Monthly Archives: Czerwiec 2014

Na tropie raka płuc

irenka obrazy 001

Takie dwie gruszki zaważyły na moim życiu –  to  niewiarygodne, może nawet  absurdalne, jednak prawdziwe

Terapia ARW  z KU – usuwanie  z  podświadomości przyczynę lęku przed wznową raka

Terapia jak zawsze  standardowo ;  muzyka relaksacyjna, świeczka,  modlitwa , medytacja, Arkusze ARW,  książka – Kod Uzdrawiania. Układy rąk z KU znam na pamięć, ale lubię jak książka  leży obok.

Każda choroba, tak samo silne  emocje  niosą   nam  informację,  że mamy nie rozwiązany jakiś problem. Z  wcześniejszych terapii  miałam zdobytą  wiedzę  , że  rak mnie  informował o  panicznym  lęku  przed śmiercią szczelnie przykrytym  wstydem przed sobą i światem, gdzieś w głębokich zakamarkach  podświadomości. Emocja lęku ze wstydem powodowała, że  świadomie  unikałam przemyśleń i rozmów jako tematy tabu ,  tłumacząc sobie,  że  tych tematów nie lubię. Pamiętną noc / wpis – „Modlitwy Wysłuchane” /  modląc się sercem i całą duszą do Matki Boskiej Licheńskiej pozbyłam się lęku przed śmiercią, co w fizycznym ciele zaowocowało  w płucu remisję guza. Pozostał nie usunięty duży  lęk przed cierpieniem , żal z goryczą dlaczego?  Po co to wszystko? Tyle wysiłku,  cierpienia,  goryczy na nic?

Poza wieloma pytaniami wysunęło mi się zasadnicze pytanie , dlaczego ja tak panicznie bałam się śmierci? Co ja takiego w życiu zrobiłam? Następne zasadnicze pytanie dlaczego odeszłam od BOGA ? Nie wierzę, by odejście od Boga  było przyczyną raka płuc, ale może być nie rozwiązany z tym problem?

Jako detektyw swoich emocji poszłam tropem zasadniczych wyłaniających się pytań. Co ja takiego w życiu złego uczyniłam, że aż tak bałam się śmierci? Może właśnie o tym silny lęk przed wznową informuje mnie, że w tym temacie mam coś ważnego do rozwiązania?

Kontynuując terapię uporczywie  zadaję  sobie to  pytanie wczuwając się i  wchodząc  głębiej w  emocje koncentrując się na tym,  co w tym momencie czuję. Poczułam jak bardzo  nasiliło się   uczucie ciekawości . Wchodząc  głębiej w to uczucie zobaczyłam siebie jak miałam niespełna sześć lat i na rękach swoich  widzę  pięknego małego kotka. Nagle kotek  zręcznie wymyka mi się i  ucieka na strych naszego domu. No to ja za kotkiem usilnie starając się go złapać. Kotek uciekł mi na poddasze, przez  dziurę  w ścianie z desek odgradzającą strych z sąsiadami. Ja uchylając w dziurze deskę poszłam dalej za  uciekającym kotkiem  aż do kuchni sąsiadów. Jak kotek pognał aż do pokoju  opamiętałam się, że pod nieobecność domowników nie wolno bez zaproszenia samemu do cudzego domu  wchodzić. Odpuszczając sobie złapanie kotka zawróciłam w pośpiechu rozglądając się ze strachem,  bo  uświadomiłam sobie, że  niechcący jestem sama  w cudzym domu. Szybko wracając  zobaczyłam obok na stoliku przepyszne dwie nieszczęsne gruszki. Nieszczęsne,  bo  błyskawicznie wylądowały u mnie w fartuszku, z bólem serca s powrotem   położyłam  na stoliku. Czuję wyraźnie jak w moich rękach mnie parzę, a na stoliku ślinka sama leci, bo wyglądają przepysznie i determinacja , aby jak najszybciej opuścić cudze pomieszczenie. Łakomstwo wzięło górę  i na swoją zgubę zabrałam z sobą te nieszczęsne dwie gruszki. /Może wydawać się to śmieszne, ale w tym momencie moje emocje,  połączone łakomstwo ze strachem było silniejsze  niż złodzieja okradającego  cudzy sejf ze złotem./ Na strychu chcąc jak najszybciej powrotną dziurą  przejść do swojej części  domu, usłyszałam za deskami swojego trzyletniego braciszka. Kochałam go nad życie i tolerowałam to, że jego ulubionym zajęciem jest skarżenie do Rodziców na mnie. Przecież  jak mnie zobaczy, to natychmiast poleci ze skargą do Mamy, że Irena była w cudzym domu i wzięła gruszki. Za samo bycie u sąsiadów otrzymałabym lanie, ale kradzież w moim domu była tak piętnowana, że piętno złodzieja nie wymazałaby żadna kara do końca życia!  Co ja narobiłam!  Przecież ja cały czas udowadniam Rodzicom, że jestem dobra i że jestem jednak mimo wszystko coś  „ wartana” .  Zawsze Mama chwaliła  inne dzieci , a ja byłam tylko krytykowana , bo dewizą życiową mojej Mamy była pokora i  skromność, o czym mała Irenka nie  mogła wiedzieć

Czuję jak na strychu za deskami przeżywam istny horror, bo z jednej strony słyszę, że wrócili właściciele, a na części  naszego domu tuż za deskami  czyha braciszek niczym żandarm. Nie wiem co zrobić z gruszkami? Jak ich zostawię to ktoś z sąsiadów zobaczy je i się domyślą, że chodził złodziej, a braciszek mnie wyda , by na mnie nie naskarżył nie ma takiej siły. Cicho leżąc na brzuchu prawie na bezdechu rozgniecione gruszki puściły sok. Po cichu plamy na podłodze  wycieram fartuszkiem, aby nie zostawić  żadnego śladu. Próbuję gruszki zjeść , połykam kęs za kęsem jak kluski, uważając aby się nie zakrztusić i nie kaszleć bo się wyda, że tu jestem, a do tego złodziejem. Nigdy żadna potrawa nie była tak okropna w smaku jak te gruszki pochłaniane na siłę wraz z panującym kurzem, bo musiałam być skulona blisko podłogi , aby szparami bystry braciszek nie zobaczył mnie. Jak na złość przez szpary zaglądał, jak by wiedział, że jestem po drugiej stronie nieszczelnych desek. Gruszki połykałam szybko, bo w każdej chwili  oglądający  szpary braciszek mógł zobaczyć w deskach dziurę i zobaczy kradzione gruszki. Jaki   w tych paru minutach  przeżywałam duży stres połączony ze wstydem nie jestem w stanie tego opisać.

W takich stresujących okolicznościach mała Irenka niechcący rozpoczęła program swojego raka płuc. Ten program nigdy by  nie został  uruchomiony, gdyby nie dalszy ciąg  historii  ukradzionych dwóch gruszek. To niewiarygodne, że historia dwóch gruszek była początkiem programu mojego raka płuc , ale  to najprawdziwsza prawda, potwierdzona zostanie niebawem wyjaśnieniem w następnej terapii.  Zakończenie terapii uwolni mnie raz na zawsze od lęku przed wznową i pewność, że rak płuc odszedł ode mnie  na zawsze.   Jak  tego dokonam?  Skąd moja  pewność?   W  następnym wpisie odkryciem podzielę  się na blogu.  Irena

„Twoja podświadomość steruje wszystkimi żywotnymi procesami w organizmie i zna odpowiedź na wszystkie pytania” – J. Murphy

 

 

 

Poszukiwanie źródła programu raka

Przemyślenia :

–   Jaką informację dawał  rak?

                  –   Jakim dowodom naukowym dać wiarę ?

                                                                             –  Co robić? ; Jakie słuszne podjąć działania ?

 

Co chciał powiedzieć mi mój rak płuc? O czym informował mnie? – z pewnością o tym,  czego usilnie przez wiele lat ukrywałam z lękiem przykrytym wstydem,  aby o tym nikt nigdy się nie dowiedział. Całe tygodnie  i nawet  można powiedzieć miesiące przemyśleń , medytacji nie dawały mi na te zasadnicze pytania odpowiedzi od kiedy  u mnie zagościł. Był bardzo agresywny, działał błyskawicznie nim został zdiagnozowany dał mi przerzuty do węzłów chłonnych. Nasuwały mi się  pytania dlaczego był taki nerwowy? Do czego tak bardzo się spieszył ?

Według lekarzy chemia z radioterapią nie dawały skuteczności całkowitego pozbycia się komórek rakowych. Z tego powodu chcąc czy nie chcąc poznawałam  piekło oczekiwania na wznowę . Czy to było celem mojego raka?  – poznać piekło na ziemi ?

Najgorsze było to, że nie widomo kiedy i jak się objawi , a świadomość że przy wznowie medycyna jest bezsilna potęgowała ten  paniczny strach przed bólem i cierpieniem.

Nikomu nie zazdroszczę raka piersi, czy innych narządów kobiecych które można usunąć, niestety przy raku płuc drobnokomórkowym nawet rakowego guza nie można usunąć.  W takich chwilach żałowałam, że żyję w kraju w którym eutanazja jest zabroniona. Przed dużym cierpieniem miałabym  jakąś nadzieję, że jak już środki przeciwbólowe nie zadziałają to w ostateczności można poprosić o łagodne przejście na drugą stronę dla dobra  mojego  i Rodziny. Z takimi i podobnymi myślami nie miałam się z kim podzielić, bo nawet pacjenci chorzy na raka bali się głośno na tematy tabu rozmawiać. O pomocy psychologicznej nie było co marzyć, nie słyszałam by ktokolwiek z chorych na raka  w tym okresie z takiej formy pomocy korzystał.  W tej walce przed wznową byłam zdana sama na siebie. Najbliżsi  mimo zmęczenia moją chorobą nie odmawiali mi pomocy , tylko ja nie wiedziałam o co mam ich prosić. Przecież nie mogłam jeszcze bardziej gnębić ich swoim horrorem jaki przeżywam z powodu oczekiwanej wznowy. Zdeterminowana nieustannie czyniłam poszukiwania jak pozbyć się lęku przed wznową. W porównaniu z tym  piekłem oczekiwania , lęk  przed śmiercią wydawał mi się błahostką.

Moja zachwiana wiara w lekarzy w tej sytuacji okazała się zbawieniem.  Akademickie  twierdzenia , że to geny są przyczyną raka z jednej strony uwalniało  od poczucia winy za pojawienie się  raka, przez co  od siebie niewiele trzeba by było  robić  tylko przyjmować to co inni oferują. Byłoby to komfortowe i bardzo proste,  ale   nikt nie mógł mi dać  pewności , że rak nie powróci , tym bardziej, że nie stwierdzono całkowitej remisji. Dowieść sobie o całkowitym bezpowrotnym uwolnieniu się od tego dożywotniego skazania na raka  mogę tylko ja sama. Na moje szczęście są inni naukowcy którzy niezbicie naukowo udowodnili, że geny z rakiem niewiele mają wspólnego.

„ Chociaż media uczyniły wielki szum z powodu odkrycia BRCA 1 i BRC A2  – genów raka piersi – zapomniały nadmienić, że 95 % nowotworów piersi nie jest spowodowanych dziedzicznymi genami. / Kling 2003; Jones 2001; Seppa 2000; Baylin 1997 / „ – Biologia Przekonań – Bruce Lipton

„Doktorzy medycyny są zawieszeni pomiędzy intelektualną skalą a twardym podłożem korporacyjnego świata; są pionkami w wielkim medycznym kompleksie przemysłowym” – B. L.

„ Niestety ta filozofia wyszła już z mody siedemdziesiąt pięć lat temu , kiedy fizycy przyjęli fizykę kwantową i uznali , że wszechświat jest w istocie zbudowany z energii.”  – Bruce Lipton

Współczuję wszystkim z całego serca którzy uwierzyli w odpowiedzialność genów i pousuwali sobie  zdrowe nie zaatakowane narządy swojego ciała z lęku przed ewentualnym atakiem raka. To tylko dowodzi temu, że nasze  działanie zależy od tego  jakiemu twierdzeniu naukowemu daje się wiarę.

Po warsztatach u Pani Ireny Polkowskiej dostałam dużą dawkę energii do większego działania w walce przed wznową. Została mi przywrócona wiara nie tylko przez terapię, ale w dużej mierze przez niektórych  uczestników na tych warsztatach, którzy wcześniej już doświadczyli „cudów” wyleczenia z różnych dolegliwości w tym również i z raka. Dowiedziałam się od nich, że nie ma co liczyć na cudowny lek ani na cudowne ręce, które za nas cokolwiek zrobią, bo tak to nie działa. Jeśli chcę uniknąć wznowy , to nie ma zmiłuj się, tylko wytężyć umysł jak tylko się da i wziąć się do roboty !

Łatwo powiedzieć zabrać się do pracy, zacząć działać i po problemie. Wszystko byłoby fajnie, gdybym jeszcze wiedziała jak skutecznie działać? Przecież stosowałam antyrakowe diety, zioła , soki, suplementowałam się i nic – lęk przed wznową pozostawał. Przekonałam się tylko, że tą walkę nie wygram na talerzu.  Nie mam wyjścia albo przekonam się, że nie mam już komórek rakowych, albo lękami ściągnę go ponownie. Aby  przekonać się, że nie mam już komórek rakowych i pozbyć się lęku przed wznową muszę dotrzeć do źródła programu swojego raka. Nie jest to proste, ale powoli nabieram przekonania , że jest to możliwe.

„ Są tez takie lekcje, w których naszym zadaniem jest zrozumieć, że to, co wcześniej stanowiło dla nas wartość, teraz  nie jest już częścią naszej ścieżki.” – DR RICK JAROW

Na warsztatach zaowocowała  nadzieja dzięki   lekcji  przebywania w teraźniejszości. Z marszu po warsztatach  zaczęłam studiować polecone książki  Eckharta Tolla – Potęga Teraźniejszości. Według tej książki  nauka praktykowania obecności tu i teraz okazała się nieoceniona nie tylko  w   terapii jako detektywa swoich  emocji tropiącego raka. Przez chwilę przebywania w teraźniejszości odczuwałam wyraźną ulgę na dłuższy czas  dzięki temu  wzmacniałam swoje  przekonanie , że to działa.

Na podstawie wcześniejszych terapii wnioskowałam, że na źródło powstania raka może  poskutkował ciąg wielu zdarzeń układających się w reakcję łańcuszkową czyli, że jedno zdarzenie  może być  przyczyną następnego zdarzenia. Niebawem przekonałam się, że wyciągnięte wnioski okazały się strzałem w dziesiątkę. Takie myślenie + praktykowanie obecności  tu i teraz naprowadziło mnie w terapii jako detektywa emocji na właściwy trop zdarzeń w dotarciu do powstawania programu w podświadomości mojego raka płuc. Jak go  programowałam   w następnych wpisach  swoje tajemnice  ukryte przed sobą i światem w ciemnych zakamarkach podświadomości  na blogu  ujawnię.  Irena

„ Powracające na nowo negatywne  emocje niosą często ze sobą jakąś wiadomość, podobnie jak czyni to choroba.” – Eckhart Tolle.

 

 

Emocje – dar niedoceniany: Wstyd

WSTYD

TRW – terapia radykalne wybaczanie, choć nazwa wskazuje na wybaczanie i jest to część procesu, to dla mnie osobiście to praca ze swoimi emocjami. Emocje, czyli uczucia, które rodzą się w nas. One są drogowskazem pokazującym nam, w którą stronę powinniśmy się udać. Problem polega na tym, że od małego uczy się dzieci zupełnie  czego innego. Zabija się w ten sposób naturalne zdolności każdego z nas do utrzymania równowagi w naszym ciele. Ta wewnętrzna równowaga daje nam poczucie spokoju,  radości i szczęścia, a fizycznie objawia się zdrowiem- to cel, do którego dążymy. Jest na najwyższym szczeblu drabinki. Żeby tam dojść, po pierwsze musimy się zorientować gdzie jesteśmy. W części pierwszej opisałam 4 pory roku i w każdej z nich opisałam emocje, które się w nas budzą, które czujemy.

Istotną sprawą w pracy nad sobą, jest zdanie sobie sprawy z potęgi emocji. Po pierwsze zazwyczaj czujemy jedną najsilniejszą emocję. Ona przykrywa wszystkie inne. Nie możemy być naraz rozgniewani i znudzeni. To po prostu niemożliwe.  Zawsze na czoło wysuwa się jedna emocja. Po prostu skupmy się na niej zadając  sobie pytanie:, co czuję w tej chwili? Jakie uczucia we mnie powstają? Co się kryje pod tą emocją?

Postaram się opisać najpierw po jednej emocji z każdej grupy.

Jesień –  emocje stagnacyjne powodujące bezruch. Na tym etapie często mówimy, ale ja nic nie czuję. Czyżby? Po prostu jesteśmy w jesieni i wyparliśmy wszystkie uczucia. Emocje często wywołują ból. Jesteśmy wstanie bardzo dużo zrobić by uniknąć bólu, lęku. Więcej  zrobimy by uniknąć lęku, niż by samych siebie uszczęśliwić. Tylko wtedy sami siebie zapędzamy w kozi róg, zabijamy w naszym życiu radość na nasze specjalne życzenie. Od tak po prosu by na chwilę nie czuć lęku czy bólu. Robimy tym samym sobie największą krzywdę, wypierając coś , nie chcąc czegoś zobaczyć. Tak naprawdę pracujemy na własną chorobę i ciągle jesteśmy czujni czy lęk nie powróci. Zamiast przerobić te emocje i raz na zawsze pozwolić im odejść.

Jedną z najsilniejszych emocji jest WSTYD – powodujący  bezruch i lęk, lęk wręcz paraliżujący niedający się opisać, przez ten lęk ciągle żyjemy w strachu.

Wstyd, co to właściwie za uczucie i skąd się bierze?  WSTYD – to branie odpowiedzialności za kogoś. Tak, tak to prawda. To branie odpowiedzialności za kogoś. Wstydzimy się najczęściej za kogoś, bierzemy za niego odpowiedzialność i podporządkowujemy życie  do schematu, co zrobić by się nie wydało, bo to przecież taki wstyd. Nasze działania wykonujemy z lęku, że się wyda. To znaczy, że głównym naszym uczuciem jest wstyd, ale to lęk przed tym, że się wyda napędza wszystkie zdarzenia.

Przykład:

Pewna kobieta jest w zawiązku z mężczyzną, ojcem jej dzieci. Chce mieć wspaniałą rodzinę być z męża i dzieci dumna. Sama takiego ojca im wybrała. Tylko po czasie się okazuje, że jej wybranek znacznie odbiega od schematu. Unika dzieci, wydaje pieniądze na lewo i prawo, prawie nie interesując się potrzebami jej i dzieci. Awanturuje się o wszystko, ma pretensje jak jest prowadzony dom, jak ona wygląda, że o siebie nie dba, że dom nieposprzątany. Małżonek znika na całe dnie, a jak wraca to wszczyna awantury i się nie odzywa. Zawstydza kobietę wmawiając jej, że źle wychowuje dzieci, że obiad nie taki, dom nieposprzątany, co z niej za gospodyni nic nie umie porządnie zrobić. W niczym przy tym jej nie pomagając, zostawiając wszystko na jej głowie. Dwójka malutkich dzieci, praca na utrzymanie domu, przedszkole, chłop, który ma wymagania by codziennie było  co innego na obiad, który nie przynosi pieniędzy do domu i cały czas go nie ma, bo albo pracuje, albo naprawia samochód, albo pomaga w remoncie rodzicom. Kobiecie wstyd, że się tak zachowuje,  wiec ukrywa  to, że nie daje jej pieniędzy na dzieci, na dom. Gdy pojawia się w domu to idą całą rodziną na spacer, na rowery. Czy są szczęśliwi? Kobieta w środku tłumi coś w sobie, by nie pokazać, jaką jest złą żoną i matką. Dwoi się i troi  by dzieci miały ojca, by miały normalny dom. Jest zmęczona, zgaszona i wiecznie niezadowolona i sfrustrowana. Na okrągło jest jej przykro z powodu zachowania męża,  często płacze. Nie okazuje tego na zewnątrz, chce być twarda, chce by dzieci miały ojca, normalny dom. Czuje  narastającą bezsilność. Nie czuje złości, chce być dobra i pobłaża wszystkim wybrykom małżonka.

Po wysłuchaniu historii, najpierw musimy określić uczucia, / emocje/  jakie w niej się przejawiają. Tu zaczynamy pracować nad smutkiem i bezsilnością związaną z zaistniałą sytuacją.

Pytania, jakie powinniśmy sobie zadać to:

Dlaczego jest mi przykro? Słyszę odpowiedź:, Bo mój małżonek nie zachowuje się w stosunku do mnie tak jak powinien.

Dlaczego mu tego nie wykrzyczę, dlaczego nie ma we mnie złości?

Odp.:, Bo mi wstyd, że ktoś się o tym dowie.

Wstyd mi, bo wybrałam takiego trutnia na ojca swoich dzieci.

Pytanie:, Dlaczego pozwalam mu się tak wykorzystywać? Dlaczego na to pozwalam?

Odp.:, Bo nie chcę by się to wydało, bo to wstyd.

Tak od tego, że nam przykro dochodzimy do WSTYDU. To bardzo destruktywne uczucie i trudno je nazwać.

Trochę to przerażające, że w naszym życiu może rządzić wstyd.

Zawsze, gdy dochodzę do martwego punktu robię kod uzdrawiania. Bo jak tu zaakceptować to, że w moim życiu może rządzić wstyd. Nie wiedziałam jak sobie z tym poradzić. Wydawało mi się, że to jak postępuję to jedyna słuszna droga.

Zrobiłam na sytuacje kod uzdrawiania:

W trakcie ustawień zawsze sobie wyobrażam, że spotykam się z Panem Jezusem,  mogę wtedy go o wszystko zapytać, a on mi odpowiada:

Zapytałam się go jak mogłam doprowadzić do tego, że w moim życiu rządzi wstyd i lęk z tym związany, co mam zrobić by się od niego uwolnić.

Powiedział mi wtedy:

Jeśli ktoś źle postępuje, dlaczego uważasz, że to ty bierzesz za jego życie odpowiedzialność?

Wcale nie biorę –  odpowiedziałam, to moje wybory i moje życie.

Czyżby? Opowiedział Pan Jezus: Przypomnij sobie zdarzenie z dzieciństwa. Ojciec zbił Ciebie, jako dziecko kablem od prodiża, za to, że nie chciałaś zjeść obiadu brzydkim widelcem. Jeśli ojciec bije dziecko, uważa, że słusznie je kara, i wmawia mu, że źle postępuje? Dziecku jest wstyd, że postąpiło źle, bo się awanturowało przy stole i płakało i przenosi odpowiedzialność za złe postępowanie ojca na siebie. Wstyd mu, że zostało  pobite  przez ojca, bo mu ktoś wmówił, że ojciec zrobił to słusznie. Czy ojciec miał prawo wtedy ciebie uderzyć?

Zastanów się, dlaczego uważałaś, że tak.

Odpowiedziałam: Wszyscy go poparli nawet matka. Nikt nie stanął w mojej obronie, to moja wina, bo się awanturowałam, on miał prawo.

Czyżby? Odpowiedział Pan Jezus

To ty dałaś mu prawo, to ty zwolniłaś go z odpowiedzialności.

W kurzyłam się od tego wysłuchiwania, że to ja na wszystko pozwalam.

To nieprawda – krzyknęło coś we mnie!

Czyżby? Usłyszałam w odpowiedzi.

Kto powinien się wstydzić kat,  czy ofiara? To ojciec powinien się wstydzić, to on był złym ojcem. Dlaczego pozwoliłaś sobie w mówić, że jest inaczej? Zrozum,  tam gdzie nie ma szacunku nie ma miłości! Jeśli ojciec bije dziecko, jest to wyrazem agresji i głupoty, nie ma nic wspólnego z miłością i szacunkiem. Dlaczego mu wtedy nie wykrzyczałaś?: Nienawidzę cię!; Nie masz prawa!; Jesteś złym ojcem! Miałaś do tego prawo, ale nie zrobiłaś tego, bo uważałaś, że ma rację, że mu wolno. Dałaś mu to prawo.

Tam gdzie nie ma miłości nie ma szczęśliwego związku.  Ktoś cię olewa, a ty uważasz, że mu wolno. To zamiast on się wstydzić za swoje postępowanie wstydzisz się ty? Przestań na to pozwalać !

Ale chcę by moje dzieci miały ojca?

Twoje dzieci nie mają ojca i tak i tak tylko nie chcesz tego zobaczyć. Ciągle go nie ma, co takiego robi razem z dziećmi. Oprócz tego, że jest na noc w domu. W niczym ci nie pomaga.  Zrozum to jak z alkoholikiem w domu. Wszyscy kryją jego alkoholizm, bo to wstyd. On jest dobrym ojcem tylko czasem pije. To nie prawda,  ten kto zatraca się w alkoholu nie może być dobrym ojcem rodziny tylko nie chcemy tego zobaczyć. Jedno wyklucza drugie.  Tylko wmówiliśmy sobie, jako dziecko, że to normalne, że facet musi czasem wypić. To normalne. To nie jest normalne, a jeśli tak  jest,  to przestań go kryć i się za niego wstydzić. Nie zabieraj go z pod domu zapijaczonego, bo ktoś zauważy. Jakby to było normalne to byśmy się tego nie wstydzili. To pijak powinien się wstydzić za siebie, a nie jego rodzina. To kat bijący dziecko powinien się wstydzić,  a nie jego ofiara.

Mówisz mi, że twoje dzieci nie będą miały ojca, a teraz uważasz, że mają? Zrozum to Ja jestem prawdziwym ojcem dla twoich dzieci i dla Ciebie, to ode mnie bije prawdziwa miłość i szacunek, powiedział mi Pan Jezus.  To, co ty nazywasz miłością nią nie jest; tam gdzie nie ma szacunku miłości nie ma. Nie zależnie jak sobie będziesz to tłumaczyć, tam miłości nie ma. Jeśli w twoim domu rodzinnym: rodzice sobie nie okazywali szacunku, to tam nie było miłości. Nie zależnie, co nazywano w takim domu miłością nią nie było. Jak chcesz wypełnić dom miłością i przekazać ją dzieciom jak nie wiesz, co to jest? To, co nazywasz miłością nią nie jest. Ja jestem prawdziwą miłością i wskażę ci do niej drogę, jeśli tylko będziesz chciała. Jesteś piękną wspaniałą osobą, ja widzę wszystkie twoje talenty, tylko ty na razie nie potrafisz ich dostrzec. To, że ich teraz nie widzisz to nie znaczy, że ich nie ma. Musisz wyjść z cienia na słońce, a poczujesz miłość i radość z niego płynącą. Pozwól odejść komuś, kto cię nie szanuje, ty też go blokujesz w jego rozwoju. Nie zrozumie swoich błędów i nie zawróci z błędnej drogi do póki będziesz roztaczać tarczę ochronną nad nim. Teraz błądzi, on też musi znaleźć swoją drogę. Pozwól mu na to.

Wstąpił we mnie gniew, nie mogłam dłużej wysłuchiwać w kółko słowa: czyżby? Przerwałam kod.

Pytanie, jakie powinniśmy sobie zadawać do skutku, kiedy zorientujemy się,  że w naszym życiu rządzi wstyd; to CZYŻBY?

Powtarzamy tą ruletkę aż wstąpi w nas gniew.

Gniew oznacza, że wyszliśmy z jesieni i jesteśmy w zimie. To bardzo dobra wiadomość. Dalsza część dotycząca Gniewu w następnym wpisie. C.d.n…..

 

Lekcja pięknego życia

/ Piękne  przeżycia z pierwszych warsztatów /

Na warsztatach Pani Ireny Polkowskiej Rutenberg  zdobyłam dużo wiedzy, ale i przeżyć . Pierwszego dnia były ćwiczenia i lekcja  z Radykalnego Wybaczania ,  a drugiego dnia wiedzę co zrobić by zakochać się w życiu i  doświadczenie z pięknymi emocjami. Podczas terapii poczułam  chwile niesamowite i piękne , poznałam  co to za uczucie miłość   do życia, siebie i innych.  Dzień wcześniej nie wiedziałam ,  że takie emocje można przeżyć . Dużo czytałam i słyszałam o miłości, ale o takiej do życia wydawała mi się banalna i nudna. Dopiero na warsztatach  z grupą osób w różnym wieku i z różnymi  bolesnymi  dramatycznymi przeżyciami , wszyscy poczuli  bez wyjątku, że życie jest ciekawe i piękne  mimo różnych  ludzkich  dramatów. Młoda samotna matka po stracie czwórki odchowanych dzieci  uśmiechała się mówiąc, nie wierzyłam , że na mojej twarzy zagości jeszcze uśmiech i że jeszcze zobaczę, że jest możliwe by  moje życie  nabrało barw. Te niesamowite  piękne  wyzwolone emocje wydobyte zostały z nas uczestników warsztatów   przez doświadczenie  z zawiązanymi  zamkniętymi oczyma i   z  zainspirowaną zabawą.  Tego dnia okazało się , że  życie jest nie tylko ciekawe, ale i piękne mimo różnych ludzkich dramatów  i  tragedii. Wyzwolone piękne  emocje zostały  , bo w tej zainspirowanej zabawie  z zamkniętymi oczyma przebywaliśmy w teraźniejszości. Tylko w teraźniejszości  można poczuć radość miłości i piękno życia.

Pani Polkowska nauczyła mnie przebywania w teraźniejszości , czyli bycia tu i teraz. Nie jest możliwe  dla przeciętnych śmiertelników  przebywać całym sobą w teraźniejszości przez całą dobę, bo myśli na to nie pozwalają. Przez cały czas myśli , a za myślami wizualizacja i człowiek cały sobą  bezwiednie  przebywa  w przeszłości albo w przyszłości.

Niestety z przeszłości  pamięta się   lęki , stresy i inne niepokoje które całkowicie przykrywają przeżywaną  kiedyś radość. Myślą o przyszłość  towarzyszy ciągłe  zmartwienie  co będzie za dzień , za dwa , za chwilę.  Osoby odczuwające radość przebywają w takich chwilach w teraźniejszości, bo odczuwać radość , miłość i piękno życia można tylko jak się jest obecnym tu i teraz.

Lekcje na warsztatach przekonały mnie , że warto zmieniać swoje nawyki, przekonania by móc  ciągle  żyć w teraźniejszości, bo tylko w obecności tu i teraz można być zakochanym w życiu i przeżywać szczęśliwe chwile , dni i może nawet lata. Już wiem, że z pewnością opłaca się wiele zrobić  by poprawić swoją jakość  życia , bez względu na to ile mi tego życia zostało.  Paradoks pozytywny polega na tym, że będąc szczęśliwym można przedłużyć  sobie długość życia, bo choroba od  ludzi szczęśliwych szybko ucieka i  omija z daleka.

Poznaję  i doświadczam tyle ciekawych rzeczy i nadziwić się nie mogę , że jeszcze niedawno nie wiedziałam , bo byłam tak cynicznym niedowiarkiem, że nie dałam sobie pozwolenia na doświadczenie nowych ciekawych przeżyć. Teraz mimo oporu mojego „ ego „ jako detektyw  swoich emocji usilnie chcę poznać  co było powodem mojego lęku przed śmiercią.  Jeśli wierzyć Totalnej Biologii  , to  idąc tym tropem odnajdę źródło powstania swojego raka.  Co mi szkodzi doświadczyć niesamowitej emocjonalnej podróży w przeszłość?  Nie ma możliwości uczynienia sobie krzywdy ,  a   pozytywne  jest to , że w emocje można wejść tylko w teraźniejszości  jednocześnie   zamykając   emocjonalną  przeszłość bez żadnego uszczerbku dla pamięci. Może dla niedoświadczonych wydaje się to trochę skomplikowane,  ale po  paru terapiach okazuje się to  takie proste.  Jakie doświadczenie w tej podróży zdobędę ?  Niebawem się przekonam i na blogu opiszę.  Irena

warsztaty

Po  warsztatach uczestnicy otrzymali  dyplomy

Szukanie pomocy przed wznową

 Do dnia dzisiejszego nie wydano mi  medycznego udokumentowania, że nie mam już komórek rakowych, bo nie mogą tego stwierdzić. Z punktu widzenia medycznego mam tylko długą remisję. To też jedna z przyczyn, że  przy większych jakichś dolegliwościach  od razu lekarze podejrzewali, że może być wznowa. Po przykrych  następnych przeżyciach  z powodu strachu przed   wznową   wiedziałam  już, że to nie przelewki , sama sobie nie poradzę.  Lekarze z leczenia raka  wycofali się w tym sensie jak ja to rozumiem.  Bo dla lekarzy  zapisywanie środków przeciwbólowych  też jest leczeniem,  w moim rozumieniu leczenie jest wtedy kiedy podają  mi  skuteczne leki na daną chorobę. Według mnie zakończono moje leczenie  po   informacji , że wyczerpano już na mojego raka   wszystkie skuteczne    środki,  jednocześnie  informując   że wznowa  nieunikniona.  Mogę  się spodziewać nawrotu raka  w każdej chwili , bo bezsilność lekarzy już znam i na tym polu nie mam czego  oczekiwać.  Abym nie miała złudzeń poinformowano mnie jeszcze , że  badanie  PET  w mojej sytuacji nie ma sensu, bo mimo dobrego wyniku , następnego dnia rak może dać znać o sobie , badanie TK jest wystarczające.  Najgorsze, że taka niepewność w strachu może trwać całe miesiące , a nawet  przy długiej remisji lata.  Każde przeziębienie, ból głowy lub inna niedyspozycja dla mnie może być oznaką , że rak ruszył do ataku. Nie wiadomo co lepsze, czy długie czekanie na to co nieuniknione, czy lepiej  aby stało się to szybko i po strachu.  Często zadawałam sobie i w modlitwach pytanie, czy śmierć nie byłaby dla mnie wybawieniem?  To , że  człowiek dla uniknięcia lęku zrobi dużo więcej niż dla spokoju, czy przyjemności, daje  realną szansę   szybkiego ściągnięcia  lękiem oczekiwaną wznowę, tylko nie wiadomo kiedy?  Oczekiwać w lęku, strachu na coś nieuniknionego , jest niewyobrażalnie ciężko, trudne do opisania,   dla mnie była to istna tortura. Dla innych i bliskich udawałam normalne życie. Po pokonaniu lęku przed śmiercią , pogodzona  że niedługo mogę już odejść,   częściej myślałam co jest po tamtej stronie  niż o życiu.  Byłoby  nie najgorzej ,  gdyby nie  wzmógł się potężny żal zostawienia wszystkiego w doczesnym życiu. Nie zobaczyć swoich wnuków , zostawić niedokończone sprawy, tematy , nie zrealizowane marzenia. Myśl o śmierci była z jednej strony wybawieniem od lęku przed rakiem, a z drugiej strony potężny żal przepełnia serce i gorycz z powodu jak gdyby  niedokończonego życia. Mam tyle jeszcze do zrobienia , przepadło  tyle planów na dalsze życie ,  tak  mi trudno pogodzić się z rezygnacją tego wszystkiego. Ten żal  przepełniony goryczą został odsłonięty   usuniętym lękiem przed śmiercią, czego  wątroba już nie wytrzymywała tego wszystkiego i dawała znać o sobie, co było dla raka łatwym i łakomym kąskiem. Nie zdziwiła mnie diagnoza znanej terapeutki  , że dla mnie zagrożeniem życia już nie są płuca tylko wątroba.  Przypomina  to stare ludowe przysłowie „ cokolwiek nie zrobisz to d…a z tyłu.  Nie chcąc  czekać z założonymi rękami  na powrót raka, z uporem maniaka szukałam  nadal pomocy poza służbą zdrowia. Moja wiara w modlitwę była dość mocna, ale nie na tyle by nie wierzyć we  wznowę.   Pracując ze swoimi emocjami  miałam  pewność , że  albo lękami przy pomocy lekarzy ściągnę wznowę na  pewniaka,   albo  się przekonam , że już jestem od niego całkowicie  wolna.  Właściwie z tymi niepotrzebnymi , a może potrzebnymi  lękami o wznowę,   być może  powinni walczyć moi lekarze , ale niestety nie mam na to wpływu. Mam wpływ na swoje lęki i mogę coś z tym zrobić.   Naprawdę to tylko pacjentowi i jego rodzinie zależy na zdrowiu chorego. Od zdrowego pacjenta, lekarz Rodzinny, ani inny  z żadnej specjalności nie ma żadnych profitów. Od wyleczenia  lekarzowi  nie płacą, tylko od leczenia bez względu na efekty ,  a chory gdzie pójdzie?  Wiadomo do tego samego lekarza, który z choroby nie wyleczył, że lek nie zadziałał?  To też nie wina lekarza,  zawsze jest wina  tylko  chorego, dlatego  traci zdrowie  i pieniądze i jeszcze musi mu wieżyc,  czasem dziękować, że łaskawie przyjął,  bo chory potrzebujący pomocy  jest na łasce i niełasce służby zdrowia. Nie twierdzę, że nie ma wspaniałych lekarzy zasługujących na najwyższe uznanie, ale w tych trybach naszego chorego  medycznego systemu musi się dostosować do tych trybików każdy , aby jakoś funkcjonować.

Nikt nie prowadzi statystyk ile jaki lekarz wyleczył z choroby  prowadzonego pacjenta , bo po co? Różne zrzeszenia, media walczące z rakiem  mało interesują się chorymi którzy wyszli z choroby. Dziwne,  jak można walczyć z czymś nie interesując się pozytywnymi efektami?  Wyleczeni nie przynoszą profitów  nikomu. Choroby dają zyski farmacji i lekarzom, a cierpienie jest medialne i wszyscy są z takiego układu zadowoleni dopóki nie zachorują na raka.  Za komuny z niedowierzaniem słuchałam lekarzy, że chorzy   chcą się leczyć, ale nie chcą z choroby się wyleczyć, z różnych powodów.  Jedną z przyczyn takiego zachowania była redukcja pracowników w zakładach pracy,  dla wielu rozwiązaniem była renta  chorobowa. Niebawem tą gonitwę króliczka , aby go nie dogonić przejęli  jak widać  i słychać lekarze  ,  oczywiście z innych ze znanych  powodów .  Z tego co rozmawiam z chorymi, to dość powszechnie  praktykują straszenia  pacjenta każdą  chorobą, że to niby  dla dobra pacjenta , a tak naprawdę  chodzi o zyski z farmacji.  Ogromne kolejki do lekarzy różnych specjalności , są wymowne i  mówią same za siebie.  Jeszcze chirurdzy z udanych operacji może  się cieszą,   chociaż  przysłowie ludowe powiada,  że  „operacja się udała , tylko pacjent zmarł „

Poszukując  pomocy szybko  natrafiłam na wiadomość, że do Szczecina przyjeżdża  Irena Polkowska Rutenberg   prowadzić  warsztaty Radykalnego Wybaczania Plus i Wyzwalania Wewnętrznego Artysty, bliska współpracownica Colina C. Tippinga  autora  książki Radykalne Wybaczanie i twórcę ARW. Jej przyjazd był nawet raz  podany w dzienniku TV w TVN  jako nowość w dziedzinie terapeutycznej . Zapisałam się na  warsztaty bez problemu na 11.02. 2006 r. Czekałam na to spotkanie  z niecierpliwością , aczkolwiek trochę z niepokojem  przed nieznanym, jednak czułam, że otrzymam tam oczekiwaną pomoc .  Przeczucie   mnie nie zawiodło.    Irena

„Droga do wolności prowadzi przez wybaczenie. Możemy nie umieć, lub nie chcieć wybaczać, ale jeśli jesteśmy gotowi to uczynić , mamy szansę zacząć proces uzdrawiania siebie” – Louise L . Hay

„ Poprzez symbiozę między nosicielem i wirusem , ten ostatni uczy się przekazywania nosicielowi myśli, mających na celu przedłużenie egzystencji wirusa, czyli np. zapobiegając poddaniu się kuracji, która może go unicestwić „  – Vianna Stibal

 

Rak nie zabija, tylko destruktywne lęki

Uważam , że  pokonanie lęku przed zmianami może uwolnić nas od raka.

Rak  jest znakiem ostrzegawczym – STOP!

To nie rak zabija, tylko lęk przed zmianami, rak jest tylko złym posłańcem który nas o tym informuje. Daje informacje, że tłumimy zdarzenie w którym doznaliśmy szoku  w naszej przeszłości i które  miało wpływ na nasze życie.  Zdarzenie to jest głęboko ukryte w podświadomości  przykryte  dużym lękiem , aby w tym aspekcie życia nadal trwać.

Wmawiamy sobie, że boimy się raka , później  boimy się jego wznowy, to nic innego jak usprawiedliwianie swojego „ego” blokujące zmiany , które muszą nastąpić  czy tego chcemy  czy nie. Rak  bardziej jak inna  choroba zmusza nas do zmian, nie odsłaniając zdarzenia przykrytego lękiem.

Naukowo dowiedziono, że człowiek dla uniknięcia lęku zrobi dużo więcej niż dla spokoju, czy przyjemności.  Z tych co przegrali walkę z rakiem i odeszli , prawie wszyscy  mieli remisje, przegrywali dopiero przy wznowie.  Każdy może to przeanalizować wśród swoich znajomych, czy bliskich . Czytałam i słyszałam w mediach w wywiadach z lekarzami , że wysoka śmiertelność  jest dopiero po remisji, przy wznowie raka, a nie po diagnozie. Dla mnie było to bardzo wymowne i  pomocne w terapii dokopania się do zdarzenia przykrytego lękiem o którym informował mnie rak. Od zwrotnego sposobu myślenia rak stał się mi przyjazny i pomocny w śledztwie emocjonalnym w swojej podświadomości  i dotarcia do zdarzenia przykrytego  tym lękiem .  Wszystkim wiadomo, że charakterystyką zarazem siłą  jego jest  cofanie się i atak, ma to nawet w swojej nazwie  rak.

Wolimy przyznawać się do lęku przed rakiem niż do lęku przed  zmianami. W potocznym rozumieniu  „ lęk”  jest  traktowany jako życiowa norma , jako nieodłączny element  życia.  Tłumaczy się nawet, że lęk jest naszym bezpieczeństwem , bo inaczej skakalibyśmy w przepaść. Naukowo udowodniono już dawno, że to uświadomienie  nas co może spotkać każdego  jak się skoczy  w przepaść jest naszym azylem bezpieczeństwa, a nie lęk przed skokiem. Spotkałam się nawet z tłumaczeniem , ze są lęki pozytywne i destruktywne. Na początku swojej pracy z własnymi emocjami , przyjęłam takie założenie  i nie powiem było mi nawet pomocne w uwalnianiu wiele stresów. Doświadczyłam, że nie chciałam uwolnić się z wielu destruktywnych emocji, bo uważałam , a raczej bałam się , że stracę swoją tożsamość  jak dokonam  pozytywnych zmian swoich przekonań. Dzisiaj wiem, że to był tylko łańcuch niepotrzebnych  lęków , które kiedyś rozbudowało moje  niedoświadczone ego przez błędne spojrzenie  niektórych zdarzeń w przeszłości. Wszyscy  mają lęk  nawet  przed  pozytywnymi zmianami , łącznie z lekarzami. Czy znana gwiazda  Angelina Jolie   usunęła swoje zdrowe piersi z lęku przed rakiem? Przecież raka nie miała. Według mnie usunęła zdrowe piersi z lęku przed zmianą. Tak bardzo boi  się zmian, że woli siebie pokroić na kawałki, niż usunąć destruktywne przekonanie blokujące pozytywne zmiany.  Według mnie dokonała  usunięcia zdrowych  piersi  sławna , jednak już  upadająca gwiazda , bo wyczerpał jej się repertuar ciągle jaśniejącej  gwiazdy. Cierpienie jest medialne  i łatwo się sprzedaje , dzięki temu gwiazda znów zabłysła. Nie jest moją intencją osądzanie jej i  nic mi do tego, tak tylko podałam przykład, i za gwiazdę  trzymam kciuki, serdecznie życzę jej zdrowia i aby błyszczała jak najdłużej .   Każde wydumane „ego”  ukrywa swoje słabości, przed sobą i  światem chce uchodzić za odważnego , że  nic mu nie jest straszne.

Tak naprawdę usuwając  destruktywną emocję,   nie ma możliwości by w naszym życiu,  związku z tym dokonało się coś negatywnego, tylko nasza podświadomość o tym nie wie i poprzez własne ego broni tych emocji dlaczego? –  myślę, że chce dobrze , bo w naszej  podświadomości  nie ma dobra i zła.

Rak każdego zmusza do zmiany , niektórzy wolą umrzeć niż cokolwiek  złego zmienić  w swoim życiu na lepsze. Udowadniają sobie i innym  że dokonują bardzo dużo zmian w swoim życiu i nie widzą potrzeby  zauważać swoich destruktywnych przekonań.  Nie byłoby w tym nic złego, bo to ludzka rzecz błądzić  i  być ślepym  gdyby nie to wstrętne  „raczysko „, na którego nie ma sposobu, czyżby?

Każda  choroba nie czyni nic ponadto, że zmusza nas do zmiany życia, czy tego chcemy, czy nie.  Nie dokona się zmian  nie zmieniając swoich przekonań , co już też jest udowodnione naukowo , ale za mało się na te tematy mówi, bo są trudne do udowodnienia. Najlepszym dowodem  dla siebie jest  uwolnienie się z destruktywnej emocji  dla dobra swego i innych. Szkoda, że lekarze w tym temacie mają za mało wiedzy i doświadczenia. A może mają, tylko boją  się farmaceutycznej  mafii?  A może chronią swoich własnych finansowych interesów?   A może  wprowadzanie specjalizacji  było kierowanie się  dobrem farmacji, a nie chorego?  Co w tych strukturach służby zdrowia jest dobrego dla pacjenta? Nie musi być nic dobrego , każdy chory  nie ma wyjścia i tak tam  trafi w pokorze zniewolony przez swoja chorobę.   Irena

” Podświadomy umysł jest jak twardy dysk w komputerze. Zawiera on wszystkie nasze wspomnienia, nawyki, poglądy, cechy szczególne i obraz nas samych, on tez kontroluje automatycznie funkcje naszego organizmu.” – Vianna Stibal

” wyjątkowa zdolność naszego umysłu  polega na szybkiej ocenie , co jest dobre, a co złe, gdyż tego właśnie nie potrafi nasza podświadomość” – Vianna Stibal

 

Miłość i stracona nadzieja

/kartka z pamiętnika – 06.12.2005  /

Czuję się coraz gorzej , jestem zapisana na badanie komputerowe płuc dopiero na  04.01.2006r. Na skierowaniu wypisane mam podejrzenie wznowy raka płuc. Trzech lekarzy postawiło diagnozę, już nie mam złudzeń przecież  to oznacza,  że żadna terapia  nie działa. Dowiedziałam się,  że czeka mnie już tylko leczenie paliatywne i ewentualnie konsultacja z profesorem w szpitalu onkologicznym po otrzymaniu wyniku TK. Póki co muszę czekać zażywając leki przeciwbólowe, które i tak nie skutkują. Już wiem, że następnego cyklu chemii organizm mój nie wytrzyma, a innego leku póki co jeszcze nie wymyślono. Już nie boję się śmierci, tylko oczekiwanie na nią jest druzgocące. Nie boję się tak bólu jak zaniku pamięci, bo to oznacza stracić nad sobą całkowicie kontrolę. Chciałabym zejść z tego świata zachowując w oczach bliskich trochę godności.

Kocham swoje dzieci nad życie, w mojej sytuacji  brzmi to groteskowo , jak rak pożera mnie znów i to w błyskawicznym tempie. 15 miesięcy temu po  usłyszeniu wyroku walkę  toczyłam  z moim rakiem razem z lekarzami,  córką  z synem i całą  Rodziną. Teraz na pobojowisku jestem sama , bo wszystkim wyczerpały się już możliwości i siły, bo ileż to można.

Znów całe życie przelatuje mi  przed oczyma. Kogo kochałam , co osiągnęłam, co przegapiłam, co zrobiłam  i co jeszcze mogłam zrobić, a nie zrobiłam.  Kochałam bardzo Mamę, Ojca, Rodzeństwo, swojego męża , upragnionego  syna  z  córką i drugiego  męża. Lista nie jest długa, dziękuję Bogu, że mi ich dał i że miałam kogo kochać i to , że właśnie ich. Wobec wszystkich kochanych mam  poczucie winy, może  mogłam  zrobić coś więcej niż zrobiłam, a teraz już nic dla Was kochani  zrobić nie mogę.  Żałuję , że zbyt mało spędzałam z Wami czasu, tyle mam do powiedzenia, dlaczego wcześnie tego nie powiedziałam jak mi na Was zależy, jak jesteście bliscy i drodzy. Teraz cokolwiek powiem, to będzie opacznie zrozumiane, że potrzebuję opieki i się przymilam. Najbardziej brakuje mi bliskości mojej córeczki i synka. To nic, że są dorośli są mi tak samo mili jak byli mali. Tyle zamierzałam dla nich zrobić, a zrobiłam tak mało. Dałam za mało podstaw do samodzielnego życia. Jedyne co mają to wykształcenie i pracę , co głównie zawdzięczają sobie , ja tylko do nauki zachęcałam i ile sił wspierałam ich edukację. I teraz co , mają stracić pracę, bo muszą opiekować się ubezwłasnowolnioną matką  przez raka. Nie mogę na to pozwolić, nie mogę już im w niczym pomóc, to przynajmniej nie mogę być dla nich ciężarem. Wiem, że będą temu zaprzeczać, że chcą się mną opiekować i moje mówienie nie trzeba ich nie przekona. Chciałabym by zapamiętali mnie taką jaka byłam do tej pory, a nie zniszczona rakiem, słaba ,  bezradna jak niemowlę. Przyszło mi na myśl   – hospicjum  jest w mojej sytuacji najlepszym rozwiązaniem.  Nie ma tam czułości i cackanie się z chorym jak w domu,  ale jest  fachowa opieka i chorzy wycieńczeni chorobą oczekujący śmierci nie są im straszni. W razie nieracjonalnego  zachowania  przy zaburzeniach świadomości też dla nich nie jest tak straszne jak dla dzieci, bo są z takim zachowaniem obyci. Popytałam się, podzwoniłam i znalazłam coś blisko miejsca zamieszkania. Wcześniej zaraz po wyroku na  moją próbę rozmowy z córką o hospicjum , takie rozważania były ignorowane. Tak naprawdę to boję się hospicjum i przechodzą mnie dreszcze na samą o tym myśl, ale nie mogę pozwolić na to by swoją chorobą dalej męczyć  swoje dzieci, one na to nie zasłużyły. Zasłużyły  na lepszą  mamę niż ja byłam dla nich , a teraz jeszcze mam być dla nich takim ciężarem!? Nigdy na to nie pozwolę, choćby nie wiem jak pragnęłam być blisko z córką , to jednak nie mogę.  Dopiero co sama wyszła z choroby, dość długo chodziła o kulach , miała  rehabilitację i znów moja wznowa, trochę za dużo jak na jedną osobę. Jeszcze się łudzę, jeszcze mam nadzieję, że moje dolegliwości nie są związane z rakiem. Trzech lekarzy zdiagnozowało, że to wznowa, mógł się mylić jeden lekarz, ale aż trzech? – to raczej niemożliwe! Badania TK to tylko zwykła formalność. Po co to wszystko? Może lepiej byłoby dla mnie i bliskich jak by mi nie przedłużano życia? Odeszłabym  może szybko  ciach i po bólu, ja i bliscy nie bylibyśmy tak umęczeni jak teraz.

W domu jestem sama i dobrze, że tak jest, mogę bez skrępowania głośno pojęczeć w ataku bólu w okolicy pasa i kręgosłupa. Tak naprawdę te bóle są inne niż przed wyrokiem rak , ale przecież przerzut mógł iść na różne części ciała, dlatego inne dolegliwości.  Przychodzi  mi na myśl, że nie wiem po co czekam na TK jak na zbawienie, przecież nie wykażą  mi przerzutu na inne części ciała?  Tam gdzie odczuwam bóle to raczej wskazywało by na nerki i wątrobę. Na taką uwagę lekarz zapisał mi drugą tomografię brzucha, ale co z tego jak musiałam przy rejestracji na TK  dokonać sama wyboru , czy chcę zrobić TK płuc, czy brzucha,  bo dwóch TK wykonać nie mogą .Bez zastanowienia wybrałam płuca, bo były już leczone i odczekane w kolejce. Skąd mam wiedzieć, czy dokonałam dobrego wyboru, po co są  lekarze? od wypisywania skierowań?   Jak ja sama  muszę  dokonywać szybko wyboru jakie badania są dla mnie bardziej wskazane?

Nadchodzą Święta Bożego Narodzenia, zastanawiam się, czy swoim bliskim niechcący nie zepsuję. Staram się utrzymać fason, ale coraz gorzej mi to wychodzi. Pragnę kontaktu,  oczekuje telefonu od córki, siostry , syna , ale na dźwięk telefonu denerwuję się, czy w chwili szczerości nie wygadam się o swoich dolegliwościach i strachu, że ja powoli umieram i to w dość sporym cierpieniu i że się bardzo boję być sama, a wszyscy są daleko. Czasem w chwilach załamania biorę telefon z zamiarem zadzwonienia do córki, z prośbą o pomoc, by przyjechała, wzięła mnie do siebie , bo dłużej już nie wyrabiam. Niejednokrotnie biorę  telefon , długo trzymam wybrany już numer , ale zamiast zadzwonić z płaczem telefon wyłączam , bo przecież skoro nie mogę już jej pomóc, to przynajmniej nie mogę być  dla niej ciężarem. Pocieszam się, że mimo bólu, słabości , to może jeszcze nie umieram i zdążę się pożegnać  bo nacieszyć się bliskością swoimi dziećmi  to już i tak czasu za mało. Rozumiem chorych, którzy alarmują bliskich, że umierają , a jak bliscy przyjeżdżają to witają ich z uśmiechem, jak by nigdy nic się nie stało. Zauważyłam u siebie, że jak przyjeżdżają dzieci, to bóle łagodnieją , dokuczliwe dolegliwości się zmniejszają.  Powiadają lekarze, że często chorym przed śmiercią poprawia się samopoczucie, nawet wzrasta apetyt na różne łakocie. Według mnie to pragnienie chorego kontaktu z bliskimi mądra natura daje możliwość   kontaktów  w miłej przyjemnej atmosferze. Zawsze jak  czuję , że być może odchodzę z tego świata to nachodzi  niesamowite  potężne pragnienie kontaktu z bliskimi. W takich chwilach bałam się , że może jeszcze nie umieram, tylko mnie się wydaje i  będę ściągać swoje dzieci z daleka, a one rzucą w domu wszystko, będą na gwałtu rety przyjeżdżać , bo ja zapragnęłam z nimi kontaktu?  Zdaje sobie sprawę, że jak chorzy tak się zachowują , to jest to dla bliskich bardzo stresujące. Rozumiem chorych i ich zdenerwowanych bliskich w takich niezręcznych przykrych  sytuacjach. Mam tylko nadzieję , że  Święta  z bliskimi spędzę w miłej atmosferze bez  chorobowych sensacji.      Irena

„ Uczucia mogą wywoływać chorobę, a choroba może wywoływać uczucia. Jedno jest nieodłącznie związane z drugim” – Vianna Stibal

Powrót utraconej nadziei

Po paru dniach mojej beznadziei córka łatwo się zorientowała, że dzieje się ze mną coś niedobrego. Przyjechała po mnie i razem poszliśmy  do lekarza  do prywatnej kliniki. U lekarza za namową córki ukryłam , że jestem w trakcie leczenia onkologicznego. Lekarz po zbadaniu , zdiagnozował u mnie , że mam półpasiec. Z niedowierzaniem  zapytałam lekarza, czy jest pewny postawionej diagnozy ?Odpowiedział mi z  pewnością w głosie, że na półpaśca wskazują objawy i nie morze u Pani  być nic innego . Wypisał receptę na leki,  ale ja już po wyjściu z gabinetu lekarskiego poczułam się o wiele lepiej. Po tygodniu zażywania przepisanych leków dolegliwości prawie ustąpiły i ja szybko wracałam do zdrowia. Święta z dziećmi spędziłam w miłej atmosferze. Na badania TK poszłam już w dobrej kondycji fizycznej , ale nie powiem  i tak stresowałam się oczekują na wyniki TK . Charakterystyczne jest to, że  zaraz po diagnozie rak  automatycznie mimo dokuczliwych dolegliwości fizycznych podjęłam w walce z rakiem różne terapie, medytacje. Natomiast po załamaniu się z powodu zdiagnozowanej wznowy , poddałam się rezygnując z walki  i z dotychczasowej praktykowanej swojej terapii.

Doświadczyłam, że łatwo  stracić  nadzieję przez czyjąś pomyłkę , która  zwala człowieka z nóg. Przez tą pomyłkę straciłam wiarę w praktykowaną przeze mnie terapię ARW , medytację i nawet wiarę w modlitwę. Na szczęście  stres trwał krótko i wszystko wróciło u mnie do normy i  każdego dnia zaczęłam czuć  się  zdrowsza. Irena

” Trzecia przyczyna poczucia zagubienia to ” ogłupienie ” wywołane stresem ” – Alexander Loyd

Efekty mojej terapi

 

/W ten sam sposób jak pokonałam raka płuc , usunęłam następną  dolegliwość  podnosząc jakość swojego życia i zdrowia/

 Po usunięciu programu przyczyn  przepuklin w terapii ;  Mamo! Ty nie wiesz! ; Po kruchym lodzie na wyspę,   czuję się dużo lepiej. To uczucie ciężkości w okolicy dołka zniknęło, mam nadzieję, że bezpowrotnie.  Już nie pamiętam kiedy ostatnio poruszałam się z taką lekkością. Ponownie potwierdziłam sobie , że usunęłam następne dolegliwości   w ten sam sposób jak pokonałam zaawansowanego raka płuc. Teraz tylko z ciekawością zaobserwuję następny krok  pozytywnych zmian w swoim  życiu.    Czy rozwiązałam  wszystkie konflikty  przyczyn  swoich  pięciu przepuklin? – tego nie wiem , życie zweryfikuje.  W tych puzzlach  zdrowia prawie  wszystko  mi się poukładało jednak  teraz  wyczuwam brak   jednego emocjonalnego   elementu. Zdobyte doświadczenie w swojej terapii mówi mi, że jest głęboko ukryte pod innym silniejszym blokującym  uczuciem.  Uwalniając się z tej blokady może zdarzyć się , że uwolni  się  ukryte pod nią destruktywne uczucie.  Po usunięciu przyczyny raka płuc  byłam pewna , że z tego raka uwolniłam się bezpowrotnie , bo wszystko poukładało mi się w całość jak w klockach lego, czy puzzlach .

Powracające lęki przed wznową też minęły , ale co mnie nadręczyły i namęczyły to tylko ja wiem i niech tak zostanie.  Trudno było uniknąć  chwile zwątpienia,  uginając  się pod presją lekarzy, naukowców, środowiska i niektórych mediów, że wznowa zaawansowanego drp musi nastąpić.  Na szczęście złożona układanka  jest już tak trwała, że już nikt  swoimi wywodami  naukowymi, czy innymi nie jest w stanie mi ją zburzyć.

Według procedur naukowych postawiono mi diagnozę ,  leczono  zaznaczając, że wszystko co mogą zrobić to przedłużyć mi życie tylko na pół roku,  bez żadnych  szans na wyleczenie.  W moim  przypadku , mimo nie sprawdzonych ich  rokowań uważają,  że  jak uwolniłam się z raka to ich absolutnie  nie interesuje, jak  i co poskutkowało to nie ich sprawa. Muszę z przykrością  stwierdzić  , że  w trakcie leczenia doświadczyłam , że lekarze są od tego aby   przestrzegać  narzuconych im  procedur i mieścić się w przepisach NFZ.  Nie interesuje ich komu faktycznie pomogli, komu zaszkodzili, komu pomogli niechcący zejść z tego świata, a kogo uwolnili z choroby.  Prowadzącej  mojej  Pani  doktor   zapytałam  co spowodowało , że ja mimo złych rokowań , uwolniłam się z zaawansowanego  raka płuc? – odpowiedziała, że być może styl życia, a jaki ja prowadzę  styl życia  ją nie interesuje. Nie dowiedziałam się też, co według medycznego punktu widzenia oznacza styl życia. O rzekomym  zdrowym stylu życia napisano mnóstwo książek naukowych i innych tak sprzecznych z sobą , że można się pogubić i nie powiem, że nawet zwariować.   Po dwóch latach na ostatniej wizycie skomplementowała mnie, że zmieniłam się pozytywnie fizycznie i czasem o mnie myślała.  Wydawała mi się przyjazna, miła i zupełnie nie zainteresowana  co spowodowało u mnie  pozbycie się  raka płuc.  Prawda jest taka , że osoby  walczące z  rakiem u chorych ,  nie interesuje dlaczego tylko nieliczni wychodzą z  choroby, jaki prowadzą styl życia, co robią ?  Według mnie  ich  walka jest połowiczna , nie wykorzystują raka słabości , czasem nawet  przyczyniają się niechcący że rośnie w siłę , a potem jak przegrywają walkę   to wmawiają wszystkim  że zrobili wszystko – czyżby ? Przecież myśląc racjonalnie  coś  musiało  u mnie spowodować  usunięcie się zawansowanego  raka płuc,  skoro chemia z radioterapią na zaawansowanego drobnokomórkowego raka płuc  jest  mało skutecznea by go pokonać .  Tych samych lekarzy i naukowców nie interesuje dlaczego nieliczni jednak  pokonują  drp !

U  mnie rak płuc usunął się bezpowrotnie, bo walczyłam z nim z  lądu morza , powietrza i czym tylko się da  co nie  było  zbyt szkodliwe. Paradoksalnie  przy tej sposobności , by nie powiedzieć, że dzięki rakowi poprawiła się  w sposób odczuwalny i  widoczny  jakość mojego życia.  Jestem dla siebie i wszystkich mi życzliwych którzy chcą mnie poznać żywym  dowodem , że jest to możliwe.  Skoro mnie się udało, może dokonać tego każdy kto ma dość silnej woli skutecznie  zawalczyć o swoje zdrowie i lepszą jakość życia , czego z całego serca wszystkim życzę.  Nikogo do niczego nie namawiam i nie zachęcam,  każdy ma prawo wyboru i może odnaleźć swój sposób na zdrowie i życie. Ja tylko  piszę  opierając się na swoim doświadczeniu że jest to możliwe. Swoją  skuteczną walkę i nową wybraną  drogę   na tym blogu tak jak potrafię  dokumentuję i  opisuję.   Irena

„ Uważam, że to co nas  spotyka w życiu , zarówno dobrego , jak i złego , zależy tylko od nas samych”  – Louise L. Hay

„ Poprzez zmartwienia i lęki możesz zakłócić rytm serca, płuc i innych narządów. Wypełnij podświadomość harmonijnymi, zdrowymi i uspakajającymi myślami, a wszystkie funkcje twojego organizmu szybko się unormują! ‘’ – Joseph Murphy

„ Pamiętaj, że masz do czynienia z myślami, a myśli  zawsze można zmienić.” – Louise L. Hay

 

 

Nadzieja niepożądana

Cierpienie dobrze się sprzedaje !

Na forum onkologicznym  posty dotyczące  nadziei  zwaliły mnie z nóg do tego stopnia, że napisałam w odpowiedzi   parę  ostrych  słów. Staram się być grzeczna , życzliwa wobec innych, ale nie będę udawała, że nic się nie stało jak ktoś obrzuca mnie błotem, by odebrać wielu chorym   nadzieję.  Obraźliwe  posty wobec mnie, zakrawające na kpinę przez administratora musiały być  mile widziane ,  bo nie umożliwiano mi na nie odpowiedzi.  Moje   wszystkie posty w swojej obronie były usuwane. Dlaczego na forum onkologicznym aż  tak bezwzględnie   zabijają  nadzieję !   W najgorszych snach nie podejrzewałam, że fundacja onkologiczna,  wychwalana przez media , aż tak  nie pozwala  nieść chorym nadzieję?   Zostałam niemile potraktowana,  żądano ode mnie  dowodów,  że ja  nie jestem wielbłądem aby podważyć moją wiarygodność, tylko po to by nikt nie uwierzył, że  jestem prawdziwa?  Niby ktoś miałby się za mnie podszywać, bo niemożliwe by właścicielka pokazanej dokumentacji żyła do dnia dzisiejszego.  Czepiają  się , że albo moja dokumentacja medyczna sfałszowana, albo ja nie jestem właścicielką tej przesłanej im medycznej dokumentacji. Nie wiem co ja zrobiłam źle?   Moją intencją było pokazać chorym, że takie przypadki  się zdarzają , że raka płuc można pokonać, czego jestem żywym dowodem, a jeśli udało się mnie , to może się udać  i innym  – czy tego się obawiano? Miałam  temu  9 lat i siedem miesięcy  zawansowanego raka płuc i już go nie mam – takie rzeczy się zdarzają , czy to się komuś podoba czy nie. To też nie powód , by ze mnie  kpić i obrażać , tylko dlatego , że nie umarłam zgodnie z medyczną procedurą. Tak jak mnie na tym forum potraktowano dali o sobie świadectwo  czym naprawdę się zajmują.  Ktoś kto zabija nadzieję, nie może być dobrym człowiekiem. Żeby nie było , jestem wrogiem fałszywej nadziei  –   jeśli ktoś twierdzi, że wyleczy  , a w następstwie leczenia chory mu  umiera powinien być karany, czy to lekarz , czy szaman.  Niestety często tak  postępują lekarze , nie tylko szamani.  Mam  dokumentacje medyczną, że miałam zaawansowanego drobnokomórkowego  raka płuc , zapewniano mnie i Rodzinę, że mam tylko 6 miesięcy życia! Dzisiaj ani na forum, ani u żadnego onkologa nie mam prawa się dowiedzieć , dlaczego dawano mi tylko sześć miesięcy życia?  To tak, jak byśmy mieli dziękować wszystkim kolejarzom, że przeżyliśmy podróż mimo bardzo złych warunków podróży / w korytarzu, na stojąco, bez toalety z wielogodzinnym opóźnieniem , bez prawa wyjaśnienia co się stało? dlaczego?

NADZIEJA  to  bardzo potężna broń na raka o czym  doskonale  wszyscy wiedzą, łącznie z lekarzami i naukowcami.  Administrator forum mógł w łatwy sposób sprawdzić moją wiarygodność  , zamiast   pozwalać zarzucać  innym , że nie dopełniłam jakichś  formalności .  Zgodnie z rzekomo przestrzeganymi na forum zasadami racjonalnymi,  merytorycznymi  i  z medyczną  procedurą 9 lat temu nie umarłam, bo ktoś podobny do mnie dał mi nadzieję  , bez której walki z rakiem w ogóle bym nie podjęła, tylko cierpiała , oczekując śmierci.

Jestem przekonana, że jak bym była  na forum onkologicznym niewiarygodna , to administrator  od razu by podał na wszystkich swoich stronach i  postach , że Irina jest fałszywa bo  posługuje się nieswoją dokumentacją medyczną. Przecież  posługiwanie się nieswoją dokumentacją medyczną jest karalne .  Nagabywali  mnie  różnymi  dowodowymi żądaniami  podważając  moją wiarygodność  i  nikt by tego nie wykorzystał?

Nadzieja łagodzi  cierpienie  ,  dlatego jest wrogiem dla tych którzy czerpią  z cierpienia  korzyści , bo   jest medialne i   fajnie się sprzedaje. Rozdrapywane cierpienie rośnie do niebywałych rozmiarów  , a niektórzy potrafią  to czynić   po mistrzowsku . W biznesie medialnym tacy są na wagę złota. We wszystkich mediach  nie tylko na forum , ot tak trochę dla proformy, dadzą coś pozytywnego  o jakimś wyleczeniu ,  jednocześnie podważając  wiarygodność.  Wszystkie media rywalizują, kto więcej  pokaże ludzkiego cierpienia.  No tak  można powiedzieć  – jak by  nie było chętnych widzów  , nie byłoby rywalizacji?   Tak samo  jak by nie było alkoholu nie było by alkoholików?  Jak by nie było narkotyków, czy nie byłoby narkomanów?

Za czasów komunistycznych cierpienie było całkowicie ukrywane  i tak każdy wiedział, że istnieje. Może  dzięki temu w tych ciężkich czasach łatwiej było przetrwać ?  Tego jestem pewna ,  nikt tak jak dzisiaj nie zabijał  chorym  nadziei. Nie chcę by wróciły czasy komunistyczne , tylko po co aż tyle beznadziei ? Na forum onkologicznym był jeden adekwatny  do tego  post – „ na tym forum są  strażnicy beznadziei”

Życzę wszystkim by mimo wszystko  nigdy nie tracili nadziei, póki człowiek żyje wszystko jest możliwe. Doświadczyłam tego na własnym ciele i umyśle.  Irena

„ Każdej  obawie można przeciwstawić  nadzieję „ –  Joseph Murphy

„Naucz się śmiać ze swoich obaw – to najlepsze lekarstwo”  – Joseph Murphy

Licznik odwiedzin
0149111
Visit Today : 63
Total Visit : 149111
Hits Today : 302
Total Hits : 1053923