Monthly Archives: Lipiec 2014

Odkryłam przyczynę uzależnienia

Tak samo jak uwolniłam się od raka płuc, uwolniłam się z uzależnienia od męża alkoholika w cudowny sposób – mąż sam od siebie przestał pić

Jako detektyw swoich emocji  poznałam przyczynę uzależnienia  swojego   i  męża

Terapia – praca z sobą  – ze  swoim wnętrzem – wczuwanie  się w emocje wywołane zdarzeniem i odkrywanie tymi  emocjami inne wcześniejsze zdarzenia swojego życia będące przyczyną destruktywnych przekonań.

Po uwolnieniu się od raka początkowo tylko przez ciekawość  pracowałam  z sobą czyli ze swoim wnętrzem  wczuwając się w emocje i kontynuując nimi podróż, nie oczekując żadnych widocznych  pozytywnych skutków  w swoim zdrowiu i  życiu. Jak zaskoczona zaczęłam  zauważać  zachodzące zmiany w moim zdrowiu i życiu  było dla mnie dodatkowym  potwierdzeniem że terapia działa. Za każdym razem upewniałam się że rak płuc jako zły posłaniec uświadomił mi już wszystko i poszedł sobie bezpowrotnie tam skąd przyszedł.

Moją motywacją do pracy  ze swoim wnętrzem  nie była złość na męża, że nie zachowuje umiaru w piciu, tylko przykrość, gorycz połączona z żalem, bo mąż upijając się tylko fizyczne był ze mną , a tak naprawdę nie był obecny.  Odczuwałam jako jego psychiczną ucieczkę ode mnie , od domu, od naszych  problemów. Dla mnie było to  dowodem, że kocham męża bez wzajemności tylko uczucia moje były  przykryte wstydem , bo jak można w moim wieku jeszcze o miłości śnić ? – Świadomie   myślałam inaczej dlatego miałam w sobie konflikt.

T E R A P I A  – dlaczego cierpię z powodu alkoholu męża ?

Muzyka relaksacyjna, wygodny fotelik , na stoliku zapalona świeczka, Arkusz Radykalnego Wybaczania , książka – Kod Uzdrawiania. Zadawałam  sobie pytania zawarte w ARW i wczuwałam się w swoje emocje , jednocześnie  kontrolując swoje ciało jak reaguje na wywołane emocje. Po zadawanych pytaniach w odpowiedzi najpierw wyraźnie czułam  ból w okolicy wątroby , właściwie rozbolała mnie cała klatka piersiowa. Nie przestawałam zadawać sobie pytania – kiedy ostatnio miałam takie mocne uczucia połączone z bólem, takie jak w tej chwili ?  Wchodząc w  te uczucia zobaczyłam siebie jak byłam dzieckiem w szkole podstawowej. Poczułam, że wówczas  lubiłam pijanego Ojca, bałam się trzeźwego.  Po pijanemu nie sprawdzał jak odrobiłam zadania domowe, nie obrywało mi się za kleksy w zeszycie/ brzydko pisałam – za co mi się obrywało/. Najważniejsze , w domu było wesoło bo Ojciec przyniósł do domu zarobione pieniądze, mama zadowolona, a ja z bratem otrzymywałam drobne na oranżadę i słodycze. Ojciec opowiadał Mamie, że aby dobrze zarobić, trzeba było prace i zarobki omówić z kolegami z pracy i przełożonym przy kieliszku, bo inaczej miał by pracę byle jaką i niskie zarobki. Mama ojcu przyznawała rację, a ja się przysłuchując programowałam ; co to za chłop który  wylewa za kołnierz. Najgorsze, że słyszałam krytyczne uwagi wobec nie pijących alkoholu, że to są fałszywcy, boją się trochę wypić by się nie wygadać , że są nieuczciwi wobec innych. Nabyłam przekonanie – Tylko pijący alkohol jest szczery i mówi prawdę; Chłop niepijący jest wredny i fałszywy .

Zaakceptowałam te przekonania w swojej podświadomości jak się dowiedziałam o zdradzie mojego pierwszego męża. Należał do mężczyzn który nie pił, nie palił, a dał żonie popalić. Po ujawnieniu zdrady odkrył po 20 latach  swoją tajemnicę, że byłam dla niego dobrym materiałem na żonę, ale uczuciem darzył inną kobietę. Po takim zwierzeniu uruchomiłam swój program z dzieciństwa – To prawda, osoby zachowujące umiar w piciu są fałszywi, a ci co w ogóle nie piją są jeszcze gorsi. W ten sposób do  podświadomości  wprowadziłam  program uzależniający dobry szczery  związek  od ilości wypitego alkoholu. Sama też zmuszałam się do picia alkoholu aby udowodnić innym ,że nie mam nic do ukrycia. Myślę, że przed nałogiem uchroniła mnie moja wątroba, która bardzo źle znosiła nawet małą ilość alkoholu i to mnie usprawiedliwiało przed sobą, że chcę wypić tylko naprawdę nie mogę ze względów zdrowotnych.

O swojej terapii mężowi nic nie mówiłam, bo tak naprawdę moją terapię uważał za nieszkodliwe marnowanie czasu, dlatego trochę krzywo na to co robię patrzył, ale zbytnio nie ingerował.

Po paru dniach po terapii następny cud  mnie zaskoczył, jak  mój mąż nieoczekiwanie powiadomił mnie o swoim postanowieniu, że całkowicie  przestaje pić  alkohol. Popatrzyłam na niego z niedowierzaniem. Pierwsza myśl moja była taka, że jest podpity  tylko znalazł sposób na pozbycie się zapachu alkoholowego. Twierdził, że nawet nie zauważyłam ,że od paru dni już w ogóle nie pije ot tak bez żadnej przyczyny. Tak byłam przyzwyczajona do jego nietrzeźwości, że faktycznie, nie zauważyłam, że od paru dni nie wypił nawet ani jednego piwa. Kiedy mu się przyjrzałam, wcale nie wyglądał na trzeźwego , wydawał mi się jeszcze bardziej na przymulonego alkoholem jak zwykle. Nawet bardzo mocno na niego nakrzyczałam, że tym razem ze swoim kłamstwem prosto  mi w oczy przesadził. Dopiero zaczynałam wierzyć gdzieś po trzech , czterech tygodniach jak przestał wyglądać na dziwnie przymulonego. Mój mąż od tamtego dnia już OSIEM lat  sam bez niczyjej pomocy przestał pić . Poprawił się jego wygląd, odmłodniał co najmniej o 10 lat i ja chyba zakochałam się w swoim mężu po raz drugi ale  pierwszy raz prawdziwie. Czego wszystkim uzależnionym serdecznie życzę.    Irena

 

Uzależnienie alkoholowe od męża

 

Uzależniona  żona  od męża alkoholika może mu skutecznie utrudnić wyjście z nałogu lub skutecznie uwolnić męża z nałogu alkoholowego.

Byłam uzależniona od męża alkoholika, uwalniając  siebie  , przy sposobności  uwolniłam  męża  od tego uzależnienia w ten sam sposób jak  od swojego raka płuc

Wszystko jest w nas,  mąż alkoholik  to problem podwójnego uzależnienia

 

Uwalniając się od raka płuc, po drodze wiele problemów mi się rozwiązało samoistnie, niektóre po uświadomieniu  przyczyny –   zniknęły, ale wiele pozostało. Niektóre dopiero uświadomiłam sobie, że istnieją i blokują drogę do szczęśliwszego lepszego życia.

Takim moim problemem był alkoholizm mojego męża. Nie do wiary, ale jeszcze przed rakiem nie zauważyłam, że mąż jest uzależniony od większej ilości piwa.  Wiedziałam, że dużo pije, trudno było nie zauważyć bo nie znał umiaru,  tylko uznawałam, że mąż lubi piwo, a nie że jest alkoholikiem.   Znajomi niejednokrotnie zwracali uwagę  mi na nadmierne ilości  spożywania alkoholu przez męża. Broniłam jego pijaństwo, usprawiedliwiałam, że lubi piwo, stać go  to pije ile chce. Na tego typu uwagi obrażałam się  tłumacząc  sobie,  że  niektórzy mu zazdroszczą dlatego głupio docinają, a przecież pije za swoje i nikomu nic do tego. Zwyczajnie po ludzku wstydziłam się mieć męża alkoholika, dlatego ukrywałam na ile mogłam , usprawiedliwiałam i coraz bardziej pogrążałam jego i siebie. Między nami dochodziło do kłótni z powodu nadmiernego jego upijania się ale nie nadmiernego wypijania alkoholu.  Uważałam,  że mąż  jak każdy mężczyzna ma prawo wypić te swoje przysłowiowe dwa piwka, a on jak każdy alkoholik wykorzystywał moją wyrozumiałość do upijania się i to zawsze przez dwa piwka. Moją chemię tak bardzo przeżywał, że  wypijając na uśmierzenie nerwów dwa piwka ledwo trzymał się na nogach akcentując, że wypił tylko dwa piwa. Bezczelnie okłamywał mnie bez poczucia winy, bo przecież tak ładnie skutecznie usprawiedliwiałam jego picie,  aż zaczął pić  jako wielce pokrzywdzony przeze mnie , swoich pracodawców i innych. Z takim podejściem uważał, że ma powód do tego by już w ogóle nie trzeźwieć. Jak wytrzymywał w trzeźwości trzy dni to czuł się „bohaterem” , podkreślając do znudzenia ile wysiłku musi czynić dla dobra mojego i innych.

Jako alkoholik miał przekonanie, że dzień bez wypicia skrzynki piwa, to dzień stracony.

Ja jako żona alkoholika uważałam,  że to w końcu jego  a nie mój problem, dzielnie znosząc jego pijaństwo. Nie wiem jak sobie to tłumaczyłam, że jego jest problem, ale to mój wstyd , a nie jego. Więc upijał się na poczet mojego wstydu bez żadnej żenady, a ja jeszcze bardziej  łagodziłam skutki jego pijaństwa.

Coraz częściej zadawałam sobie pytanie, dlaczego muszę to znosić. Czyżbym zakochała się w nieodpowiednim człowieku? Uświadomiłam sobie, że osiem lat temu jako doświadczona, ułożona kobieta, wyszłam drugi raz za mąż za alkoholika zupełnie nie zdając sobie z tego sprawy. Upił się po ślubie  podkreślając , że cały dzień w dniu ślubu zachował trzeźwość. W przeciwieństwie do mnie , bo chociaż nie piłam alkoholu nie mogłam mieć trzeźwy umysł, skoro nie zauważyłam, że jest uzależniony od alkoholu. Po ślubie upijając się ,  jeszcze  domagał się pochwał, że w dzień ślubu pił alkohol z umiarem jako dowód miłości do mnie. Głupio się przyznać, że ja taki dowód  miłości bezmyślnie przyjęłam, nie widząc w tym  czerwonej lampki, że coś z jego piciem jest nie tak!

Powiem szczerze, że zdecydowanie gorszy był oczekujący lęk przed wznową raka , niż lęk przed nadchodzącym pijanym mężem. Jednak  te dwa lęki są bardzo do siebie porównywalne, bo przez obydwa życie staje się nie do zniesienia. Przed jednym i drugim lękiem czułam okropną bezsilność i gorzkie pytanie bez odpowiedzi dlaczego to wszystko muszę znosić? Muszę? Może nie muszę tego znosić?

Przecież mam fajne narzędzie, dzięki któremu uwolniłam się od lęku przed wznową raka, a tym samym całkowicie od raka płuc. Dlaczego nie mogłabym uwolnić się od następnego trapiącego mnie lęku? Myśląc racjonalnie jest to takie proste – wystarczy odejść od męża alkoholika. Niestety to tylko pozornie proste, jak przychodzi do konkretów jest to bardziej skomplikowane.

Przyszła mi na myśl gehenna  rozwiedzionego  nie jednego  znanego mi małżeństwa z powodu nadużywania alkoholu męża. Owszem Sąd rozwód udzielił, ale  ich wzajemne uzależnienie pozostało. Administracja Administrowanych Mieszkań rozwód uznała, ale rozwodu  nie dała, separacja mieszkania  pozostała fikcją.   Alkoholicy mimo, że nie czynili awantur dość skutecznie umilali życie byłej współmałżonce żyjąc z nią  pod jednym dachem. Dobrze znałam ich koszmarne życie , które właściwie niewiele zmieniło się od dni przed  rozwodem. Nadal jest na ich głowie utrzymanie finansowe i porządkowe całe mieszkanie i nadal  muszą znosić towarzystwo pijaka , a do tego często jego pijanych kolegów, interwencje policji do miłych nie należą przede wszystkim dla byłych żon, bo pijakowi wszystko już jedno.  Jest to koszmarne życie tych osób przez które ja nie chciałabym przechodzić. Może jestem ciut w lepszej sytuacji, ale problem  jest taki sam. Były alkoholik nadal  pozostaje zmorą żony. Tych co tego problemu nie znają, podają proste nieskomplikowane rozwiązania, teoretycznie mądre trudno coś tym racjom zarzucić. Życie jest  jednak bardziej skomplikowane i nie sposób wszystkiego przewidzieć i racjonalnie problem rozwiązać.

To niemożliwe, że łatwiej było mi uwolnić się od raka niż od męża alkoholika. Podczas medytacji nad swoim związkiem dotarło do mnie, że ja też jestem uzależniona, tylko  nie bezpośrednio ale za pośrednictwem męża alkoholika. Jak to się stało! Jak do tego doszło? Niebawem ciąg dalszy uzależnienia alkoholowego nastąpi.  Irena

„ Zatem co jest prawdziwą przyczyną uzależnienia? Zacznijmy od tego, co nią nie jest. Źródłem problemu nie jest z całą pewnością to, co sugerują metody konwencjonalne, czyli:

– Nie jest to zły nawyk.

– Nie jest to czynnik dziedziczny.

– Nie jest to spowodowane degeneratywnym środowiskiem rodzinnym

– Nie jest to słaba konstrukcja psychiczna uzależnionego.

– Nie jest to brak silnej woli. „    –  GARY CRAIG

 

Moja dieta

Zaraz po diagnozie w pierwszym odruchu walkę z chorobą  zaczęłam  na talerzu. Tak naprawdę ,  to od szóstego roku życia byłam  ciągle na diecie, ze względu na moją wątrobę.  Nie pamiętałam bym o tym, bo w tym okresie większość ludzi stosowała  dietę  warzywną i do tego chudą z konieczności, bo tylko na takie wyżywienie  było ludzi stać. W mojej rodzinie do dobrego wyżywienia przywiązywano dużą wagę, dlatego może częściej pojawiało się w domu od czasu do czasu  w małych ilościach mięso. Topiona słonina tak do okrasy i chleba nawet częściej tylko mnie tego nie wolno było jeść, ze względu na moją przechodzoną żółtaczkę. Z tego powodu było mi trochę  przykro, może bardziej dlatego, że zabronione, bo aż takim smakoszem skwarków nie byłam.   W  diecie wątrobowej  przede wszystkim wystrzega się pokarmów tłustych i smażonych. Jak tylko sięgam pamięciom wybierałam z rosołu wszystkie żółte  oczka , bo tłusty rosół szkodliwy. I co?  W wieku 20  lat miałam zoperowany woreczek żółciowy  i związku z tym stosowałam  jeszcze bardziej  ścisłą chudą dietę  i tylko potrawy gotowane.  Teraz dowiedziałam się, że  dla moich  płuc nie było to dobre. Przecież sama sobie takich problemów nie wymyśliłam, chudą dietę stosowałam  zgodnie z zaleceniem lekarzy. Teraz  lekarz dietetyk  powiedziała, że muszę stosować trochę tłuszczu również i z tego powodu, że  wiele witamin  rozpuszcza się tylko  w  tłuszczu.

Wniosek nasunął mi się sam , że może to i prawda, że żywność to nasz cudowny lek , bo tak samo jak każdy lek  jak na jedno pomaga, to na drugie szkodzi.

Z okresu mojego dzieciństwa pamiętam, że większość ludzi stosowała chudą dietę warzywną , przeważnie gotowaną, od czasu do czasu duszoną. Według dzisiejszych dietetyków było to wyżywienie zdrowe, jeśli tak , to dlaczego ludzie też tak samo  chorowali  jeśli nie bardziej? Przecież  w latach  70 – tych ; 80 – tych i 90 – tych , ludzie po ukończeniu czterdzieści  lat  prawie masowo  szli na rentę chorobową.  Obecni dietetycy  powołując się na naukowe uzasadnienia udowadniają  że dawniej ludzie odżywiali się zdrowo  –   czyżby?  Przecież  dawniej ludzie bardziej chorowali niż dzisiaj  i nawet o wiele  krócej żyli mimo zdrowego odżywiania. Inaczej mówiąc ich zdrowe odżywianie nie uchroniło przed chorobami i nie pomogło  zwalczać  śmiertelnych chorób.

W moim wyżywieniu  od wczesnego dzieciństwa , jak u  większości ludzi przeważała dieta warzywna i mleczna, a mimo to chorowałam i łapałam choroby jedna po drugiej. Mama mojego męża martwiła się, że jej syn będzie u mnie robił za pielęgniarza. Jak dzieci podrosły nie było czasu na odrębne gotowanie dla każdego inne. Musiałam wybrać sposób żywienia dobry dla całej rodziny. Odżywiałam swoja Rodzinę tym samym i siebie  standardowo, czyli kawałek mięsa, sos, ziemniaczki, surówka, kompot. Jeśli zupa była daniem jednodaniowym to też konieczna była porządna mięsna wkładka dla każdego. Wspominam o tym, bo nikt z nas nie chorował, wszyscy byliśmy szczupli. Byłam tą szczęśliwą mamą, która nie wie co to znaczy chore dzieci. Ja również zapomniałam o swoich chorobach wówczas jak zapomniałam o swojej diecie wątrobowej.

Już trudno mi powiedzieć, czy dlatego wróciłam do diety  jak zaczęłam się źle czuć, czy od kiedy zaczęłam stosować dietę zaczęłam odczuwać coraz większe dolegliwości. Jak by nie patrzeć zdrowa dieta przypomina mi o złym samopoczuciu i w żaden sposób nie kojarzy mi się ze zdrowiem, tylko z modnym stylem życia i  wydatkami.

Zdrowe odżywianie powoduje   większą  ilość  wydawania pieniędzy i z  dużym czasem przyrządzania zdrowych potraw. W uproszczeniu na przestrzeni mojego życia zawsze niezdrowa dieta była żywnością tanią. Natomiast zdrowa  była zawsze żywnością drogą. Dawniej zdrowe było danie z mięsa, koniecznie z specjalistycznych hodowli , bo zapewniali zdrowe mięso wolne od chorób, ale drogie.   Obecnie zdrowe danie bezmięsne i koniecznie ekologiczne, chociaż nikt nie wie jak i po czym tą ekologiczną i nie ekologiczną odróżnić. Według mnie różnica jest duża ale przede wszystkim w cenie. Wielcy i możni tego świata dopasowują   uzasadnienia  naukowe  zdrową żywnością tak  aby powiększyć swoje zasoby finansowe.

Niestety uzasadnienia naukowe, jeśli większość ludzi daje im wiarę, to czy tego chcemy czy nie mają wpływ na nasze życie i  zdrowie. Jeśli będę spożywała zupełnie zdrowy posiłek, a  ktoś mi uzasadni naukowo,  że jest dla mnie on  szkodliwy i ja dam temu wiarę, to prawdopodobnie posiłek ten mi zaszkodzi.

W związku  z powyższym, przyjęłam w swoim wyżywieniu zasadę, że jeśli mam  pewność / wiarę/ , że dana żywność może mi zaszkodzić , to jej po prostu  dla dobra swojego zdrowia nie jem. Natomiast staram  się stosować dietę zgodnie  ze swoją wiedzą, doświadczeniem , zasobem finansowym, która odżywi wszystkie moje komórki ciała i  dostarczy  potrzebne składniki dla dobra całego organizmu. Szczęśliwie się złożyło, że moja córka z wykształcenia   technolog żywienia, jest dobrym , wręcz doskonałym moim doradcą w  doborze odpowiedniej diety. Myślę, że w niedługim czasie na blogu swój poradnik żywieniowy, który ja  z pozytywnym skutkiem stosowałam i nadal stosuję   na blogu opublikuje.  Irena

 

 

Jakie życie taka dieta

Jaka świadomość takie życie, jaka dieta – takie zdrowie

Wszystko co dotyczy nas w tym również dieta  zależy od naszej świadomości  i środowiska w którym żyjemy.  Zdrowa dieta ciągle jest zmienna na przestrzeni krótkiego okresu  i zależna od  siły przebicia naukowych uzasadnień. Jeszcze niedawno nawoływano ;  – „ pij mleko będziesz zdrowy” ; – „od masła skleroza, zdrowa jest tylko margaryna” itp. ; itd. Dzisiaj okazuje się, że to nieprawda.

Jakiego autora uzasadnienie diety przyjmiemy zależy od naszej świadomości , czyli jakiego dokonamy wyboru , komu damy wiarę  lub jakie argumenty do nas trafiły. Niemałe znaczenie  w naszej diecie ma w danym okresie modny styl życia, na który zawsze znajdzie się naukowe uzasadnienie, że to jest zdrowe.

 

Od  początku mojej drogi  uzdrowienia z raka płuc  miałam problem jaką dietę wybrać i kompletny galimatias. W drugim dniu chemii dowiedziałam się, że płuca potrzebują tłuszczu do prawidłowej pracy. Przypomniałam sobie, że po wojnie  wygrana walka z  gruźlicą była dowodem na to , że  ludziom w wyżywieniu nie brakuje mięsa. Ówczesna prasa głośno o tym pisała.  W latach  siedemdziesiątych było głośno  i  pisano, że w Koszalinie jacyś dobrze sytuowani   Rodzice z powodu oszczędności  chytrzyli swoim dzieciom mięsa, żywili ich twarogiem z sałatą i doprowadzili swoje dzieci do gruźlicy z powodu złego żywienia. Ci  Rodzice   oszczędzali  na „ daczę „ i samochód , zamiast kupić dzieciom trochę mięsa i kiełbasy. Opinia publiczna tymi Rodzicami była mocno oburzona i długo w tym temacie dyskutowano , jednocześnie przechwalając się ile to ich dzieci nie zjadają mięsa i kiełbasy, a sałaty i twarogu , to nie pamiętają, kiedy ostatni raz kupowano. Żartowali, że ich dzieci nie są  królikami. Była moda że zdrowe jedzenie, to mięso , rarytasem był drób a w szczególności kurczaki. Dobry zdrowy rosół musiał mieć  dużo żółtych pływających oczek.

Domowy drób w tym okresie  na pewno nie  był żywiony pokarmem sztucznym, ale czy na pewno przez to był zdrowszy? Zwierzęta domowe  chorowały  i były nosicielem wielu chorób , tylko o tym nikt nie wiedział, bo nie robiono takich badań Zdarzyło się nawet , że ktoś zakopał, kto inny  wykopał zakopane nieżywe padnięte  świnie niby  do własnego spożycia. Dzisiaj wiadomo, że zakopana chora  zwierzyna skażała ziemię  na co najmniej 70 – 100 lat , te larwy różnych chorób żyją w ziemi do dnia dzisiejszego, jeśli ich ktoś przypadkiem chemią nie wytruł.

Według mnie różne ptasie grypy, wściekłe krowy , i inne  epidemie panowały wówczas, tylko nikt o tym nie wiedział. Nie wiadomo tak do końca na co zwierzęta padały i jak zarażały  ludzi.  Zwierzęta  które ledwo się trzymały na nogach wrzucano do garnka z radością, że się nie zmarnowało. Wożono czasem do weterynarza mięso  do zbadania czy jest zdatne do spożycia. Wiadomo, że nawet uczciwie przebadane w tamtych czasach możliwe było wykrycie ewentualnie tylko jednego , czy dwóch gatunków larw. Choroby bardziej  się szerzyły wówczas jak  dzisiaj, tylko nikt nie zganiał  winy na sztuczne żywienie.

Obecnie  czy to ekologiczne żywienie jest tak zdrowe jak się o tym mówi? Ja mam do tego wątpliwości.

Mam wątpliwości ,  czy  wszelkie robactwo, gryzonie , ptaki, na  nie chronionych chemicznie działkach nie rozprzestrzeniają różnych chorób na uprawianych warzywach i owocach? Czy  warzywa z upraw ekologicznych nie są  skażone  zakaźnymi chorobami przenoszonymi przez gryzonie, koty , ptaki i inne robale jak  ślimaki,  na przykład mszyce , czy muszki? Mam wątpliwości czy ziemia w prywatnych małych działkach  na których uprawiane są warzywa też  nie jest skażona larwami  i  wirusami różnych chorób. Przecież dlatego ludzkość zaczęła  wprowadzać do hodowli i plantacji chemię, bo nie radziła sobie z różnymi chorobami zagrażające życiu człowieka i zwierząt,   a nie tylko dlatego by zwiększyć swoje plony.

Uważam, że uprawy ekologiczne są potrzebne  by zachować równowagę  środowiska , ale  ich zdrowe produkty  są bardzo przereklamowane.

Wkurzam   się jak czytam, czy słyszę, że  dodatkowym plusem lepszego dawniej żywienia jest to, że w gospodarstwach zwierzęta były kochane, cieszyły się wolnością, radowały. Nie chcę w tym temacie się rozpisywać, tylko podam przykład, że prawie  każdy będąc dzieckiem dostał chociaż raz lanie, bo taki był zwyczaj wychowywania. Czy ci sami chłopi mówili swoim świniom , krowom  i innym ptakom, że ich kochają? Dzieci obrywały często na zaś, ale żadnego zwierzęcia nikt batem nie śmignął i nie okładał kijem jak  do obory zaganiał? Ludzie głodowali, a zwierzęta w gospodarstwach na przednówkach nie głodowały? Nie chorowały na różne zakaźne choroby zagrażające człowiekowi ?

Dzisiaj są inne obyczaje i inna świadomość i to jest fajne,   gospodarstw już  nie ma tylko są  duże fermy i plantacje. Tylko czy aż tak niezdrową żywność produkują? Czy wszyscy farmerzy kurczaki hodują w ciasnych klatkach urągające wszelkim humanitarnym  normom?   Uważam, że to gadanie o niezdrowej żywności jest przesadzone, może właśnie po to, by ukryć duże spożywanie  leków/czysta  chemia /  zapisywanych lekką ręką  przez lekarzy. Dlaczego tak mało się mówi o szkodliwym działaniu ubocznym  wszystkich leków na receptę  i w wolnej sprzedaży w naszych aptekach ? Aplikowana chemia przez lekarzy w nieuzasadnionych przypadkach jest bardzo tolerowana, bo jak lekarz zapisał to w porządku?

Moje doświadczenie z odżywianiem zaprzecza wielu publikacjom, dietetykom i  książkami zdrowego odżywiania. Po pierwszej chemii przyjaciele i znajomi z dobrego serca dawali mi z prywatnych działek warzywa z których dzieci  wyciskały mi świeży sok. Ponieważ potrzebna  była większa ilość warzyw, syn wracając z pracy z pobliskiego miasteczka   kupował mi je po drodze , prosto od plantatora warzyw. Moja wrażliwa wątroba od razu zauważyła różnicę. Zaskoczyło nas wszystkich, że lepiej znosiłam soki z warzyw od plantatora niż z prywatnych działek. Nie wiedziałam dlaczego. Uzyskałam odpowiedź jak takie samo doświadczenie miałam z warzywami z własnego ogrodu. Mój organizm lepiej przyjmuje soki z warzyw od plantatorów, niż z własnej działki, może dlatego, że jestem wolna od sugestii mediów? Może dlatego, że zwyczajnie od plantatorów warzywa mimo wszystko są mniej toksyczne niż niejednokrotnie z prywatnych działek? Przecież na działkach , ogrodach też stosowane są chemiczne nawozy , opryski  i nikt nie bada jak i czym skażona jest ziemia. O dalszym swoim doświadczeniu z dietą wkrótce  podzielę się na blogu.  Irena

012                      018        

Na swoim ogródku najbardziej kocham swoje kwiaty i tego się trzymam

 

 

Odczytana informacja

  Rak zjawia się w pewnym celu  – przemyślenia

Nic nie dzieje się przypadkiem, wszystko ma swój cel, rak nie pojawił się przypadkiem, miał do spełnienia ważną rolę.

 Już po wszystkim, mój rak płuc poszedł sobie tam skąd przyszedł. Ten sobie poszedł, tylko czy inny nie będzie musiał mi czegoś  przekazywać ?  Lepiej nie !  Żadnych informacji i niczego od żadnej choroby już nie chcę. Chciałabym resztę życia przeżyć spokojnie w gronie bliskich bez żadnych chorób. Za gościnę raka zapłaciłam dużą cenę, a  uwolnienie się od niego kosztowało mnie nie tylko dużo trudu i wysiłku, przede wszystkim dużej odwagi. Mówię o tym bez fałszywej skromności  bo uważam, że aby pokonać raka płuc potrzebna do tego jest  nie tylko siła woli, ale i niesamowita odwaga. Czy można mieć dużą siłę woli i nie pozbyć się raka ? – Według mnie można, jeśli zabraknie odwagi odczytania w swojej podświadomości ukrytych w ciemnych zakamarkach przeżytych emocji, to nie ma mocnych aby od niego się uwolnić.   Mój trud i odwaga została wynagrodzona wolnością od raka , wolnością od destruktywnych wielu przekonań i w efekcie  lepszym fajniejszym życiem.

        obrazy posesja 006

W tym bloku mieszkałam przed rakiem –  zupełnie przyzwoicie znosząc trudy życia i niekończące się problemy   

 Udowodniłam sobie, że okropne lęki, duże poczucie winy / a jak wina to i kara/ były ukryte z powodu absurdalnych przekonań.  Niektóre opisałam na blogu, większość ominęłam by zbytnio nie przynudzać. Chcę   przekazać innym, na swoich  przeżyciach,   że destruktywne okropne lęki , po przyjrzeniu się im z bliska  mogą  okazać  się dzisiaj  małostkowe bez większego  znaczenia. Nawet traumatyczne przeżycia po spojrzeniu z perspektywy czasu mogły  dojrzeć  do wybaczenia sobie i innym dla dobra swego i innych.  Duże lęki często przykryte wstydem tak naprawdę są tak absurdalne, że aż nie do uwierzenia , że mogą czynić  tyle bólu i  cierpienia.  Ja  tego doświadczyłam bardzo realnie i bardzo prawdziwie. Pomyśleć, że mogłam umrzeć i nigdy o tym się nie dowiedzieć.

Choroba nowotworowa dokonała w moim życiu wiele zmian, ale nie spustoszyła mojego życia, a wręcz odwrotnie wniosła bardzo wiele.  Wyszłam  z niej bogatsza i silniejsza nie tylko  psychicznie, ale i fizycznie. Potwierdziło się u mnie przysłowie „ co Cię nie zabije, to wzmocni”.  Tak naprawdę toczyłam walkę sama z sobą, rak tylko niczym mój żandarm czuwał , czy jego informację odczytuję właściwie.  Uważam, że walka z rakiem byłaby daremna , bo rak  jest nie do pokonania tylko ODCZYTANIA  jego emocjonalnej  informacji  którą nam wnosi – czyli uświadomienia sobie co ukrywa  destruktywnego nasza podświadomość ?

Moje życie po uwolnieniu się od raka nabrało wiele barw ,  na pewno nie zasmakowałam  wszystkich barw tęczy, ale jeszcze tyle mam marzeń do zrealizowania, tworzenia nowych celów i odkrywania ukrytych pasji. Jednak nie żyję  tym co ewentualnie jeszcze może będzie , tylko cieszę  się każdym dniem, każdą chwilą  tu i teraz . Zapamiętałam sobie pobraną lekcje życia, że    istotne są obrane cele, ale ważniejsza jest  droga którą się dąży  do tych celów  i tego się trzymam, czego wszystkim z całego serca życzę.  Irena

obrazy posesja 016 (2)

Moje bajkowe „eldorado” dzisiaj – marzenia się spełniają

Życzę  wszystkim zdrowia i spełnienia marzeń – to naprawdę możliwe, wystarczy pokonać destruktywne lęki.

 

 

 

Pokonałam raka płuc! – Eureka!!!

/ Kontynuacja  terapii  z emocjami w swojej podświadomości  – Na tropie raka   /

EUREKA !! – Jestem wolna od raka płuc

EUREKA!!  –  Jestem wolna od lęku przed wznową

Odczytanie w podświadomości całego  procesu  programowania raka,  spowodowało u mnie  uświadomienie,  oraz  całkowite usunięcie  raka i lęku przed jego wznową.

Podświadomość dla nas  jest niedostępna jeśli wyłączymy emocje i  kierujemy się tylko  racjonalnym myśleniem. Przez swoje emocje można dotrzeć do podświadomości i  zmieniać w niej utworzony  program, w tym i program swojego  raka . To wbrew pozorom jest zupełnie proste, fascynujące  i możliwe dla każdego, skoro ja prosta kobieta tego dokonałam, to może dokonać tego każdy, kto chce zainwestować w siebie trochę wysiłku. Nikogo do niczego nie namawiam, nawet nie zachęcam każdy ma wolną wolę i wybór.  Ja tylko dzielę się z innymi swoim doświadczeniem i związku z tym  nasuwającymi się  przemyśleniami.

Na szczęście i nieszczęście nikt poza nami nie może do naszej podświadomości się dostać. Na szczęście  – bo nasza podświadomość jest  bezpieczna przed cudzą ingerencją i nieszczęście – bo nie możemy nikomu za żadne pieniądze zlecić, by zmienił program  za nas w naszej podświadomości  według naszych życzeń –  nie jest to możliwe.

„ Nasze przekonania kontrolują nasze ciała , umysły i w rezultacie nasze życie…Och! Wy, małej wiary!” – B. Lipton

„TWOJE PRZEKONANIA MOGĄ CIĘ UZDROWIĆ LUB…ZABIĆ” – A. LOYD

Kontynuacja terapii

 O kradzieży dwóch gruszek z cudzego mieszkania do dnia dzisiejszego nikt nigdy się nie dowiedział. Od tamtej pamiętnej lekcji życia nigdy nic nikomu nie ukradłam. Podświadomości wystarczyła kara za kradzież gruszek  bycia okrytą wstydem i hańbą przed samą  sobą  tak bardzo, że aż  świadomość presji nie wytrzymała i zdarzenie po pewnym czasie  wymazała z pamięci.

Prawdziwy   dramat małej Irenki się zaczął przy pierwszej  spowiedzi z kradzieży gruszek  przed  I – wszą  Komunią Świętą. Jako dziecko z  lekcji  religii  niewiele skorzystałam  , bo  nikt nigdy z lekcji religii mnie nie pytał , ani ksiądz , ani księdza Pani gospodyni , która często mnie  przygotowywała do lekcji szkolnych , ale  nie z  religii. Teraz z perspektywy czasu myślę, że Pani gospodyni plebani nie chciała się wtrącać w naukę księdza, ksiądz pewnikiem myślał, że gospodyni będąc nauczycielką tak dobrze mnie przygotowała, że już nie musiał sprawdzać i podobnie chyba myśleli   Rodzice , bo też z religii mnie nie sprawdzali. I tak  mała Irenka poszła do Pierwszej Komunii Świętej  wcześniej niż jej rówieśnicy, bo rzekomo byłam  dobrze przygotowana.

Podczas terapii  wchodząc ponownie  w znane mi uczucie lęku  usłyszałam przy  spowiedzi  przy konfesjonale głos  księdza : –  „ Musisz  odłożyć  to co ukradłaś  na miejsce , dokładnie tam skąd zabrałaś „. Po tak zadanej  pokucie  byłam przerażona, muszę znów wejść do mieszkania sąsiadów, a do tego skąd  mam wsiąść wiosną świeże gruszki?  /W tym okresie w sklepach nie było świeżych owoców/ . Zebrałam się na odwagę i oględnie , mówiąc pół prawdy zapytałam swojego Ojca jak mam zdobyć wiosną gruszki, bo muszę oddać , bo tak ksiądz mi nakazał. Na tak moje postawione pytanie Ojciec zbagatelizował wyjaśniając z uśmiechem, że te gruszki pod drzewem i tak by zgniły , więc mam sobie tym nie zawracać głowy. Nie przyznałam się, że ukradłam z domu sąsiadów.

W takiej sytuacji przystąpiłam do Pierwszej Komunii Świętej nie wypełniając pokuty, czyli nie oddałam tych gruszek, bo nie miałam możliwości ich zdobycia. Mała Irenka z lekcji religii zapamiętała, że przyjmując Komunię Świętą nie wypełniając pokutę jest ŚWIETOKRATCTWEM. Jeszcze przy następnej spowiedzi mówiłam, że nie wypełniłam pokuty, ale ciągle słyszałam to samo, że muszę oddać to co ukradłam i pokutę musze spełnić. W końcu  jesienią , ze swoimi  gruszkami gotowa jeszcze raz wejść  do sąsiadów ,  by  położyć na miejsce ukradzione gruszki, okazało się niemożliwe, bo ukryte przejście na strychu zostało porządnie zabite deskami. Okropnie przybita bardziej niż zabite przejście deskami poczułam się okropnie zdruzgotana bezsilnością wobec tak poważnego życiowego problemu. Na tym etapie mała Irenka zakończyła próbę oddania gruszek i zadanej pokuty  nie spełniła. Przerażona  nabrałam przekonania, że przyjmując Komunię popełniłam Świętokradztwo i będę za to potępiona na wieki.  To nie żarty! Takie przekonanie  jako dziecko zaprogramowałam sobie w podświadomości, a tym samym program raka płuc!!!

img081

W zaznaczonym kółku to ja  – zdjęcie z  Pierwszej Komunii Świętej

 

Związku z tym programowałam sobie  wiele innych  destruktywnych emocji  tak silnych,  że dziecinny umysł nie mogąc tego udźwignąć  wymazał je  kompletnie z pamięci. Podświadomość wszystko skrupulatnie przechowała, ale zakopała  głęboko  by chronić umysł przed czymś  czego  nie dał rady udźwignąć.

 

 img095

 To ja rok później z Rodzicami i braciszkiem po procesji Bożego Ciała. Zupełnie nieświadoma, że zaakceptowałam  w podświadomości program raka płuc. Już nieświadoma stresu spowodowanego niefortunną kradzieżą, bo historia zdarzenia została wymazana z pamięci.

Uświadamiając sobie całe zdarzenie niczym z automatu rozmyły się  destruktywne  skutki.  Poczułam  niesamowitą radość –  EUFORIĘ   nie do opisania,  oraz lekkość całego ciała.   Zrzuciłam z siebie okropny ciężar który dźwigałam przez tyle lat. Ta niesamowita radość połączona z lekkością trzymała mnie prze dłuższy czas,  nie mogłam z wrażenia  ochłonąć. Przecież racjonalnie, świadomie jako dorosła  wiedziałam , że w  sytuacji kiedy nie można wypełnić pokuty  jest się rozgrzeszonym, tylko niestety do dnia terapii nie wiedziałam, co kryje się w mojej podświadomości, jak straszne poczucie winy zupełnie nie racjonalne do przewinienia. Lęk przed BOSKĄ karą był przyczyną ukrytego , ale bardzo strasznego lęku przed śmiercią. Okropny wstyd również głęboko ukryty dawał przekonanie, że nie zasługuję na MIŁÓŚĆ  nie tylko Boga , ale i wszystkich Aniołów i Świętych , dlatego   oddaliłam się od kościoła. Po czasie kiedy nawróciłam się do kościoła , to mimo szczerej spowiedzi, destruktywne przekonania w podświadomości zostały,  o czym informował mnie rak , a później lęk przed wznową. Lęk przed wznową  raka płuc już na zawsze mnie nie dotyczy i najważniejsze,  że wiem ja i moja podświadomość że  –   BÓG mnie kocha .

Zaraz nasunęło się pytanie dlaczego dopiero uaktywnił się wiosna 2004 roku? Tą odpowiedź również otrzymałam  automatycznie. Wiosną tego roku byłam świadkiem jak poważnie chora moja Mama umierała. Żal Mamy połączony był z podziwem , później z zazdrością, że tak spokojnie chciała przejść na tą drugą stronę. Żegnała się z nami spokojnie i jeszcze nas pocieszała, że wszystko jest jak trzeba. Ja pierwszy raz uzmysłowiłam sobie, że śmierć jest realna  i że mnie też to może nieoczekiwanie spotkać. Niestety zdałam sobie sprawę, że na mnie po tej drugiej stronie mogą czekać „ demony” lub inne zło bo na nic lepszego nie zasługuję. Niby wierzyłam, ale nie byłam zbyt praktykującą katoliczką. Miałam przekonanie, że jeśli nawet teraz się nawrócę, to i tak będę nie w porządku bo co? Jak trwoga to do Boga?  Wywołany stres z powodu śmiertelnej choroby Mamy i moje przekonania uaktywniły zaprogramowanego w dzieciństwie raka płuc.

Od zarania dziejów wszystko się zmienia, tylko emocje nie uległy ewolucji i są niezmienne, czyli  takie same jak  człowieka z okresu kamienia łupanego.

Ja doświadczyłam, że emocje u maleńkiej trzyletniej Irenki  są tak samo potężne jak dorosłego człowieka. Często nie zdajemy sobie sprawy jak silne duże emocje przeżywają małe dzieci, bo swoich z wczesnego dzieciństwa nie pamiętamy. Wydaje się czasem, że jak według dorosłego jest coś drobiazgiem , to dla dziecka też jest drobnostką  i nie ma podstaw do dużych traumatycznych przeżyć – ale tak nie jest. Dziecko czuje i przeżywa emocje 100 – krotnie silniej niż w analogicznej sytuacji dorosły.

Mnie zaskoczył fakt, że wymazane z pamięci mam te najsilniejsze przeżycia  z okresu dzieciństwa, a z dorosłego życia wymazane są absurdalne nieważne – ale przechowywane w podświadomości są bardzo destruktywne. Dlaczego tak ? – nie wiem , tylko bardzo mnie  zdziwiło jakie w życiu absurdalne zdarzenia skutkują poważnymi życiowymi programami w naszej podświadomości.  Dowodzi to,  jakie czasem absurdy kierują naszym życiem i  czy nie warto czasem się zatrzymać ?  Zastanowić ?  Czy nie powinnyśmy popracować nad swoimi wewnętrznymi destruktywnymi lękami i przekonaniami?    Irena

 

Licznik odwiedzin
0199936
Visit Today : 140
Total Visit : 199936
Hits Today : 613
Total Hits : 1327699