Monthly Archives: Luty 2014

Nie chcą mamy leczyć – wiem co zrobić

Fragment wpisu córki z zakładki: poradnik dla rodziny – rak oczami córki

Chemia VI  (9 luty 2005 rok )

Dotrwaliśmy do ostatniej chemii. To ważny etap dla mamy , dla mnie,  dla całej naszej rodziny. Nastroje pozytywne. Tak jakby to oznaczało, że mama będzie zdrowa, że to koniec leczenia. Cieszymy się jak dzieci. Mama jest pełna radości i euforii. Aż miło na nią popatrzeć,  dostała jakieś dziwnej energii do działania, do życia. Mam nadzieję, że to jej nie minie. Pełna nadziei i optymizmu idę do Pani doktor na rozmowę, mama ma już wypis. Brakuje mi w wypisie paru badań i skierowań. Nie chcę się mądrzyć przed Panią doktor, zresztą dawno z nią nie rozmawiałam, ale jak ma się chorego w rodzinie, to się o chorobie wie wszystko, o sposobach leczenia i o badaniach jakie można zrobić. Wiedziałam, że mama powinna mieć przed wyjściem zrobione USG węzłów chłonnych, chciałam by jej zrobili dodatkowo markery nowotworowe z krwi i dali nam skierowanie na tomograf płuc i oczywiście na radioterapie,  by kontynuować leczenie. USG węzłów chłonnych jest niezbędne ,  by potem w trakcie leczenia mieć do czego porównywać wyniki badań. Markery nowotworowe mówią nam,  czy doszło do przerzutów. Tomograf daje obraz leczenia i czeka się na niego 6 miesięcy. Radioterapia jest kontynuacją leczenia. Brakowało mi tego wszystkiego w wypisie mamy. Na pewno niedopatrzenie, tacy zabiegani są nasi lekarze. Moja rozmowa z Panią doktor wyglądała następująco:

Ja: Dzień dobry Pani doktor. Ja w sprawie mamy, brakuje mi w wypisie skierowania na USG węzłów chłonnych i na radioterapie?

Pani doktor: Proszę Pani, w sprawie Pani mamy to skończyliśmy leczenie, z jej typem raka niestety nie można już nic więcej zrobić, być może zostało jej najwyżej pół roku życia. Proszę cennie wykorzystać ten czas.

Ja: Przecież mama się czuje dobrze, wyniki też ma w porządku.

Pani doktor : To remisja, właśnie to chcieliśmy uzyskać podając chemie, to chwilowa poprawa. Guz zmalał,  ale dalej tam jest, ten typ raka jest nieoperowalny.  Niestety nic więcej nie możemy dla Pani mamy zrobić.

Ja: A skierowanie na USG węzłów chłonnych, markery nowotworowe we krwi?

Pani doktor: Te badania dadzą tylko obraz jak się Mama czuję teraz, a jak jest dobrze,  to ok, ale jak wyjdą złe,  to i tak nic więcej nie możemy zrobić. Skończyły nam się możliwości leczenia, dlatego nie widzę sensu w wykonywaniu tych badań. To by były stracone pieniądze. Proszę się z  mamą umówić na wizytę do pulmonologa -onkologa i on jeśli uzna,  że jest to  konieczne,  to da skierowanie na radioterapie. Rokowania się nie zmieniły, dla Pani mamy mimo chęci,  naprawdę już nie możemy nic zrobić.

Ja: No tak,  ale jest jeszcze medycyna niekonwencjonalna,  chyba mamy prawo wiedzieć w jakim stanie jest mama?

Pani doktor: No wie Pani, tu się o hokus pokus nie rozmawia,  to poważna klinika.

I wyszła z własnego gabinetu, zostawiając mnie samą.

Wkurzyłam się, skierowań nie dostałam. Mamie się nic nie należy, bo to 6  stopień na 6 możliwych i beznadziejnych przypadków nie leczą,  bo im szkoda pieniędzy. Byłam wściekła na tą lekarkę, na szpital, na system, chciało mi się płakać. Chciałam mamę od razu umówić na wizytę do tego onkologa pulmonologa, może inny lekarz da nam te skierowania pomyślałam, zeszłam do przychodni by się umówić, a tam kolejny szok. Wizyta jest możliwa najwcześniej za dwa miesiące, mówię,  że to pilne,  że poważna sprawa. A co Pani myśli,  tu wszyscy się leczą onkologicznie, to może mam kogoś wyrzucić z kolejki,  by Panią wcisnąć , może mi Pani powie którego chorego mam wyrzucić? Paranoja jakaś, umówiłam mamę na najbliższy termin, zbita z tropu, zła jak nie wiem co, idę po mamę na oddział.  Z tej wściekłości nawet nie miałam siły płakać, z wcześniejszego optymizmu nie został nawet ślad.

Wchodzę i widzę jak uszczęśliwiona mama lata od pielęgniarki do lekarki i wszystkim dziękuje, że dzięki nim się tak wspaniale czuje i że jej tyle pomogli i że są tacy wspaniali. Wszystkim daje prezenty, słodycze, bombonierki, koniak. Nawet tej Pani doktor,  która nie raczyła dać nam skierowań co nam się należą, bo szkoda jej było na taki beznadziejny przypadek pieniędzy. Teraz to się wkurzyłam nawet na mamę, ale nie chciałam jej psuć nastroju. Więc tylko zacisnęłam zęby i czekałam,  aż się ten cyrk  skończy. Podziękowań jakby nie było końca, miałam wrażenie,  że nigdy nie wyjdziemy z tego oddziału. Ale w końcu się udało.

Zabrałam mamę najpierw do Medyka – do prywatnej kliniki by prywatnie,  na żądanie zrobili mamie USG węzłów chłonnych. Kosztowało to nas 50 zł, lekarz się trochę dopytywał czego ma szukać, w końcu mu powiedzieliśmy,  że mama jest po chemii i chcemy mieć obraz sytuacji, na przyszłość,  gdyby się coś zaczęło dziać,  by mieć do czego porównać. Lekarz był zdziwiony , że mamie nie wykonali tego badania w szpitalu, przecież sprzęt mają na miejscu. Odwieźliśmy mamę do domu, w końcu miała tylko 2 tygodnie,  by się przygotować do sanatorium. Skoro jest takim beznadziejnym przypadkiem, skończyły im się możliwości leczenia,  to niech chociaż jedzie do tego sanatorium.

Co miałam robić? Wróciłam do domu,  wzięłam do ręki radykalne wybaczanie i zaczęłam wypełniać arkusz. Emocje aż się we mnie gotowały. Każdy z nas ma prawo do emocji: żalu, gniewu, wściekłości. Wyrzucałam te emocje z siebie trzepiąc poduszkę kijem od szczotki, każdy niech się do myśli kogo sobie w niej wyobrażałam. Zmęczyłam się, ale o wybaczeniu nie było mowy, winiłam cały świat za sytuacje w jakiej się znalazłam. Żal i poczucie winy mnie przepełniał. Utknęłam w martwym punkcie, w takiej sytuacji zawsze sięgam po kod uzdrawiania.

Po wstępnej modlitwie, powiedzeniu w czym jest problem, trzeba wykonywać pozycje rękami wokół głowy i myśleć o czymś miłym. Niby banalne, ale naprawdę działa, ja zawsze sobie wyobrażam,  że stoję na wzgórzu z widokiem na morze, na wschód słońca i stoi zemną Pan Jezus. Jemu mogę powierzyć wszystko,  co leży mi na sercu, o dziwo odpowiada mi na pytania.

Moja medytacja:

Ja: Panie Jezu, jestem wściekła, zła na tę Lekarkę. Czemu nie chce mi pomóc w leczeniu mamy? Przecież NFZ  by nie zbankrutował jakby dała mi te skierowania. Robiłam radykalne, ale jakoś nie mogę jej wybaczyć. Dlaczego jest taka nie czuła i nie chce nam pomóc? Do tego jestem zła na mamę, że tak wylewnie wszystkim dziękowała, nawet tej lekarce  za co? , że nie chce mamy już leczyć?. Co mam dalej robić? Wskaż mi drogę, to wszystko mnie przerasta, czy to znaczy,  że mamy czas się skończył, co mam robić? Jestem taka bezsilna, beznadziejna,  nic nie potrafię  załatwić, nawet mamy skierowania na badania, co jest ze mną nie w porządku?

Pan Jezus: Czy myślisz,  że ta Lekarka jest Bogiem?

Ja: Ależ nie,   to tylko lekarz.

Pan Jezus: Czy myślisz, że ta Lekarka jest prorokiem?

Ja: Ależ nie,  to tylko Lekarka.

Pan Jezus: To czemu uważasz, że wszystko co ona powie jest prorocze i uzależniasz wyzdrowienie mamy od tego,  czy ona zechce ją leczyć. Mówisz,  że nie potrafisz jej wybaczyć, tylko co chcesz jej wybaczać to, że ona nie wie jak pomóc twojej mamie?  Ile osób wyleczyła z takim rozpoznaniem jak twojej mamy. Wydaje mi się,  że żadnej. Od takiej osoby uzależniasz życie swojej mamy, ona powiedziała ci prawdę –  skończyły się jej możliwości leczenia twojej mamy, jej światopogląd dalej nie sięga. To jak ma jej pomóc?.  Dlaczego uważasz ją za Boga i Proroka?.  Pomogła wam do momentu do jakiego potrafiła. Dalej już nie potrafi was poprowadzić, to dlaczego się upierasz,  by to ona was prowadziła?. Powiedziała ci prawdę. Czy ślepiec może poprowadzić ślepego?.  Co chcesz jej wybaczać, że po za tą granicą już nic nie widzi,  dla niej skończyła się droga. Jeśli ona tej drogi nie widzi, czy to oznacza,  że jej nie ma?. Jest , tylko kto inny powinien cię poprowadzić. Mama słusznie jej dziękowała, bo miała za co, do tego etapu pomagała jej przejść, to była jej rola. Wykonała ją prawidłowo. Jeśli ktoś nam pomógł na jakimś etapie naszej  drogi,  należy mu się wdzięczność, nawet jak już nie chce nam pomagać. To nie jest kwestia złej woli, tylko niewiedzy jak ma dalej pomóc. Wykonała już swoją pracę i może odejść. Ty też powinnaś czuć wdzięczność dla niej za to,  co zrobiła dla was. Dzięki niej macie rozpoznanie, wiecie jaką drogą iść, naprawdę masz jej za co dziękować.

Ja : Ale to przecież nie koniec naszej drogi.

Pan Jezus: Waszej drogi nie, ale dalej musicie iść już bez niej, to w porządku. Dlaczego zdrowie mamy uzależniasz od tej lekarki, te dwie rzeczy nie mają ze sobą nic wspólnego. Podziękuj  jej za pracę i idź swoją drogą. Musisz znaleźć nowego przewodnika, jeśli się boisz stawiać sama kroki. Nie martw się,  ja cię poprowadzę. Pamiętaj,  że zdrowie nas samych zależy tylko od nas, od tego co mamy w sercu. Każdy z nas może się sam uleczyć , tylko musi tego chcieć, musi być ze sobą szczery. Twoja mam jest na dobrej drodze idzie w stronę światła, ja to widzę. Wątpisz nie słusznie,  idziesz słuszną drogą. Nie zapominaj o wdzięczności, to teraz twoje zadanie. Podziękuj wszystkim za pomoc i wsparcie  okazane do tej pory. Pozwól odejść tym,  którzy już nie potrafią,  lub nie chcą ci pomagać. Blokujesz przepływ energii gdy to robisz. Pamiętaj!  tam gdzie jest wdzięczność jest i miłość, tam gdzie jest miłość,  nie ma miejsca na choroby. Kieruj się wdzięcznością i miłością. Jesteś doskonała, ja to widzę, czasem błądzisz jak każdy, ale potrafisz odnaleźć drogę do światła. Pamiętaj,  ja jestem światłem i miłością, Kocham cię, jesteś wspaniała. Rozbudź w sobie wdzięczność do osób które ci już pomogły, a będziesz wiedziała co dalej robić. Ja zawsze będę przy tobie. Bardzo Cię Kocham.

Ja: Ja też Cię Kocham i już rozumiem . Dziękuję, dziękuję, dziękuję za wsparcie jakiego mi udzielasz.

Poczułam wszechogarniającą miłość i wdzięczność do świata, do ludzi, do lekarki. Tyle do tej pory nam pomogła. Zrozumiałam,  że dzięki niej mama zaczęła to leczenie. Dzięki niej mamy rozpoznanie i wiemy co robić dale. To nie jej wina, że nie chce mamy już prowadzić.  Po prostu według jej wiedzy skończyły jej się możliwości leczenia. Nabrałam przekonania,  że jestem na dobrej drodze, że gdy przyjdzie na to czas będę wiedziała co robić. Zaczęłam powtarzać w myślach dziękuję, dziękuję, dziękuje wymieniając po kolei wszystkie osoby które nam do tej pory pomogły. Po złości, nie było już śladu, pozostało tylko uczucie miłości i wdzięczności.

Zaczęłam sama się do siebie uśmiechać, już wiedziałam co zrobić. Cdn.…

Życzę wszystkim takich pozytywnych przeżyć podczas medytacji.

Córka Ireny -Aga

 

Nie do wiary – a możliwe

/niemożliwe stało się rzeczywistością/

Nie do wiary, nie jestem już tą samą osobą, jaką byłam przed diagnozą raka. Jestem zupełnie inna, inaczej postrzegam siebie, ludzi,  całą przyrodę i w ogóle życie. Moje życie patrząc z zewnątrz  też już nie jest  takie samo, tylko ja niby ja,  ale inna. Naprawdę widzę, że nawet słońce piękniej świeci, silny wiatr ma swój urok , deszcz jest uroczy, mżawka bardzo romantyczna, wiosna, lato, śnieg zawsze lubiłam, a teraz nie mogę się nacieszyć. Zmieniły mi się koleżanki, inaczej postrzegam przyjaciół. Nie znałam muzyki poważnej , a teraz podczas  koncertu każda moja komórka ciała wchodzi w jakieś piękne wibracje nie do opisania. Przed  diagnozą muzyka poważna mnie drażniła  i pomyśleć jak bym umarła nie  zaznałabym takiego piękna.  Mój mąż kochający piwo  kochał nad wyraz mocno tak bardzo, że dla niego dzień bez piwa, to był dzień stracony, obecnie sam dobrowolnie z własnej woli całkowicie odrzucił alkohol  i jest z tego powodu szczęśliwy. Jestem zaskoczona,  że sam bez terapii przestał pić, bez niczyjego nacisku z własnej woli i nie tęskni za piwem.  Uznaje sporadycznie szampana,  dobrą lampkę wina,  ewentualnie  czasem nalewkę z dzikiej róży .  Nastąpiła we mnie i wokół mnie  tak duża przemiana, że trudno mnie uwierzyć , że ja to jestem ja z przed 10 – laty. Moje życie zmieniło się wprost proporcjonalnie do wewnętrznych zmian. Najfajniejsze i niesamowite, że mój mąż w ogóle nie jest zainteresowany   wewnętrzną pracą nad sobą , mimo to jak gdyby samoistnie się  zmienia. W nim też dokonuje się jakaś pozytywna przemiana na poziomie chyba podświadomym , bo żadnej pracy nad sobą nie wykonuje , a staje się też całkowicie innym człowiekiem  w sensie pozytywnym. Udowodniłam sobie , że zmieniając swoje przekonania,  zmieniłam siebie ,  swoje życie i otaczającą swoją  rzeczywistość , jeszcze nie do końca tak  jak z marzenia, ale ciągle pracuję nad uwalnianiem destruktywnych lęków i przekonań i ciekawi mnie jakie zmiany we mnie i w moim życiu się dokonają . Poza rakiem uwolniłam  się też od innych chorób o czym będę  później dokonywać wpisów jak i czego się pozbyłam. Nie chciałabym,  by jakaś wróżka cofnęła mi czas o 15 lat. Dzisiaj jestem w lepszej kondycji fizycznej  niż 15 lat temu  i jakość życia nieporównywalnie lepsza. Niestety tylko parę  zmarszczek chyba mam więcej, ale  z tego powodu nie jestem mniej szczęśliwa.
Praca nad rozwojem osobistym początkowo trudna  i  ciężka stała się moją pasją uzależniającą  powodując , że jestem ja  coraz zdrowsza i moje życie. Udowodniłam sobie, że życie po 65 plus może być piękne i nigdy nie jest za późno by zaczynać żyć  od nowa. Lepiej doświadczyć czegoś fajnego późno, niż wcale .  Nie do wiary, że gdyby nie rak płuc /przez którego podjęłam trudną pracę na sobą/,   to nadal bym milcząco narzekała, że dzieci za mało odwiedzają matkę, martwiła się jak przeżyć od pierwszego do pierwszego, martwiła się za co wykupić leki, jak dostać się pilnie do lekarza , zastanawiała się,  o co poszło kochanej koleżance , bo chodzi naburmuszona, narzekała,  że starsze lata są trudne  do zniesienia , użalała się nad sobą na postępujące dolegliwości zdrowotne i dla okrasy użerała się  z pijanym mężem. Niemożliwe stało się rzeczywistością, doświadczyłam, że trud się opłaca .  Irena

„Te wspomnienia komórkowe i błędne przekonania są tym samym , o czym mówił Salomon ponad trzy tysiące lat temu. To problemy serca są  źródłem każdego innego problemu, jaki można mieć w życiu – zdrowotnego, uczuciowego, a nawet takiego, od którego zależy, czy odniesiemy sukces, czy poniesiemy porażkę”. – Alexander Loyd

 

 

Babci naszej rada

Uczono mnie kiedyś, że prośby  przez modlitwy   zawsze są wysłuchane , tylko prosząc  czasem nie przyjmujemy tych  próśb.  Po wnoszonych  prośbach  do Matki Boskiej zawsze pamiętałam , że prośby mogę otrzymać w różny sposób niekoniecznie według mojego  wyobrażenia. Przecież prosząc nie mogę stawiać warunków w jakiej formie mają być podane. Jako przykład  zapamiętałam sobie anegdotkę , nie pamiętam autora tylko treść :

Bardzo pobożny człowiek z dużą wiarą , jak zachorował modlił się długo i gorliwie, aż usłyszał od Boga – „ tak wysłuchałem Twoją prośbę,  wyzdrowiejesz”. Głęboko wierząc w Boskie wyleczenie przestał przyjmować leki , twierdząc , że Bóg  mu obiecał , że będzie  wyleczony i wierzy, że tak się stanie . Odmawiając  leków choroba mu się rozwinęła i rodzina zawiozła go do szpitala. W szpitalu przyszedł do niego chirurg mówiąc, żeby wyraził zgodę  na operację, bo inaczej umrze. Odpowiadał – nie, bo  „Bóg mi obiecał wyzdrowienie” i ja wierzę, że tak się stanie. Przyszedł drugi chirurg i mówi mu, że musi być operowany, bo za parę godzin bez operacji umrze – odpowiedział nie, bo „Bóg mi obiecał, że wyzdrowieję” i ja wierzę, że tak się stanie. Przyszedł trzeci chirurg mówiąc mu, że za godzinę umrze jak zaraz nie zostanie zoperowany, odpowiedział- nie, bo” Bóg mi obiecał, że wyzdrowieję” i ja wierzę, że tak się stanie. Niestety ten człowiek odmawiający  leczenia i operacji jak przewidzieli lekarze umarł.  Chory, już będąc po tamtej stronie zapytał BOGA, ja tak wierzyłem , bo Boże mi obiecałeś, dlaczego umarłem? Bóg odpowiedział – to dlaczego nie przyjąłeś mojej pomocy? ; wysłałem ci leki- nie przyjąłeś ; wysłałem ci jednego chirurga – odmówiłeś ; wysłałem ci drugiego chirurga – odmówiłeś ; wysłałem ci trzeciego chirurga – też odmówiłeś;  Ty odrzuciłeś moją pomoc.

Tą anegdotkę  zapamiętałam sobie jako ostrzeżenie, że BÓG pomaga na różne sposoby i na drodze do wyleczenia szkoda byłoby cenną  pomoc  przeoczyć. Swoją babcię nie dane mi było poznać za życia, poznawałam babcię z opowiadań  Ojca jaka była, co robiła i jak uczyła ojca Wiary  do Boga. Zaznaczał, że była prostą kobietą, ale kierowała się  ludowymi mądrościami  które pisało życie . Na uzasadnioną krytykę wobec księży, odpowiadała  synom ; wy grzechów księży nie naśladujcie, bo ksiądz tyle lat uczył się modlić  i  wie jak Boga obrazić –  ale i wie jak Boga przeprosić , wy nie umiecie , to  lepiej nie grzeszcie. Uważam, że w babcinej mądrości   było coś na rzeczy, bo ja modlitwy do BOGA sercem nauczyłam się dopiero w śmiertelnej chorobie.  Irena

 

Dlaczego ja? Siła modlitwy.

Dlaczego ja? Siła medytacji i modlitwy.

Fragment wpisu z zakładki : Poradnik dla rodziny – rak oczami córki.

Pytanie, który zadaje sobie każdy chory i jego rodzina. Dlaczego ja? Dlaczego właśnie moją rodzinę to spotyka? Piszemy tu dużo o medytacji,  kodzie uzdrawiania. Chcę podzielić się tu z wami refleksją dotyczącą choroby. Pracując nad sobą, stosując Kod uzdrawiania, dochodzę do takiego punktu, że wyobrażam sobie, że rozmawiam z Panem Jezusem. Mogę mu wtedy zadać pytania, co mnie boli  i nurtuje i otrzymuję odpowiedzi tak mądre, że niekiedy mnie samą zaskakują. Postanowiłam się z wami podzielić jednym z takich przeżyć dotyczących modlitwy. Moja rozmowa z Panem Jezusem w trakcie medytacji:

Ja pełna goryczy i żalu zadaję pytanie: Dlaczego muszę przez to przechodzić, dlaczego moja mama na raka cierpi, dlaczego nie wysłuchasz moich próśb i po prostu nie sprawisz, że będzie zdrowa?

Odpowiedź Pana Jezusa: To nie Bóg sprawia, że cierpisz i chorujesz. Każdą chorobę każdy z was sam zaprosił do swego życia. Bóg każdemu człowiekowi dał wolną wolę i czas by mógł z niej skorzystać. Każdy ma prawo do własnych błędów jak dziecko i każdy, kto zauważy, że zbłądzi ma prawo prosić o pomoc. Nie pytaj mnie, dlaczego ty, zapytaj o to siebie. Dlaczego zeszłaś z drogi miłości i zaczęłaś błądzić, za co tak nienawidzisz swojego ciała? Powinnaś  kochać każdą jego komórkę. Kiedy ostatnio powiedziałaś swojemu organizmowi, że go kochasz, każdej komórce z osobna? Kiedy twoja mama powiedziała ostatnio, że kocha swoje płuca? Kiedy ostatnio dziękowała im, że może swobodnie lekko oddychać? Czy dbasz o swój organizm jak o świątynie, o każdą komórkę jego ciała jak coś wspaniałego? Twoje ciało to twoja świątynia. Czy spożywając posiłek błogosławisz go i prosisz by odżywił każdą komórkę twojego ciała? Pamiętaj za każdym razem, gdy jesz w biegu, łykając szybko byle co, zaśmiecasz swoją świątynie, gdy palisz papierosa mówisz swoim płucom nienawidzę was, nie chcę was oglądać i je trujesz, zadymiasz, czy równoważysz te czyny, chociaż miłością i wdzięcznością za to, że są?  Swoim postepowaniem, ściągasz chorobę na swój organizm, swoją świątynie – a potem mnie pytasz, dlaczego ja. Sobie zadaj to pytanie,  tylko bądź szczera wobec siebie. Jak traktowałaś siebie, swój organizm? Prosisz mnie o zdrowie dla mamy, ja jej tego zdrowia nie zabrałem, więc jak mam jej dać. Jeśli sama sprowadziła na siebie chorobę swoją własną wolą, to tylko ona sama może się uleczyć. Błądzisz i idziesz złą drogą, ja jestem światłem i jestem miłością, mogę pokazać ci właściwy kierunek, ale tylko od twojej dobrej woli będzie zależało czy pójdziesz za mną. Najczęściej mówisz chcę, i dalej błądzisz i nie idziesz za mną. Zastanów się, o co i kogo prosisz?

Zapytałam, więc: To, o co powinnam prosić?

Usłyszałam odpowiedź: Niech się twoja wola dzieje Boże, a nie moja. Przepraszam, że zbłądziłam pokaż mi światło i pokieruj w stronę światła. Naucz mnie kochać siebie , ludzi i otaczający mnie świat. Wybacz mi, że zbłądziłam, przepraszam, że doprowadziłam do tego miejsca, co jestem. Proś o siłę, o wskazanie kierunku i o miłość, reszta przyjdzie sama. Pamiętaj słowa: Wybacz mi, Proszę, Przepraszam, Kocham Cię, Dziękuje , mają wielką moc. Moc jest w tobie , musisz tylko ją użyć, człowiek został stworzony na podobieństwo Boga – nigdy o tym nie zapominaj. Kocham cię, widzę, jaka jesteś doskonała tylko, że ty tego nie widzisz. Przyjdzie taki czas, że zobaczysz, poczujesz wtedy taką miłość do siebie, jaką ja czuję do ciebie. Moc jest w Tobie. Poproś, a ja Cię pokieruję,  to takie proste. Nie lękaj się,  pamiętaj, że ja zawsze jestem z tobą.

Żal i gorycz minęła, poczułam, że Bóg mnie Kocha i jest ze mną. Poczułam się silniejsza i nabrałam pewności, że idziemy z mamą właściwą drogą. Poczułam,  że nie jestem z tym sama , że Bóg jest ze mną.

Piszę o tym, bo często wspominamy na tym blogu o sile modlitwy, a nie chodzi nam po prostu o klepanie: Zdrowaśki i Ojcze Nasz,  tylko o szczerą rozmowę nas samych z Bogiem i samym sobą. Są to sprawy bardzo intymne, ale i bardzo istotne.

Moja rada: Podczas modlitwy zawsze używaj słów Wybacz mi, Proszę, Przepraszam, Kocham Cię, Dziękuję.

Życzę wszystkim głębokich przeżyć w trakcie medytacji i modlitwy.

Córka Ireny – Aga

PLACEBO – CHEMIA V

Cuda zdarzają się codziennie…i inne afirmację L.H. wypowiadałam bez przerwy, nie ustawałam w modlitwie , medytowałam , soki, stosowna dieta , dość przekonywujących parę terapii nie uspokoiło mnie przed piątą chemią. Nie zastanawiałam się jak się czuję, czy lepiej , czy gorzej, ważne dla mnie było oczekiwanie na wyniki zdjęcia płuc  i badanie krwi, które standardowo wykonuje się przed każdą chemią. Miałam ambicje, by utrzymać swoją kondycję zdrowotną nadającą się do następnego leczenia,  zgodnie z terminami i przewidywaną procedurą leczenia szpitalnego. Moja Pani doktor uspakajała mnie, że jeśli wyniki badań nie zezwolą na leczenie zgodnie z zaplanowanym terminem, to leczenie będzie kontynuowane w późniejszym terminie, ale będzie. Przyznaję , to wyjaśnienie lekarza dawało mi poczucie jakiegoś bezpieczeństwa, ale i tak oczekiwałam pełna niepokoju. Po wykonaniu badań, o wynikach nikt ze mną nie dyskutował , tylko powiadomiono mnie o zakwalifikowaniu się na piąty cykl chemii. Szłam na tą piątą chemię uradowana jak  „głupek” , dumna o zakwalifikowaniu się do wpuszczenia sobie do żył następnej potężnej dawki trucizny . Wiedziałam jak mocną otrzymuję truciznę, bo wcześniej przy podłączeniu kroplówki spadła kropla i wypaliła w podłodze dziurę. Patrzyłam wówczas  raz na wypaloną dziurę  i raz na kroplówkę zastanawiając się jak  mój organizm to wytrzyma. Wytłumaczono nam, że to coś za coś , czyli za przedłużenie życia niska jakość , co było robić,  nie  było  wyboru. Mimo tego, zawziętość do  walki z rakiem  mi  się zwiększyła i to jednocześnie z lądu,  morza, powietrza i  czym  tylko będzie można. Tym razem kroplówkę podłączono bez problemów i jak zwykle zaczęłam medytować . Spokojne medytowanie zostało przerwane przyjęciem na sąsiednie łóżko nowej pacjentki. Przedstawiła mi się, i opowiedziała o swojej diagnozie, jak przypadkowo wykryto u niej małego guzka na płucu. Była przestraszona, ale i zadowolona z wczesnego wykrycia. Miała powody, bo jej rak nie miał zacieków, nie zdążył wyniszczyć organizmu, więc i szanse na przedłużenie życia miała spore.  Dostała chemię stosownie do diagnozy  mniej inwazyjną.  Po tym zamieszaniu spokojnie dalej medytowałam,  kierując myślami chemię na komórki rakowe oszczędzając  swoje zdrowe. Robiłam to w formie trochę zabawy,  jak małe dziecko dla zabicia czasu. Było to najlepsze co mogłam dla siebie zrobić,  jako człowiek bez przyszłości i smutnej obecności , aby nie powiedzieć dramatycznej, toczyłam walkę  o życie albo ja, albo rak nie przetrzyma trucizny, w tym momencie tylko to się liczyło.

Po odłączeniu kroplówki , jak by nigdy nic szybko się podniosłam i  podeszłam do umywalki z lustrem i mimo zakazu na korytarz, do toalety. Wróciłam do sali, by się cieplej ubrać i spojrzałam na sąsiadkę, która patrzy na mnie jak oniemiała. Mówi do mnie – wiesz co ? nie chcę nic mówić,  ale muszę powiedzieć, to jednak prawda, że NFZ  nie przelał pieniędzy i szpital zamiast chemii, podaje chorym „placebo”. Przecież to niemożliwe , jesteś po ciężkiej chemii, a chodzisz jak by ci podali witaminy wzmacniające organizm . A Ty jak się czujesz?  zapytałam  – mnie się kręci w głowie ze stresu, poza tym trudno po mnie wyczuć, dostałam małą dawkę. Wyszłam oszołomiona wiadomością na korytarz na zwiady, spytałam kogoś napotkanego, czy coś wiadomo o podawaniu placebo?  Trochę wydawało mi się , że jest zaskoczony, jednak szybkie potwierdzenie  potwierdziło mnie w  tym przekonaniu.  Sprawiał wrażenie Pana na poziomie , przyszedł odwiedzić chorego . Przeszłam z nim po salach zaobserwować  chorych po kroplówkach z chemią, niestety byli w złym stanie, wymiotowali. Pan podsumował krótko,  na  chorych, słabych psychicznie  zadziałało  placebo.  Na mnie ta odpowiedź  zadziałała jak  sugestia. Przy wieczornej wizycie lekarz podał wyjaśnienie, że wręcz przeciwnie, chemia została podana  bardziej skuteczna, innej firmy, dlatego inne są opakowania. Po tygodniu przy kontrolnych badaniach, przy szpitalnej przychodni, aż  huczało od „famy” , że szpital podaje  pacjentom” placebo”. Prawdy nigdy się nie dowiedziałam.  Faktem potwierdzonym  przez lekarzy, były limity dane szpitalowi przez NFZ , ale jakie nikt nie wyjaśniał.  Z  perspektywy czasu myślę, że to  był przykład, jak złe interpretacje, złe wieści szybko się przyjmują i ludzie połykają jak ciepłe bułeczki. Szkoda , że tak samo nie przyjmują się dobre, skuteczne metody. Coś skutecznego  musi być przez autorytety sprawdzone , naukowo udowodnione. Nie oceniam, czy to dobrze , czy źle,  jesteśmy tacy jacy jesteśmy. Ja zamiast się cieszyć dość dobrze przyjętą chemią, sugestia zadziałała niepotrzebną nerwówką u pacjentów i lekarzy. Mimo dobrych wyników badań, otrzymania skierowania do sanatorium, dość dobrej kondycji fizycznej, z powodu szpitalnej atmosfery byłam strzępkiem nerwów.  Irena

„…..Specjaliści nie są zgodni co do sposobu leczenia? Jednak prawie wszyscy są zgodni co do tego, że niemal wszystkie choroby mają jedną przyczynę- STRES!” – Alexander Loyd

„Prosta prawda brzmi: zalękniony jest głupszy.” – Bruce Lipton

 

Czas na sanatorium – tylko, że nam niewolno. Co mam zrobić?

Fragment wpisu córki z zakładki: Poradnik dla rodziny – rak oczami córki

V chemia – Czas na sanatorium – tylko, że nam niewolno. Co mam zrobić?

Kolejna wizyta w szpitalu, kolejna już przed ostatnią chemią mamy. Uczucia mam mieszane, tak naprawdę nie wiem, czego się spodziewać po wizycie, ale idę. Trochę się boję tego, co mogę zastać w sali i czy dam radę stanąć na wysokości zadania. Moje przeczucia się sprawdziły – mama znowu rozbita,  płacze.

Szybko pozbierałam się w sobie i próbuję dowiedzieć się, co się stało. Od płaczącej rozhisteryzowanej osoby trudno coś sensownego wyciągnąć. Najważniejsze to to, że wyniki są dobre mama czuje się przy najmniej fizycznie w porządku, bardzo dobrze zniosła kroplówkę – na tyle dobrze, że zaczęła nawet podejrzewać, że to nie cytostatyki,  tylko zwykła glukoza. Przestraszyła się, że nie chcą już jej leczyć, a może fundusz już nie ma pieniędzy i Rakowców już nie leczą. Obawy mamy oczywiście były bez podstawne, po prostu w porównaniu do innych chorych, co wymiotowali, czuli ogromne osłabienie, mama czuła się rewelacyjnie, nie odczuła żadnych negatywnych skutków kroplówki. Racjonalnie rzecz biorąc powinna je odczuwać, a nie czuła. Czy nasza służba zdrowia jak kończą się pieniądze to przestaje leczyć? Czy praca nad sobą i to, co robiła mama na tyle wzmocniła jej organizm, że nie odczuła skutków chemii? Tak naprawdę nie wiem, lekarze zapewniali nas, że wszystko jest w porządku. Faktem jest, że dwie ostatnie chemie przeszła mama rewelacyjnie, nie odczuła nawet osłabienia.

Na domiar złego, mama dostała skierowanie do sanatorium do Ciechocinka. Podanie do tego sanatorium złożyła dwa lata wcześniej z powodu rehabilitacji kręgosłupa. Wyjazd miała mieć dwa tygodnie po ostatniej VI chemii. Myślę sobie to super – wakacje jej się należą, tyle przeszła, przecież będzie już po chemii.

Powiedziałam mamie: To, czemu płaczesz to świetna wiadomość. Okazało się, że Pani Doktor zabroniła mamie jechać do tego sanatorium. Powiedziała do niej: „W Pani stanie jest to kategorycznie zabronione. Jest Pani za słaba, podróż tylko pogłębi wyniszczenie organizmu. Te zabiegi mogą Pani zaszkodzić, proszę o tym zapomnieć. Odpoczywać po prostu w domu. Powtarzam nie wolno Pani jechać do sanatorium to dla Pani dobra. Zrozumiała mnie Pani, lepiej wiem, co w Pani stanie jest dla Pani dobre, a co nie.”

No nie, jeszcze tego brakowało. To może chory ma tylko leżeć na leżance i czekać na kostuchę, nic już się mu od życia nie należy. Byłam wściekła na tą lekarkę, pomyślałam sobie, nawet, jeśli to będą ostatnie wakacje, na jakie mama będzie mogła pojechać, to niech jedzie. Już choremu na raka nic od życia się nie należy. Zresztą na badania, konsultacje, wizyty w szpitalu to nie jest za słaba by jechać 150 km do Szczecina, i osłabiona chemią wracać tą samą drogą. Nikogo nie obchodzi jak ona dojedzie i czym wróci. Ciekawe, że taką samą drogą w stronę sanatorium to ma niby ją wykończyć.

Powiedziałam do mamy: A właśnie, że pojedziesz do tego sanatorium. Już ja tego dopilnuję. Nie obchodzi mnie, co mówiła twoja lekarka, zazdrości ci wyjazdu i tyle. Robią wszystko by na twoje miejsce bez kolejki wcisnąć kogoś znajomego. Pojedziesz i już. Tylko nic tu nie mów ani lekarzom ani pielęgniarką, przecież nie zabrali ci skierowania, nic nie muszą wiedzieć.  Powiesz Pani doktor, że ją zrozumiałaś, jest ci przykro, a zrobimy i tak po swojemu. Nie martw się tam też są lekarze i pielęgniarki, to sanatorium nie hotel. Jeśli będziesz się źle czuła to po ciebie przyjedziemy i już.  Nie chce więcej nic słyszeć na ten temat – postanowione jedziesz i już.

Mama zaczęła się uśmiechać przez łzy, ale bała się, że ten wyjazd jej zaszkodzi. Trochę na przekór jej samej, lekarzom,  postanowiłam, że pojedzie do tego sanatorium.

Jak myślisz czytelniku, czy moje oburzenie było słuszne? Czy mam prawo wbrew lekarce zabrać mamę do sanatorium? Czy chory na raka ma prawo do rehabilitacji i wakacji?

Dalszy wątek dotyczący mamy wyjazdu do sanatorium w następnych wpisach.

Córka Ireny – Agnieszka

” Emocji – tropem”

/absurdów życia dalszy ciąg/

Przed diagnozą śmierci się nie bałam, tylko panicznie unikałam tego tematu. Po diagnozie ogarnął mnie strach, ale nadal unikałam tematu tabu,  tłumacząc sobie i innym, że lubię myśleć i rozmawiać o miłych sprawach,  dodawałam – no co przecież jeszcze nie umieram. Naiwnie okłamując siebie i bliskich co chciałam zyskać? – nie pamiętam, ale tak było. Rozmowa z córką, a właściwie córki monolog na temat życia  po życiu motywował mnie do MODLITWY sercem i z całej duszy, kiedy traciłam wiarę.  Przyznaję, że w tym czasie z córką dochodziło do konfliktów , między innymi miałam jej za złe, o te rozmowy tabu. Myślałam raczej aby pomogła mi zapomnieć o strachu czymś miłym i przyjemnym, a ona taka bez serca rozmawia z umierającą o życiu po życiu. Po wysłuchanych modlitwach do MATKI BOSKIEJ zrozumiałam córki intencje i byłam jej wdzięczna,/wpis- modlitwy wysłuchane/. Jak przestałam się bać śmierci, chciałam  dowiedzieć się co było przyczyną mojego strachu. Znów moje kochana Agniesia podpowiedziała mi, że będąc w odmiennym stanie świadomości zapamiętała, że wykrzykiwałam często imię Edzio. Idąc tym tropem jak detektyw swojego strachu, świadomie przypomniałam sobie parę scen z różnymi osobami o imieniu Edek. Szarpały mną związku z tym imieniem różne skrajne emocje, złości i dobroci. Na tym etapie  dwie skrajne emocje były za trudne do ogarnięcia. Poprosiłam znów  terapeutkę Alę o pomoc. Na moje szczęście przyjęła mnie od razu na następny dzień. Byłam pewna, że jestem na tropie przyczyny swojego strachu przed śmiercią.  Byłam ciekawa co za absurd życiowy ukryłam w swojej podświadomości, bo żadnej traumy nie przechodziłam, i jak wcześniej pisałam miałam kochanych Rodziców i spokojne dzieciństwo.

Terapia z Alą zaczęła się standardowo; muzyka relaksacyjna, świeczki, medytacja i krótkie pytania. Kogo znasz o imieniu Edek? Co czujesz do 1- go Edka ? ; co czujesz do 2-go Edka ; co czujesz do 3- go i 4- go Edka? Czułam do nich złość i za tą złość  miałam poczucie winy bo byli dobrymi ludźmi, zachowywali się wobec mnie tak złośliwie bo mnie nie lubili. Ala pytaniami, koncentrując mnie na moim poczuciu winy,  przeniosła mnie do wczesnego dzieciństwa jak miałam 3 lata. W naszym domu przebywał między innymi około 8- letni Edek , sierota powojenny, który pilnował mnie, popychając, bijąc , abym nie przeszkadzała mamie. Według niego przeszkadzałam, jak wołałam do mamy o jedzenie i picie, krzyczał do mnie nie przeszkadzaj! Jesteś niedobra, przeszkadzasz! Mama moja na mój płacz reagowała , bądź cicho nie przeszkadzaj , malutki Fredzio śpi/mój miesięczny braciszek/. Chowałam się przed nim w dużym nie zamieszkałym pokoju przejściowym w drewnianym kuferku. Przez szpary desek oglądałam jego długie przebiegające nogi, bojąc się, że mnie znajdzie. Czułam się w kuferku bezpiecznie, ale chciało mi się pić i był kurz. Zaczęłam mocno kaszleć, wówczas Ala wzięła za rękę małą Irenkę i wyprowadziła z kuferka, przemawiając do mnie  uświadamiając mi,  że nie ma już Edka , jestem duża i bezpieczna. Ja naprawdę złapałam oddech, poczułam się lekko. Niestety na „złość” do Edka otrzymałam pracę domową do przerobienia w domu. Po terapii do samochodu szłam tak lekko, że nie zauważyłam , że weszłam pod górę bez zadyszki. Niesamowite było to, że do wszystkich Edków o różnych zawodach i osobowościach miałam wobec nich te same emocje. Od starszej cioci, później usłyszałam historię, która wyjaśniła zachowanie wobec mnie,  sieroty Edka. Mając 5 lat wołał jeść, opiekunka jego, zaganiała w tym czasie bydło, poprosiła go pomóż, to szybciej jeść dostaniesz. Jeden z jego starszych braci przełożył opiekunkę batem /jak to sierotę nie nakarmisz?/ i była awantura, bo inni opiekunkę obronili, karcąc małego Edzia, że przez niego jego ulubiona  została skrzywdzona, bo się wydzierał jak by mu kto robił krzywdę, tą opiekunką była moja mama. Do  późnych lat ją lubił i szanował , a mnie okazywał tyle dobroci, dlatego ukryłam przykre zdarzenie w podświadomości. Co prawda na razie nie dotarłam co było powodem strachu przed śmiercią, ale i tak poczułam wielką ulgę i następny dowód, że terapia działa.   Irena

„Co nie jest uświadomione staje się naszym przeznaczeniem” – Jung

„Strach zabija” – Bruce Lipton

Dziękuje – ci

 

Dziękuję ci córko, że po diagnozie  podjęłaś ze mną trudną rozmowę o śmierci , bo  w ten sposób nie zostałam sam na sam ze strasznym strachem nie do wyobrażenia. Z perspektywy czasu zastanawiam się, czy to nie było otwarcie drogi do wyleczenia. Według Totalnej Biologii powodem raka płuc jest lęk przed śmiercią, a jeśli jest to coś na rzeczy? …….więcej w tym temacie dokonam wpisu później.  Irena

Rozmowa o śmierci

Fragment wpisu córki z zakładki: Poradnik dla rodziny – rak oczami córki

IV Chemia – rozmowa  o śmierci

Odwiedziłam mamę w szpitalu. Mama miała dobre wyniki krwi,  przyjmowała IV wlew tzw. chemię. Przyszłam i zobaczyłam mamę w opłakanym stanie. Płakała,  była przygnębiona.Właśnie się dowiedziała, że jej towarzyszka z sali,  Pani Stasia przegrała swoją walkę – już jej więcej nie zobaczy, bo niestety nie żyje. Mama bardzo to przeżyła. Co myśli w takich chwilach chory?

Jej się nie udało, o Boże ja będę następny!!!

Potrząsnęłam mamą, spojrzałam głęboko w oczy i powiedziałam: Mamo bardzo mi przykro z powodu pani Stasi, ale ty nie jesteś nią. Może i miałyście takie same rozpoznanie. Wiem, że ona była młodsza od Ciebie. Pamiętaj ty nie jesteś nią, każda z Was ma całkowite inne podejście do leczenia, ona nie pracowała nad sobą, nie korzystała z alternatywnych metod leczenia, miała bardzo złe wyniki krwi, przerwali jej chemię, bo była za słaba by ją przyjąć. Jej świeczka się wypaliła, trudno, ale Twoja nie, ty nadal jesteś z nami i bardzo się z tego cieszę. Twoje wyniki są bardzo dobre, może nie mamy najlepszych rokowań, ale wciąż mamy szanse. Damy radę zobaczysz.

Do tych myśli trzeba się ustosunkować i porozmawiać o tym z chorym. Tak, trzeba z nim rozmawiać o śmierci. Nawet jak będziemy unikać tego tematu on (ten temat) sam nas dopadnie. Mama w tej chwili jest jedyną osobą w zachodniopomorskim, jaką znam z tym rozpoznaniem,  tzn. drobnokomórkowym rakiem płuc. Choć na początku naszej drogi było ich kilkoro. Każde odejście znajomego chorego na raka, jest dla chorego kolejną traumą. Trzeba go do tego przygotować i zminimalizować stres. Chory jak każdy z nas boi się śmierci, sama myśl o niej go przeraża. Świadomość, że kostucha się zbliża, zabrała już wszystkich moich towarzyszy zostałam tylko ja, jest paraliżująca.

Co możemy zrobić w tej sytuacji dla chorego? Wbrew pozorom bardzo wiele. To od rodziny zależy,  czy chory wyrwie się z tego letargu.

Jeśli chory zacznie rozmawiać z Tobą o jego ostatniej drodze  nie unikaj tematu,  podejmij go. To dla chorego bardzo ważne. Trzeba mu uświadomić, że jest wyjątkowy i bardzo ważny dla nas. Że go potrzebujemy, będziemy z nim walczyć do końca. Dobrze jest też pozałatwiać sprawy spadkowe, na wszelki wypadek.  Porozmawiać, jaka jest ostatnia wola chorego co do pochówku. Nie chodzi o to by na siłę z nim na ten temat rozmawiać. Chodzi o to, że jak chory sam podejmie ten temat nie zbywać go, mówiąc a przestań, no co ty na razie ciebie ten temat nie dotyczy.

Generalnie rozmowy o śmierci, ostatniej woli chorego są w domach tematem tabu. Tak naprawdę trzeba o tym rozmawiać, nie tylko, gdy dopadnie nas choroba nieuleczalna, ale i na co dzień. Nawet z dziećmi trzeba rozmawiać o śmierci. O tym, że każdemu z nas został dany czas na tej ziemi, byśmy przeżywali własny los doświadczali emocji radości i smutku. Dziecku trzeba wytłumaczyć, gdy przychodzi na nas czas, nie zależy to od nas, wtedy anioły schodzą po nas i zabierają nas do nieba. Ja z moimi dziećmi przeprowadzam takie rozmowy najczęściej w okolicach 1 listopada. Opowiadam im w tedy historyjki z życia moich dziadków, którzy od dawna już nie żyją. Tak naprawdę każdy z nas musi przyjść na ten świat i musi umrzeć. Nie wiemy, kiedy nasza świeczka się wypali. Jedni przychodzą i żyją bardzo długo,  inni odchodzą w bardzo młodym wieku. Niektórzy z nas odchodzą nagle niczego się nie spodziewając,  a innym jest dany czas na poukładanie swoich spraw, na zwrot w życiu, mogą przeżyć traumę,  odbić się od dna i zacząć wszystko od nowa, inni poodkładają swoje sprawy i odchodzą. Dlaczego się tak dzieje – nie wiem? Wiem za to,  że niechętnie rozmawiamy o śmierci. Jakby sama rozmowa o niej spowodowała, że ona zagości w naszym domu. Czego się tak naprawdę boimy? Nieznanego? Przejścia na drugą stronę? Sądu ostatecznego? Tak naprawdę nie wiemy  czego – ale lęk jest. Choroba zmusza nas, aby stanąć z tym problemem w oko w oko. Tak naprawdę czy mamy się czego bać? Nasz lęk jest irracjonalny, niczym niewyjaśniony. Jeśli po tamtej stronie czeka na nas coś bardzo miłego, a to, co najgorsze ból,  strach, wstyd,  doświadczyliśmy na ziemi by po drugiej stronie spotkało nas coś bardzo  miłego? Tu muszę przyznać wierzącym łatwiej jest umierać.

Jestem dość młodą osobą, ale jeśli chodzi o temat śmierci i przejścia na drugą stronę, przeżyłam dwa niesamowite doświadczenia. Dobrze jest o takich rzeczach porozmawiać z chorym,  by ten lęk przed śmiercią, nieznanym zminimalizować:

Zdarzenie 1:

Na praktykach w szpitalu będąc jeszcze nastolatką byłam świadkiem, jak ciężko chore dziecko bardzo cierpiące umarło na rękach u matki. Widok ten mam cały czas przed oczyma. Dziecko to bardzo cierpiało, w pewnej chwili jego oczy rozbłysły, twarz pojaśniała, na twarzy pojawił się uśmiech,  zdążył jeszcze wyszeptać: jak tu pięknie. Zastygł z tym uśmiechem na ustach. Po chwili dopiero jego mama się zorientowała, że to dziecko odeszło: popatrzyła na mnie i powiedziała: Słyszałaś powiedział, że jest tam pięknie, już go nic nie boli. Obie się popłakałyśmy był to płacz podszyty radością, że to dziecko poszło do lepszego piękniejszego świata już nie cierpi.

Było to bardzo dawno temu, ale cały czas mam przed sobą ten anielski pogodny uśmiech tego dziecka w momencie przejścia na drugą stronę.

Zdarzenie 2:

 

Wiele lat później już, jako matka dwójki dzieci miałam wypadek samochodowy. Wpadłam w poślizg i dachowałam. W trakcie tego wypadku przeżyłam coś niesamowitego. Po pierwsze życie zwolniło bieg, zobaczyłam jak moje ręce podnoszą się do góry bardzo wolno, zdążyłam jeszcze pomyśleć, dlaczego je podnoszę. Za chwilę znalazłam się w bardzo dziwnym miejscu. Była to przepiękna łąka usiana kwiatami, panował tam spokój radość i ciepło, które trudno opisać, wszechogarniająca mnie miłość. Poczułam się szczęśliwa i spełniona. Na tą chwilę nie pamiętałam jak się tu znalazłam, nie myślałam o dzieciach, po prostu było mi dobrze i błogo tu i teraz. Po chwili spostrzegłam na tej łące jeszcze jedną osobę, czułam, że to ktoś z mojej rodziny, ale nie mogłam sobie przypomnieć, kto to taki. Ta osoba z wyglądu bardzo mnie przypominała była ode mnie trochę młodsza, kwitnąca,  śliczna,  uśmiechnięta. Pomyślałam, kim jesteś. Natychmiast otrzymałam odpowiedź: jestem twoją babcią, zobacz, jakie jesteśmy do siebie podobne. Moja babcia jest o wiele starsza i od dawna nie żyje. Pomyślałam,  jak widzisz żyję i mam się całkiem dobrze, ty mnie inaczej pamiętasz? Kiedyś też byłam młoda i wtedy właśnie tak wyglądałam. Wyglądała przepięknie. Następnie powiedziała do mnie:, Co tu robisz? To jeszcze nie twój czas i miejsce? Nie chcę wracać tu jest tak błogo pomyślałam. Idź, nie martw się,  ja tu na ciebie poczekam! – Odpowiedziała mi moja młoda babcia. Ocknęłam się w samochodzie, a raczej we wraku, ktoś wezwał pogotowie, okazało się, że byłam 20 minut nieprzytomna. Po wypadku miałam wstrząs mózgu i złamaną nogę w kolanie.

Czy mi się to śniło czy nie, nie wiem? Od tamtej pory nie boję się śmierci. Wiem, że tam czeka na nas ktoś, kto też nas kocha, jest tam pięknie i wszędzie czuć spokój i wszechogarniającą miłość. Wiem też, że tu na ziemi każdy z nas ma jakieś zadanie do wypełnienia i określony na to czas. Trzeba się postarać by wykorzystać ten czas jak najlepiej. Głęboko wierzę, że choroba też zdarza się nam po coś, jest traumą by nam uświadomić, że idziemy złą drogą. Dopiero choroba zmusza nas do wyrwania się z biegu codzienności: praca, dom, obiad, dzieci, porządki – a gdzie w tym wszystkim miejsce dla mnie?  Choroba to neon mrugający na czerwono  wołający STOP. Kiedy każdy z nas ostatnio się zatrzymał? Zapytał sam siebie – czy jestem szczęśliwy? Czego ja chcę? Nie, moje dzieci, nie,  mój mąż/żona,  tylko ja. Czego ja chcę? W tej gonitwie często zapominamy o sobie. Choroba jest dzwonkiem alarmowym bijącym na alarm, jest drogowskazem byśmy w końcu zaczęli robić coś dla siebie. Czas przepływa nam przez palce, a my wszystko chcemy zrobić jutro. Ważne jest tylko tu i teraz. Istnieje tylko ta chwila, nie ma niczego innego.

Ja miałam to szczęście, że traumę związaną z chorobą w mojej rodzinie przeszła mama, a ja razem z nią. Dzięki temu zmieniło się moje podejście do życia, postrzegania świata, tego, co jest dla mnie ważne. Wszystko się zmieniło, z biegiem czasu muszę  przyznać, że na leprze- wszystko dzięki chorobie mamy.

 

Moja rada:, Gdy chory chce porozmawiać o ostatniej drodze, śmierci, swoim pochówku,  nie unikaj tematu podejmij go. Ten temat i tak Cię dopadnie i to w najmniej odpowiednim momencie. Postaraj się wykreować w chorym obraz przejścia na drugą stronę,  jak przejścia do bram raju. Dużo jest opowieści ludzi, którzy przeżyli śmierć kliniczną i wrócili z stamtąd w ostatniej chwili – te opowieści są pełne miłości światła i spokoju. Pamiętajmy, że w końcu przyjdzie taki czas, że wszyscy spotkamy się po drugiej stronie. Tak naprawdę nikt z nas nie wie, kiedy nadejdzie ten czas, a lekarz nie jest żadną wyrocznią w tej kwestii. To tylko ludzie wykonujący swój zawód – też się mylą. Moja mama żyje już 10 lat od diagnozy i z rokowań lekarzy nic sobie nie robi. Nie lekarz zdecyduje, kiedy przyjdzie na każdego czas. Tak naprawdę wszystko zależy od  Boga i od nas samych.

Agnieszka

Dobry raczek – niedobre raczysko

Emocjami  po nitce do kłębka,  w poszukiwaniu destruktywnych przekonań , niczym detektyw  śledczy zaczęłam  odkrywać ukryte zakamarki swojej podświadomości. Zdarzenia przyczynowo skutkowe prawie zawsze odnajdywane są  w dzieciństwie, a tym samym zdarzenia związane z Rodzicami miały kluczowe znaczenie w tworzeniu przekonań.  Aby dojść do źródła chorób  muszę uchylać rąbki tajemnic ze zdarzeń  domu rodzinnego  z punktu patrzenia i odczuwania  małego dziecka.  Zaskoczyło mnie to , że  Rodzice nie wiem jak mądrze i słusznie by nie postępowali , to i tak nie mają możliwości,  uchronić  całkowicie swoje  dziecko przed negatywnym programem w podświadomości.  Uświadamiając  to sobie podczas terapii  zaowocowało u mnie  jako matki,  automatyczne   uwolnienie  się z poczucia winy wobec błędów  wychowawczych swoich dzieci, jakich się sporo dopatrywałam. Potężny zastrzyk energii , dało  mi nowe pozytywne przekonanie, że Wybaczając innym czynimy to przede wszystkim  dla dobra swego. Akcentuję fakt, że moje dzieci są ułożone, dobre , zaradne  , a mimo to uważałam , że w wychowaniu popełniłam wiele błędów – oczywiście  nie wiedziałam jakich. Przypisywałam sobie podświadomie winę ,  że dzieci za ciężko pracują, dają się wykorzystywać bo są za dobre i że mogłyby więcej zarabiać, a mają  tak dlatego, że popełniłam gdzieś błędy wychowawcze . Z tego powodu zamartwiałam się co źle zrobiłam, co jeszcze mogłam zrobić? Tylko po co tyle zmartwień? – jak by to w czymś miało pomóc .  Podświadomie zaprogramowałam się, że nie dość , że byłam zła córką, to jeszcze złą matką – u mnie był wewnętrzny konflikt, bo świadomie  czasem się usprawiedliwiałam, czasem robiłam projekcje jak większość na innych . Po Radykalnym Wybaczaniu z  modlitwą  i medytacją dowartościowując się , jednocześnie inaczej spojrzałam na swojego raka. A może ten rak chciał mi coś powiedzieć? , a może ten rak chce mi coś przekazać ?, a może mówi i przekazuje coś przez moje ciało?.   Do Modlitwy , takiej od serca ,  Radykalnego Wybaczania i  medytacji  nikt by mnie wołami nie zaciągnął , ale rak i owszem zmusił mnie, dając popalić okrutnie . Dzięki temu  poczułam,  że  BÓG MNIE KOCHA /wpis ” modlitwy wysłuchane”/ , dowiedziałam  się , że  byłam całkiem  dobrą  córką i dobrą  matką . Sami powiedzcie, czy rak nie zmusił  mnie  by się dowartościować?  Przede mną jeszcze dwa cykle chemii, aż żal za tyle zasług   byłoby  go wykańczać,  gdyby to był  „miły raczek”, a nie   „raczysko”.

Przykre jest, że dopiero choroba, jakieś nieszczęście skłania do zastanowienia się nad sobą, czy ta droga , na której jestem jest w porządku , czy na pewno chcę na niej być? , czy nie ma innej lepszej dla mnie? Czy raz z obranej drogi muszę nią kroczyć do upadłego? Myślę, że choroby to na naszej drodze dziury i kamienie o które się potykamy. Tak bardzo wpatrzeni pod stopy, obolali z upadków, że nie zauważa się , że to nawet już nie droga, tylko jakiś ślepy zaułek , a obok  są  fajne inne , o wiele lepsze .  Z doświadczenia swego wiem, że to nie jest proste, bo przed tym wszystkim powstrzymuje lęk – a skąd mogę wiedzieć , że nie będzie gorsza? Nie chciałam pamiętać , ze jeśli będzie zła, to zgodnie z wolną  wolą daną  od BOGA  mogę zmieniać , aż poczuję, że to jest to. Od takich decyzji powstrzymuje mniejszy lub większy  lęk przed zmianą. Aby cokolwiek w sobie zmienić , trzeba te lęki  pokonywać.  Gdyby nie  te  okropnie męczące  lęki,   to być może  choroby  miałyby problem aby się do kogoś wcisnąć.  Irena

 

„TO NIE NASZE GENY, LECZ  NASZE  PRZEKONANIA  KONTROLUJĄ  NASZE ŻYCIE”….  –Bruce Lipton

Mahatma Gandhi :

Twoje przekonania stają się twoimi myślami,

Twoje myśli staja się twoimi słowami,

Twoje słowa staja się twoimi czynami,

Twoje czyny staja się twoimi zwyczajami,

Twoje zwyczaje staja się twoimi wartościami,

A twoje wartości staja się twoim przeznaczeniem.

„CO NIE ZOSTAJE  UŚWIADOMIONE  STAJE SIĘ NASZYM PRZEZNACZENIEM” – Jung

„PRZEKONANIA TO MYŚLI  KTÓRE  UZNAJEMY  ZA  PRAWDĘ” – Louise L.Hay

Matki prawo do błędu

Matka ,  czy  ojciec  wychowując swoje dzieci w MIŁOŚCI według swojej wiedzy  i doświadczenia , nie są winni popełnianych błędów  wychowawczych. Jeśli kierowali się słuszną intencją , mimo popełnianych błędów są w porządku wobec swojego dziecka , siebie i świata. Oczywiście nie dotyczy to rodziców pozbawionych wyższych uczuć , w tym temacie nie mam swojego doświadczenia , aczkolwiek swoje zdanie mam. Dane mi było mieć kochanych Rodziców , którzy dla nas dzieci ciężko pracowali. W swoim życiu kierowali się naszym dobrem , za co im serdecznie dziękuję, bardzo ich kocham i nie zamieniłabym na innych za żadne skarby świata. Tak jak każdy popełniali błędy, za które  nie mam żadnych  do nich pretensji . Absolutnie za nic  swoich kochanych rodziców nie obwiniam i nie obarczam żadną odpowiedzialnością za swoje życiowe niepowodzenia , czy choroby. / Co nie znaczy, że nie mam co wybaczać/.  Na ogół słyszy się , szczególnie  o matkach, że  nie dają swoim dzieciom prawa do własnych błędów. Natomiast nie mówi się o swoich kochających matkach, że mieli prawo wobec nas  popełniać  błędy. Mają  prawo i każda kochająca matka nie jest winna , że  popełnia  błędy  wobec swych kochanych dzieci. Natomiast dzieci nie mają prawa obwiniać swoich rodziców , że są takimi jakimi są , a woleli by być kimś innym. Prawdopodobnie ,  gdyby ktoś zmienił swoich rodziców, to i tak nie zostałby innym człowiekiem. Nie mówię o osobach które się do swoich błędów nie przyznają , bo chcą uchodzić za chodzące ideały , albo zwyczajnie za każdy błąd tak się obwiniają, że już nie mogą udźwignąć ciężaru winy? Matka to też człowiek  i może się pomylić  , chociaż bardzo chce jak najlepiej dla swojego dziecka. Może ktoś zna idealną  matkę,  która nigdy w życiu nie popełniła błędu?  Irena

„Ludzie nie mogą zrobić nic więcej, niż im pozwala ich zrozumienie, świadomość  i wiedza.” L.L. Hay

 

„Uznałem, że los rozdał mi niedobre karty, a ja powinienem uczynić  z nich najlepszy możliwy pożytek” – Bruce Lipton

Absurdy życia

Warto dać dużo wysiłku i próbować  aż  do skutku  usunąć /czy wyłączyć/ zaprogramowany  destruktywny program w naszej głowie,  niczym na dysku komputerowym.

„Wiele osób żyje z ukrytym, zaprogramowanym schematem, który sprawia, że  nieświadomie przez cały czas sabotują siebie. Nie rozumieją, że głęboko w nich samych ukryte są zaprogramowane schematy, które powstały już w okresie dzieciństwa i które leżą tuż pod  powierzchnią podświadomości, czekając na okazję, dzięki której mogą stać się rzeczywistością”  Autor  -Vianna  Stibal.

odwiedziny-u-mamy-017              odwiedziny-u-mamy-003

U Mamy z Mamą

Parę tygodni  przed chemią u mnie nasiliło się duże poczucie winy i coś z tyłu głowy cicho mówiło – „muszę odwdzięczyć się Mamie”.    Wydawało mi  się,  jak bym nie wiem co strasznego  uczyniła!

Dlaczego tak bardzo  to poczucie winy nasiliło się przed diagnozą ? – nie wiem.

Nie do uwierzenia,  że było spowodowane  taką błahostką!  Pomijając  błędne spojrzenie  11 letniej Irenki,  a faktyczny powód łez matki,  to przecież była tylko poplamiona sukieneczka ! ! !

Mój  umysł uznał, aby zdarzenie z poplamioną sukieneczką przed świadomością całkowicie ukryć,   dlatego nic z tego zdarzenia nie pamiętałam.

Dopiero podczas terapii wizualnie zobaczyłam, że najlepsza sukieneczka małej siostrzyczki jest  zniszczona sokiem z jagód ! I to  z mojej winy!

Moja mama  wzięła sukieneczkę, przytuliła do buzi i rozpłakała się rzewnymi łzami, a mnie nic nie powiedziała, chociaż była to ewidentnie moja wina.

To było okropne uczucie,  zobaczyć Mamę,   jak   płacze przeze mnie  rzewnymi łzami.

Matki płacz odebrałam jako  wielką krzywdę  którą jej wyrządziłam. Bez pozwolenia,  ubrałam siostrzyczkę  w jedyną świąteczną sukieneczkę taką,  przeznaczoną tylko do kościoła!

Wolałabym,  żeby  mnie skrzyczała, czy zbiła, ale nie płakała!

Poczułam pod wpływem wybudzonego zdarzenia destruktywne przekonania ;

– Wielkie poczucie winy,  mama cierpi z mojej winy  , /jestem zła, niedobra/ .

– Wstyd , jak mogłam być aż tak niedobrą córką !  Jestem nieusłuchana !/bez pozwolenia wzięłam sukieneczkę/

– Nic nie potrafię dobrze zrobić / nie upilnowałam siostrzyczki/, jestem złą, niedobrą córką.

Moje ciało zareagowało mocnym bólem pod prawym bokiem i nie mogłam opanować płaczu.

Po terapii  i wypłakaniu się spojrzałam na zdarzenie już zupełnie inaczej. Zablokowane emocje ulotniły się i  poczułam się lekko i tak jak by Świat nabrał pięknych barw.

Jako dziewczynka miałam prawo chcieć ładnie ubrać swoja siostrzyczkę  i tak naprawdę nic się nie stało! Najlepsze, że pamiętałam jak matka opowiadała innym z radością, że ja lubię  siostrzyczkę ładnie ubraną  i to jej się podoba.  Świadomie pamiętałam nawet,  że  była ubierana według mojego gustu. Ojciec czasem żartował, że takie wymyśliłam  siostrzyczce imię, które dla niego było trudne do zapamiętania.

W rzeczywistości matka nie miała o to do mnie pretensji, rozpłakała się zupełnie z innego powodu, a sukieneczką tylko ukrywała swój płacz.

To niewiarygodne, jakie niedorzeczne absurdy w podświadomości się  programują i to na całe długie życie!

Dawno już udowodniono naukowo,  że podświadomość  nie słucha świadomości  i kieruje naszym życiem. Jest to za mądre dla mnie, aby zrozumieć.  Wystarczy mi moje własne doświadczenie.

Warto dać dużo wysiłku i próbować  aż  do skutku  usunąć /czy wyłączyć/ zaprogramowany  destruktywny program w naszej głowie,  niczym na dysku komputerowym.

Ciekawi  mnie,  co  moja podświadomość  jeszcze  za absurdy ukrywa. Przekonałam  się, że jest to możliwe i nie powiem, że było łatwo, ale za to co za ulga!!!   Do tego dochodzi ciekawość,   co z tego wyniknie?  …….Oj!!  będzie się działo!!   Nawet  jeszcze dwa cykle chemie przestały mnie absorbować .

Irena

 

„Co nie jest uświadomione jest naszym  przeznaczeniem” – Jung

„Podświadomość nie umie myśleć logicznie” ; „Podświadomość  nie jest wstanie rozważać żadnych za i przeciw” – Joseph Murphy

 

Program destruktywny wyłączony

Poprzednio pisałam o swoim emocjonalnym,  męczącym problemie –  „ nie mogę odwdzięczyć  się swojej mamie” ,  okazał  się   poważnym programem,  zapisanym  w podświadomości.  Jaki to program? I  w jaki sposób to sobie uświadomiłam?

Włączyłam muzykę relaksacyjną ;  wygodnie  usiadłam , przy mnie na stoliku ;  Arkusze Radykalnego Wybaczania,  długopis , książka i zapalona  świeczka .  Medytacja  nad swoim problemem  i  modlitwa , ujawniła mi emocję  – duże poczucie winy wobec Matki. Idąc za tą  emocją , wczuwając się w nią ,  zadałam sobie pytanie? – co ja takiego złego zrobiłam?

Wizualna odpowiedź  przyszła sama. Zobaczyłam siebie jak miałam 11 lat i odkopało się pewne zdarzenie . Miałam 11 lat , opiekowałam się swoją 1,5 roczną kochaną siostrzyczką. Ubrałam ślicznie  bez pozwolenia  mamy,  w świąteczną sukieneczkę, wsadziłam do wózka i poszłam z nią do swoich koleżanek nad jezioro, blisko lasu. Dumnie kroczyłam z nią idąc drogą przez wieś , cieszyłam się, jak mijające kobiety oglądając ją podziwiały , komplementując , jaka śliczna dziewczynka ! Wyglądała jak śliczna żywa laleczka. Na miejscu, w cieniu pod lasem posadziłam na kocyku , dałam coś do zabawy i poszłam do koleżanek moczyć nogi w jeziorze. Siostrzyczkę obserwowałam , nie spuszczałam ją z oka,  czasem ktoś do niej się zbliżał, zagadywał, jak to koło małego dziecka, trudno przejść obojętnie. Zaciekawiona,  dlaczego  tak grzecznie siedzi, podeszłam zobaczyć i się przeraziłam, była cała usmarowana czarnymi jagodami. Jakimś cudem miała na kocyku krzaczek z jagodami i się nimi bawiła. Najlepsza sukieneczka zniszczona sokiem z jagód ! Co na to już w domu moja mama?  Wzięła sukieneczkę, przytuliła do buzi i rozpłakała się rzewnymi łzami, a mnie nic nie powiedziała. To było okropne, zawsze uśmiechnięta, teraz  płacze przeze mnie  rzewnymi łzami. Matki płacz odebrałam,  jak wielką krzywdę jej wyrządziłam, ubierając bez pozwolenia w jedyną świąteczną sukieneczkę taką,  przeznaczoną tylko do kościoła! Wolałabym,  żeby  mnie skrzyczała, czy zbiła, ale nie płakała.

Poczułam pod wpływem wybudzonego zdarzenia destruktywne przekonania ;

–  Wielkie poczucie winy,  mama cierpi z mojej winy  , /jestem zła, niedobra/ .

– Wstyd , jak mogłam być aż tak niedobrą córką ! , jestem nieusłuchana /bez pozwolenia wzięłam sukieneczkę/

– nic nie potrafię dobrze zrobić / nie upilnowałam siostrzyczki/ , jestem złą, niedobrą córką.

Moje ciało zareagowało mocnym bólem pod prawym bokiem i nie mogłam opanować płaczu .

Po chwili ukazało  mi się zdarzenie , że sukieneczka czysta, wyprana w kwaśnym mleku, została oddana wraz z innymi rzeczami mamy znajomej, która miała dziewczynkę trochę mniejszą.  Wraz z mamą u tej znajomej zobaczyłyśmy jak w tej sukieneczce,  dziecko  jest całe oblane sokiem z wiśni. Wracając zapytałam się mamy , czy jej nie było żal tej wybrudzonej wiśniami sukieneczki. Ku mojemu zdziwieniu , z uśmiechem odpowiedziała, ach! ,  dzieci tak mają, że się brudzą . To dlaczego tak płakałaś,  jak ja nie upilnowałam ?  – Jak sukieneczka została zniszczona jagodami?  Ach Ircia /tak mnie zdrobniale nazywała/, to mi się tak coś wspomniało przykrego, jak zobaczyłam jagodowe  plamy , ty tego nie zrozumiesz i nie myśl już o tym, odpowiedziała.

Dopiero teraz uświadomiłam sobie , po tylu latach, że miałam w podświadomości  przez tyle lat, poczucie winy / jak wina, to i kara/,  bo miałam program , że  przeze mnie mama  płakała, całkowicie  niepotrzebnie .  Dlaczego program w podświadomości nie odblokował tej winy  od razu, po wyjaśnieniu  mamy?  Tak naprawdę , nie rozumiem   umysłu działania. Tłumaczę to sobie tym, że wyjaśnienie trafiło tylko do mojej wiadomości, ale nie dotarło do mojej podświadomości, w którym poczucie winy pod wpływem stresu zostało zaprogramowane. Poczułam wielką radość! , ulgę i euforię nie do opisania. Zrobiłam wybaczanie według Arkuszy Radykalnego Wybaczania , ale nie było już co wybaczać ani sobie, ani mamie.

„To  tak, jakby umysł dosłownie wybudował twierdzę wokół pewnych wspomnień. A wszystko po to , by uchronić nas przed cierpieniem” –  Alexander  Loyd

Chaos emocji

 

Przepraszam, że piszę chaotycznie , ale moja terapia walki z rakiem też była chaotyczna. Racjonalne podejście do leczenia,  przeplatało się z intuicyjnymi wyborami różnych terapii jednocześnie. Moja  wiara w moc modlitwy,  wielokrotnie była zachwiana. Stosowałam jednocześnie kilka terapii na raz , łącząc z sześcioma cyklami chemii. Przerwy w niektórych terapiach następowały, podczas trzech dni, kiedy byłam w szpitalu na chemii np.;  nie mogłam prowadzić medytacji,  w pobliskiej miejscowości pod piramidą , z której korzystałam codziennie,  mimo zimna i śniegu. Poduszka i koc  były zabezpieczeniem od zimna. Do akupresury stóp  przychodził masażysta, czasem syn mnie podwoził do gabinetu. Wałki do masażu stóp  często używałam w ciągu dnia w miarę możliwości, bo  zawsze  leżały na widoku. W pokoju słuchałam z płyt;  muzyki relaksacyjnej , medytacji , zabawne anegdoty . Oglądałam  krótkie filmy o cudownych wyleczeniach i samowyleczeniach. Zmuszałam się do picia świeżych soków , dietetycznego jedzenia. Lekarze ostrzegali, nie torturować się sokami i jedzeniem. Ja mimo wszystko nie byłam posłuszna. Wielu chorych przed śmiercią nie zmusza się do jedzenia , picia i ruchu . Po co twierdzili? Jest 21 wiek, w kroplówce dożywią , dadzą środek przeciwbólowy i można spokojnie leżeć , ewentualnie cichutko się modlić , póki się nie zaśnie. Po co do wszystkiego się zmuszałam? , do picia soków, jedzenia /jadłam nawet tartą surową wątrobę-okropność/ , nie chciało mi się w ogóle ruszać. Wyjście z domu było masakrą , ale się zmuszałam. Pilnowanie brania leków homeopatycznych , przed jedzeniem, po jedzeniu, przed piciem ,po piciu –okropnie uciążliwe, zapominałam, myliłam się, ale brałam. Telewizji prze 8 miesięcy w ogóle nie oglądałam, w moim pokoju TV nie było. Korzystałam też z energii REIKI z dobrym skutkiem, ale nie trwałym.  Do terapii z Arkuszami Radykalnego Wybaczania „ ego” ma swoje sposoby by zniechęcić , mój upór i wola walki, wrodzona ciekawość ? co z tego wyniknie?. To wszystko przezwyciężało sztuczki zniechęcające „ego”. Tak mówiąc szczerze, to nie wierzyłam, że TRW  dla mnie będzie skuteczne . Mówiłam wówczas sobie,  jak się nie przekonasz Irena, to nie będziesz wiedzieć , dlaczego bałam się śmierci?, dlaczego odeszłam od kościoła? –  biorąc pod uwagę , że  spędzałam  dzieciństwo na plebani. Z uporem maniaka szukałam, drążyłam różne terapie . Uwaga – odstępowałam od wszystkiego jak wyczułam, że  coś mnie osłabia, nawet jeśli było polecane przez wielkie autorytety. Obserwowałam chorych,  którzy  chcieli podejmować się różnych terapii, ale po kolei. Np.; jak wypiję ten sok to , to spróbuje ten drugi, jak skończę chemię to skorzystam z energii REIKI, jak skorzystam z energii REIKI to skorzystam z piramidy, itp. Nie oceniam, czy robili dobrze , czy źle. Ja tylko mówię, postępowałam inaczej, niż większość chorych, zrobiłam rakowi taki „kogiel mogiel” że nie mógł przetrwać . I po co to wszystko? , Czy warto było? – zapewniam, że mój trud został wynagrodzony . Dalszy ciąg terapii TRW napiszę  później….  Irena

„Dwadzieścia lat minęło od tej chwili, gdy w końcu dotarła do mnie rada Irva Koenigsbergu, by najpierw  wziąć pod uwagę środowisko, gdy komórki chorują. Tak jak ty i ja , komórki są ukształtowane przez miejsce , w którym żyją. Innymi słowy : Środowisko, głupcze!” – Bruce Lipton

 

Retrospekcja – dziwne zachowanie

 

/ dziwne zachowania  3 – miesiące przed chemią/

Chwilowe zaniki pamięci były dla mnie czymś okropnym,  nie wspomnę, że problemem wstydliwym. Czuję się jeszcze młoda, dopiero co poszłam na wcześniejszą emeryturę, a już dopadła mnie demencja starcza,  bardzo się przejmowałam. Dusiłam w sobie,  nic nikomu o wstydliwej przypadłości nie powiedziałam .  Nie musiałam,  było to  dla rodziny  bardzo  denerwujące , jak ciągle coś wkładałam w dziwne miejsca , a potem wszyscy pomagali mi szukać. Pod wpływem bliskich,  na tą  przypadłość,   na specjalistyczne badania zarejestrowano mnie do rocznej kolejki. Z dnia na dzień,  czułam się coraz gorzej. Miałam nawet problemy, na wyjeździe z pobliskiego miasteczka, jak wrócić do domu. Nie pamiętałam,  gdzie mieszkam i dokąd kupić bilet. Na szczęście w zamian wyostrzyła mi się pamięć wizualna , rozpoznawałam  znajomych  i kupowałam bilet  tam,  gdzie oni. Zaniki pamięci były chwilowe, szybko w autobusie pamięć  odzyskiwałam. Udawało mi się wracać  do domu bez problemów.

Zdarzyło mi się, że nie wiedziałam,  jak wyjść z trochę większego sklepu odzieżowego. Po chwili znalazłam aż trzy wyjścia .Pospiesznie skierowałam się do pierwszego wyjścia i wówczas z naprzeciwka,  stanęła mi na wejściu elegancka pani , obydwie naraz chciałyśmy sobie dać pierwszeństwo i obydwie naraz ustępowałyśmy sobie miejsca,  usuwając się w tym samym kierunku, kiedy poszłam do drugiego wyjścia ta miła uśmiechnięta  pani też wpadła na taki sam pomysł i znów ona wchodziła, a ja wychodziłam. Przystanęłam przepraszając  i przyglądając  się jej zauważyłam, że ma taką samą kurtkę i tak samo charakterystycznie założoną jak ja. Uśmiechnęłam się do niej i postrzegłam, że jest dość ładną , gustowną, w dojrzałym wieku kobietą. Zrobiło mi się głupio, nie byłam tak gustowna i ładna jak ona. Pomyślałam sobie , że taka sama kurtka wygląda na tej pani ładnie , a na mnie wygląda brzydko. Szybko ustąpiłam  jej miejsce , wycofując się z powrotem do sklepu. Znów nie mogąc znaleźć  drzwi wyjściowych, poprosiłam Panią sprzedawczynię ,o wskazanie drzwi wyjściowych, zdziwiło mnie, że wskazane drzwi,  nie były na fotokomórkę i w sklepie nie było tej pani,  z którą się  spotkałam w przejsciu . O tym zdarzeniu w sklepie opowiadałam wszystkim znajomym i rodzinie , ale nikt nie widział w tym nic dziwnego.

Po czwartej chemii, jak czułam się lepiej ,weszłam do tego sklepu zobaczyć jakie są drzwi. Ku mojemu zdumieniu,  było tylko jedno wyjście i nie było fotokomórki.  Pani sklepowa poznała mnie , myśląc, że choruję na chorobę Alzhaimera , wyjaśniła,  że rozmawiałam do luster. Nigdy się sobie  nie podobałam, nieświadoma, że to ja w lustrze, uważałam siebie za ładną i nawet gustowną. Było to dla mnie niesamowite odkrycie.

Zaniki pamięci i ataki  utraty kontaktu z rzeczywistością , ustąpiły całkowicie już po trzeciej chemii i do dnia dzisiejszego nie powróciły i nie powrócą .Dowodzi to, że modlitwa została wysłuchana i chemia zadziałała.  Irena

Terapia

Muzyka relaksacyjna, świeczki, piętnastominutowa medytacja  z  terapeutką  Alą,   pozwoliła mi dość fajnie się wyciszyć . Po krótkim rozeznaniu co wiem o terapii, a co bym chciała wiedzieć, zadała   pytanie  – opowiedz,  co czujesz ? Opowieść była krótka; czuję  ból, żal za troski i zmartwienia jakie przysporzyłam swojej mamie. Ala –  to zaczniemy od wybaczania mamie. Prawie krzyknęłam –  mamie?  Chyba sobie, bo moja mama to niesamowicie była i jest najlepszą matką na świecie , taka MAMA POLKA. Zawsze ciężko pracowała, dwoiła się i troiła z całego serca i duszy,  robiła  wszystko dla dzieci  z  „Anielską” cierpliwością i  nie tylko dla swoich.  Nigdy nie krzyczała , nie biła, dziecko miało prawo wybierać sobie z jedzenia najlepsze kąski, zjadała to, co mała Irenka zjeść nie chciała, na ogół zawsze miła, uśmiechnięta. Co można wybaczyć takiej Mamie?.   Ala – czyżby? , na pewno? , czy nigdy nie przerwała ci  w najlepszym momencie zabawy wołając do kościoła? , na obiad? , nie ściągała rano z łózka, że czas już wstawać?  Mimo zapracowania zawsze miała czas dla małej Irenki? , czy zawsze broniła małą Irenkę przed innymi , szczególnie starszymi dziećmi?  Pomyśl,  co wówczas czułaś do swojej Mamy jak miałaś  cztery latka, czy  jako paroletnia dziewczynka?.  Medytacją, oraz tymi i podobnymi pytaniami otworzyła mi oczy, jakby ściągnęła zasłonę dymną z pamięci. Pomału,  zaczęłam sobie przypominać  niektóre  zdarzenia, kiedy byłam dzieckiem. Ciekawe jest to, że kiedy traciłam pamięć , zatrzymywałam się w okresie dzieciństwa, zapominając  bliską przeszłość i teraźniejszość.  Kiedy pamięć wracała  do obecnej  rzeczywistości, zapominałam  okresy  dzieciństwa. Przypominające się zdarzenia pokazały mi, że moja kochana Mama , mimo swej dobroci , jak kazdy człowiek popełniała błędy wobec małej Irenki, raniąc ją okrutnie. Zapomina się, że małe dziecko kocha matkę bezinteresowną czystą miłością. Matka na dziecko działa na otwarte serce.  Za każdym bólem,  dziecka serduszko na   miłość  za każdym razem  się przymyka. Przy częstych dużych urazach,  może zamknąć się na miłość całkowicie i to nie tylko do matki. Zapewniam, że stosując Arkusze Radykalnego Wybaczania odsłaniałam coraz to więcej zadanych mi nieświadomie ran prze moją kochana Mamę i proszę mi wierzyć , miałam co wybaczać. Po udzieleniu przez wspaniałą terapeutkę Alę wskazówek ,  mogłam dalszą terapię stosować już  sama w domu. O  bólu z powodu zadanych ran i wybaczaniu dalszy ciąg nastąpi….

Niesamowita jest różnica między terapią przeprowadzoną przez terapeutkę Radykalnego Wybaczania, a terapią przeprowadzoną przez lekarza psychologa.

Przy terapii przez  psychologa ja odpowiedziałam tylko na jedno  pytanie; jaki ma Pani problem? Mam problem ,  że już  swojej Mamie nie mogę  odwdzięczyć  się za troski, zmartwienia z powodu mojego raka. Po tym krótkim zdaniu lekarz wiedział;  co ja czuję, co dla mnie  jest nieważne. Mam teraz skoncentrować się na chorobie i o Mamie nie myśleć,  powiedział. Wystarczy, że ona myśli o mnie  i zapewnił mnie, że Matka bardziej w tej sytuacji martwi się o mnie niż ja o nią, przecież ma dobrą opiekę to co się Pani przejmuje, skwitował. Krótko i węzłowato opowiedział mi co ja czuję i co powinnam czuć i wypisał skierowanie do psychiatry po receptę na leki – wyszłam wydołowana. Terapeutka Ala po zadaniu pytania słuchała mnie, a ja jej opowiadałam,  co czuję i jak się czuję. Krótko mówiąc  zręcznymi pytaniami wyciągała ode mnie ukryte emocje i to ja jej mówiłam, a ona wczuwając się  słuchała – wyszłam lekka jak na skrzydłach.   Irena

Emocje

Po burzliwej dyskusji z córką na temat wspólnie przeczytanej książki Radykalnego Wybaczania, doszłam do wniosku, że nie będę się zagłębiać  w temacie duchowym, wystarczy mi kościół i modlitwa i nie ważne co broni dostępu do podświadomości?  własne ego?  czy jakaś wyższa świadomość? ,  nie będę  zgłębiać. Poznanie siebie zaczęłam od wsłuchiwania się w swoje wewnętrzne organy jak ; bicie serca , ukłuciach , oddechu  i różnych szmerach, co właściwie już robiłam wsłuchując się w raka. Podczas medytacji koncentrując się na emocjach,  wyraźnie poczułam jak moje ciało reaguje np.; na smutek, żal i jak inaczej, kiedy śmieję się  wspominając np.;  zabawną historię. Podczas medytacji poczułam winę za zmartwienia i troski jakie przysporzyłam swojej mamie. Wiem,  że moja kochana MAMA niczego mi nigdy nie zarzuciła, wszystko puściła w niepamięć , tylko żal, że już nie będę mogła jej tego wynagrodzić . Miałam  gorycz z żalem , że swoim dzieciom nie mogę już pomóc , a do tego przez chorobę przysporzyłam problemów i jestem dla nich ciężarem. Te żale z goryczą nie do zniesienia moje ciało zareagowało mocnymi ukłuciami pod prawym bokiem,  jakby wątroba dawała znać o sobie. Absolutnie nie  miałam nikomu  co wybaczać, wszystko puściłam w niepamięć. Colin.C.Tipping pisze , aby najpierw wybaczyć innym , bo wybaczenie sobie może przyjść samoistnie , pozatym wybaczenie sobie jest o wiele trudniejsze. W temacie „wybaczyć” nie poradziłam sobie absolutnie.  Córka poprosiła o pomoc terapeutkę  Radykalnego Wybaczania  Alę  i już za dwa  dni miałyśmy umówioną wizytę .  Obydwie czekałyśmy na tą wizytę z niecierpliwością. Irena

„ ..Odkryłem, że niemal wszyscy chorzy na raka przez całe życie tłumią emocje i znani są z wyraźnej nieumiejętności wybaczania”  C.C.Tipping

Zdruzgotana

Filozofia Radykalnego Wybaczania ujęła mnie  tym, że pomaga człowiekowi zmienić punkt widzenia, oparty na własnych przemyśleniach. Dzięki temu jest możliwość łączenia z praktycznym zastosowaniem najnowszych odkryć  z dziedziny medycyny , fizyki  i nie koliduje z żadną religią. Ucieszyłam się,  że mogę być twórcą własnego nowego życia nieświadoma jak ciężkie i trudne wytyczyłam sobie zadanie pozornie niby proste i fajne.

Nasze emocje nie uległy ewolucji na przestrzeni dziejów człowieka,  dzięki temu są szeroką otwartą  bramą , przez którą można dotrzeć do naszej potężnej podświadomości.

Moje emocje związane z rakiem, strumieniem  wylewające się ze mnie na zewnątrz,  łatwo rozpoznawalne  , bo widać, słychać i czuć , wydawało by się prostą drogą do podświadomości. Szybko doświadczyłam  jakiego podświadomość ma potężnego strażnika, którym jest nasze własne „ego” które żywi się  naszymi  emocjami , im emocja silniejsza tym silniejsze „ego”, według mojego zrozumienia.

By dotrzeć do podświadomości,  wyrzucić  raka,   muszę stoczyć walkę z własnym „ego”? czyli sama z sobą ,  a nie jak myślałam  z rakiem.  I znów by zacząć walkę muszę poznać wroga,  swoje „ego”czyli    samą siebie, przecież wydawało mi się , że znam siebie,  nawet byłam pewna , to niemożliwe aby aż tak  się mylić ,  ja chce tylko wybaczać i prosić o wybaczenie. Walczyć z sobą? Wykluczone!  co innego z rakiem !  Całkowita załomka, zostałam zdruzgotana, czy zdołam się pozbierać?  Niedługo się okaże. Irena

Ego  jak wszystkie systemy przekonań – jest niezwykle odporne na zmiany.  Ma niewiarygodną  władzę nad naszą  podświadomością i silnie wpływa na nasz wizerunek własny. Jest tak potężne,  że wydaje się stanowić odrębną istotę, dlatego nazwaliśmy        je  ego . – Colin C. Tipping

 

Wiara to moc

Opisany wcześniej entuzjazm  po modlitwach szybko został zweryfikowany  wróconym  złym  samopoczuciem.  Na zawsze pozostała radość z wiary , że MATKA BOSKA mnie kocha  , a tym samym przestałam panicznie bać się śmierci, tak naprawdę o to się właśnie modliłam i to otrzymałam. Zamiast uzdrowienia  dostałam  coś cenniejszego  , każdy zrozumie to na swój sposób. Przywrócona wiara w daną mi własną wolę od BOGA  mimo osłabienia dała dużą siłę psychiczną do dalszej  z nim walki . Usłyszałam , ja  wyraźnie   poczułam jak rak bardzo boi się  ŚWIATŁA   MIŁOŚCI  , tego dnia zyskałam na raka potężną dodatkową broń. Zaczęłam  podczas medytacji każdą komórkę swego ciała odżywiać i naświetlać ŚWIATŁEM  PANA JEZUSA  I MATKI BOSKIEJ ,  zawsze po takim seansie stawałam się silniejsza. To nie oznaczało , że zaniechałam leczenie i inne sposoby walki znane i wypróbowane , to dawało mi potężną siłę do dalszego unicestwiania raka z wcześniej ustalonym planem ; walczyć z lądu,  morza , powietrza i czym tylko się da .  Irena

Modlitwy wysłuchane

 

Prosząc o wybaczenie, ciągle wpatruję się w obraz: W twarz Matki Boskiej. W pewnej chwili wydaje  mi się, że twarz matki boskiej się rozjaśnia. Zdaję  sobie sprawę, że to mi się wydaje. Żałuję, że nic nie mogę poradzić by Matkę Boską już nie zasmucać. Tak po paru godzinach, nie wiem dokładnie kiedy zasypiam. Ten schemat moich rozterek, modlitw, prośby o przebaczenie powtarzam przez kilka dni. Za każdym razem wydaje mi się, że twarz Matki boskiej coraz bardziej jaśnieje. Jednak ciągle uważam, że to mi się wydaje, lub, że mam przed śmiercią jakieś omamy. Za którymś razem Obraz Matki Boskiej rozbłysnął cały żółtym światłem . W tym momencie przestraszyłam się i uciekłam z tego pokoju. Byłam pewna, że rak wdarł mi się do głowy i coś mi się stało. Poszłam do kuchni i nic nie mówiąc dzieciom cicho siedziałam medytując: czego się boję? Przecież ten obraz jest święcony. Nawet jeśli mam omamy, ten obraz nie może mi zrobić nic złego. Przecież przedstawia Matkę Boską i jest poświęcony. W ten sposób dodając sobie otuchy, nabrałam odwagi by wejść do swojej sypialni ponownie. Gdy wróciłam przeprosiłam Matkę Boską, że uciekłam i znów prosiłam o wybaczenie. Gdy ponownie mi się obraz zaświecił tylko się cofnęłam, napominając siebie,  przecież to Matka Boska Licheńska najwyżej mi nie pomoże, nie wybaczy, ale nie skrzywdzi, obraz jest święcony, a zło święconego się nie ima. Tej nocy kładąc się spać prosiłam Matkę Boską by mi dała znak, że mi wybacza, żebym się nie musiała bać przechodząc na drugą stronę żadnych demonów. Z tą myślą zasnęłam.

Gdy się przebudziłam, a raczej ocknęłam zobaczyłam siebie  w bezpiecznym przepięknym miejscu, towarzyszył mi anioł ubrany cały na biało bez skrzydeł. Przedstawił mi się , powiedział,  że jest moim opiekunem i z nim jestem bezpieczna. Czułam wszechogarniającą radość i spokój, nie miałam ochoty nigdzie z stamtąd się ruszać. Anioł mi powiedział, że już czas bym wracała do siebie i że nie muszę się bać żółtego światła, bo to światło miłości. Gdy się ocknęłam z tej jawy, pół snu spojrzałam na obraz Matki Boskiej, który znów zajaśniał żółtym światłem. Już wiedziałam, że to światło miłości, że to oznacza , że Matka Boska mnie KOCHA. Zaczęłam płakać i szlochać, ale to był płacz radości, że takiego niedowiarka, takiego byle kogo jak ja Matka Boska też KOCHA. Poczułam , że nie tylko mnie KOCHA , ale także mi WYBACZYŁA. Ciągle płacząc poczułam w okolicy splotu słonecznego niesamowity odgłos wycia, jęczenia, nie tylko czułam ale i słyszałam to bardzo wyraźnie. Nie wiedziałam co się dzieje, ale ciągle czułam w sercu miłość Matki Boskiej i przepełniającą mnie wdzięczność, że mi wybaczyła, już nie bałam się śmierci, więc te odgłosy i jęki nie zrobiły na mnie wrażenia. Nagle poczułam jak coś wyrywa się ze mnie, jakby uciekało poparzone, próbowało zostać , jeszcze walczyło, ale tak go parzyło że z hukiem wyrwało się ze mnie i poleciało w przestrzeń. Przez jakiś czas znieruchomiałam, jednocześnie czując wielką ulgę. Od teraz wiedziałam, że będę żyła. Zrozumiałam, że to rak, ten „demon” pod wpływem światła miłości nie wytrzymał i uciekł. Mimo płaczu i nie przespanej nocy czułam się lekko jak nowo naradzona. Poszłam do pokoju córki, oznajmiając jej że będę żyła. Radośnie wykrzykując córeczko będę żyła! powiadom telefonicznie  wszystkich bliskich niech się już o mnie nie martwią – będę żyła!!!!.

Jednocześnie wiedziałam, że moje życie już nie będzie takie jak do tej pory. Gdy wróciłam  s powrotem do pokoju, dziękując Matce Boskiej za wybaczenie, za tą ulgę jakiej doznałam, poczułam że muszę również wybaczyć swojej chorobie, demonowi rakowi że stanął mi na ścieżce życia niczym znak zakazu oznajmiający koniec drogi. Zrozumiałam, że na tej dotychczasowej drodze już niczego nie zaznam, ani radości , ani spokoju, to życie dotychczasowe się dla mnie skończyło. Muszę wejść na inną ścieżkę życia, nie mam wyboru. Dzięki tej decyzji  troszeczkę poszłam w bok , i w  tym momencie stanęłam na nowej ścieżce życia, o której nic nie wiem, jakie będzie moje życie? Wiem, że będę czujna i miłość  MATKI BOSKIEJ będę w sercu pielęgnować i już nigdy się nie oddalę i będę wybaczać sobie, innym i prosić o wybaczenie . Tak naprawdę Matka Boska nigdy mnie nie odsunęła od siebie , to ja oddaliłam się od Boga.

Nie ustawałam w modlitwie do Matki Boskiej. Powiedziałam całej rodzinie o mojej potrzebie wybaczania. Nieoczekiwanie moja córka podarowała mi książkę Colina Tippinga ” Radykalne wybaczanie”. Wiedziałam że to coś dla mnie. Tak się zaczęła moja przygoda z radykalnym wybaczaniem, później okazało się, że trochę swoim sposobem . Irena

 

NIEWIERNYM TRUDNO UMIERAĆ

 

 

Teraz żałuję, że nie jestem osobą głęboko wierzącą, nie pamiętam kiedy ostatnio byłam u spowiedzi, w kościele bywam rzadko, nawet nie od święta. Te myśli spowodowały jeszcze większy strach. Błądząc po ścianie spojrzałam na obraz Matki Boskiej Licheńskiej. Przypomniałam sobie, że przed chemią w bólu i cierpieniu prosiłam ją o ulgę i po krótkim czasie tą ulgę doznawałam. Uznawałam jednak, że to zbieg okoliczności. Ból rządzi się swoimi prawami przychodzi i odchodzi kiedy chce. Nie wierzę w żadne cuda. Stanęłam przed obrazem i zaczęłam się przyglądać Matce Boskiej Licheńskiej, dopiero zobaczyłam, że ma smutna twarz pełną troski. Do tej smutnej twarzy i do jej zmartwienia z pewnością ja też się przyczyniłam. Teraz jestem samotna, jak mnie porwą demony nikt po tamtej stronie się za mną nie stawi. Zaczęłam się gorliwie modlić, przepraszać Matkę Boską, prosić o wybaczenie, że zobaczyłam ją dopiero teraz w obliczu ogromnego strachu przed śmiercią i bólu. Przysporzyłam jej w swoim życiu tyle zmartwień i trosk i nigdy jej za to nie przeprosiłam. Nie chciałam by z mojego powodu była smutna i miała ze smutku ciemną twarz. Nieustannie prosiłam o wybaczenie. Tak naprawdę wierzyłam, że Matka Boska, Pan Jezus, Bóg istnieją. Przecież to wszystko co nas otacza to jest wielki cud. Całe życie jest wielkim cudem. Co naukowcy mogą stworzyć, nic w porównaniu z Bożym dziełem. Nieśmiało z pokorą zwróciłam się do Matki Boskiej Licheńskiej, nie tyle o uzdrowienie, co złagodzenie bólu wywołane tym strachem. Wiedziałam, że nie jestem godna prosić Matkę Boską Licheńską o pomoc. Przypomniałam sobie jak ten Obraz trafił do mnie do domu na ścianę…