aby coś fajnego się stało czasem bezskutecznie oczekujemy, potykając się przez kolejne rozczarowania. Kiedy w końcu zatrzymujemy się przez chwilę w obecności, to jesteśmy zaskoczeni, że minęło już tyle lat.

Kiedy przypadkiem coś nas zatrzyma, to dopiero zauważamy, że jesteśmy już dojrzali, ale jeszcze nie zawsze pogodzeni z upływem czasu, bo tak szybko to minęło. Czasem z uporem maniaka kombinujemy, jak odmłodzić twarz dając sobie złudzenie, że zatrzymamy czas który przeminął, a tu nagle już 70+ i znów nie wiadomo, kiedy tyle lat przybyło.

Po 60+ myśli przeplatają się wspomnieniami z młodości lub marzeniami o coraz krótszej przyszłości. Mnie czasem zdarza się zapomnieć, że tylko przez obecną chwilę można dostać się do wymarzonej i wyśnionej przyszłości, która coraz szybciej się kurczy. W takich chwilach zastanawiam się, czy w moim wieku marzenia mają jeszcze sens?

 Za młodu myślami uciekałam z teraźniejszości, bo nudziła mnie   codzienność i nużył trud ciężkiego życia jaki było dane doświadczać.  Dopiero jak zatrzymałam się na emeryturze, stwierdziłam, że byłabym szczęśliwa, gdyby nie fakt, że wiek młodości przeminął bezpowrotnie, a wraz z nim i zdrowie.

Marna pociecha, że nie tylko ja mam żal do minionej młodości, niektórym   trudno zaakceptować ten fakt  do tego stopnia, że  nie chcą wymawiać słowa „senior” jak by można było w ten sposób cofnąć czas. Łudzą się, że jak nie zaakceptują swojego wieku, to zatrzymają ten piękny okres młodego wieku.  Dopiero teraz się widzi, jaki to był piękny okres życia.

Dopiero będąc seniorem zauważa się, jak czas szybko przeminął. Z perspektywy czasu widać, że jeszcze nie tak dawno nie straszne nam były wichry burze i zamiecie, a mimo tego nie traciliśmy radości i pogody ducha. Pewnie byłoby tak i dzisiaj, gdyby nie ubywało sił i nie gnębiły choroby.

Czy seniorom pozostało już tylko wspominać dobre stare czasy i zajmować się wnukami i żyć życiem swoich dzieci śledząc, czy ich dzieciom  marzenia się spełniają?  Czy poza marzeniem o zdrowie innych swoich marzeń już nie mają?  O czym można marzyć, jak się ma 70 lat?

 Na marzenia, tak samo jak na naukę nigdy nie jest za późno, a alternatywą jest przebywanie w teraźniejszości i akceptacja siebie tu i teraz takim jakim się jest, bez potrzeby ujmowania sobie lat.

Dając pozwolenie myślą ciągle wspominać, wówczas tak naprawdę żyjemy przeszłością, a nie obecnością, więc nie dajemy sobie szansy na spełnienie naszych marzeń, bo realizują się tylko w obecności, tu i teraz.  Najgorsze, że w ten sposób nieświadomie wpędzamy siebie w wewnętrzny stres.

 „Stres spowodowany jest tym, że jesteśmy tutaj, a chciałbyś być gdzie indziej, albo jesteś tutaj, a chciałbyś być gdzieś w przyszłości.”   Autor –  Eckhart  Tolle .

Bardzo się chce wspominać, bo zauważamy, jak kiedyś były to niezapomniane piękne czasy, tylko szkoda, że zobaczyliśmy to wówczas, kiedy minęły bezpowrotnie i to bez względu na wiek. Może właśnie dlatego lubimy przebywać w przeszłości, nie zdając sobie sprawy, że marnujemy obecne życie, które się toczy tu i teraz. Nie wspomnę już o tym, kiedy ciągle na nowo roztrząsa się    chowane urazy z przeszłości i z tego powodu katuje cierpieniem.   

Wielu seniorów zamiast zajmować się sobą, to żyją życiem swoich dzieci, więc nie ma co się dziwić, że ciało i dusza czuje się zaniedbana i daje o sobie znać chorując.

Naukowo jest już udowodnione, że żyjąc przeszłością przyspieszamy proces starzenia się, bo wyłączamy umysł z twórczego myślenia, jak na przykład miło zagospodarować sobie obecny dzień. Niewykorzystany umysł zanika, jak wszystko, co nie jest potrzebne i naturalną rzeczą staje się, że stopniowo na starość przestajemy poznawać obecną rzeczywistość. Za to coraz bardziej pamięta się co było 30 lat temu niż co się działo przed trzema godzinami.

Paradoks polega na tym, że tylko wówczas czujemy się potrzebni swoim dzieciom, jeśli możemy im pomóc, więc staramy się pomagać na siłę, chociaż oni wcale nas o to nie proszą. Wówczas zaczyna się wpadać w schemat życia cudzego  życia, którego całkowicie nie rozumiemy i nie mamy żadnego wpływu na toczące się sprawy, co może  doprowadzić  do frustracji, stresu, a nawet depresji.

Człowiek jest potrzebny drugiemu, dopóki jest kochany. Czy jak małe dziecko w niczym nie pomaga, tylko płacze, to go Matka mniej kocha?  Czy jak dzieci pokonują trud życia samodzielnie, bez pomocy Rodziców, to swoich Rodziców już tak nie kochają?

Irena

 

Schemat uzależnienia

Jestem wolna, a byłam uzależniona od męża despoty,  jak się uwolniłam? ….

 

 

 

Każdy Rodzic chce mieć dobre  posłuszne  dziecko, a każde dziecko też chce być dobre  i kochane, to dlaczego tak nie jest?

Właśnie dlatego, że czasem takie  pragnienie  rodziców i dziecka doprowadza do  toksycznych przekonań i życiowych dramatów.

Tak było właśnie ze mną, podczas terapii byłam zszokowana jak zobaczyłam co było przyczyną mojego programu uzależnienia psychicznego.

Okazało się, że mając  niecałe trzy latka, poczułam się od Matki odpychana. Pewnego razu   usłyszałam, jak chwali moją kuzynkę Marysię, że jest taka usłuchana/czyli dobra/, cicha jak by jej prawie nie było, ciocia tylko przytaknęła, dodając, że jest cicha, ale bardzo kochana.

Malutka Irenka nie wiedziała, że powodem braku zainteresowania Mamy  jest urodzony mały braciszek, który był  słaby i chory. Podjęła walkę o miłość Matki postanowieniem bycia  posłuszną  i cichą.

Od tego momentu    w  okresie wczesnego dzieciństwa zaczęłam  realizować  pragnienie bycia kochaną,  słuchając  wszystkich dorosłych, nawet swojego 11 letniego  kuzyna sierotę  wojenną wziętego  na wychowanie.  On dla dobra Mamy  nie pozwalał mi się zbliżyć i  zwrócić się do Mamy o nic, nawet o podanie picia. Piłam i jadłam kiedy byłam zawołana, a  jak  leciałam do niej, to kuzyn mnie  odpychał,  podstawiał nogę, a nawet bił, krzycząc, bekso bądź cicho, bo przeszkadzasz Mamie.

Uważałam, ja i wszyscy,  że ma rację, nie wolno zachowywać się głośno, czyli ani płakać, ani się śmiać, skakać  i  tańczyć, bo obudzę chorego braciszka.  Podstawowe  potrzeby i prawa stały się w oczach małej Irenki  złe, a dla opiekunów niewygodne.

W takich chwilach  uciekałam do starego pokoju/nie zamieszkały/ i chowałam się w dużym kuferku, aby tam cichutko sobie popłakać i głaskać  obolałe miejsca.

Próbowałam później kuzynowi tłumaczyć, że nie chciałam Mamie przeszkadzać, tylko aby podała mi picie, albo że się skaleczyłam i by opatrzyła skaleczenie. Zawsze odpowiadał, że jestem  niezdarą i tylko przeszkadzam Mamie. Wpędzał mnie w poczucie winy i wstyd, jak mogłam się tak zachować. Tym bardziej, że zauważyłam, że jak krzyczał n „nie przeszkadzaj Mamie”, to rodzicom się jego zachowanie wobec mnie podobało.

Mnie było żal Mamy, bo nie ma na nic czasu, Ojca, że ciężko pracuje i kuzyna, bo wojenny sierota, tylko  ja miałam wszystko,  rzekomo nic mi nie brakowało, poza jednym faktem, czułam się  niepotrzebna, odepchnięta,  które z  czasem  urosło do bycia nieważną i nic wartaną.

Nikt nie zdawał sobie sprawy, ani z dorosłych, ani ja przez  50 lat, że właśnie w powyższy sposób programowałam sobie program uzależnienia psychicznego.

Kiedyś  pisałam w swoich pamiętnikach, że jak zachorowałam na raka, nie wiedziałam dlaczego prześladowały mnie słowa ” Nie przeszkadzaj Mamie”  i  przekonanie  „muszę odwdzięczyć się Mamie”.

Toksyczne podejście  moich opiekunów poskutkowało u mnie przekonaniem,  że muszę być wobec innych szczera do bólu, i o wszystko co chcę  zrobić muszę zabiegać o  akceptację kogoś innego. 

Z perspektywy czasu zauważyłam, że brałam za  mądrzejszego kogoś kto mówił pewnie i stanowczo,  niestety, nie zwracałam  uwagi czy na pewno mądrze i czy słuchając jego w swoich sprawach będzie to dla mnie dobre, bo się bałam, że być może będę musiała mu się sprzeciwić i dokonać wyboru w swoich sprawach po swojemu. 

Paradoks polega na tym, że moja Mama wspominając  nasze dzieciństwo, uważała mnie za trudne dziecko w wychowaniu, nawet  twierdziła, że sprawiałam więcej problemów, niż pięciu chłopaków. Nie wiem dlaczego pięciu, ale tak mówiła.

Do niedawna takie twierdzenie Matki sprawiało mi przykrość, bo pamiętam, że zawsze starałam się z całych sił być dobrą kochaną córką i kochałam swoją  Matkę nad życie.

Dzisiaj rozumiem dlaczego tak było, nie mogło być inaczej bo postępowałam  nie  tak,  jak podpowiadało mi moje serce i mój rozum, tylko słuchałam   zaufanych  osób wskazanych przez Rodziców jako mądrych.  Zawsze obrywało mi się, jak coś zrobiłam za radą mojej   przyjaciółki, którą moja Mama uważała  za najmądrzejszą na świecie,  ale moich tłumaczeń nikt nie słuchał.  Tak naprawdę nigdy żadnych decyzji nie podejmowałam sama, zawsze słuchałam  czyichś  poleceń  lub akceptacji, a dopiero później udowadniałam bezskutecznie swoje racje.

Tak również było w   dorosłym życiu, podobnie jak w dzieciństwie  nie broniłam swoich racji, tylko   słuchałam poleceń  osób  przez środowisko uznawanych jako mądrych. Zamiast w sobie,  szukałam też w nich akceptacji i bezpieczeństwa.

Skutkowało to tym, że trafiając  na fałszywych szefów i innych fałszywców udowadniałam im, że jestem lojalna i uczciwa. Oni bez żadnych skrupułów okradali mnie z  czasu wolnego, a nawet z pieniędzy  nic mi nie udowadniając, tylko wskazując  na mnie, że to moja wina, a temu dawałam wiarę./Jak wina to i kara/

Nic dziwnego, że trafiłam również  na despotycznego męża, bo uaktywniony  syndrom uzależniający przyciągnął do mojego życia despotę. Skąd miałam wiedzieć, że to odczuwane przeze mnie przyciąganie nie jest miłością jak   myślałam, tylko przyciąganie  toksycznego  uzależnienia. To tak, jak  pijak zawsze trafi do pijących  wódę nie wiedząc gdzie są, jak by  miał w sobie nawigację.

Dałam przyzwolenie byłemu mężowi  całkowicie kierować i rządzić  swoim  życiem, jak kiedyś w dzieciństwie  oddałam swoje prawa  starszemu kuzynowi, który  mnie szturchał, bił abym była cicho dla dobra Mamy.

Tak się działo w moim życiu, bo moi opiekunowie chcieli widzieć w małej Irence dobre  posłuszne dziecko, któremu w życiu będzie się szczęściło.

Paradoks polega na tym, że w schemat  uzależniający weszłam dlatego, że właśnie mała Irenka była bardzo posłuszna i bardzo chciała być kochana.

Po uświadomieniu sobie schematu i jego przyczyny stałam się wolna od despotów i decyzyjna. Nie mam wewnętrznego muszę, aby radzić się w swoich ważnych i mniej ważnych sprawach. Co nie znaczy, że rad nie wysłuchuję, owszem słucham, ale decyzję podejmuję według swojego uznania i już nie boję się popełnić błędu, bo to moje życie i mam prawo do swoich błędów.

Irena

 

 

 

Prawda o sobie boli?

Przed terapią nie miałam pojęcia co znajduje się w mojej podświadomości. Lęki przykryte wstydem sugerowały, że jestem zła i zasługuję na coś złego, które ciągnie mnie w swoją otchłań.

Naprawdę trzeba mieć dużo odwagi, by chcieć samym przed sobą poznać prawdę o sobie, dlatego wskazane, aby na początek poprowadziła zaufana terapeutka, poza tym z boku widzi się lepiej.

Uwalniając uwięzione lęki i inne emocje ze zdziwieniem odkrywałam, że nie jestem taka zła. Zdziwiłam się, że jestem fajniejsza niż o sobie wcześniej myślałam i takie odkrycie za każdym razem odbudowywało moją zrujnowaną wewnętrzną wartość.

Nie zdawałam sobie sprawy, że zablokowane emocje i przekonania, tworzą moje życie według najczarniejszego scenariusza, oczywiście podświadomie, bo świadomie przecież takiej krzywdy bym sobie nie czyniła.

Gdzieś w głębi duszy czułam, że nie zasłużyłam na zło życia które mnie spotyka i czułam, że niesprawiedliwie atakują mnie życiowe zła tego świata, tylko nie wiedziałam jak sobie pomóc. Nie wiedziałam, że wystarczyło się wyciszyć, zadawać sobie odpowiednie pytania, a na koniec zrobić wybaczenie lub uwolnienie i to jest właściwie sedno oktagonu mojego zdrowia.

Absolutnie nie dawałam wiary, że to ja sama przyciągnęłam wszystko co mnie spotkało. Przecież chciałam być zdrowa, radosna i bogata, a przez całe życie byłam schorowana, smutna i biedna.

Teoretycznie wcześniej coś słyszałam, czytałam, że wszystko niby jest w nas, ale jak wzięłam sobie na logikę, to pomyślałam, że to niemożliwe, skąd człowiek zwyczajny miałby mieć taką sprawczą siłę? A jeśli ją by miał, to nikt by sam siebie nie katował i to okrutnie.

Okazało się, że ja właśnie to czyniłam, oczywiście podświadomie, dlatego nie zdawałam sobie z tego sprawy. Tylko najpierw, nim to na sobie doświadczyłam, to poczułam się tak, jak bym odkryła nową galaktykę lub przydatkowo znalazłam się w jakimś „MATRIX”.

Podróżując w głąb siebie do ciemnych zakamarków podświadomości ze strachem, ale z ciekawością, moja przygoda uwalniania uwięzionych emocji z czasem okazała się fascynującą rzeczywistością. Pomału w moim ciele dokonywał się cud zdrowia, a życie zaczynało być bardziej fajne i o wiele lepsze. Co wcale nie znaczy, że teraz wiodę szczęśliwe i beztroskie życie, może by tak było, jakbym oczyściła się z wszystkich toksycznych emocji i przekonań gromadzonych przez 60 lat. Na tym poziomie energetycznym na którym jestem, to raczej jest niemożliwe, poza tym nie mam takich marzeń.

Moją pasją stały się emocjonalne – wizualne podróże z doskwierającej mnie obecności tu i teraz, do  przeszłości, nie po to aby w niej się babrać, tylko po to, aby  na zawsze wyrwać emocjonalne chwasty z korzeniami, które niszczą mi zdrowie i życie. Aby tak się stało, przełamuję lęk, chwytam wiodącą emocję i idę na niej w mroczną przeszłość aż do korzeni, które najczęściej sięgają wczesnego dzieciństwa. To bez znaczenia, że ja naprawdę miałam wspaniałych Rodziców i mam miłe wspomnienia od kiedy sięgam pamięcią od najmłodszych lat, zakorzenione chwasty i tak robią swoje.

Po wielu doświadczeniach pracy nad swoimi życiowymi schematami odkryłam, że tą nieświadomą mroczną przeszłością jest poczucie winy, które powstaje z brania odpowiedzialności za innych. Tak się dzieje, bo na poziomie podświadomym wchodzimy w pewne schematy, z których nie zdajemy sobie sprawy.

Małe dzieci mają to do siebie, że biorą odpowiedzialność za Rodziców, a po wielu latach Rodzice z kolei biorą odpowiedzialność za dorosłe już dzieci. Związku z tym wydawać by się mogło, że  poczucie winy krąży jak bumerang, tam i z powrotem, ale to nieprawda, to życiowe schematy mogą dawać takie wrażenie.

Irena

 

Metoda na raka

Podświadomość to ta część nas która odpowiada, że bije nam serce, odpowiada za prace wszystkich naszych komórek. To nasza podświadomość blokuje prace naszych komórek, spowalnia je i je mutuje. I tylko dotarcie do przyczyny choroby może spowodować, że cofa się ona bez powrotnie.

Tak jest to możliwe. Ja stosując te narzędzia pokonałam raka płuc. To większy sukces niż wygranie w totolotka. Dałam z siebie wszystko, ale najpierw musiałam wiedzieć jak. Czy inni chorzy nie dają w walce z chorobą z siebie wszystkiego? Ja po prostu poszłam inną drogą niż większość. Co więcej wszystkie osoby co stosowały tą metodę i dały z siebie wszystko zawsze wychodziły zwycięsko.

Najbliższe warsztaty Stargard 25-26 sierpnia. Więcej na stronie www.terapiaemocjonalna.com

Ciągle dostaję zapytania jak pomóc choremu. Oto odpowiedź: Kierując  go na te warsztaty, lub jechać  samemu by się nauczyć jak korzystać z prostych narzędzi, jak wpływać na swoją podświadomość.

Bardzo się cieszę, że w końcu jest możliwość zapisania się na te warsztaty i skorzystania z  wiedzy.

Więc nie pytajcie mnie jak? Tylko do zobaczenia na warsztatach.

Ja będę na pewno.

Pozdrawiam

Irena

Ogromny plecak życia

Ciężary na nasze plecy to same się ładują, ale my ich dźwigać nie musimy.
Idąc przez życie dźwigamy swój plecak naładowany żalami, pretensjami, roszczeniami do innych i całego świata. W miarę upływających lat plecak jest tak naładowany, że często nogi uginają się pod ciężarem w kolanach, a kręgosłup odmawia posłuszeństwa.
Czy można sobie ulżyć? Oczywiście, że można.
Zamiast wyciągnąć właściwą naukę z przykrego doświadczenia, opowiadamy w kółko bliskim i znajomym o tym co nas spotkało i co się zdarzyło, bo czujemy jakby chwilową ulgę. Nie zauważamy, że przez to nasz plecak staje się coraz cięższy.
Ta chwilowa ulga to złudzenie i tak naprawdę za każdym razem jak o przykrościach mówimy, to w naszym plecaku życia potęgujemy ciężar, a urazy czy przykrości nabierają jeszcze większej mocy.
O nasze krzywdy należy się upomnieć i nie ma w tym nic złego, że nawet przed Sądem, ale najpierw należy przeanalizować, czy to ma sens, czy nie lepiej jest sobie odpuścić, wybaczyć i iść dalej spokojnie, nie dźwigając krzywd i urazów?
Kuba i Krzysiek Jackowi wykonali pewną pracę i za dobrze wykonaną pracę należała im się należyta zapłata. Nikt nie ma wątpliwości, że powinien im zapłacić, ale co ma zrobić Jacek, jak z powodu popełnionego błędu, nagle nieoczekiwanie został bez grosza przy duszy?
Krzysiek sobie dług odpuścił, chociaż było mu bardzo przykro, ale ważniejsze dla niego było by pomyśleć jak dalej żyć. Zaciągnięty kredyt wynegocjował z bankiem prolongatę i spokojnie skupił się na znalezieniu innego zarobku. Po dwóch tygodniach otrzymał dobrze płatne zlecenie u innego inwestora. Po trzech latach nieoczekiwanie otrzymał należne mu należności od Jacka, z czego bardzo się ucieszył, bo dłużnikowi już dawno odpuścił. O tych pieniążkach pamiętał, tylko przeanalizował i zobaczył, że dłużnik naprawdę nie śmierdzi groszem i choćby nie wiem jak go nękał, to naprawdę nie ma z czego zapłacić, więc przestał o nim myśleć, przeznaczył te pieniądze na stratę, traktując jak każdy inny wypadek losowy.
Kuba postąpił inaczej, wkurzyło go to, że przez dłużnika ma problemy z kredytem i nie opłaconymi rachunkami. Brak zapłaty spowodował jemu wiele stresu, więc obarczył za wszystko co go spotkało winą Jacka i podjął z nim walkę i to tak na noże na krew i życie.
Jacek wielokrotnie prosił, aby Kuba na pieniądze poczekał, zapewniając, że jak tylko będzie miał, to zaraz mu należne pieniądze wypłaci. Na to Kuba odpowiadał mu – ja kredyt i rachunki mam do zapłacenia już teraz, a nie tam kiedyś i to nie wiadomo, kiedy. To że nie masz pieniędzy, bo popełniłeś błąd, to twój problem, to twój błąd i dlaczego ja za czyjeś błędy mam płacić, nie godzę się na to! Poszedł do Sądów, komornika, wynajął prawników, a pieniędzy jak nie miał tak nie ma, ale Kuba nie poddaje się i walczy o nie już sześć lat. Skutkiem tego tylko stracił zdrowie, bo układ krążenia i układ trawienny nie wytrzymał tego ciągłego napięcia i stresu. Długu nie wywalczył, tylko wpędził się w duże koszty i nie może związać finansowy koniec z końcem. Jacek chciał mu oddać dług, ale bez kosztów, na co Kuba nie wyraził zgody i nadal pisał pozwy do Sądu, aż spłata się przedawniła i pozostała mu tylko gorycz, żal i ból po stracie który z każdym dniem ciągle rośnie w siłę poprzez użalanie się nad sobą, lub wyżalając się do innych.
Prawda jest taka, że Jacek szybciej pieniądze by zdobył, gdyby jego wierzyciel skutecznie mu w tym nie przeszkadzał. Od początku upadku, szukał właściwego wyjścia z dołka finansowego, ale się nie poddał, wyciągnął odpowiednią lekcję i podjął działanie zakładając nową firmę.
Kuba zamiast wylewania żalów i bezsensownej walki, nie chciał zobaczyć różnicy, czy jego wierzyciel nie chciał mu wypłacić? A może naprawdę poniósł porażkę i nie ma teraz z czego?
Przecież tak naprawdę jechał ze swoim pracodawcą na tym samym wozie i jak się wóz rozpadł to wszyscy którzy jechali tym wozem doznali finansowej porażki, a w tej sytuacji pracodawca został najbardziej poszkodowany, ale nikogo nie obwiniał tylko wziął się do pracy.
Wszyscy którzy jechali tym wozem mieli do przerobienia jakąś lekcję, a należne każdemu pieniądze wszechświat może oddać z innego źródła, ale tego nie widzimy, bo jesteśmy oślepieni rządzą złości, czy odwetu.
Warto wybaczyć innym dla swojego dobra za doznane urazy, czy krzywdy, wówczas lżej, łatwiej jest nam iść dalej i najważniejsze, że otwierają nam się różne rozwiązania naszych problemów. Świat staje się przyjaźniejszy, a ludzie którymi się otaczamy stają się sympatyczni i mili, czego wszystkim z całego serca życzę.
Irena

Blokady prawdy

Dlaczego boimy się o sobie dowiedzieć jacy naprawdę jesteśmy?

Nie można być sobą, jeśli dogłębnie nie poznamy prawdy o sobie. Boimy się jej, bo myślimy, że jest bolesna, może tak jest, a może bardziej jest bolesne nasze zakłamanie tylko o tym nie wiemy?

Czy wiecie, że prawda o nas jest lepsza, niż o sobie myślimy, a wystarczy tylko uwolnić zablokowane emocje by się o tym przekonać osobiście.

Do swojej prawdy jaka jestem docieram   uczuciami usuwając emocjonalne blokady, by zobaczyć zdarzenie w innym świetle i lepiej poznać siebie.

Naprawdę jaka jestem odkrywam małymi kroczkami w swojej podświadomości w zdarzeniach z okresu dzieciństwa.  Z nutką niedowierzania obserwuję, jak za każdą maciupeńką odkrytą prawdą zmienia się moje zdrowie i życie.

Zdarzeń ze swojej przeszłości nikt nie zmieni, bo to się już wydarzyło i nikt tego nie cofnie, ale spojrzenie na to wydarzenie owszem można zmienić, jeśli mamy odwagę spojrzeć prawdzie i nie bać się przyznać przed sobą, że w jakiejś sferze życia byliśmy zakłamani.

W blokadach uczuciowych zawsze okazuje się, że nasze spojrzenie na wydarzenie jest błędne, dlatego one się blokują.  Fałszywe przekonania czynią w naszym zdrowiu i życiu tyle zła, a mimo tego z takim oporem ich się usuwa, bo powołaliśmy ich do życia, a one broniąc się przekonują nasz umysł, aby tego nie czynić. Niestety mają wpływ na nasz umysł, jeśli damy im na to przyzwolenie. Ja wówczas mówię, że moje fałszywe „ego” broni się, przekonuje umysł by stwarzał różne okoliczności, aby mi się nie chciało pracować nad swoim wnętrzem.

„Gniew prędko może ulecieć i zniknąć. Natomiast rozżalenie żywi się samym sobą i krąży w nas nieprzerwanie”.  Autor – C. C. Tipping

Nie ma złych emocji, są tylko te złe które powstały w wyniku kłamstwa, lub fałszywego spojrzenia w pewnym prawdziwym zdarzeniu. Tak już jest, że łatwiej odnaleźć nasze blokady z negatywnych uczuć, chociaż mamy też blokady pozytywne które tak samo są szkodliwe tylko trudniej do nich dotrzeć. Może dlatego, że uczucia negatywne same się żywią i rosną w siłę, a pozytywne zablokowane cichutko skulone siedzą nie dając o sobie znaku życia?

„Możemy pozwolić lub nie pozwolić na przejawienie się choroby w naszym ciele, w zależności od tego z czym harmonizujemy. Innymi słowy – to co zostało stłumione pozostawia ślad w naszym polu morficznym i wnika w naszą strukturę biologiczną. Dlatego naprawdę musimy zwracać uwagę na to, co myślimy.”  Autor – Dr Richard Bartlett.

Usuwając blokady absolutnie nie zmieniam swojego programu życia, bo tego nie chcę nawet czynić, przeciwnie chcę zobaczyć, poczuć jaka jestem naprawdę pod pokrywą emocjonalnych śmieci i przekonań.  Przecież to Ja człowiek jestem dokładnie taka jaki jest mój czysty życiowy program.  Zmieniając swoje przekonanie nie zmieniam swojego programu, tylko oczyszczam go z fałszywego spojrzenia, a tym samym zmieniają się moje uczucia, myśli i nowa Irena, niby jestem taka sama, ale inna.

Błędne spojrzenie powoduje  blokady, a one tworzą nam problemy, cierpienie i choroby.

Cudowne jest również to, że poprzez pole morficzne, w spadku zostawiamy swoim potomkom   o tyle mniej toksycznych przekonań, ile w swoim życiu zdołamy usunąć blokad.

Irena

 

Trudna droga do zdrowia

 

Było ciężko i trudno wyjść  z  wszystkich chorób, musiałam zmierzyć się ze swoim strachem, cierpieniem i poznać siebie od nowa, ale mój wysiłek został obficie wynagrodzony.

 

 

Przeglądając po latach swoje opisane cierpienia na potrzeby terapii, uświadomiłam sobie jakie miałam okropne życie i problemy, które wydawało się, że są nie do pokonania, ale dałam radę i dopiero teraz widzę, ile włożyłam trudu, ile dałam wysiłku i jaką przeszłam ciężką drogę by wyjść z tych wszystkich wcześniej nieuleczalnych chorób.

Wszystkie swoje problemy zdrowotne i życiowe podczas terapii zawsze zaczynam od opisania problemu.

Mój pierwszy opisany problem na kartce papieru zaczynał  się słowami; umieram na raka płuca prawego, który już rozsiał się po całym organizmie i nie ma dla mnie ratunku………………. …….. …….Zazdroszczę tym, którzy lekko z uśmiechem umierają, są pogodzeni z rozstaniem życia i nie boją się przejścia na drugą stronę, bo ja jestem przerażona i struchlała ze strachu i nie wiem co się dzieje, bo nie wiem co ja takiego zrobiłam w swoim życiu złego, że mnie to spotkało………………

 

 

Takich wpisów do terapii, tylko o różnych problemach mam zapisanych całe stosy i tomy na kartkach papieru i tomach zeszytów.  Przeglądając swoje opisy na potrzeby terapii, po latach widzę, jakie miałam ogromne problemy, które wydawało się, że są nie do pokonania, ale dałam radę i dopiero teraz widzę jak daleką przeszłam życiową zmianę, nie tylko zdrowotną, bo one zawsze idą w parze. Jeśli nawet wydaje nam się, że wszystko się układa poza zdrowiem, to znaczy, że nie chcemy czegoś ważnego zauważyć i choroba daje nam tą informację, u mnie to się potwierdziło w 100%

14 lat temu, kiedy zaczynałam czuć się lepiej, to nawet wybitni terapeuci twierdzili, że przy zdrowym stylu życia mogę jeszcze pożyć 5 a nawet 7 lat, a żyję jeszcze raz tyle i mam się dobrze.  Nie mam do nich pretensji, oni tak naprawdę pocieszali mnie, bo brali pod uwagę jak mocno miałam zniszczony cały układ oddechowy, pomijając inne nieuleczalne choroby i mój niemłody już pesel.

Moje zapisane kartki papieru są dowodem, jak skuteczną stosuję terapię i ile dokonałam pracy i ile włożyłam trudu dla swojego zdrowia, a później dla lepszego życia, za to mam szacunek i uznanie do siebie, swojej pracy i dziękuję Bogu, że otrzymałam taką szansę.

Mam za co być wdzięczna Bogu i mieć uznanie do swojej pracy, bo dokonałam samo uzdrowienia kilkunastu nie uleczalnych swoich chorób, co prawda wkładając dużo wysiłku i trudu, ale dzisiaj wiem, że warto było by dzięki temu móc  doświadczać cudu uzdrowienia nie tylko ciała, ale i dalszego lepszego życia mimo ukończonych 70 lat.

Gdyby mi ktoś dawniej powiedział, że aby być zdrową to muszę najpierw włożyć tak ogromny trud, jaki włożyłam to od razu bym krzyczała, że to nie dla mnie, że nie dam rady, przecież jestem przez choroby tak bardzo wyczerpana, a do tego mam już swoje niemłode lata, więc skąd mam na taki trud brać siły?

 

Jak patrzę teraz na tomy zapisanych kartek to trudno mi samej uwierzyć, że ja tyle wykonałam pracy. Te zapisane kartki to mój tajemniczy pamiętnik pisany inaczej, dla mnie jest to dokumentacja na to, jaką naprawdę byłam wcześniej i jak się zmieniałam wprost proporcjonalnie do zachodzących uzdrawiających zmian w moim ciele. Gdyby nie zachowane zapisane kartki z mojego uzdrawiania, nie wiedziałabym tak dokładnie jakie kiedyś miałam zablokowane emocje i przekonania, które były przyczyną moich chorób, ale najważniejsze, że się dowiedziałam, że w swoim życiu nie zrobiłam nic złego, po prostu tak zadziałały moje życiowe schematy.

To dobrze, że musiałam zapisywać ręcznie na kartkach, bo nie znałam się na komputerze, ale dzięki temu nie mogę podejrzewać, że to jakiś wirus się wkradł i mi coś powypisywał, a nie że ja miałam takie problemy i przekonania, a charakter pisma jest nie zaprzeczalnym dowodem dla mnie samej.

Niestety moja świadomość dawne przekonania i emocje wymazała z pamięci i kiedy je czytam, to trudno mi uwierzyć, że opisane przekonania były moje. Może nie zupełnie wszystko, ale po większej części naprawdę zostało wszystko wymazane.  Jedyne co pamiętam, to problemy zdrowotne, czyli choroby z którymi było mi dane iść przez życie, dopóki od nich się nie uwolniłam. Z niektórymi szłam już od dzieciństwa jak nap. dyskopatia kręgosłupa czy problemy wątrobowe, przez które miałam dietę wątrobową już od kąt pamiętam.

Tak naprawdę to na wszystkie poniżej uwolnione choroby, też ciężko tyrałam już od wczesnego dzieciństwa, aby w dorosłym życiu zaistnieć w moim ciele.

Dopiero po uwolnieniu się z raka przy tej sposobności zaczęłam pozbywać się  przewlekłych chorób, takich jak;

1/ dyskopatia kręgosłupa / nieuleczalna, w trzech miejscach okropne bóle leczone bez skutków przez wiele lat, obecnie od 10 lat nie biorę żadnych środków przeciw bólowych /

2/ powiększona wątroba /bóle wątrobowe/

3/alergie – pokarmowe, na kurz i na pyłki /jaka ulga – tego nigdy nie zapomnę jak były dokuczliwe/

4/niedotlenione serce/zdiagnozowano, nie leczono/

5/bóle stawów kolanowych

6/ Hashimoto/zdiagnozowane, nie leczone/

7/astma oskrzelowa/ stosowane inhalatory/

8/łańcuch przepuklin/nie leczone/

9/migreny/leczone przez wiele lat bezskutecznie/

10/duże zaniki pamięci/zdiagnozowane, ale nie leczone/

11/rak nieoperacyjny płuca prawego/guz4cmx8cm z przerzutami/

12/zmiany w płucu lewym/w ogóle nie podjęto leczenia/

13/ niestrawność żołądka

14/dolegliwości jelita grubego

15/chore zatoki

16/choroby skóry

17/17 cm wycięto jelita cienkiego

18/dwukrotnie otwierana otrzewna/przez jelito cienkie/

20/chroniczne zapalenia kłębuszków nerkowych

Na powyższe choroby już nie cierpię, od lat nie biorę już żadnych recepturowych lekarstw, pozostała mi po wszystkim tylko dokumentacja   medyczna.

 

 

   

 

Na drodze uzdrowienia najszybciej pozbyłam się zaników pamięci i dzięki temu poznałam i mogłam przestudiować wiele ciekawych książek dotyczących zdrowia, świadomości, pozytywnego myślenia, naszych emocji i innych.  Korzystałam   z parę kursów i z wielu warsztatów zdrowotnych. Warsztaty bardzo sobie cenię, bo działa na nich dodatkowo poza zdobytą wiedzą jeszcze dodatkowo energia grupy.

Trud, praca i zdobyta wiedza zaowocowały obficie moim lepszym zdrowiem i życiem.

Tak naprawdę dzięki Bogu i swojej pracy ze sobą otrzymałam drugą szanse na życie i mogę doświadczać wiele wspaniałych chwil, bo przy moich chorobach, a tym bardziej przy tak zniszczonym układzie oddechowym, to naprawdę cud że żyję, a do tego mam się dobrze.

Tak naprawdę nie zdajemy sobie sprawy, jak dużo trudu i pracy wkładamy w to by dopadła nas choroba, tak że nie można narzekać, że uwolnienie z choroby kosztuje tak dużo trudu i pracy.

Trud, praca i zdobyta wiedza zaowocowały obficie moim lepszym zdrowiem i życiem, a zdrowia i lepszego życia wszystkim serdecznie z całego serca życzę.

Irena

Odzyskana sprawność fizyczna

 

Absolutnie nikt się tego nie spodziewał, że coś takiego spotka mojego męża.

Był zdrowy, ciśnienie miał jak młody byk, cholesterol w normie i bardzo zdrowe serce, a tu nagle udar mózgu, paraliż prawej strony całego ciała, utrata mowy i utrata widzenia.

To było szczęście i nieszczęście, że udaru dostał w Szwecji, szczęście, bo szybko i sprawnie otrzymał fachową pomoc i dokonano skuteczną operację, a nieszczęście, że za granicą utrudniony był kontakt, bo trudno było się porozumieć ze służbą medyczną w jakim stanie jest chory.

Kiedy dzwoniłam do męża w tym czasie jak miał udar mózgu, przeczuwałam, że stało się jemu coś złego. Miałam ochotę krzyczeć, co się tam u ciebie dzieje. Dopiero po chwili dowiedziałam się co się stało, od jego kolegi, który udzielał mu pierwszej pomocy, wezwał ratunkową służbę medyczną i zadzwonił do mnie poinformować co się stało.

Po pierwszym szoku, zaraz się opanowałam i zadałam sobie pytanie jak mężowi, będąc tak daleko mogę pomóc?

Co pierwsze przyszło mi na myśl to modlitwa w intencji jego zdrowia, następnie wiedząc, że myśli o mnie, łączyłam się z jego energią i wspierałam go swoją, jednocześnie do mnie do przesyłania energii dołączyła się córka.

Po operacji otrzymaliśmy wiadomość, że operacja się udała, ale nikt z lekarzy nie wiedział, czy zostanie przywrócona mu sprawność fizyczna.

To czekanie na efekty operacji było wiecznością, nie można się było dogadać, nie wiedzieliśmy w jakim jest stanie. Po dwóch dniach przemówił i zaraz rozmawialiśmy z nim przez telefon, bo klinika zadzwoniła do nas pod wskazany numer przez męża.  To nie przypadek, że mąż jak odzyskał świadomość, to pamiętał tylko jeden numer telefonu, ale nie wiedział co to za numer, okazało się, że był to telefon do mojej córki.

Nie wierzymy w przypadki, więc informacja dla nas była jasna, że potrzebuje jej terapii. Na tyle ile było możliwe córka dzwoniła do niego i przeprowadzała z nim bardzo łagodną terapię na odległość, jednocześnie przesyłała mu Energię Miłości.

Skutkiem tego lekarze w klinice co róż dawali sprzeczne informacje, co do transportu męża do kraju. Najpierw miał być przewożony do Polski transportem medycznym do szpitala na neurologię pourazową, po dwóch godzinach miał być przewieziony promem w asyście opiekuna medycznego, po paru godzinach zaproponowali, czy może ktoś z rodziny po chorego przyjechać, ale wracać może tylko promem.

W końcu jak córka do niego pojechała i zrobiła mu terapię, to się okazało, że jego stan zdrowia po ponownym szczegółowym przebadaniu poprawił się na tyle dobrze, że może wracać samolotem, nawet dali takie pozwolenie na piśmie i już nie ma potrzeby jechać do szpitala, tylko może wracać do domu.

Okropnie przeżywałam ich powrotną podróż, ale wrócili bez żadnych problemów, spokojnie zniósł podróż, można powiedzieć, że doskonale. Aż trudno uwierzyć, że wracał samolotem po siedmiu dniach, od udaru mózgu, który sparaliżował mu prawą stronę, i odebrał mu mowę i wzrok. Wrócił całkiem normalny zdrowy mąż, jedynie był trochę osłabiony.

Obecnie po dwóch tygodniach czuje się dobrze, nabiera sił, z tym, że jeszcze nie odzyskał widzenia na lewe oko, ale liczymy, że z czasem może wzrok na to oko też odzyska.

Może ktoś różnie myśleć, ale ja wiem swoje, że terapia mojej córki ponownie zadziałała cuda.

Ja natomiast byłam po 10 latach po raz pierwszy w przechodni, aby zarejestrować męża na badania do okulisty, na to niewidzące oko. Przez wiele lat nie chodziłam do lekarzy, bo nie było takiej potrzeby, każdą dolegliwość skutecznie eliminowałam terapią. Już przy rejestracji   byłam rozczarowana, bo organizacyjnie służba medyczna cofnęła się sporo do tyłu, jest o wiele gorzej niż 10 lat temu, z tym, że przechodnia lekarska ma nowy budynek, ale co z tego ma zwyczajny pacjent? Na to pytanie każdy może odpowiedzieć sobie sam.

Irena

 

 

Stres na talerzu

   

 

Najzdrowsza dieta, to żywność spożywana bez stresu, w radości i spokoju.

Każdy lęk jest dobrą odżywką na raka, w tym również lęk przed niezdrową żywnością.

Ostatnio rak sporo żywi się lękiem publikowanych zdrowych diet.  Niestety, zdrowe to znaczy kosztowne. By nadążyć za zdrowymi dietami trzeba mieć sporo pieniędzy i czasu, może właśnie dlatego diety są modne?  Może udowadniamy sobie i światu, że stać nas na dietę?

Mam nadzieję, że coraz więcej osób poszukuje dla siebie odpowiedniej żywności dla dobra swojego zdrowia, bo wzrosła nasza świadomość i nie chcemy zatruwać swojego organizmu. Tak czy inaczej pieniądze są wyznacznikiem naszej diety, bo każda dieta jest dość kosztowna i niestety nie na każdą kieszeń.

Najzdrowsza dieta, to żywność spożywana bez stresu, w radości i spokoju.

Finansiści nabijają sobie kasę, bo świat oszalał na punkcie diet, cudownych, uzdrawiających, wyszczuplających i trujących nasz organizm. W różnych publikacjach podają różne naukowe sprzeczne z sobą uzasadnienia, biznes kwitnie, finansiści zacierają ręce, a epidemia raka rozwija się w zastraszającym tempie.

Zapomina się, że największą pożywką raka jest lęk, również i ten na talerzu.  Uważam, że rak bardziej boi się nie tego co na talerzu, tylko z jakim przekonaniem i jak spożywamy znajdujące się na nim pożywienie. 

Tak zwana zdrowa dieta jest mało dostępna i szaleńczo droga. Z powodu braku pieniędzy i czasu spożywamy dostępny dla nas posiłek często z lękiem – O rany! Jak Ty niezdrowo jesz!  O jej!  Jak ja niezdrowo się odżywiam! Trudno, nic zdrowszego nie mogłam kupić, muszę jeść to co mam!  Na talerzu praktycznie zostały nam tylko lęki!   Czyli najlepsza pożywka dla raka.

Stare mądre przysłowia mówią, że zdrowiej jest zjeść suchy chleb w spokoju i z uśmiechem, niż grubo posmarowany, ale z   lękiem, lub ze łzami w oczach.

Na pewno nie mogą stosować zdrowej diety ci którzy mają duży lęk przed stratą pieniędzy. Jeśli nawet w tej huśtawce emocjonalnej przeważy zdrowa żywność, to w konsekwencji zdrowa dieta więcej przyniesie nam szkody niż pożytku. Coraz częściej zadajemy sobie pytanie co jest zdrową żywnością?  Jakiej diecie zaufać?  Kto nas bardziej truje, producenci żywności czy hurtownicy podczas magazynowania? Wydaje nam się, że jak czytamy etykiety, to sobie już chyba możemy zaufać? Bo komu jak nie sobie? Czyżby? 

Może najbardziej oszukujemy się sami?

Takim oszukiwaniem siebie może okazać się nasza nowa zdrowa dieta.

Otworzenie się przed sobą może zaowocować odkryciem, jakie mamy zablokowane emocje i na przykład odkryciem, że może nasza zdrowa dieta nie jest taka zdrowa tylko kosztowna?

Może to być nam bardzo pomocne, jeśli chcemy być zdrowi i zwiększyć swoje zasoby finansowe. Emocjonalne blokady często w pierwszej kolejności osłabiają naszą kondycję finansową. Zdrowie i tak stracimy na zasadzie reakcji łańcuszkowej.  Powszechnie wiadomo jest, jak wywołany stres z powodu braku środków finansowych powoduje spustoszenie w naszym zdrowiu. Wszystkie akcje charytatywne nie rozwiązują problemu braku środków na leczenie.

Jeśli czegoś nie chcemy zauważyć, to nie znaczy, że tego nie ma. To tylko jest dowodem, że oszukujemy siebie i że wobec siebie nie jesteśmy w porządku. Wszystkie choróbska na takie podejście do siebie tylko czekają.

Emocje blokujące nasze zdrowie są mocno związane z pieniędzmi i odwrotnie. Poznałam kiedyś człowieka bardzo zamożnego, należał do jednych z najbogatszych ludzi w Europie i przyznał się w tajemnicy, że miał   nieuzasadniony duży lęk przed stratą pieniędzy. Początkowo ten lęk był motorem do powiększania coraz większych środków finansowych, aż w końcu odbiło się to na jego zdrowiu.  Rak kręgosłupa powiedział mu stop!!!

Bruce Lipton, profesor szkoły medycznej na Uniwersytecie Wisconsin i uczony prowadzący prace badawcze w swoich książkach pisał – „Kiedy rozpoznamy, jak te pozytywne i negatywne przekonania kontrolują naszą biologię, możemy wykorzystać tę wiedzę do stworzenia życia wypełnionego zdrowiem i szczęściem

Naprawdę warto się zatrzymać, podumać, czy na pewno jesteśmy wobec siebie w porządku, bo odkrycie jakiegoś lęku może zahamować proces niszczenia naszego życia.  Nic nie musi się wydarzyć, jeśli nie damy temu przyzwolenia, wszystko jest w nas, a nie koniecznie na talerzu.

Irena

 

Braciszek porwany!

 

 

 

Pokonałam wiele chorób, ale nowe problemy zdrowotne dotykają mnie, bo dają o sobie znać nieuświadomione toksyczne schematy, najczęściej budowane w okresie wczesnego dzieciństwa.

Czasem zastanawiam się, czy warto było dać tak wiele wysiłku i trudu, pozbywając się wcześniejszych chorób, skoro ciągle dają znać o sobie nowe dolegliwości zdrowotne?

Muszę jednak przyznać, że nabyte doświadczenie w samo uzdrawianiu pozwala mi szybko reagować na pojawiające się dolegliwości, zanim one się rozwiną w poważną chorobę, co nie znaczy, że uwalnianie toksycznych emocji stało się dla mnie łatwe. Nadal kosztuje mnie to sporo wysiłku, ale odzyskane zdrowie jest bezcenne.

Niedawno stało się dla mnie jasne, że coś nie tak jest z moimi przekonaniami.   Moje ciało taką informację mi dało, kiedy zaczęłam się czuć coraz gorzej.  W ciągu dnia musiałam leżeć osłabiona i obolała. Moje serce dawało znać bolesnym kłuciem, a okolice trzustki i wątroby opanował mocny ból.

Zdając sobie sprawę, że choroby ściągamy sobie sami, ułatwiło mi to zadanie sobie odpowiedniego pytania. Już wiem, że przy trafionym pytaniu, odpowiedzi pojawiają się same, więc jestem czujna.  Zadałam sobie pytanie za co tak siebie ponownie ukarałam? A jak kara, to znaczy, że mam w sobie jakieś poczucie winy, które z jakiegoś powodu teraz się uaktywniło w moim ciele.

Weszłam w medytację, by poczuć prawdziwe uczucia tu i teraz.  Kierując się zadanym pytaniem, od nitki do kłębka weszłam do źródła problemu, które znajdowało się  w dalekiej przeszłości.

Wizualnie zobaczyłam siebie niczym na filmie, jak miałam dokładnie 3 latka i sześć miesięcy. Widzę siebie w lesie, a obok dość wysoko na hamaku zrobionego z płachty uwieszonej na drzewie śpi mój malutki braciszek. Wiem, że mam go pilnować, aby nie ukradli go „cyganie”. Próbuję daremnie zobaczyć czy czasem się nie obudził. Czuję przejmujący strach przed wilkami. Jako trzy letnia Irenka oceniłam błyskawicznie, że braciszek jest wysoko i przed wilkami bezpieczny, ale ja wystawiona jestem wilkom na widok, a tym samym na pożarcie. Przerażona płaczę i szukam schronienia.  Szybkim ruchem znalazłam się w dołku pod krzakiem i z daleka przez łzy obserwuję hamak ze śpiącym braciszkiem.

Nie wiem, jak znalazłam się w domu z pytaniem, gdzie jest mój maleńki braciszek? Wszyscy pytani odpowiadali mi, że porwali go „cyganie”.

Od tak okropnej wiadomości ja, będąc trzy letnim dzieckiem zamarłam i poczułam się winna.  Zrobiło mi się bardzo smutno i martwiłam się co mu tam porwani zrobią. Dotarło do mnie, że straciłam braciszka, a bardzo go kochałam. Czułam się zła, niedobra, bo nie upilnowałam braciszka, nie ważne, że bałam się wilków, ja byłam już duża, miałam 3,5 roku, a on był taki malutki.

Widzę siebie jak chodzę po całym domu smutna bez celu, bez chęci na zabawę. Ciągnięta przez kolegę poszłam do sąsiadów idąc za nim jak cień. Aż nagle przez otwarte drzwi podejrzałam jak mój mały braciszek z gołym tyłeczkiem raczkuje sobie przy oknie przy ławie.

Ten widok bardzo mnie ucieszył, zaskoczył i zdumiał, że braciszek się odnalazł i nikt mnie o tym nie powiedział, a ja tak bardzo o niego się martwiłam niepotrzebnie.

Nikogo nie obchodziło, że ja się martwiłam, nikt mnie o odnalezieniu braciszka nie powiadomił, tylko jeszcze przygadywali, że to z mojej winy braciszek zaginął.

Automatycznie za to zaprogramowało mi się przekonanie, że Rodzice, ciocie i wujkowie mnie nie kochają i nikogo nie obchodzi, że ja za braciszkiem wylewam łzy. Nie upilnowałam go, to mam za swoje.

Przekonanie – „Nikt mnie nie kocha”. „Zmartwienia są wynagradzane” „Jak bym się nie zamartwiała, braciszek by się nie odnalazł”

W dorosłym życiu skutkowało to tym, że zawsze w pierwszej kolejności otrzymywał np.  śniadanie mąż, chociaż małe dziecko płakało. Powstawały u mnie wewnętrzne konflikty, bo dzieci kochałam nad życie i nie mogłam pogodzić obsługę despotycznego męża z opieką nad dzieckiem.  Dziś nie dziwi mnie, że już za młodu chorowałam, miałam usuwany pęcherzyk żółciowy i problemy z nerkami. Wraz ze zmianą świadomości, toczyłam z mężem walkę o zaspakajanie w pierwszej kolejności potrzeb dzieci, aż skończyło się rozwodem, ale w podświadomości ciągle czułam się winna.

Teraz wiem, że mój pierwszy mąż był projekcją moich destruktywnych przekonań.

Z tego też powodu, dopóki dzieci się nie usamodzielniły, nie chciałam z nikim wchodzić w związek.

Z perspektywy czasu wiem, że mnie jako trzylatkę nastraszyli, abym pozostawiona już nigdy nie oddalała się od braciszka, bo bali się, że mogę gdzieś zabłądzić, lub utopić się w bagnach.

Nikt z dorosłych w owym czasie nie przypuszczał, że z powodu nastraszenia uczynią mi taką krzywdę. Dzieci w powojennym okresie były bardzo doceniane, kochane i ważne. Niestety to były czasy, kiedy małe dzieci na okres pilnych prac zostawiano same w różnych miejscach.  W tamtym okresie nie było dramatu z tego tytułu, że małe dzieci zostały same. Tylko kiedyś nawet nieznajomi byli dobrymi wujkami i ciotkami i w potrzebie jak byli w pobliżu udzielali pomocy, opieki i w razie konieczności powiadamiali Matkę. Nikomu nie przyszło do głowy by dzwonić po milicję, że dziecko jest samo i potrzebuje pomocy.

U mnie po spojrzeniu na zdarzenie w innym świetle, automatycznie nastąpiło samo wybaczanie oraz wybaczanie wszystkim opiekunom.

Otworzyłam się na miłość, bardziej pokochałam siebie, a moi bliscy na tym korzystają, bo mam dla nich teraz więcej miłości.  Dolegliwości ciała zniknęły i poczułam radość, przypływ energii i wielką ulgę.

Im bardziej kochamy siebie, tym więcej możemy ofiarować innym. Życzę wszystkim dużo MIŁOŚCI.

Irena

 

 

Ból dobroci

 

 

Dobrzy i zacni bliscy jak niewinnie okaleczą kogoś emocjonalnie, to boli to o wiele bardziej, niżby zadała to osoba będącą złą i wyrachowaną. Wówczas nie ma się nawet komu pożalić, bo kto uwierzy, że taka zacna osoba mogła by kogoś skrzywdzić, dlatego takie ofiary przykrywają swój ból wstydem i ukrywają głęboko.

Komu łatwiej wybaczyć? Osobie kochanej, ale złej, samolubnej, która bez skrupułów krzywdziła innych?

Czy osobie kochanej, bardzo dobrej, której zdaje się, że nie ma co wybaczyć, bo całe życie kierowała się dobrem innych?

 

Nie zdajemy sobie sprawy, że najtrudniej wybaczyć kochanej osobie bardzo dobrej, a do tego skromnej.  Niestety trudno uwierzyć, że i takie nieskazitelne osoby też niechcący mogą czasem zranić okrutnie. Najczęściej dzieci takich dobrych Rodziców obwiniają się za nich i żyją z dużym poczuciem winy nie do wybaczenia.

W dorosłym życiu szanują ich, kochają, otaczają należną im troską, a mimo to poczucie winy w nich narasta, wpędzając w życiowe problemy i choroby.

Usłyszałam kiedyś błaganie, pomóż mi, czuję ból i żal za wszystkie zło jakie uczyniłam Mamie, Ona odeszła w zaświaty, a ja nie zdążyłam ją nawet przeprosić, za ewentualne krzywdy jakie jej uczyniłam.

Ali Mama odeszła w zaświaty parę miesięcy temu, a Ona na jej wspomnienie zalewa się łzami, a z upływem czasu ból wcale nie maleje.

Na Ali żale podpowiedziałam jej, że poczuje ulgę, jak od serca wybaczy Mamie, a Ona na to zareagowała gniewem.

Coś Ty!

Moja Mama to była niesamowitą osobą i najlepszą Matką na świecie!  Taka MAMA POLKA!

Zawsze ciężko pracowała, dwoiła się i troiła z całego serca i duszy, by zaspokoić nasze potrzeby. Robiła wszystko dla dzieci z Anielską cierpliwością i nie tylko dla swoich.  Nigdy nie krzyczała, nie biła, dziecko miało prawo wybierać sobie z jedzenia najlepsze kąski, zjadała to, co mała Alunia zjeść nie chciała, zawsze miła, uśmiechnięta.

Moja odpowiedź była nieubłagana, jeśli chcesz się pozbyć doskwierającego bólu i żalu, że byłaś dla tak wspaniałej Mamy nie dość dobrą córką, spróbuj wejść w uczucia swoje, aby się przekonać, czy faktycznie nie masz co wybaczać.   Jej już nie ma, odeszła do Aniołów, a Tobie wraz z upływem czasu ból i żal narasta coraz bardziej, po co się męczyć.

Po moich krótkich argumentach Ala przystała na terapię i się przekonała, że miała co Mamie wybaczyć i że była lepszą córką niż myślała.

Okazało się, że jej Mama w wychowaniu stosowała metodę krytykowania.  Była przekonana, że jest to skuteczna metoda wychowawcza, więc krytykowała ją nawet, kiedy otrzymywała piątki, argumentując, że piątka piątce jest nierówna. Według niej Ali piątki zawsze były słabsze od piątek    koleżanki, stawianą przez Mamę za przykład ułożonej dziewczynki.

Podczas terapii odsłoniła prawdę o sobie i kochanej Mamie. Jako dziecku kiedyś zdarzyło się, że pomyślała o swojej Mamie źle i to okrutnie zaważyło na jej życiu. Przyczyną była złość na Mamę, bo zawołała ją w trakcie zabawy i w nie odpowiednim momencie tą zabawę jej przerwała.  Złość została stłumiona, a pod nią duże poczucie winy wobec Matki. Całe zdarzenie umysł wymazał z pamięci, ale poczucie winy zostało, które z czasem rosło czyniąc spustoszenie w Ali życiu.

Teraz z perspektywy czasu, Ala zobaczyła swoją Mamę w innym świetle, zobaczyła, że miała swoje wady i popełniała błędy. Najważniejsze, że jak uwolniła poczucie winy, to uświadomiła sobie, że tak naprawdę Mamie nic nie zrobiła i w niczym nie zawiniła, była normalną dobrą dziewczynką. Doskwierający   ból rozwiał się w samą porę, bo jakby dłużej trwał, to mógł przejść w nieuleczalną chorobę.

Jakże często boimy się dowiedzieć prawdy o sobie i swoich bliskich i funkcjonujemy w swoich schematach, nie zdając sobie sprawy, że nosimy w sobie niepotrzebne urazy, manifestujące się chorobą i trudnym życiem.

Irena

 

Agresja w szkole – terapie

https://www.terapiaemocjonalna.com/Uslugi

świadczony terapeuta
Agnieszka Waga
Terapie

Terapie indywidualne

 

Takie dzieci  były dawniej, a jakie są obecnie?

Na spotkaniu indywidualnie pracuje się z problemami: zdrowotnymi, emocjonalnymi oraz życiowymi. Na podstawie wywiadu konkretyzuje emocjonalny problem tzn. następuje ustalenie zablokowanych emocji lub błędnych przekonań.
Gdy wiemy gdzie leży problem to możemy przepracować i zmienić własne wewnętrzne przekonania (wewnętrzne muszę).
Po znalezieniu schematu , należy go przemienić na nowy pozytywy schemat. Osoba uczy się jak pracować i utrwalać prawidłowy schemat.

Na terapii dowiesz się np:

Jak wyzwolić w sobie kobiecość?
Jak odzyskać zdrowie? Co moja choroba chce mi powiedzieć?
Jak odbudować poczucie własnej wartości?
Jak odzyskać szacunek do siebie samego i spowodować by inni mnie szanowali?
Jak uwolnić się z poczucia winny?
Mój mąż pije, a ja się wstydzę, co mogę z tym zrobić?
Moje dzieci doprowadzają mnie do wściekłości, wybucham i wtedy nie panuje nad sobą, co mogę z tym zrobić?
Ciągle mnie ktoś okrada i wykorzystuje, a mi jest przykro. Czy to przypadek, czy jednak sama przyciągam tych ludzi do siebie?

Praca z dziećmi

Terapie indywidualne z dziećmi przeprowadzane są w formie zabawy. Dobrze jak w terapii bierze udział cała rodzina. Choć najczęściej pracuje z mama i dzieckiem.

Jak wygląda taka terapia z dzieckiem?

Najpierw rozmawiam z rodzicami, lub sama mamą. Przeprowadzam wywiad by się dowiedzieć jaki jest problem.
Czy dziecko wie po co do mnie przyjechało czy nie? To ważne, bo sugeruje czy będziemy pracować z emocja wstydu.

Jeśli dziecko wie po co przyjechało, to przeprowadzam z nim sesje sam na sam. Jest to przeprowadzone w formie zabawy, tworzymy bajkę której głównym bohaterem jest dziecko, do pomocy zabiera ze sobą superbohatera jakiego chce np supermena, lub wróżkę winx. To daje dziecku poczucie bezpieczeństwa. W naszej bajce nie ma prawdziwych osób z życia, tylko części ciała które chcą nam coś powiedzieć. Wiec dziecko nikogo nie broni, nikogo nie wini, mówi mi to co chce nam powiedzieć jego podświadomość.
Tak odnajduję źródło problemu. Na koniec bajki naprawiamy przy pomocy super bohaterów wirtualnie wszystkie szkody jakie były wyrządzone wewnątrz danego organu. Więc bajka się dobrze kończy.

Jak już znam źródło problemu, to rozmawiam z mamą o schematach. Pokazuje mamie jak ten świat odbiera jej dziecko i jak to zmienić.

Pracując z rodzicami zmieniamy, dotychczasowy schemat postępowania rodziców, co powoduje że dziecko zaczyna inaczej postrzegać siebie. Przejmuje właściwe wzorce naśladując rodziców. To wszystko zmienia. To tak samo jak w matematyce, gdy robiąc kolejny raz to samo zadanie użyjemy w końcu właściwego wzoru, wynik działania będzie poprawny. Samo to że użyliśmy właściwy wzór powoduje wymazanie poprzednich błędów.

Jeśli dziecko nie chce współpracować, nie wie że przyjechało na terapie. Postępujemy inaczej. Zajęcia są przeprowadzane z rodzicami. Bawimy się w taką wspólna grę, omawiając emocje którą prezentuje dziecko np gniew. Zdejmujemy poczucie winny, wstyd z dziecka przez wytłumaczenie dziecku schematu w formie gry. Z zaleceniem by bawić się w tą grę w domu.

Praca z dzieckiem pozwala wyeliminować zachowania negatywne i odpowiada na pytania:

Jestem ofiara klasową. Jak to zmienić?

Moje dziecko jest agresywne .Co robić?

Moje dziecko jest leniwe, nie potrafi się uczyć. Czy to znaczy , że jest głupie?

Jestem głupi i nic nie potrafię. Jak zwiększyć poczucie wartości w dziecku?

Porażka i rozczarowanie wynikami. Tak się starałem i nic to nie dało, to wole nic nie robić. Jak niechęć do pracy zamienić w motywacje do działania!

Moje dziecko jest chore, co jego choroba chce mi powiedzieć? Jak uruchomić proces samoleczenia u dziecka?
Terapie grupowe

Praca w określonej grupie. Wykład połączony z ćwiczeniami. Polega na przekazaniu wiedzy o podświadomym schemacie który powielamy ,a jest dla nas destrukcyjny, złamaniu go i wstawieniu nowego schematu.

-Agresja w domu i w szkole. Jak zatrzymać rosnącą agresje wśród dzieci?

-Porażki i rozczarowanie. Dlaczego mam ciągle pod górkę?

-Nikt mnie nie szanuje. Jak to zmienić?

-Jestem ciągle wykorzystywany i nie wiem dlaczego?

-Alkoholizm w domu.

Praca w szkole

Wykłady z zajęciami praktycznymi z określona grupą np: z dziećmi, rodzicami, z nauczycielami. Na wybrany temat:

Jak zatrzymać agresje w szkole?
Nastawianie na Rywalizacje (na tzw wyścig szczurów), przyczyną depresji u dzieci. Jak radzić sobie z porażką i rozczarowaniem u dzieci?
Jak moje dziecko się uczy? Jak mogę pomóc dziecku w uczeniu się? Techniki uczenia się.

Jak zatrzymać agresje w szkole?

Terapia adresowana do dzieci i młodzieży w wieku szkolnym i przedszkolnym. Jak również do rodziców i nauczycieli.
Schemat jak pracować z gniewem jest podstawowym elementem, jaki powinniśmy uczyć dzieci w szkołach. To pozwoliło by zatrzymać rosnącą agresje w naszych szkołach. Nauczenie dzieci właściwego schematu, podejścia do gniewu powoduje całkowitą eliminacje wybuchów złości. Na zajęciach dzieci uczą się technik kontrolowania gniewu.

Celem zajęć jest uzmysłowienie dziecku, że:
-gniew to emocja, którą czują wszyscy.
– gniew jest reakcją emocjonalną, gdy nasze oczekiwania nie spotkają się ze zrozumieniem.
-gniew może być albo destrukcyjny albo twórczy, to zależy czy go kontrolujemy i na co go skierujemy.
-agresja, jest wtedy, gdy niekontrolowany gniew kierujemy na drugą osobę.
-aby uniknąć niekontrolowanego wybuchu agresji, należy nauczyć się techniki kontrolowania gniewu.

Pamiętajmy! Brak pracy teraz z naszym dzieckiem z emocją gniewu prowadzi u niego do tłumienia złości,( tzw. nabijanie gazu w butelkę). Tłumienie gniewu w sobie prowadzi do jej eskalacji i wybuchu w niepożądanym momencie. Zazwyczaj spokojne dziecko w momencie wybuchu niekontrolowanej emocji gniewu staje się agresywne, nieposłuszne, wszczyna bójki, potrafi uderzyć Mamę/Tatę, zamyka się w sobie, niszczy przedmioty wkoło siebie. Dlatego, by uniknąć takiego zachowania naszego dziecka w przyszłości zacznijmy z nim pracować już dziś.
Na zajęciach, jest dostępny do zakupienia skrypt omawiający i opisujący dokładnie te techniki.

Terapia emocjonalna – to praca na emocjach które zablokowalismy i schematach które sami stworzyliśmy będąc dziećmi w swojej podświadomości. Terapia ma doprowadzić nas do samoakceptacji, a to prowadzi nas do zdrowia , daje nam pewność siebie i zapewnia sukces zawodowy.

Praca z emocjami

Emocje są kluczem do porozumiewania się miedzy naszą świadomością a podświadomością. Niezależnie od tego czy robimy to świadomie, czy nie programujemy się cały czas. Nasze programy powodują że przyciągamy do siebie określonych ludzi, zdarzenia i choroby. Dzięki emocją możemy zobaczyć gdzie tkwi problem i zmienić program na taki jaki chcemy.
Zmieniając program odrzucamy stare ograniczające nas obciążenia, a przyciągamy to co chcemy.
Odrzucając chorobę przyciągamy zdrowie.
Odrzuccając manipulacje przyciągamy szczerych przyjaciół.
Nie przyjmując winy od innych przyciągamy spokój ducha i wraca nam pewność siebie. itp.
Pracując z gniewem odzyskujemy szacunek do samych siebie. itp.

Praca na emocjach nie jest łatwa, bo trudno nam czasem odpowiedzieć sobie na pytanie:
Co czuje w związku z tą sytuacją?
Nie twierdze, że to będzie łatwe, tylko że jest to możliwe. Każdą chorobę można wyleczyć tą metodą, tylko nie każdego człowieka. Terapia emocjonalna, ukazuje kierunek do samoleczenia, ale prace każdy musi wykonać sam.

Praca na schematach

Jeśli nie potrafimy określić danej emocji, to zmieniamy narzędzie pracy: wtedy pracujemy na schematach.

Schematy, to nasze przekonania, nasze wewnętrzne muszę, nasze nawyki, które tworzą uzależnienia to one w destrukcyjny sposób wpływają na nasze zdrowie, wywołują też konkretne nieprzyjemne zdarzenia w naszym życiu.

Schematy te powodują, że inne osoby w stosunku do nas zachowują się w konkretny sposób. np: poniżają nas, krytykują, nie liczą się z naszym zdaniem, biją, okradają, obmawiają itp.

Każda taka sytuacja to sygnał dla nas, że korzystamy ze złego schematu.

Należy zidentyfikować dany schemat, złamać go i zastąpić pozytywnym. Wtedy wszystko w naszym życiu się zmienia na lepsze.

Jak tworzymy taki schemat?

Aby to zrozumieć przyjrzyjmy się na nowo naszym emocją.

Emocje- niedoceniana, niezauważana część naszego życia. Czy tego chcemy czy nie? Emocje istnieją.
Towarzyszą nam one od pierwszej minuty życia, aż do śmierci. Przeżywamy je, tłumimy, chcemy się nimi dzielić lub przeciwnie wolimy przeżywać je w samotności. To ta część nas, która, zawsze bierze górę niezależnie od naszej woli.

Co ciekawe? Przeżywanie emocji, ich intensywności jest takie samo. Niezależnie, czy jesteśmy bogaci czy biedni? Czy jesteśmy bezdomnym nędzarzem czy bogatym właścicielem czy nawet królem? Jest takie samo. Emocje takie jak: strach, gniew, żal, radość, smutek, rozczarowanie przeżywamy z taka samą intensywnością.
Nie zastanawiamy się nad tym? Dlaczego, w niektórych sytuacjach targają nami skrajne emocje?

Często wmawia się nam, już od dzieciństwa, że okazywanie niektórych z nich jest niewłaściwe.
Np.:
Chłopcy nie powinni, płakać okazywać smutku, bo to przecież oznaka słabości.
Dziewczynki nie powinny okazywać złości, bo to oznaka złego wychowania.
Czego się cieszysz jak głupi do sera, bez powodu? Gdy przemarzniesz to przestaniesz. -Słyszy dziecko, które przeżywa radość, z tego, że spadł pierwszy śnieg.

Negacja naszego otoczenia, często najbliższych nam osób powoduje, że zaczynamy już od dzieciństwa tłumić a niekiedy nawet się wstydzić tego, że odczuwamy daną emocje. Chcemy być dobrzy, kochani, akceptowani przez rodzinę środowisko, w którym jesteśmy.

Małe dziecko myśli sobie: coś ze mną jest nie tak? Nie jestem taki cudowny i wspaniały jak mi się wydawało, skoro oni widzą mnie inaczej. Nie mogę dłużej taki być. Powstaje lęk, że jeśli się nie zmienię, przestana mnie kochać. Zaczynamy tłumić wstydzić się, naturalnej części siebie. Tak zaczynamy wypierać prawdziwe swoje ja, by sprostać oczekiwaniom innych.
Tak, zaczynamy negować siebie, zaczynamy nienawidzić siebie za to, że odczuwamy daną emocję.

Ta droga, to droga do samo destrukcji. Właśnie, tak przyciągamy do siebie choroby i niepowodzenia życiowe. Tak tworzymy schemat, czyli błędne nieprawdziwe przekonanie w które zaczynamy wierzyć.

Tak, dobrze przeczytałeś, to my sami przyciągamy, choroby i niepowodzenia życiowe. W dzieciństwie tworzymy przekonanie a ono schemat postępowania, w zależności od sytuacji by sobie poradzić z brakiem akceptacji, brakiem chęci spełnienia naszych oczekiwań.

Wszystkie nasze błędne przekonania, dotyczące nas samych powstały w dzieciństwie.

Przekonanie – to myśl dotycząca nas samych, w którą przez wielokrotne powtarzanie zaczęliśmy wierzyć. Sama myśl nie jest groźna, to my daliśmy jej siłę wierząc w jej prawdziwość.

Np.: nie mogę być odważny, bo mama uważa, że odwaga jest głupia.
Nie mogę być odważny – to myśl, która powstała w głowie dziecka na reakcje mamy, gdy dziecko chciało w ZOO pogłaskać krokodyla.
Dziecko widzi przerażenie mamy i zdenerwowanie, na swoje zachowanie. Powstaje myśl: nie mogę być odważny. Mama zaczyna tłumaczyć dziecku, że nie wolno głaskać krokodyla, że to głupie zachowanie, że odwaga w tym miejscu nie jest wskazana, tak się nie robi i tyle. Niedojrzała podświadomość dziecka widzi tylko zdenerwowanie matki, widzi tylko emocje – dostaje myśl odwaga jest głupia. Dołącza zdenerwowanie matki do myśli -odwaga jest głupia. Nie mogę być odważny, bo to powoduje ze mama przestaje mnie kochać tylko się na mnie złości.

Gdy następnym razem będzie chciało się pochwalić swoja odwagą i też dostanie taki sam komunikat. Np. Ojciec go nakrzyczy, że nie skacze się po dachach, i będzie przy tym zdenerwowany i krzyczał na chłopca. Jego podświadomość zarejestruje gniew ojca. Dołączy to do wcześniej zarejestrowanego gniewu matki i powstaje myśl: to prawda odwaga jest głupie. Powstaje lęk, że gdy się tak zachowuje rodzice przestają mnie kochać.

Podświadomość dziecka nabiera przekonania: nie mogę być odważny, bo to głupie.
Mało tego, nabiera przekonania: nie mogę przeżywać radości wynikającej z zabawy, która jest odbierana przez rodziców, jako głupia. W konsekwencji -Uzależniam przeżywanie radości od akceptacji rodziców. Tłumie radość.

Jego podświadomość nie koduje zdarzenia, tylko myśl i emocje. Nie zastanawia się, dlaczego, nie osądza sytuacji, nie porównuje tych dwóch sytuacji, koduje tylko emocje i myśl.

Podświadomość nie rozumie, że zdenerwowanie matki nie było reakcją na jego odwagę, tylko na niebezpieczeństwo, które z niewiedzy dziecka wynikało. Tak naprawdę dziecko nie myślało w kategoriach czy jestem odważny. Jego chęć pogłaskania krokodyla wynikała z porównania go do pieska. Jego zachowanie nie miało nic wspólnego z odwagą tylko z jego nieświadomością niebezpieczeństwa i chęcią zabawy. Tłumaczenie matki spowodowało, że w dziecku powstała nieprawdziwa myśl, niemająca nic wspólnego z prawdą. Do tego dochodzi negacja radości.

Takie dziecko zacznie być wycofane i smutne, zacznie być wstydliwe. Mimo że wcześniej taki nie był. Teraz potrzebuje akceptacji otoczenia zanim podejmie własną decyzje. Stał się taki, bo wyparł część prawdziwego siebie, by sprostać oczekiwaniom innym.

100 razy powtarzana myśl staje się przekonaniem.
100 razy powtarzane kłamstwo staje się prawdą

Emocje – to myśli, do których są dołączone uczucia. To one są informacją dla naszej podświadomości.
To sposób, w jaki nasza podświadomość się z nami komunikuje. Tylko my- nasze świadome ja, tych wiadomości nie potrafimy odebrać.
Na terapii zajmujemy się właśnie odbieraniem tych wiadomości i ich zrozumieniem.

Dlaczego to takie ważne?
Żeby żyć w zgodzie z samym sobą, świadomość i podświadomość powinny umieć się porozumieć, iść razem w jednym kierunku, być zgodne. Ciągnąć wózek w jedna stronę.

Samoakceptacja – to umiejętność pogodzenia dwóch wewnętrznych światów tzn świadomości i podświadomości.
Tu dochodzimy do sedna, że w nas istnieje świadomość i podświadomość.
Czy to prawda?
Czy tego chcemy czy nie? Tak jest. Udawanie, że czegoś nie ma nie spowoduje, że to zniknie.

Dlatego jeśli w naszym życiu nam coś doskwiera, zamiast pomstować na wszystkich wkoło, warto przyjrzeć się sobie i zacząć pracować nad samoakceptacją, nie ważne jaką metodą, ważne by była skuteczna. Wtedy rzeczywistość wokół nas zmieni się sama.

Opinie o terapii
Mój syn, był szykanowany przez kolegów w klasie. Konflikt narastał. W szkole mimo zgłaszanego problemu, stosowano pogadanki na temat właściwego zachowania dzieci, które nic nie dawały. Doszło do tego, że syn bał się chodzić do szkoły. Przyjechałam na terapie z dzieckiem. Po przepracowaniu gniewu i poczucia winy, agresja w stosunku do mojego dziecka ustała. Chłopiec który wywoływał, konflikty przeniósł swą agresje na inne dzieci. Syn za to polubił się z jednym kolegą z klasy teraz są nierozłączni. Bardzo dziękuje za okazana pomoc. Chciałam by w klasie mojego dziecka odbyła się terapia grupowa, ale dyrekcja szkoły nie widzi takiej potrzeby. Polecam tą terapie, szczególnie rodzicom których dziecko jest szykanowane w szkole. Mama Kacpra.

Moje dziecko w wieku 6 lat sikało do łóżka. Lekarz stwierdził,że fizycznie jest zdrowy. Potem przez rok chodziliśmy do psychologa, wizyty przynajmniej raz w miesiącu, bez efektu. Dziecko samo sobie zmieniało pościel w nocy na świeżą, dodatkowo jak się zsikał miał kare, zakaz bajek i komputera. Nic to nie dawało, co noc łóżko było mokre.W końcu pod namowa koleżanki, przywiozłam dziecko na terapie. Już po pierwszej sesji dziecko przestało sikać. Oczywiście nad schematem i zmiana nawyków pracowaliśmy jeszcze chwile, ale było warto. Niesamowite, że to tak działa. Bardzo dziękuje za pomoc. Polecam wszystkim. Beata

Zawsze wiązałam się z partnerem który mnie krytykował i poniżał. Na terapie zgłosiłam się z powodu anoreksji. Po przepracowaniu lęku przed samotnością, gniewu, manipulacji, smutku. Odzyskałam spokój wewnętrzny, pewność siebie i siłę o której nigdy bym siebie nie podejrzewała. Rozstałam się z destrukcyjnym partnerem, to była moja decyzja. Uwolniłam się od uzależnienia teraz jestem wolna. Super polecam, warto popracować i zobaczyć , że świat Ci sprzyja. Wcześniej zawsze miałam pod górkę. Teraz nadszedł czas by było z górki. Teraz to widzę i czuję:) Alicja.

Odklepać Paryż

 

 

 

Na takiej wycieczce jak ostatnio,  nigdy jeszcze nie byłam

Będąc młodą nie miałam szansy na podróżowanie i zobaczenia na własne oczy wiele ciekawych miejsc w Europie i na świecie.

Obecnie będąc seniorką ze skromnej emerytury łapię nadarzająca się okazję na ile jeszcze mam sił, aby   zwiedzić jak najwięcej miejsc o których kiedyś tylko słyszałam i oglądałam na folderach. Biuro Turystyczne ‘’HUBTOUR” jak mi się zdawało wyszło naprzeciw moim oczekiwaniom i jak zaproponowali 5 dniową wycieczkę PARYŻ I ZAMKI NAD LOARĄ, jak nie miałam skorzystać z takiej trafiającej się okazji.

Wcześniej byłam już na paru ciekawych wycieczkach organizowane przez to biuro i różnie bywało, czasem zmęczenie dawało mocno znać o sobie, ale bez przesady, zawsze był czas na zredukowanie sił i skromny wypoczynek.

Tym razem było mocno trochę inaczej, co wcale nie znaczy, że miejsca odwiedzane nie były urocze. Były i to nawet bardzo, tylko, że organizatorzy uznali, że seniorzy 60+ zauroczeni pięknem odwiedzanych miejsc nie muszą już w ogóle odpoczywać i regenerować zmęczenie wielogodzinnymi marszami i podróżą.

Po 20 godzinnej podróży w dość sfatygowanym autokarze, jak dotarliśmy zmęczeni do upragnionego hotelu na obrzeżach Paryża mieliśmy tylko na odświeżenie się i wypoczynek 4 godziny, bo szybko pilot zabrał nas na odwiedzanie atrakcyjnych miejsc, które po paru godzinach przestały być atrakcją, a po 16 godzinach myśleliśmy tylko jak szybko się wyspać, bo wracaliśmy do hotelu nocą ponownie tylko na 4 – ro godzinny wypoczynek i tak przez następne dni. Pikanterii dodaje fakt, że odwiedzanie Paryża odbywało się wielogodzinnymi marszami na pieszo, bo kierowcy autokaru musieli odpoczywać i nie można było korzystać z autokaru.

W sumie w ciągu 5 dni byliśmy 12 godzin w hotelu, czyli po 4 godziny na dobę przez trzy dni, bo dwa dni zajmowała sama podróż. Organizatorzy uznali, że seniorom to wystarczy, tylko zdziwiło mnie, że po większej części uczestnikom to nie przeszkadzało. Rozumiałam, pragnienie bycia   w cudownych miejscach bez względu na trud, ale nie za cenę zdrowia! Bez przesady z wyzwaniem – „dam radę”!

Co prawda słyszałam ciche głosy, że chyba nas tutaj wykończą, ale nikt nie ośmielił się powiedzieć głośno, bo przecież to jest wycieczka, a nie wczasy, padała odpowiedź odpowiedzialnych za taki stan – wiedzieliście, że zapisujecie się na wycieczkę. Owszem wszyscy o tym wiedzieliśmy, tylko każdy miał prawo myśleć, że trzy noclegi w hotelu będą co najmniej 8 godzinne, dodaję dość głośno, ale nikt tego nie chce słyszeć.

Za młodu nie zawsze docenialiśmy swoje zdrowie, ale teraz jak z wiekiem zostało zdrowie utracone to go się dopiero ceni. Tak jest tylko teoretycznie i mimo, że każdy senior twierdzi, że zdrowie jest dla niego najcenniejsze niż wszystko inne, to w rzeczywistości fakty tym pustym deklaracjom zaprzeczają.

Świadomie to naprawdę dla każdego zdrowie jest najważniejsze, ale rządzą nami schematy nabyte w dzieciństwie i za młodych lat, dlatego w rzeczywistości jest różnie.

Mimo wiedzy i doświadczeń nabytych przez całe długie lata, to   nadal przebywamy w toksycznym schemacie udawadniania i dumy, które kreują naszą rzeczywistość. Naukowcy badaniami już dawno potwierdzili, że „duma” i udawadnianie niszczy nas i zabija, może dlatego warto przyjrzeć się z boku w jakich schematach funkcjonujemy? Czy naprawdę szanujemy swoje poszczególne partie ciała?

Jestem daleka od oceniania, ale nie da się ukryć, jak wielu seniorów będąc ofiarami schematu udawadniania szasta zdrowiem niczym beztroskie małolaty.

Od lat pracuję nad zmianą toksycznych schematów nabytych w dzieciństwie i w trudnym dla nas wszystkich okresie PRL, a mimo to też padam tych schematów ofiarą. Może tylko z tym, że zauważam te schematy, a to już jest duży plus dla mojego zdrowia. Właśnie dlatego z szacunku do swoich nóg i zdrowia odpuściłam sobie pierwsze 16 godzinne zwiedzanie atrakcyjnych miejsc, bo były zaraz po trudnej męczącej podróży bez zbędnego minimum wypoczynku, więc zostałam w hotelu by najpierw zresetować nadwyrężone podróżą siły.

Po wycieczce może wydaje się, że nie ma co dyskutować, jak ucierpiało nasze zdrowie? Czyżby?

Każdy lekarz to powie, że nadwyrężenie i zbyt duże zmęczenie jest szkodliwe, ale jakoś każdy przeżył, a uczestnicy mieli to co chcieli – Czy na pewno?

Co prawda byliśmy fizycznie w wielu ciekawych miejscach, tylko czy podczas zwiedzania towarzyszyły nam pozytywne emocje?

Problem w tym, że niewielu się do tego przyzna, bo jak to tyle przecierpieć i to na nic? Jaki to wstyd!

Prawda jest taka, że gdyby te miejsca nie miały cudownej ciekawej renomy, a Pan przewodnik o tym by nie przypomniał, niewielu z uczestników wycieczki, a przynajmniej większość seniorów by tego nie zauważyła, mimo dużej wrażliwości.  I nie ma się co dziwić, jak uwagę zwiedzanych miejsc rozpraszały opuchnięte nogi i bóle kręgosłupa, nie wspominając o innych dolegliwościach przypisanych do peselu 60+. Dolegliwości ciała przykuwały większą uwagę niż cudowne miejsca, bo w nich przyszło nam odczuwać czasem nawet ogromny ból, spowodowany zbyt dużym zmęczeniem.

Seniorzy niczym bohaterowie dzielnie znosili cierpienie milcząco maszerując przez wiele godzin bez odpoczynku za przewodnikiem, niczym jako dobrowolną karą.

Przykre jest tylko to, że nadszarpniętego zdrowia nic i nikt nam nie zrekompensuje, późniejszy wypoczynek nie wyleczy już nadszarpniętego zdrowia.

Ja po wycieczkowym zwiedzaniu zachowałam wiarę, że odwiedzane zabytkowe miejsca są piękne i romantyczne, tylko widziane oczyma przez ból i zmęczenie były szare, smutno stojące w ogromnym tłumie ludzi różnych kolorów skóry i na każdym kroku męczących ogromnych kolejkach z powodu złej organizacji.

Prawa natury są nieubłagane i niestety choćbyśmy nie wiem, jak pragnęli zobaczyć piękno miejsca, to jesteśmy ślepi, jeśli doskwiera nam jakiś ból czy zmęczenie. Czy tego chcemy, czy nie, to uczucie zmęczenia, nie dopuszcza do głosu żadnej pozytywnej emocji.

 Nasze uczucia automatycznie zgodnie z prawem przyciągania ściągają tysiące, a nawet miliony myśli takich samych jaki jest ból czy zmęczenie i choć bardzo chcemy zobaczyć coś fajnego, to widzimy tylko to, o czym myślimy – czyli o tym jakie są uczucia, należy pamiętać, że ból i zmęczenie to uczucie posiadającą ogromną moc, o czym chyba każdy mógł się w swoim życiu przekonać.

Patrząc z boku spoza okowy naszych schematów można zadać sobie pytanie, po co na tą wycieczkę pojechaliśmy?

Chyba tylko po to, aby odklepać szybko Paryż i wiele ciekawych w nim miejsc, aby można było powiedzieć zasłaniając się prawdą, że tam byliśmy?

A tak naprawdę nasz toksyczny schemat „dumy” i udawadniania spełnił swoje zadanie, bo wszystko jest po coś, nic nie dzieje się bez przyczyny.

Tylko czy za cenę zdrowia warto było?

Odpowiedź zależy jak kto ceni swoje zdrowie i w jakim funkcjonuje schemacie.

Z szacunkiem i poważaniem wobec wszystkich uczestników wycieczki.

Irena

Życzenia Wielkanocne

Z okazji  Świąt Wielkiej Nocy, życzę zdrowych spokojnych Świąt przepełnionych radością, miłością i wiarą. Niech Wielkanoc przyniesie Wam spokój i radość, z nadchodzącej wiosny. Pogody ducha i radości, z faktu Zmartwychwstania Pańskiego oraz smacznego jajka i mokrego dyngusa, w gronie najbliższej rodziny. Wesołego Alleluja!

Atakuje mnie znów rak

 

 

 

Na moje 70 – lecie rak znów zaatakował. Już poszły zaproszenia na piękną rocznicę, a tu bach okropna niespodzianka, mam zaatakowane drugie płuco.

A lekarze mówili mi, że muszę na drugie płuco uważać, bo coś z nim nie tak, a ja od paru lat w ogóle nie chodzę na badania kontrolne. I co z tego, że mówili, tylko nie powiedzieli, jak to zrobić.

Jak poczułam znajome objawy, to próbowałam się dostać do pulmonologa, ale się nie dostałam, bo według służby zdrowia, nie było podstaw, bo za słabe są objawy. Otrzymałam receptę na mnóstwo leków na chybił trafił i muszę czekać, nie wiem na co, chyba na to, aż rak bardziej zawładnie moim ciałem.  Nie pomogły argumenty, że 14 lat temu miałam drobnokomórkowego raka płuc, ale i tak do pulmonologa się nie dostałam.  W badaniach kontrolnych miałam długą przerwę i całkowicie mnie wykasowali, nawet nie mają mojej karty.

Mimo apelów o wczesnym wykrywaniu raka, lekarze nadal nie zwracają uwagi na początkowe objawy, swoje diagnozy opierają tylko na objawach wykańczających już człowieka. Niestety ja na to wpływu nie mam, ale mam wpływ na swoje zdrowie i staram się wsłuchiwać w swoje ciało, które zawsze mówi, czy doszły nowe dolegliwości i w którym miejscu w ciele odczuwa się mocniejszy ból.

Wsłuchując się w swoje wnętrze niejednokrotnie się przekonałam, że szybciej i trafniej diagnozuję siebie w pierwszych objawach, niż służba zdrowia ze swoją aparaturą medyczną już w końcowych objawach choroby, kiedy człowiek wykończony ledwo zipie. Nic się pod tym względem nie zmieniło, jest jeszcze gorzej niż 14 lat temu jak szukałam pomocy przy drobnokomórkowym raku płuc.

Silny ból głowy, obrzęki pod otrzyma, powiększony węzeł chłonny, dla lekarzy nic nie znaczy, ale mnie dokuczliwie boli i z lekarzami, czy bez coś z tym postanowiłam zrobić.  Skupiając się podczas medytacji wyraźnie ponownie słyszę znajomy odgłos raka –  z tym, że tym razem dobiega z płuca prawego.  Uśmiecham się na słyszane cytaty w mediach, że rzekomo w początkowym okresie rak nie daje objawów, niestety daje, tylko są ignorowane.

Mam narzędzie na pozbycie się swojego intruza, który powoduje ból i duszności i powinnam sobie z tym problemem zdrowotnym poradzić. Tak się nie dzieje, bo paraliżujący jakiś strach nie wiadomo skąd, zawładnął mną na tyle silnie, że nie podejmuję absolutnie żadnego działania, jestem jakby sparaliżowana strachem.

Potwierdziła się u mnie prawda głoszona przez mędrców tego świata, że kiedy strach zawładnie umysłem, zdobywa nad nami władzę nie do pokonania. Taka jestem doświadczona w uwalnianiu emocji, a nie zauważyłam, że przejął nade mną władzę strach.

Moja córka musiała mnie obserwować, bo nieoczekiwanie głosem nie znoszącym sprzeciwu, nakazała mi przyjść do swego pokoju, położyła wygodnie na kanapie, przykryła kocem i powiedziała, a teraz słuchaj mnie! Co miałam robić, posłusznie skupiłam się na jej słowach i w ten sposób z zaskoczenia przeprowadziła ze mną terapię.

Zaskoczyła mnie swoją nową metodą, której ja nie znałam i właśnie może dlatego była tak szybko skuteczna.

Otworzyłam się przed sobą i okazało się, że gnębię się z powodu przekraczania 70-go roku życia.  Owładnął mnie strach, że za swojego życia już nie zdążę zrealizować swojego wytyczonego celu. Do tej pory zawsze osiągałam swoje cele, tylko obierałam byle jakie, bo nie wierzyłam w siebie. Teraz kiedy postawiłam sobie cel na miarę moich ambicji, to przypomniałam sobie, że to jest już sporo za późno. Nie chciałam myśleć, ile mam lat, ale na dłużej siebie oszukać się nie da. Prawda jest taka, że kończę już 70 lat i już nie zdążę osiągnąć swojego ambitnego celu.

Tak to jest, jak się człowiek nie przyznaje do swoich lat, to niechcący zapędza się w „kozi róg” i teraz coś mi mówi – po co to wszystko?  Jesteś Irena już za stara.

Córka swoim sposobem uświadomiła mi, że mam się skupiać na drodze, a odpuścić wybrany cel. Tak naprawdę może się okazać, że zafascynowana drogą, osiągnę na niej to, co chciałam i cel już nie będzie dla mnie istotny. Niby wiedziałam, że istotniejsza jest droga do celu, ale dopiero teraz podczas terapii do mnie tak do głębi to dotarło.

Po terapii miło było patrzeć, jak w oczach schodzi obrzęk z pod oczu, ale najfajniejsze było to, że znów mogłam swobodnie głęboko oddychać i bez zadyszki wchodzić po schodach. Ja nie mogłam się tej szybkiej skuteczności nadziwić, a moja córka do tego podeszła zupełnie normalnie, zwyczajnie jak by nic się nie wydarzyło, ale nie dało się ukryć, że stała się dla mnie jakby bardziej troskliwa. Natomiast głośno odpowiedziała mi – Oj! Mamo! Przypominam Ci, że terapie tak działają!

Teraz, kiedy już jest po wszystkim i ja czuję się dobrze, w pewnym momencie przyszło mi nawet do głowy, że może to był u mnie fałszywy alarm. Tak by było, gdyby nie to, że przeszły duszności i bóle, a do tego, teraz swoje 70 urodziny oczekuję z radością i zaczęłam inaczej do przekraczającej następnej dziesiątki podchodzić. Uważam, że dopiero mam 70 lat, a nie już i o celu, który obrałam przestałam myśleć, tylko skupiam się na drodze, którą kroczę w wybranym kierunku.  Myślę, że spotka mnie na niej wiele radości, a jak nie, to nie będę z uporem maniaka się męczyć, tylko wytyczę sobie inny cel z drogą dostosowaną do moich sił i możliwości tak, abym mogła iść miło łatwo, przyjemnie i z radością.

Moje kochane wnuki patrzą mi w oczy każdego ranka, czy witam ranek z radością, miłością i czy smutek czasem nie zagościł w moim sercu.

 

Dzisiaj ranek w dniu swoich 70 urodzin powitałam z radością i miłością w sercu i w oczach. Z całego serca przesyłam wszystkim którzy chcą tą miłość przyjąć.

Irena

 

OCHROŃ SIĘ PRZED RAKIEM!

 

  

Aby śmiertelna choroba nas nie zaskoczyła, lepiej się przed nią chronić niż później z nią walczyć

Co jest skuteczną ochroną przed rakiem?

Metod i różnych cudownych środków zapobiegawczych nie sposób zliczyć, tylko jakoś to nie idzie w parze ze zmniejszoną zachorowalnością na raka i jego coraz większą śmiertelnością.

Aby rak nas omijał szerokim łukiem, może nie należy szukać cudownych metod czy środków na zewnątrz, tylko blisko nas, w naszym umyśle?  A co, jeśli to jest możliwe?

Tak jak my boimy się raka, tak odwracając sytuację rak też ma swoje słabe strony.  On u nas szuka sobie miejsca, w którym umiejscawiają się nasze zablokowane uczucia. Badania naukowe dowiodły, że zablokowane emocje kumulują się w naszym ciele, które po jakimś czasie w tym miejscu nasze ciało choruje i rakowacieje.

Podczas uwalniania odzyskujemy energię, która była zamknięta w ukrytej emocji. Ta zablokowana energia kumuluje się i rozsadza nas od środka, niczym gaz butlę, jak się w niej już nie mieści.  Poza tym odzyskana energia wzmacnia nasz układ odpornościowy który doskonale sobie radzi z każdą chorobą.

Problem polega na tym, że ludzie przestraszeni i zalęknieni życiem które ich otacza, boją się tak bardzo swoich uczuć, że za żadne skarby świata nie chcą się im przyjrzeć, a co dopiero uwolnić.

Dopiero w determinacji, jak zaatakuje śmiertelna choroba, wielu nabiera odwagi na przyjrzeniu się swoim emocjom. A przecież tak być nie musi, można wcześniej uwolnić niechciane emocje, aby zapobiec cierpieniu przez raka, a nie dopiero jak on już zaatakuje i porządnie nas już wykończył.

Genia, była wspaniałą osobą, życzliwą dla ludzi, nie przeszła obojętnie wobec nikogo, kto by potrzebował pomocy, zawsze uśmiechnięta, niczym magnez przyciągała do siebie tak samo życzliwe osoby. Tak było, dopóki rak nie zaatakował jej narządów kobiecych, z przerzutem do płuc i wątroby. Zamknęła się w sobie i odsunęła od ludzi i znajomych. Jej mąż z dziećmi, robili co mogli, aby ulżyć jej cierpieniom, bo o wyleczeniu, nie było mowy, lekarze powiedzieli, aby nie robili sobie zbytnich nadziei.

Rodzina zwróciła się do mnie o pomoc, abym ja pomogła ich kochanej Mamie, oznajmiając mnie, co robić, bo chora się załamała i absolutnie odmawia współpracy w leczeniu, oni jedynie tyle ile mogą wciskają w nią lekarstwa, zioła i inne różne dostępne sposoby antyrakowe.

Odpowiedziałam im, o co wy się do mnie zwracacie, chcecie bym ja waszej Mamie ukradła raka i go w jakiś sposób zneutralizowała?

Ja takiej mocy nie mam, nigdy bym się do kradzieży nie posunęła, ale to i tak jest niemożliwe.

Na całe szczęście nikt nam choroby bez naszej woli nie może zabrać, a każde działanie nawet w bardzo dobrej intencji, ale wbrew woli chorego jest kradzieżą i to jeszcze gorszą niżby chcieć okraść kogoś z całego życiowego dorobku, to Pan Bóg dał nam wolną wolę i nikt tej woli nie jest w stanie złamać.

Dlatego się mówi, że każdą chorobę można wyleczyć, ale nie każdego człowieka. Jeśli nawet chory mówi, że wyraża zgodę na leczenie, ale sam nie podejmuje żadnych działań, to mówi dla świętego spokoju, ale wbrew swojej woli.

Okazało się, że z Gienią było inaczej, to nie był problem z jej wolą, tylko bardzo bała się poznać prawdę o sobie. Chciała być taka jaką jest, a po uwolnieniu ukrytych emocji, bała się, że zobaczy siebie w innym niekorzystnym świetle.

Zadzwoniła do mnie ze zdziwieniem i prośbą, że wyraża zgodę i podpisze nawet co trzeba, aby jej tego raka ktoś ukradł czy zabrał, tylko aby nie dotykać jej uczuć, bo to zbyt jest intymne i prywatne, aby z kimkolwiek chciała się dzielić. To nie o to chodzi, nikt nie musi poznawać Twoich lęków, czy innych ukrytych emocji, wystarczy, że sama po cichu przyjrzysz się im z bliska i zobaczysz jakie wydarzenie wywołało tą ukrytą emocją.

Po wyjaśnieniu, że urodziliśmy się z czystą kartą i tylko wtedy tak naprawdę byliśmy sobą, później zostaliśmy ukształtowani mówiąc skrótowo przez życie. Zrozumiała, że uwalniając zablokowane emocje, które stały się toksyczne, dzięki temu może tylko jedynie odsłonić swoją lepszą stronę osobowości, a na pewno nie gorszą, nie ma takiej opcji.

Genia, jak uwolniła lęk z przyklejonym poczuciem winy przekonała się, że swoich uczuć ukrytych nie musi się bać i już na dobre podjęła przygodę z terapią emocjonalną. Po dwóch latach czuje się coraz lepiej, chodzi na badania kontrolne po których okazało się, że jak tak dalej pójdzie, to jest szansa, że pokona całkowicie raka.

Ja w to wierzę i z całego serca wyzdrowienia wspaniałej Geni życzę.

Nikt tego nie wie, tylko sam chory może wiedzieć, czy ma wolę pokonać chorobę i nie ma w tym nic złego, jeśli jego wolą jest zostawić decyzję losowi.

Irena

CZEGO BOI SIĘ RAK

 

Absolutnie nie wierzyłam w swoje wyzdrowienie, bo mój rak płuc był nieoperowalny i nieuleczalny, ale wstąpiła we mnie na niego taka złość, że aż agresja ujawniała się u mnie na zewnątrz. Prowokowana tą złością postanowiłam zrobić mu emocjonalny taki „kogiel mogiel” by pożałował, że wybrał mnie za ofiarę.

Może mój sposób myślenia nie był ani mądry, ani profesjonalny, ale umierając taką miałam wiedzę i myśli o raku, kiedy już wszystkie metody zawiodły.

Trochę poczytałam, trochę kierując się intuicją, przy pomocy córki zrobiłam sobie listę co rak lubi, a co jemu szkodzi.  Podczas modlitewnej medytacji wyciągnęłam wniosek, że chyba najbardziej lubi mój dotychczasowy zdrowy styl życia, dlatego u mnie tak się rozpanoszył.

Im bardziej jemu ze mną było dobrze, ja czułam się coraz gorzej. Gdzieś około rok przed diagnozą intensywnie zaczęłam szukać pomocy u lekarzy różnych specjalności, szamanów i terapeutów z powodu coraz dokuczliwszych dolegliwości. Najpierw bardzo wzmógł mi się ból kręgosłupa, doszedł niesamowity ból głowy, duszności powodowały, że miałam coraz większą trudność z wejściem pod górkę, wejście po schodach stało się masakrą, ogólne osłabienie, silne pocenie się, obolałe wszystkie mięśnie gorzej jak przy grypie, co tydzień większe obrzęki nóg i pod oczami.  Do tego doszły zaniki pamięci, które pogarszały się z dnia na dzień, myślałam, że dopadła mnie   choroba Alzheimera, ale o tym nikomu nie wspominałam, bo się wstydziłam. Jeszcze wierzyłam, że dolegliwości fizyczne miną, ale z pamięcią może być gorzej, bo traci się ją bezpowrotnie. Złościło mnie jak coraz bardziej przez innych było zauważalne, że moja pamięć szwankuje. W końcu tak się stało, że bóle kręgosłupa i głowy były nie do wytrzymania tak bardzo, że stan mojej pamięci był już bez znaczenia.

Zawsze myślałam, że kiedyś i do mnie los się uśmiechnie i zasmakuję jeszcze trochę lepszego życia. Zamiast tego, zaczęły się okropne bóle, utrata pamięci i rak płuc nieoperacyjny i nie do wyleczenia. Zostałam przyciśnięta do muru i musiałam zaakceptować fakt, że w ciągu 6 miesięcy odejdę na zawsze z tego świata i już nigdy tutaj nie powrócę, aby cokolwiek jeszcze wyjaśnić, dogadać się, czy przeprosić.

Za to wszystko co mi narobił ten mój rak płuc, wstąpiła we mnie ogromna na niego złość. Musiałam się dowiedzieć co u mnie jemu zasmakowało, że się w takim tempie u mnie rozwinął i tak po cichutku niepostrzeżenie.

Wpadłam na niego w taki szał, że już dla mnie nie było ważne, czy ja sobie zaszkodzę, najważniejsze, aby on został poskromiony, a ambicją moją się stało, że skoro on mnie, to ja jego też wykończę i postanowiłam, że on padnie razem ze mną

Chodziłam nadal do wielu znanych terapeutów i lekarzy, ale już nie byłam zdyscyplinowaną pacjentką jak do tej pory, nie przestrzegałam niczyich zaleceń. Stało się tylko ważne czy rak we mnie trochę mniej zipie.

Podjęłam z rakiem walkę z lądu, morza, powietrza i czym się dało, nie zważając już na nic, czy to niezgodne obojętnie z jaka medycyną, z konwencjonalną, czy niekonwencjonalną, przecież pod ich opieką rak się rozwijał i byli bezsilni.

Racjonalne podejście do leczenia, przeplatało się z intuicyjnymi wyborami różnych terapii jednocześnie. Moja wiara w moc modlitwy, wielokrotnie była zachwiana. Stosowałam jednocześnie kilka terapii na raz, łącząc z sześcioma cyklami chemii. Przerwy w niektórych terapiach następowały, podczas trzech dni, kiedy byłam w szpitalu na chemii np.; nie mogłam prowadzić medytacji, w pobliskiej miejscowości pod piramidą, z której korzystałam codziennie, mimo zimna i śniegu. Poduszka i koc wystarczającym były zabezpieczeniem od zimna. Do akupresury stóp przychodził masażysta, czasem syn mnie podwoził. Wałki do masażu stóp często używałam w ciągu dnia w miarę możliwości i aby mi się przypomniało, leżały na widoku. W pokoju słuchałam z płyt muzyki relaksacyjnej, płyty medytacyjne i z zabawnymi anegdotami. Oglądałam krótkie filmy o cudownych wyleczeniach i samowyleczeniach. Zmuszałam się do picia świeżych soków i do dziwnego jedzenia, np. surowej wątroby.

Terapeuci zalecali dietę wegańską, wegeteriańską, czy nawet głodówkę, ja im nie byłam posłuszna. Lekarze ostrzegali, nie torturować się sokami i jedzeniem, ja mimo wszystko nie byłam posłuszna.

Ja tylko wsłuchiwałam się w siebie i kierowałam się tylko tym, czy jestem trochę silniejsza, a rak czy trochę we mnie słabiej zipie.

Moja walka okazała się skuteczna, nieuleczalny rak płuc został pokonany

Kierując się intuicją zaczęłam postępować z sobą dokładnie tak, czego rak nie mógł znieść.

Okazało się, że rak nie znosi;

– jego akceptacji

– złości na niego – złość była moją motywacją do działania

a najbardziej nie pasowała jemu moja utrata wiary w autorytety i w moje przekonania/które później okazało się, że są fałszywe/

poddania się śmiertelnej chorobie, mimo złości nawet w modlitwach nie prosiłam o zdrowie, tylko prosiłam o wybaczenie – w ten sposób uwolniłam się z poczucia winy i lęków, jak się okazało, zabrałam mu jego podstawową pożywkę.

Zauważyłam, że wielu chorych po diagnozie śmiertelnej choroby, tym bardziej słuchali różnych zaleceń lekarskich czy terapeutycznych, nie zmuszali się też do jedzenia, picia i ruchu. Po co twierdzili? Jest 21 wiek, w kroplówce dożywią, dadzą środek przeciwbólowy i można spokojnie leżeć, ewentualnie cichutko się modlić, póki się nie zaśnie. Dlaczego nie, można i tak i nie ma w tym nic złego.

Ja zmotywowana złością do wszystkiego się zmuszałam. Do picia soków, jedzenia – zaczęłam jeść wbrew zaleceniom tłuste rosoły z kaczek/jadłam nawet tartą wołową surową wątrobę-okropność/, nie chciało mi się w ogóle ruszać. Wyjście z domu było masakrą, ale wychodziłam. Pilnowanie brania leków homeopatycznych, przed jedzeniem, po jedzeniu, przed piciem, po piciu –okropnie uciążliwe, zapominałam, myliłam się, ale jakoś brałam. Telewizji prze 8 miesięcy w ogóle nie oglądałam, w moim pokoju TV nie było. Korzystałam z energii REIKI, słuchałam pozytywnych płyt, oglądałam filmy komedie, czytałam pozytywne książki.

Do terapii z Arkuszami Radykalnego Wybaczania się zmuszałam trochę z innego powodu, w ten sposób żegnałam się z obecnym życiem. Tak mówiąc szczerze, to zaczynając przygodę z ARW też nie wierzyłam, że będzie skuteczna.

Wszystko pokonywałam z uporem maniaka, aż z czasem złość na raka przeszła i przerodziła się w dziwną relację, trudną do określenia w jaką, chyba dlatego, że zauważyłam u siebie pozytywne zmiany i to, że chorobę zaczęłam traktować jako informacje dla mnie.

Podkreślam, że moja walka z rakiem różniła się znacząco od obserwowanych chorych którzy niby podejmowali się różnych metod, ale nie jednocześnie jak ja, tylko w pewnych odstępach czasowych i nie wiem, czy ktoś zdołał z tych wszystkich metod za życia skorzystać, bo niestety już dawno nie żyją.

Nie oceniam, czy inni robili dobrze, czy źle. Ja tylko mówię, że może dlatego wyzdrowiałam, że postępowałam inaczej, niż wielu chorych.  Zrobiłam rakowi taki „kogiel mogiel” że nie mógł przetrwać i po 14 latach nadal cieszę się zdrowiem, czego z całego serca życzę wszystkim chorym.

Irena

 

Była okradana

Dawała w szkole ściągać, przez co będąc dorosłą okradano ją z włożonej pracy.  Dla dzieci nauka jest pracą i ma to ogromne znaczenie na całe życie, czy mają uznanie i szacunek do włożonej pracy w nauczenie się czegoś, czy się tego wstydzą.

Pozornie wydaje się, że ściąganie w szkole nie powinno mieć nic wspólnego na późniejsze nasze zarobki.  Każdy się zgadza z przysłowiem – „czego Jaś się nie nauczy, Jan nie będzie umiał”. I z tym nikt nie ma wątpliwości, że taka jest prawda, nie zdajemy sobie sprawy, że dotyczy to również jakie mamy podejście do włożonej pracy w naszą naukę.

Emocje są niezmienne i tak jak dawniej, tak obecnie dzieci, aby nie uchodzić za kujona, to często wstydzą się tego, że dużo się uczą.

Mała Irenka będąc uczniem chciała   się dobrze uczyć, ale przede wszystkim zależało jej, aby być dobrą koleżanką dla swoich koleżanek i kolegów. Wśród dzieci panował osąd, że ci co się uczą, to kujony, zależy im na dobrych ocenach, aby pokazać innym, że są lepsi od pozostałych dzieci, czyli po to wkuwają, aby okazać innym pogardę i by rodzice mogli być z takiego kujona dumni.

Nikt jej nie wytłumaczył, jak pogodzić bardzo dobre przygotowanie się do lekcji i jednocześnie być dobrą koleżanką, której nie zależy na tym, aby mieć lepsze oceny od innych. Miała koleżankę, której starała się pomóc w nauce, ale ona naprawdę, mimo że dużo się uczyła, to niewiele z tej nauki pamiętała i łapała dwóje i było jej z tego powodu bardzo przykro i od rodziców otrzymywała lanie za to, że jest leniem. Więc jak miała jej Irenka nie dawać ściągać lekcji i nie pomagać na klasówkach ściągać?

W szkole to w zasadzie było tak, wspomina po latach Irena, że ci co otrzymywali za wiedzę bardzo dobre oceny, to twierdzili, że się w ogóle nie uczą, a ci co łapali dwóje, to wszyscy twierdzili, że się dużo uczyli tylko jakoś nic nie umieli, nauczyciele do takich tłumaczeń podchodzili różnie, ale wszyscy uczniowie wiedzieli, że to ściema.

Prawda była taka, że Irenka, aby otrzymać dobrą ocenę, to naprawdę musiała dużo się uczyć, ale do tego faktu się nie przyznawała. Z tego powodu wpadała w poczucie Winy, że okłamuje i tym bardziej udowadniała, że jej na piątkach nie zależy, tylko trochę się stara, aby nie łapać dwój i tak się jakoś składa, że od razu umie na piątki.

Jak klasie udowadniała? Oczywiście dawała odpisywać prace domowe, oraz na klasówkach podpowiadała i podawała ściągi z każdego zadania, czasem kosztem tego, że nie zdążyła napisać wszystkich zadań. Czasem z tego powodu otrzymywała słabszą ocenę, ale za to jakie miała uznanie w oczach klasy! Z takim podejściem klasy czuła się bardziej dumna, niżby otrzymała najlepszą ocenę i jak miała nie dawać ściągać?

Można zapytać, co to ma wspólnego z okradaniem w dorosłym życiu? A ma i to bardzo wiele! Przecież ona nie szanowałam swojej pracy, mało tego, Irenka swojej pracy się wstydziła! Ukrywała przed wszystkimi, nawet przed swoimi wujkami, że musi się dużo uczyć, aby w szkole wykazać się wiedzą, ale nie chciała być kujonem, bo być kujonem to był bardzo duży wstyd nie tylko w szkole, ale i przed kuzynami i dalszą rodziną.

W dorosłym życiu, podobnie jak kiedyś w szkole, tak samo w pracy starała się wykonywać powierzone zadania szybko i udawała, że nie kosztuje ją to dużo pracy. Udowadniała, że aby to zrobić, to robi to szybko, lekko i sprawnie. Najgorsze, to jest to, że jej przełożeni otrzymywali premię za oszczędzanie na etatach a Irenie doładowywali więcej pracy. Czasem po cichu siedziała po godzinach, bo w 8 godzinach się nie wyrabiała, ale tego przełożonym nie zgłaszała, bo podobnie jak w szkole wstydziła się tego, że musi długo pracować, aby się wyrobić z nałożonych obowiązków.

Z każdej pracy jak się zwalniała, to jej obowiązki przejmowało trzech pracowników. Tylko już nikt Irenie nie gratulował jak dawniej w szkole, tylko kiwali głowami, że dawała się tak okradać, bo pracowała za trzech, a otrzymywała pieniądze za jeden etat i to jeszcze premia   się nie należała, bo wmawiano jej, że może błędów nie popełnia, ale nie wykonuje obowiązki zbyt starannie. Bo przecież nie można robić za trzech i tak samo dobrze, nieważne, że wszystkie kontrole przechodziła bez zarzutów.

Starannością tłumaczyli się inni, którzy przyjmowali mniej obowiązków, czyli potrafili być asertywni i najważniejsze spotykali się ze zrozumieniem swoich przełożonych.

Myślę, że asertywnym potrafił być taki ktoś, który miał odwagę się przyznać, że musiał się dużo uczyć, aby umieć na pozytywną ocenę.

Irena nie potrafiła być wobec przełożonych asertywna, bo u niej zadziałały schematy zaprogramowane w okresie, kiedy była uczniem szkoły podstawowej.

Irena

 

 

By zdrowym być

 

O jakości życia i naszym zdrowiu decydują przede wszystkim emocje i na pewno bardziej niż najcudowniejsza dieta cud.

Nawet najbardziej dietetyczne danie spożywane ze łzami w oczach może przyprawić nas o niestrawność bardziej niż kawał smażonego boczku spożywanego z miłością i wdzięcznością wobec  wszystkich którzy przyczynili się do tego posiłku i dla tych którzy ten posiłek z nami spożywają.

Czy jesteśmy odpowiedzialni za swoje zdrowie? Dopóki nie zachorujemy, to nie zastanawiamy się nad tematem zdrowia, a jak coś w ciele zaczyna nam doskwierać, to początkowo nie chcemy zauważać, a później często na ratowanie życia może by nie było za późno, ale zmęczeni bólem i cierpieniem nie mamy już sił, by się zastanowić, co możemy dla polepszenia swojego zdrowia zrobić? Wówczas najczęściej o nasze zdrowie zabiegają najbliżsi, niestety oni chociaż bardzo chcą, ale bez naszej woli są bezskuteczni.

Od najmłodszych lat niszczymy sami siebie na wiele sposobów, ale najbardziej zabójcze są nasze ukryte emocje. Czasem jest tak, że najpierw doskwiera coś w   życiu, dopiero później ujawniają się dolegliwości w ciele, ale najczęściej zauważamy odwrotnie.

Mimo starań, to nie zawsze udaje się prowadzić zdrowy styl życia po względem emocjonalnym, a one dla zdrowia są najważniejsze.  Jeśli nawet wiele udało się zrealizować, to z innej strony spotykają nas rozczarowania za rozczarowaniem i najgorsze nie wiemy, dlaczego. Nasza z mozołem budowana fajna jakość życia, rozsypuje się i zostają   zdenerwowania i stresy. Jeśli nawet wiemy, że jakość życia jest bardzo ważna dla naszego zdrowia, to mimo starań, coś umyka i nagle z znienacka zaskakuje nas coś złego i często śmiertelna choroba.

Dopóki jesteśmy zdrowi to się nie zastanawiamy nad swoimi emocjami, najważniejsze by o naszych nie mile widzianych emocjach, jak złość, wstyd, żal, nikt się nie dowiedział. Im bardziej się złościmy, stresujemy, to tym bardziej często udajemy spokojnych, zrównoważonych, bo wówczas odbierają nas inni za zrównoważonych i mądrych, nie zdając sobie sprawy, że w tym najwięcej czynimy sobie krzywd.

Aby lepiej radzić sobie z emocjami, powinniśmy mniej interesować się co inni o nas myślą, a baczniej zwracać uwagę, jak reaguje na ukryte emocje nasz organizm i pomyśleć jak te niezdrowe nawyki   zmienić.

Nie zdajemy sobie sprawy, że zdrowie może być wskaźnikiem, czy prowadzimy właściwy dla nas styl życia.  Nasze ciało odpowiada na każdą emocję, mówi   o nas o naszych przeżyciach, tylko nie zawsze chcemy swojego ciała słuchać. Każdy gdzieś słyszał, że z powodu ogromnego przeżycia komuś serce nie wytrzymało, ktoś w ciągu jednej nocy cały posiwiał czy postradał zmysły. Myślimy, że nas to nie dotyczy, a przecież swoje ciało szpikujemy co dziennie pewną porcją toksycznych emocji. Najczęściej robimy to wówczas, kiedy ich z jakiegoś powodu nie chcemy pokazać na zewnątrz, bo np. się wstydzimy złości, bo chowamy urazę może nawet słuszną, ale chowamy, bo dusimy zbyt długo w sobie żal po bolesnej stracie. Magazynowane emocje w ciele muszą po jakimś czasie wszystkie wybuchnąć, niczym gaz nabijany w butelkę.

W każdej komórce naszego ciała uczucia odgrywają główną rolę i nasze ciało zawsze odpowiednio reaguje w zależności od naszego stanu emocjonalnego, ale zabójcze są tylko te, które ukrywamy, lub z którymi sobie nie radzimy np. złość, gniew, żal, a to one decydują o jakości naszego życia.

Choćbyśmy nie wiem jak bogato żyli, to przez zablokowane uczucie będziemy mieli nie tylko problemy zdrowotne, ale również fatalną jakość życia i to taką nie do pozazdroszczenia.

Felicja, która jest pełna żalu po stracie synka i która nigdy się z tym nie pogodziła, to po latach na wszystkich spotkaniach z bliskimi w radosnej atmosferze śmiała się przez łzy.  Uważam, że nie ma nic gorszego, jak dusić w sobie taki żal, bo czas takie duszone, przechowywane emocje nie leczy, tylko coraz bardziej jątrzy ranę i potęguje cierpienie. Felicja przez swój ból nieświadomie zaniedbała pozostałych dwóch synów i cierpieniem zarażała całą Rodzinę przez wiele lat.

Nie odkryłam „Ameryki” twierdząc, że jakość życia ma wpływ na nasze zdrowie. Wszystkim wiadomo, że dawniej, kiedy ludzie mieszkali w złych warunkach, to umierali na zakażenia i różne choroby zakaźne, nie wspominam już o niedożywieniach z powodu braku pożywienia.

Każdy w jakiś mniejszy czy większy sposób może wyobrazić sobie jaki stres dotyka człowieka, który ciągle boi się, że straci wszystko, bez względu na status materialny. Gorzka prawda jest taka, że tą stratę ściągnie, jeśli wcześniej się z tego lęku nie uwolni.  Przecież to dla emocji wchodzimy na mroźne szczyty, zabijamy z zazdrości i jak się rodzimy to pierwotną emocją, czyli krzykiem witamy świat, w którym przyszło nam żyć.

Pani Eugenia była radosną seniorką i prowadziła skromne, ale aktywne życie jak na swoje 90 lat. Jej radością były codzienne zakupy w osiedlowych sklepach oraz tworzenie codziennych jadłospisów dla siebie i córki, bo była przekonana, że bardzo córce pomaga.  Tak było, dopóki jej córka pragnąc lepszego zdrowia dla swojej kochanej Mamy nie wprowadziła cudownej diety, która miała ją jeszcze bardziej wzmocnić.  Z dietą wiązały się zakupy w sklepach ze zdrową żywnością oraz nowe przepisy potraw, które córka zaczęła dokonywać sama. Biedna Eugenia nie mogła już dokonywać zakupów  i nie potrafiła już po nowemu gotować. Córka nie chciała widzieć, że zabiera Matce jej największą radość z zakupów i gotowania. W krótkim czasie zgasła i mimo cudownej diety z każdym dniem była coraz słabsza, aż w krótce zachorowała i zmarła. Córka bardzo śmierć Matki przeżyła, ale nie skojarzyła, że cudowną dietą jej śmierć przyspieszyła. Nie zabiły jej dietetyczne potrawy, tylko zabrane emocje związane z przygotowywaniem posiłku. Jej Mama przestała być potrzebna, straciła radość i całkowitą wolę życia, jej jakość życia uległa całkowicie w gruzach.

Na jakość naszego życia składa się wiele, ale główną rolę odgrywają emocje.

Wszystko jest energią, są nią również nasze uczucia, myśli i emocje, a energia zablokowana rozsadza od środka i niszczy nas.

Irena

 

 

SAMIEC ALFA

Każde uzależnienie to niskie poczucie własnej wartości, zabijane przez” DUMĘ” dającą zadowolenie i satysfakcję, która koliduje z   uznaniem i szacunkiem do własnej pracy i siebie. 

Kiedy Rodzice chcą być „dumni” ze swojego dziecka, często czynią mu dużą krzywdę, nie zdając sobie sprawy, że wysokie mniemanie o sobie zabija szacunek do swojej pracy i siebie.

Romek z syndromem uzależnienia psychicznego miał bardzo kochanych Rodziców, którym nieźle się wiodło, ale nie należeli do tych w środowisku najbogatszych.  By należeć do kasty bogatych ich marzenie miał spełnić Romuś, który był chlubą i oczkiem w ich głowie. Zawsze w szkole podstawowej miał same piątki, /szóstek w tym okresie nie było/. Na podwórku w grupie podczas zabawy wymuszał te zabawy w których uważał, że jest dobry i morze się popisać przed kolegami. Jeśli mu się nie udawało, to na poczekaniu zmieniał zasady i z pretensjami do kolegów leciał o poparcie do Matki, lub Ojca, które oczywiście otrzymywał i z dumą ponawiał gry czy zabawy dostosowane do jego słabości tak, aby zawsze był najlepszy. W jego domu nie uznawano przegrania, błędów ani porażki. Do tego stopnia, że jak stracili firmę i samochody, to ogłosili wśród znajomych, że Romuś absolutnie o tym nie może się dowiedzieć. Natomiast koledze Romusia, którego Mama straciła pracę, pod zasłoną współczucia, w ich obecności okazywano mu pogardę, insynuując, że już się z tej biedy nie pozbierają.

Paradoks polega na tym, że ten pogardzany kolega po wielu latach jak się spotkali, podał mu pomocną dłoń i pomógł wyzwolić mu się z toksycznej partnerki, oraz pracodawcy, u którego tyrał po 16 godzin za parę groszy.

Dumni Rodzice, nie pomyśleli, że kiedyś w życiu ich synek jak każdy popełni jakieś błędy, spotkają go jakieś porażki, ale on nauczony, że zawsze musi być najlepszy, nie zniesie tego i dopadnie go ogromna pogarda do siebie, czyli zgodnie z prawami natury wróci do niego wszystko to, co okazywał innym.

W owym czasie rodzice nie myślą, że człowiek uczy się na własnych błędach, jeśli dali mu przekonanie, że nie wolno popełniać błędów, to jak miał się nauczyć życia?  Do tego zasiali w nim ziarno toksycznego przekonania, że nikt nie może być od niego w czymkolwiek lepszy. I w ten sposób wychowali swojego kochanego synka na obraz nędzy i rozpaczy. A teraz siedzą, żalą się i nad nim płaczą obwiniając wszystkich, tylko nie siebie.

Romek w dorosłym życiu nie potrafił się odnaleźć, z każdego życiowego małego błędu i małej porażki, nie wyciągał lekcji, tylko się obwiniał, że nie jest najlepszy i pogrążał coraz bardziej.   Zbawieniem dla niego stała się toksyczna partnerka, bo akceptowała jego takim jakim on jest, czyli z niskim poczuciem własnej wartości.  Nie widział, że tak naprawdę, to go wykorzystywała i że był dla niej workiem treningowym, na jej frustracje i porażki. Poniżając go, karmiła swoją toksyczną dumę. Natomiast dla pracodawcy był tanią, wykwalifikowaną siłą roboczą, którego można było tyrać przez 16 godzin na dobę. Romek na wspomnienie o własnej działalności z nerwów oblewał się potem, tyle go to kosztowało stresu zanim firma jego zbankrutowała, ale poza stresem, nie wyniósł z tej jednej porażki żadnej lekcji. Przyczyną tego było nabyte w dzieciństwie przekonanie, że każda porażka oznacza życiową katastrofę nie do przezwyciężenia. Jego rodzice byli wzorem do naśladowania, a oni nigdy według Romka nie popełniali błędów i na swoim koncie nie mieli żadnej porażki, bo swoje błędy i porażki ukrywali przed nim, a do tego siebie porównywali do gorzej radzących w swoim życiu od nich.

Każde uzależnienie zwykle tak się zaczyna, najpierw jest porównywanie i dążenie by był   najlepszy w klasie czy grupie dzieci i okazywanie satysfakcji i wytykanie, że inni są gorsi. Bez opamiętania serwują mu pochwały i pogardę dla słabszych tak, jak by od tego zależało życie. Niestety dziecko wówczas tak się programuje, jeśli ktoś w odpowiednim momencie zasianego ziarna nie wyrzuci.   W tym toksycznym pakiecie idzie w parze ocenianie i porównywanie rówieśników pod względem materialnym; jak mieszkają, jakie markowe mają ciuchy i gadżety. W ten sposób uczą swoje dziecko pogardę do innych, niby gorszych, jeśli mieszkają skromniej, mają gorsze samochody i ubierają się w ciuchy z sieciowych sklepów, a nie markowych.

Dla syndromu uzależniającego w powyższym pakiecie wewnętrzne wartości nie mają znaczenia, niebawem obrośniętego w dumę to poczucie wartości spadnie i tak do minimum bliskiemu „O”.

Rodzice zapominają, że prędzej, czy później kosa trafi na kamień i takie dumne wychwalone dziecko kiedyś spotka „mądrzejszego”, bogatszego, lub o silniejszej   osobowości i z dumnego ego spuści się powietrze, a wraz z nim zostanie odarte z wewnętrznego poczucia własnej wartości do minimum.

Pogarda, którą okazuje się innym, zgodnie z prawami natury zawsze wraca do każdego   wielokrotnie powiększona. Czasem „duma” powoduje stratę, czasem taki samiec alfa, jak oddaje pierwszeństwo innemu popada w finansową biedę i z dużą pogardą do siebie, a czasem popada w uzależnienie od innej osoby czy narkotyków.  Toksyczna duma dająca początkowo satysfakcję i zadowolenie prędzej, czy później doprowadza do bólu i cierpienia.

Pogarda nie dotyka osób, które zachowują uznanie i szacunek do swojej pracy i siebie i nie obchodzi ich co inni o nich myślą.

Z całą odpowiedzialnością uważam, że przez toksyczną „dumę” Rodzica,  dziecko wychowywane na „samca alfa” tak naprawdę  jest programowane w   syndrom uzależnienia psychicznego.

Pozdrawiam z szacunkiem

Irena

 

 

Dobry terapeuta

 

 

 

Na proste pytanie jaki jest dobry terapeuta? Jest prosta odpowiedź – skuteczny terapeuta.

Niestety najczęściej trafiamy na kogoś, kto deklaruje, że usunie z nas chorobę powodującą cierpienie i na deklaracji po terapii się kończy. Na składane zapewnienia o skutecznej terapii, poprzedzone piękną reklamą i przy naszej kulejącej Służbie Zdrowia ciągną do nich tłumy chorych i cierpiących, ze ślepą wiarą w cudowne wyleczenie. Nie ważne, że znamy przypadki nieskutecznego wyleczenia, chcemy wierzyć, że nam pomogą i idziemy jak owce za baranem na rzeź.

Przyznaję szczerze, że ja podobnie jak cała rzesza chorych z podobnymi terapeutami miałam do czynienia. Czasem po ich wizycie moje bóle na krótko łagodniały, ale szybko powracały z jeszcze większą siłą.

Miałam wiele przewlekłych chorób i można było łatwo trafić z diagnozą w jakąś już zdiagnozowaną chorobę, a nie wymyślać nową. Tak naprawdę nikt nie musiał z diagnozą zgadywać, bo każdy chory opowiadając o swoich dolegliwościach, opowiadał ze szczegółami o medycznych badaniach i diagnozach. Terapeuta nie mogąc tych zdiagnozowanych przez lekarzy swoimi cudownymi rękami usunąć, często diagnozował fikcyjną chorobę, którą automatycznie szybko   uzdrawiał. Mnie tak cudownie uzdrowiono guzy na jajnikach i mięśniaki, których nigdy nie miałam.  Sławnemu terapeucie bardzo chcemy wierzyć we wszystko w szczególności, kiedy medycyna akademicka jest bezsilna.

Wiele z tych znanych mi osób z ogromnych kolejek od znanych cudownych terapeutów powróciło do akademickiego leczenia, jeśli wcześniej nie zdążyli umrzeć.

Jestem bardzo oburzona, jeśli jakiś terapeuta zastrzega sobie, aby nie leczyć się u lekarzy chemią i antybiotykami. Mnie też tak mówili, ale na moje szczęście byłam nie usłuchana, nie tylko wobec lekarzy, ale i terapeutów. Owszem na krótko łagodzili mi bóle swoimi sposobami, aby uciszyć moją czujność i umocnić fałszywą nadzieję, bez niej nie ma wyleczenia, ale fałszywa nadzieja zabija i potęguje cierpienie.

Kiedy po terapiach przeszłam ponowne szczegółowe badania medyczne, to okazało się, że wiele przewlekłych chorób jeszcze bardziej się zaostrzyło i nie pomogły cudowne ręce, cudowny umysł, który miał wzmocnić mój układ odpornościowy, a stosowane zioła też bardziej zaszkodziły niż pomogły. Niebawem nie miałam  już wątpliwości, że rak płuc rozwijał się we mnie pod opieką jednych i drugich.

Przed takimi znanymi cudownymi terapeutami przestrzegam, oni tylko dają fałszywą nadzieję, ale za to wyciągają prawdziwe pieniądze i to wcale nie małe.

Kiedy w końcu wykończona fizycznie i finansowo, zmęczona leczeniem terapeutycznym i akademickim umierałam w bólach na raka płuc z przerzutami do głowy, kręgosłupa i rozsianym po całym organizmie, w chwilach ulgi zainteresowali mnie uzdrowieni z śmiertelnej choroby.

Podpatrując wśród innych śmiertelnie chorych jak radzą sobie z cierpieniem, spotkałam osobę, która pokonała nieuleczalnego raka płuc. Jej podejście do życia i choroby bardzo różniło się od mojego i mnie podobnych umierających. Mówiła, że pierwszą rzeczą jaką powinnam zrobić, to wybaczyć sobie, swoim Rodzicom i wszystkim którzy mnie skrzywdzili, ale tak z uczuciem, od serca.

W odruchu bezwarunkowym odpowiedziałam jej, że taka terapia nie dla mnie, bo miałam cudownych kochanych rodziców.

Czyżby? Odpowiedziała mi bez ogródek, przecież przede wszystkim ze względu na Rodziców   każdy potrzebuje terapii. Czy nigdy będąc dzieckiem, nie zezłościłaś się na Mamę lub Ojca, który zawołał cię na obiad przerywając w najlepszym momencie zabawę? I czy z tego powodu później nie byłaś na siebie zła?

Pod wpływem jej rozmów i przemyśleń, pomyślałam sobie, że przyda mi się taka terapia wybaczania, chociażby dlatego, aby póki życie trwa, uporządkować swoją sferę uczuciową i godnie przygotować się na śmierć.

Powiedziała mi jeszcze zdanie, które zapamiętałam do końca życia – „Nie można wyleczyć niczego co mamy w swoim ciele nikim i niczym z zewnątrz, rozwiązania należy szukać w swoim wnętrzu”. Absolutnie tych zacytowanych słów nie rozumiałam, ale zwróciłam na nie uwagę, bo powiedziała to osoba, która pozbyła się raka płuc.

Zasugerowana powyższymi słowami, szukałam osób którzy wyszli z raka. Poza tą jedną osobą nikogo kto wyszedł z raka płuc nie spotkałam, ale spotykałam chorych, którzy wyszli z nieuleczalnego raka chorób kobiecych i innych.

Zauważyłam, że każdy wyleczony, szukał sposobu na wyleczenie w sobie, czyli w swoim wnętrzu, jednocześnie korzystając z naukowych medycznych osiągnięć.

Słuchając wyleczonych wydaje się to takie proste, tylko dlaczego jest ich ciągle tak mało?  Czy dla pozostałych na pewno Bóg tak chciał? Przecież mamy wolną wolę i Bóg jest miłością, a miłość to radość, a nie cierpienie.

Niestety wszystko jest w nas i to od nas zależy nasze zdrowie, od naszych wyborów i każdy wybór jest właściwy i absolutnie nie jesteśmy winni, że chorujemy i cierpimy, tylko po prostu wybraliśmy drogę, na której jest cierpienie i dana choroba.

Kiedy wyleczony przychodził na badania lekarskie potwierdzający jego stan zdrowia zawsze był miły, uśmiechnięty i chętnie zapytany odpowiadał, jak zmienił swoje życie, jak swoje lektury zmienił na inne i w ogóle   co robił, aby pozbyć się choroby, lecz niestety kiedy go spotykałam zawsze siedział samotny.

Zdziwiło mnie, że poza mną inni chorzy od wyleczonego stronili, natomiast gromadzili się wokół rozgadanej osoby o swoich nieskutecznych zabiegach. Gromadzili się też wokół kogoś kto opowiadał o cudownym uzdrowicielu, ale jego rak jest taki twardy, że mimo wysiłku terapeuty rak stał się jeszcze agresywniejszy, dodawał na koniec jak pod rękoma cudotwórcy jego ciało podskakiwało prawie na metr, taką miał w rękach moc. Ten chory zmarł, a jego żona jeszcze długo po jego śmierci rozdawała chętnym namiary do tak cudownego terapeuty, posiadający tak niebywałą moc, nikomu to nie przeszkadzało, że była nie skuteczna.  Byłam bezsilna, chociaż to byli moi dobrzy znajomi.

Szybko się przekonałam, dlaczego chorzy stronili od wyleczonego, bo takie samoleczenie to naprawdę duży trud, ciężka praca i odwaga. Podczas terapii, często przychodziły mi myśli, że może lepiej byłoby się pomodlić o szybką śmierć, nic nie robić, brać leki przeciwbólowe i odejść szybko w spokoju.  Wówczas wkraczała moja kochana córka i jak widziałam w jej oczach, jak bardzo jej zależy abym jeszcze trochę z nimi pobyła, to ponownie podejmowałam się trudu, by wyrzucić toksyczne emocje, na ile dam radę.

Już wiedziałam jakiego terapeutę potrzebuję, przede wszystkim, aby mnie wspomagał w podróży do moich zablokowanych przekonań, czasem dodając otuchy, mówiąc nie masz się czego bać, już tam byłaś, dasz radę. I dawałam radę, a w odpowiednim momencie stwierdziła, że już bez pomocy terapeuty mogę być terapeutką sama dla siebie i tak jest do dnia dzisiejszego.

Oczywiście, absolutnie nie wierzyłam, że dzięki tej terapii będę tak długo żyła i wyglądała do tego młodziej, liczyłam tylko o przedłużenie życia o parę tygodni, a żyję już 14 lat i to wszystko zawdzięczam Bogu, córce i terapii dzięki jednej spotkanej wyleczonej kobiecie, która dała mi nadzieję i pokazała kierunek, gdzie szukać swojej ścieżki zdrowia.

Dobre jest to, że nie musimy czekać, jak dopadnie nas śmiertelna choroba, tylko możemy   terapią bazującą na naszych uczuciach zapobiec chorobie, usunąć nasze doskwierające życiowe problemy, by długo cieszyć się zdrowiem i radością życia, czego wszystkim serdecznie życzę.

Irena

 

 

Uzdrawiająca moc

 

 

Co powoduje, że niektórzy pokonują nieuleczalne choroby, a wielu bardzo wartościowych ludzi odchodzi w bólu i cierpieniu?

Nie wiem, dlaczego wartościowi ludzie odchodzą, ale mogę odpowiedzieć co powoduje, że niektórzy pokonują nieuleczalne choroby i prowadzą szczęśliwy tryb życia, bo przez piekło życia bólu i cierpienia przeszłam. Bez fałszywej skromności muszę powiedzieć, że mnie nie udało się pokonać nieuleczalne choroby, ja te choroby pokonałam, bo skorzystałam z pokładów   sił, które są w każdym z nas.

Jak odkryłam te niesamowite uzdrawiające siły?

To długa historia i wiele nałożyło się czynników, ale jedno spostrzeżenie wskazało mi jaką pójść ścieżką: Zdrowia? Czy śmierci?

Niestety większość chorych wybiera nieświadomie ścieżkę śmierci. Ja wcale nie przypadkowo wybrałam ścieżkę zdrowia, dokonałam takiego wyboru, bo krótko przed wyborem byłam obserwatorem napotkanych chorych na raka.   Na wybranej ścieżce nic wielkiego nie oczekiwałam, a była bardzo ciężką, trudną, czasem dopadały mnie zwątpienia po co zadałam sobie tyle trudu.  Tak było, dopóki po drodze nie dostrzegłam, że jest we mnie jakaś nieznana potężna siła i to mnie zaciekawiło.  Jeszcze nie wiedziałam, czy jest potężniejsza od raka, ale od razu jak tylko trochę z tej siły coś zaczerpnęłam, od razu poczułam ulgę, może nie dużą, ale byłam świadoma, że tylko troszeczkę zaczerpnęłam mocy z tej nieznanej mi siły, więc byłam ciekawa, co się stanie, jak pójdę dalej? Przyznam szczerze, że bałam się bardzo, czy przypadkiem czegoś okrutnego w sobie nie odnajdę, ale brnęłam dalej.

W takich chwilach przypominałam sobie, dlaczego tą ścieżkę wybrałam.  Oszołomiona po diagnozie zaczęłam obserwować chorych na raka, podpatrując, jak inni w takiej sytuacji sobie radzą.  Zauważyłam, że większość szuka ratunku u innych, jak np. w bliskiej osobie, Rodzinie, w lekarzach, terapeutach, ale byli nieliczni którzy ratunku szukali w sobie i to ci  pokonywali nieuleczalnego raka.

Ci nielicznie nie zadawali sobie pytania, dlaczego mnie to spotkało?  Tylko zadawali sobie pytania co ja sam mogę zrobić dla siebie, aby osłabić raka? Co ja sam mogę zrobić, aby podnieść swoją odporność?

W tym postrzeżeniu, wyodrębniły się dwie grupy chorych, Ci co umierają w cierpieniu, to wszyscy, którzy szukali ratunku u innych. Natomiast ci co doświadczali cudownego uzdrowienia, to wszyscy szukali ratunku w sobie, a nie jak by się zdawało u cudownych uzdrowicieli. Szukali tylko książek i  terapeutów, którzy prowadzili, podpowiadali, jak wykrzesać w sobie tą ogromną siłę, która leczy i uzdrawia.

O trafnym   wyborze potwierdziły mi zasłyszane słowa wielkiego światowego filozofa; że raka nie można pokonać z zewnątrz, tylko z wewnątrz, tam, gdzie są jego korzenie.

O. Carla Simontona słowa podpowiedziały mi, że w walce z chorobą można korzystać z wewnętrznej siły, nie wykluczając   korzystania z największych osiągnięć nauki medycyny akademickiej, tylko jeszcze tym można wzmocnić skuteczność.

Terapeutów, którzy zachęcali mnie abym zrezygnowała z leczenia akademickiego silną chemią na moje szczęście omijałam z daleka. Bo pomyślałam sobie, co by ten przemądrzały terapeuta zrobił, jak by był przy wypadku, a ofiara miała silny krwotok? Czy byłby w stanie zatrzymać krwotok rannemu z poważnego obrażenia? Czy odważyłby się nie dzwonić po ratunek po karetkę pogotowia?  Jestem pewna, że nie byłby wstanie pomóc, bo na naszym poziomie energetycznym z pewnością człowiek by się wykrwawił, mimo, że dobry terapeuta mógłby tego dokonać, ale jak będziemy na wyższym poziomie energetycznym czy duchowym, ale nie na dzień dzisiejszy. 

Obecnie mało osób wie, że duchowość to żywa ogromna energia, którą każdy z nas ją w sobie ma i ja mówiąc szczerze też o tym nie wiedziałam, dopóki tego na sobie nie doświadczyłam.

Naukowo już dawno udowodniono, że zdrowie jest stanem, w które angażuje się   ciało, umysł i duch. Lekarz onkolog naukowiec w swych książkach pisze, że duch otwiera na nas siły uzdrawiające, które daleko wykraczają poza naszą obecną zdolność pojmowania, ale możemy nauczyć się zastosowania ich we własnym życiu.

Mimo naukowych dowodów, nasi lekarze są sceptyczni do leczenia poza lekami farmaceutycznymi.  Tym samym chorzy wpatrzeni w lekarzy, reagują dokładnie tak samo jak oni na inne leczenie. Nie znam ani jednej osoby, która by się wyleczyła z nieuleczalnego raka płuc z przerzutami tylko lekami farmaceutycznymi. O tym się nie mówi ani nie pisze, ile osób odeszło z tego świata z powodu ubocznych skutków stosowanego akademickiego leczenia.

Natomiast dużo się robi negatywnego hałasu w temacie medycyny niekonwencjonalnej, chociaż nie znam nikogo kto z tego powodu zszedł by z tego świata, czasem tylko jest też zwyczajnie bezsilna na naszym poziomie energetycznym.

Tak na zdrowy rozum, czy może zaszkodzić podczas leczenia akademickiego siła modlitwy?  Jak może zaszkodzić Radykalne Wybaczanie, czyli takie od serca kierowane miłością? Jak mogą zaszkodzić medytacje?

Na wszystkie powyższe pytania, które ja zadawałam sobie może odpowiedzieć sobie każdy sam, bo ja nikomu nie mówię, co kto ma zrobić, bo każdy jest inny i każdy ma prawo wybrać swoją ścieżkę zdrowia. Ja tylko mówię co ja zrobiłam walcząc z chorobą, która została uwieńczona sukcesem i o związku z tym swoich spostrzeżeniach.

Irena

 

Jak posiałam raka płuc

 

To ja 62  lat temu w dniu komunii i sypania kwiatków

 

 

W dniu Święta Bożego Narodzenia na kazaniu usłyszałam, że nasze choroby to są nasze grzechy, to wprawiło mnie w zadumę i refleksje nad moimi chorobami, w tym raka płuc.

Moja historia jest prawdziwa oparta na moim życiu, począwszy od dzieciństwa, ale tej części zapomnianej i wypartej. Normalnie przez całe lata nic z tego okresu przeszłości z wczesnego dzieciństwa nie pamiętałam, została odgrzebana podczas terapii.

Teraz kiedy jestem pewna i świadoma, że początek raka stworzyłam jako niewinna mała dziewczynka, zastanowiło mnie jaki popełniłam grzech, który skutkował aż takim cierpieniem.

To zastanawiające, tym bardziej że tą część dzieciństwa spędziłam na plebanii, którą świadomie bardzo miło wspominam.

Moja Mama, wbrew mojemu Ojcu na plebanii pracowała jako sprzątaczka, a w tym biednym dla nas okresie mieliśmy na plebani utrzymanie i to całkiem niezłe. Z perspektywy czasu mogę powiedzieć, że nas tam dzieci rozpieszczano smakołykami, których w domu nigdy bym nie zasmakowała.  Na plebani Pani księdza gospodyni uczyła nas jeść nożem i widelcem i prawidłowo zachowywać się przy stole /60 lat temu na wsi jadło się tylko łyżką i widelcem bez użycia noża/.  Ponieważ z zawodu była nauczycielką, to uczyła nas czytać, pisać, liczyć i wiele innych przydatnych rzeczy.

Już od 6 roku życia chodziłam na religię, którą uczyły zakonne siostry, a i czasem sam ksiądz proboszcz, który bardzo był wymagający i bardzo srogi. Wszystkie dzieci się go bardzo bały, bo karał nas batem i ciągnął za uszy aż do krwi. Ja byłam dla księdza jak by niewidoczna, bo na pewno nie faworyzowana. Skutkiem tego był fakt, że nigdy mnie nie pytał i na jego polecenie do komunii poszłam o rok wcześniej niż inne dzieci. Ksiądz był pewny, że Pani na plebanii dobrze mnie przeszkoliła, a Pani uważała, że ksiądz przeszkolił mnie na religii i w ten sposób nikt niczego mnie nie uczył.

Ten strach i niezbyt dobre przygotowanie do pierwszej Komunii Świętej było podłożem do zasiania ziarenka raka płuc.

Dlaczego?  Bo wcześniej mała Irenka ukradła późną jesienią dwie gruszki z mieszkania znajomych Rodziców.

W maju przy pierwszej spowiedzi ksiądz nakazał mi ukradzione oddać, a jak miałam oddać gruszki w maju? /w 1956r.  Świeże owoce w sklepie były tylko sezonowo/. Przy spowiedzi tylko usłyszałam, że oddanie co ukradłam, to moja pokuta, jeśli jej nie spełnię, to spowiedź nieważna i nie wolno mi będzie przyjąć Komunię Świętą.

Zwracałam się do Ojca, który oddanie gruszek zbagatelizował i niczego mi nie wyjaśnił, zwracałam się do Matki, też mój problem bagatelizowała, jedynie siostra zakonna podpowiedziała mi, że mogę pokutę wypełnić po Komunii Świętej. Niestety wkrótce znajomi się wyprowadzili i im tych gruszek nie oddałam. Zwracałam się z prośbą o rozwiązanie problemu wiele razy do Rodziców, sióstr zakonnych, ale nikt mojego problemu do końca nie wysłuchał, tylko zawsze kończyło się dziwnym uśmieszkiem z ich strony. Mała Irenka te uśmieszki odbierała, że ukradłaś, nie oddałaś, pokuty nie wypełniłaś, więc popełniłaś „świętokradztwo” i teraz będziesz potępiona, tak kończą złodzieje i ci co nie wypełniają pokuty!

Kiedy się okazało, że tych gruszek oddać już nie mogę, był to tak duży stres, nie tyle z powodu kradzieży, ale z tego powodu, że nie wypełniłam pokuty, a Komunię Świętą musiałam przyjmować, bo jak bym inaczej mogła się pokazać na plebanii. Kiedy musiałam podejść do następnej spowiedzi, sparaliżowana strachem wszystkie zdarzenia wymazały mi się z pamięci. W zamian tego pojawił mi się ogromny strach przed śmiercią i przekonanie, że jestem bardzo niedobra.

W moim życiu przejawiało się to tym, że mnie okradano i nikt za to nie ponosił konsekwencji, chociaż łapałam złodziei na gorącym uczynku. Dzisiaj wiem, że Ci złodzieje pokazywali mnie, że mam w sobie nierozwiązany problem i nie muszę się go bać, bo nic mi za to nie grozi. Tych przesłanek złodziei nie rozumiałam i mój lęk rósł w niebotyczną siłę, a ja ciągle byłam niczego nieświadoma. Tylko tak jakoś chyłkiem boczkiem oddalałam się od kościoła, bo w nim źle się czułam. Racjonalnie tłumaczyłam to sobie tym, że kościół to omamia, a ja przecież w życiu nie czynię nikomu nic złego jak nie chodzę do kościoła.

Czasem czułam się wierząca, ale nie praktykująca, czasem nawet ateistką, ale tematu śmierci unikałam jak przysłowiowy „diabeł święconej wody”.

Tak było do momentu jak na moich oczach moja kochana Mama umierała i zdumiało mnie to, że mówiła o swoim umieraniu ze spokojem i miłym ciepłym uśmiechem na twarzy. Wówczas naszły mnie myśli, że ja na jej miejscu chyba bym ze strachu krzyczała, a Ona jest taka spokojna. Przypomniałam sobie, że Mama zawsze była chodzącą dobrocią i zawsze wierna swojej katolickiej wierze i kościołowi.

Tamtej pamiętnej nocy uświadomiłam sobie, że ja też umrę, tylko nie wiem, kiedy, a lęk przed śmiercią był już tak ogromny, że przemienił się w raka płuc. Miało to miejsce w lutym 2004r, a w październiku usłyszałam diagnozę – drobnokomórkowy rak płuc, już z idącym przerzutem i który atakuje ciało błyskawicznie.

Mama tej nocy nie umarła, żyła jeszcze 13 lat, a ja musiałam umierać, by ponownie nawrócić się do Boga, kościoła i odkryć błahy problem dziecka, który nie rozwiązany gnębił mnie okrutnie przez pięćdziesiąt lat. Jak rozwiązałam swój problem po 50 latach, pozbyłam się lęku przed śmiercią i rak ulotnił się bezpowrotnie.

To nieprawda, że rzekomo ateistą żyje się lepiej, tylko trudniej umiera, moje doświadczenie pokazało, że trudnej się żyje i jeszcze trudniej umiera.

Według mnie choroby, to nieuświadomione nie rozwiązane problemy przykryte wstydem i poczuciem winy, które mogą sprowadzić nas na złą drogę i tak naprawdę można powiedzieć, że jest to grzech, tylko czyj?

Mój życiowy przykład niech będzie przestroga dla opiekunów i rodziców, by nie bagatelizowali problemów emocjonalnych dzieci, bo to jakie nasze dziecko nabierze przekonanie w tym momencie będzie miało istotny wpływ na dalsze jego zdrowie i życie.

Mimo upływu lat emocje dzisiejszych dzieci są takie same jak te moje sprzed lat tylko zaszyte są w innych życiowych problemach.

Irena

 

 

Licznik odwiedzin

0149103
Visit Today : 55
Total Visit : 149103
Hits Today : 226
Total Hits : 1053847