Monthly Archives: Styczeń 2014

A JA POKONAŁAM RAKA PłUC BEZ WZNOWY

Dzisiaj czuję się zdrowa, ale czy jestem wolna od wszelkich chorób?  Zdecydowanie nie, wiem tylko że dolegliwości spowodowane rakiem płuc minęły bezpowrotnie.

sycylia-etna-170 sycylia-etna-215

 

Pewność o swoim życiu bez lęku o wznowę raka płuc potwierdza moja  kondycja fizyczna ciała i umysłu lepsza  niż przed 20-stu laty.

Dowodem tego jest chociażby prowadzenie tego bloga, co wymaga większej  znajomości komputera niż pisania i co prawda mam z tym duży problem, tylko biorąc pod uwagę fakt, że moje pierwsze kroki z komputerem stawiałam rok temu. Uważam bez fałszywej skromności, że  idzie mi nieźle jak na kogoś kto miał duże zaniki pamięci.

Od paru miesięcy jestem słuchaczem wydziału elektroniki w grupie dla początkujących  UNIWERSYTETU TRZECIEGO WIEKU.

Osoby odwiedzające moja stronę proszę o wyrozumiałość dla początkującej brokerki nie znającej obsługi komputera, uczę się pilnie /przy sposobności odkryłam przyjemność z nauki/,  mimo wszystko prowadzenie bloga jest dla mnie bardzo trudne,  jednocześnie  przyjemne i nareszcie robię to co lubię,  a nie muszę.

Na swoje życie bez lęku o wznowę nie otrzymałam żadnej cudownej tabletki, dokonałam tego co prawda prostą, ale  ciężką i trudną pracą .

Z całym szacunkiem wobec dobrych terapeutów i szamanów , ale jestem bardzo oburzona na tych którzy bez obiekcji zapewniają wyleczenie chorego , kierując  się dobrem chorego dają  mu fałszywą nadzieję, że go wyleczą i nic nie musi robić tylko poddać się terapeucie, czy szamanowi. Ci  to  jeszcze dodatkowo  ogałacają z niemałych często pieniędzy, niestety na swej drodze do uzdrowienia też takich poznałam. Odporni są na wyrzuty sumienia , nie obchodzi  ich to, że gdyby nie ich zapewnienia chory poszukał by dla siebie sposób na wyleczenie,  a tak to zawierzył niewłaściwej osobie i z tego powodu umarł  , bo na inne skuteczne  leczenie zabrakło   cennego czasu .

Najgorsze jest to, że medycyna konwencjonalna mocno krytykuje medycynę niekonwencjonalną i wice versa . Jedni i drudzy widzą wady wszędzie tylko nie u siebie.

Prawda jest taka, że różne osoby  leczą chorych w medycynie konwencjonalnej jak i niekonwencjonalnej  , są dobrzy i źli  po jednej i po drugiej stronie.

Dotyczy też obydwu stron co do skuteczności leczenia, jedni i drudzy maja swoje  w leczeniu sukcesy i porażki.

W tych skłóconych z sobą stronach tylko pacjent jest zagubiony  i  nie wie u kogo można skutecznie się leczyć. Trudno  mnie się wypowiadać za innych, ale myślę,  że tak jak dla mnie, moich bliskich i znajomych nieważne kto leczy,  tylko jak leczy, ważne by był miły, uczciwy,  przede wszystkim skuteczny, czy ktoś wie jak takich znaleźć i gdzie?

Nie pokonałabym  swego  raka  tylko metodą akademicką,  bo  lekarze nie wierzą że można zaawansowanego raka płuc wyleczyć.

Czy może wyleczyć ktoś nawet najlepszy kto nie wierzy w wyleczenie i nie zna leków na wyleczenie ? Wypisują leki na leczenie , bez szansy na wyleczenie.

Niestety z całym szacunkiem do leczenia niekonwencjonalnego, ale jest to leczenie powolne (rak drobnokomórkowy atakuje błyskawicznie), wymagające wiele wiary, zmian  przekonań , co prawda skuteczne, tylko wymagające długiego czasu (ja tego czasu nie miałam-bez chemii rokowano mi 6 tygodni życia). Metoda ta to tez praca z umysłem, jak miałam pracować z umysłem jak  traciłam kontakt z rzeczywistością ?.

Pokonałam raka płuc drobnokomórkowego  metodą konwencjonalną połączoną z metodą niekonwencjonalną jednocześnie.

Doświadczyłam  na sobie,  że te dwie metody   niby przeciwstawne w śmiertelnej chorobie bardzo fajnie się uzupełniają.

Leczenia tymi  dwoma  metodami dokonywałam   samotnie między dwoma skłóconymi stronami.

Różnica polega na tym że część terapeutów krytykuje leczenie chemią, natomiast większość lekarzy  krytykuje leczenie niekonwencjonalne,  nie uznają faktu że wyszłam z choroby nieuleczalnej,  a dobre wyniki interpretują,  jako długą remisję u mnie trwającą  9 lat. /Obecnie już 12 lat/

Lekarze naukowcy wmawiają mi, że wznowa raka musi nastąpić,  na wszelkie sposoby  przekonują  w formie ostrzegania, że wznowa nastąpi.

Nie rozumiem  dlaczego to robią ? w moim odczuciu to w ten sposób przekonują  siebie i chorego o swojej racji,  chorego wpędzając w lęki przed wznową.

Najgorsze,  że nawołując do badań kontrolnych strasząc, zniechęcają  do tych badań.

Przy wznowie raka  chory  wg  lekarzy nie  ma szansy na wyleczenie bo rak na chemię się uodpornił, a chorego chemia bardzo   osłabiła,  po wznowie nie dają nadziei.

Naukowcy mają   wiedzę, naukowe udowodnienia , ale na raka płuc  skutecznego leku nie znaleźli,  smutne jest to,  że ci co im uwierzą   szybko potwierdzają ich naukową tezę  i umierają .

Lękami przed wznową  wprowadzają  w  stres  wielkiego sprzymierzeńca nie tylko raka,  ale wszystkich chorób.

Lekarze, naukowcy wymądrzają,  ostrzegają, ale to ja prosta kobieta znalazłam u siebie przyczynę raka, usunęłam tą  przyczynę metodą rozwoju osobistego   i żadne lęki  przed  wznową  mnie nie dotyczą,  Na  badania kontrolne chodzę bez lęku, potwierdzić swój coraz lepszy stan zdrowia.

Uważam , że leczenie w połączeniu tych dwóch metod jest dla chorego bezpieczna  i daje 100% szans na wyleczenie najbardziej złośliwego raka.

Irena

„Nie ma nieuleczlnych chorób są tylko nieuleczlni ludzie”-L .Hay

Nieszczęścia chodzą parami

Nawet umierającym życie nie skąpi zmartwień i problemów , moje życie to był ciąg problemów rozwiązanych lub nie rozwiązanych. W drugim dniu brania chemii  moja córka odwiedziła mnie, przy pomocy mojego syna  poruszając się o dwóch kulach . Obydwoje pocieszali , że to nic poważnego, samo coś jej strzyknęło w kolanie i trzeba zoperować , wyjdzie po dwóch dniach , ale o dwóch kulach będzie musiała chodzić około 8 tygodni. Wyjaśnili że jest przygotowywana w drugim szpitalu do operacji, teraz wyszła tylko na przepustkę i zaraz s powrotem wraca do szpitala. Razem będziemy wychodzili do domu , ja po trzecim dniu chemii ,  córka zaraz po operacji i obydwie nie będziemy zdolne do samodzielnego poruszania się. Martwiłam się kto nami się zaopiekuje , mąż pracuje za granicą, rodzina daleko żyje  swoimi problemami , a syn jest żołnierzem zawodowym ,  otrzymał trochę wolnego ale służba nie drużba  i będzie musiał wracać. Gdyby chodziło tylko o mnie to najlepszym rozwiązaniem dla mnie byłoby pójście do ‘’hospicjum” ale co z córką? Kto nią się zaopiekuje? Lekarze mówili  że muszę mieć całodobową opiekę , ale i sama zdawałam sobie sprawę że muszę mieć nie tylko opiekę ale i kontrolę, w sytuacjach kiedy traciłam świadomość nic nie pamiętałam , ale ponoć zachowywałam przytomność. Taką zmianę mojej świadomości lekarze diagnozowali, że przeżuty poszły do głowy. Moje dzieci i sąsiadka pobliskiego łóżka opowiadali mi że kiedy traciłam świadomość to nie tylko że dziwnie  się zachowywałam, ale też nabierałam sił fizycznych. Wiedziałam że jest  cos na rzeczy , bo były momenty że czułam jak moja słabiutka ręka , nagle z dużą siłą bierze kubek i rzuca  nim na oślep. Ta sytuacja przerażała mnie, nie miałam nad sobą kontroli  , a najgorsze nie rozumiałam  co się dzieje z moim ciałem i moja psychiką, czułam się całkowicie ubezwłasnowolniona, to było straszne, o wiele  gorsze od bólu fizycznego. Z przerażeniem odkryłam że rak chce zawładnąć moim umysłem, bo wytoczyłam mu walkę ? czyżby to oznaczało że ta bestia tez się boi? A może jest to zwyczajny przebieg choroby nowotworowej ? Tak czy siak muszę wykorzystać na walkę każdą chwilę kiedy jestem świadoma, związku z tym postanowiłam nie przyjmować leków przeciwbólowych,  aby się nie przymulać , na tyle ile wytrzymam, na tyle ile dam radę. Słuchając z boku może się komuś wydawać, że z jakiegoś powodu chcę być cierpiętnicą, prawdą jest to, że nie lubię cierpieć ale potworny strach przed śmiercią jest gorszy od bólu fizycznego. Przypominam sobie z filmów , różnych opowiadań że potworny ból fizyczny był powodem proszenia o śmierć. Zadawałam sobie  pytanie  dlaczego ja tak panicznie boję się śmierci? Przecież przez całe już niemałe życie starałam się żyć w taki sposób, by nikomu świadomie krzywdy nie czynić. Znalazłam się w sytuacji tragicznej i bez wyjścia chyba może mi pomóc tylko cud , tylko czy cuda istnieją?  Rozglądając się wokół siebie  spojrzałam na afirmacje L.Hay, czytelnie wypisane  na kartkach papieru  leżące obok  mnie na łóżku. Od razu jedną z nich zaczęłam powtarzać i w trudnych chwilach powtarzam do dnia dzisiejszego :

„Cuda zdarzają się codziennie. Wchodzę do swego wnętrza by skasować wzorzec odpowiedzialny za ten stan i przyjmuję BOSKIE uzdrowienie. I też tak jest”  L.Hay

NA CHŁOPSKI ROZUM W RAKA

 

„Rozbierając swoją historię na części mamy okazję  poznać prawdę o sobie i przypomnieć sobie , kim w istocie jesteśmy „ – C.Tipping

 

W szpitalu po wieczornej wizycie starałam się ochłonąć, tylko jak pozbierać myśli nieposkładane? Towarzyszący  strach przed śmiercią  nie pozwolił tych myśli  złożyć  w logiczną całość.  W pewnym momencie samoistnie w głowie zaczęło mi się wyświetlać całe moje życie . Umysł mój  z uporem maniaka  wyświetlał mi  okresy mojego  dzieciństwa  o których  przed diagnozą nie pamiętałam.  Całkowicie poddana tym myślą widziałam  siebie  jak byłam małą dziewczynką,  początkowo  było to  nawet miłe . Umierając  dano by  mi jeszcze odrobinę przyjemności , gdyby nie były to wybrane   same przykre sytuacje, przecież  byłam wesołą dziewczynką , tylko  nie mogłam sobie przypomnieć miłych zdarzeń. Trudno , jak się nie ma co się lubi , to się lubi co się ma , nie mam wyboru, nie stawiałam  przepływającym myślą  oporu . We wspomnieniach widziałam wyraźnie , że  mając siedem lat  moim  autorytetem  był  ojciec. Lubiłam obserwować z boku jak  z chłopami dyskutował ,  jak  w trudnych życiowych sytuacjach  chłopi głośno dyskutowali co zrobić ?   jak ugryźć problem ?  jak przepędzić biedę?  Na wszystko mieli swoje wypróbowane sposoby , ale na „kostuchę” czyli śmierć  zgodnie bez dyskusji twierdzili że nie da się jej przechytrzyć, tym postrzeżeniem  zostałam potwierdzona że muszę umrzeć.  Nieoczekiwanie  zobaczyłam   jak  mając 9 lat w domu  rodzinnym  pewnego dnia wzdęło nam  dwie krowy,  jedna  po drugiej. Mama  moja płakała , lamentowała ,  mój młodszy brat szlochał , ja patrzyłam co się dzieje , sąsiadki  współczuły , tylko ojciec  z sąsiadami  z zimną  krwią głośno  rozważał co zrobić?  Szybko wysłał młodego sąsiada po chłopa weterynarza , który nie miał żadnej szkoły skończonej , ale znał się na zwierzętach lepiej niż nie jeden weterynarz po studiach. Sam w międzyczasie poszedł na pocztę zadzwonić do powiatu , by załatwić  odebranie  mięsa wołowego  do rzeźni  . Krowy  były zdrowe  , tylko najadły się czegoś , dostały wzdęcia  przez co były nie do uratowania , ale szybka interwencja  ojca spowodowała,  że krowy poszły na mięso pierwszego gatunku , przestały cierpieć  i    zostały pokryte wszystkie straty finansowe . Mimo tego mama ciągle lamentowała , braciszek szlochał,  a ojciec się cieszył,  że dobrze wszystko zorganizował pozałatwiał. Gdyby ojciec lamentował jak mama , to krowy by dłużej cierpiały i w końcu padły i na mięso by  nie zostały sprzedane .To prawda,  że szkoda było zwierząt , ale lament i płacz zwierzętom  nie pomógł , a straty spowodowały by w domu dużą biedę,  a nawet  w naszej sytuacji głód .Pod wpływem tych myśli, zaczęłam zastanawiać się  jak sobie pomóc kierując się chłopskim rozumem zapamiętaną lekcją z domu rodzinnego. Podjęłam decyzję, że tak jak ojciec nie mam co użalać się nad tym co mnie spotkało, tylko pomyśleć co  zrobić by sobie pomóc?  W myślach zaczęłam tworzyć sobie plan działania;  Po pierwsze – muszę dowiedzieć się co rak lubi,  a co mu szkodzi,  Po drugie – dowiedzieć się jak wspomóc swój układ odpornościowy.  Po swoim planie  spontanicznie wykonałam telefon do swojej siostry i córki  z prośbą o listę  co rak lubi , a czego się boi.  Moi bliscy zareagowali natychmiast , jeszcze tego samego dnia późnym wieczorem miałam żądaną listę  na wydruku z komputera, oraz przekazywane od nich informacje na żądany  temat telefonicznie , były to nakazy, polecenia i zakazy . Dowiedziałam się że;  żadnych soków z kartonu , dużo pić wody niegazowanej, jeść  dużo warzyw , mięsa z drobiu najlepiej z gospodarstw ekologicznych , dużo ruchu ,bo każda choroba boi się ruchu,  myśleć w sposób przyjemny , pozytywnie , niby takie oczywiste a jednak  te potwierdzenia były mi potrzebne.  Otrzymałam  parę  krótkich afirmacji L. Hay . Kochana siostra wpadła na pomysł  i zaczęła  skutecznie uczyć mnie tych afirmacji przez telefon, a raczej powtarzając po niej wymuszała na mnie mówienie pozytywnie  wiedząc , że umieram  i zapewniam że nie było to łatwe ani zabawne tak dla mnie jak i dla siostry. W ten sposób małym kroczkiem ,  z dużym wysiłkiem zaczęłam zmieniać swoje myśli, na razie tylko trochę,  najważniejsze , że poczułam , że jest to możliwe , zgodnie z tym co L.Hay pisze w swoich książkach : ‘’TO SĄ TYLKO MYSLI, A MYŚLI MOŻNA ZMIENIĆ’’  Po skończonej telefonicznej pozytywnej afirmacji, podjęłam  wysiłek  , by zrobić parę kroków po sali .  Zaczęłam spacerować opierając się o łóżko i ściany pokonując zawroty głowy, osłabienie.  Przed snem pierwszą  chemię po pierwszym dniu zakończyłam mówiąc do raka „ty raku masz pecha ,że jesteś u mnie „będę ciebie atakować z „lądu ,morza , powietrza i  czym tylko się da aż do skutku bo co mi może już zaszkodzić? Czym ja już ryzykuję ?  Jeszcze nie wiem czym i jak,  ale będę  walczyć . Chodziło mi o to że ja zanim umrę to raka wykończę, bym  nie musiała w jego towarzystwie przechodzić  na tą druga stronę.  Zasypiając po ciężkim dniu byłam z siebie i ze swojego planu działania zadowolona,  jak kiedyś mój ojciec.

Licznik odwiedzin
0218250
Visit Today : 92
Total Visit : 218250
Hits Today : 399
Total Hits : 1420907