Monthly Archives: Styczeń 2016

Życiowa „rewolucja”

Rodzina to „naczynia połączone”,   jak dokonuje  w swoim życiu zmianę  jedna osoba, to  nie ma siły,  by nie dotknęła  pozostałych osób i w tym tkwi siła Rodziny.  Obecnie doświadczam jak   niechcący zostałam z moimi kochanymi wnukami  „ofiarą”  pozytywnej  rewolucji  mojej córki.

 

babcia do szkoły 008babcia do szkoły 002babcia do szkoły 007

Babcia z wnukami do szkoły i ze szkoły idzie edukować siebie i wnuków

Niesamowitą rewolucję ze swoim życiem dokonała moja kochana córka, a tym samym moje dotychczasowe życie przy sposobności zostało odwrócone do góry nogami. Nie miałam nawet kiedy i głowy by  napisać nowy tekst na swoim blogu.  Mam  dużo pomysłów  na zmianę  bloga  i sporo do zrobienia, a tymczasem z trudem ogarniam  się w nowej  życiowej sytuacji.

Wierzę, że do swojej pasji prowadzenia bloga niebawem wrócę  z większym entuzjazmem i mam nadzieję, że z nowym lepszym spojrzeniem na otaczającą  swoją  rzeczywistość.

Córka dokonując w swoim życiu rewolucji, zmieniła tym samym  moją rzeczywistość i swoich dzieci.

Podziwiam ją za odwagę że; – uwolniła się z toksycznego związku /ojcem  moich wnuków/ ; zwolniła się po 12 latach  z pracy;  wypowiedziała jednocześnie  najem mieszkania / zostawiając  w nim meble i wyposażenie kuchni i mieszkania/; podjęła nową prace 250 km dalej; wynajęła nowe mieszkanie  po kapitalnym remoncie, umeblowane i w pełni wyposażone nowym sprzętem; jest na drodze poznania nowego życiowego partnera/ ja tylko modlę się  by w tym subtelnym temacie nie czyniła pospiechu/.

Póki co, to  zostałam sama ze swoimi wnukami w  swoim  skromnym domku, bo takie  dla dobra dzieci najlepsze było rozwiązanie. W tej sytuacji moje dobro zeszło na dalszy plan.

Nie zdawałam sobie sprawy jakie czekają mnie i wnuków nowe doświadczenia. Przecież już wielokrotnie  opiekowałam się  nimi wiele dni i tygodni  w różnych okresach ich życia. Tylko do tej pory byłam babcią która wnuki rozpieszczała, a Rodzice wychowywali i nie interesowało mnie jak, bo miałam zaufanie do córki jako ich Matki. Zaufanie  nadal zostało, tylko zmieniła się sytuacja.

Teraz okazało się, że muszę być nie tylko babcią ale  i  wychowawcą. Byłam nastawiona, że będę dzieci  do  szkoły zaprowadzać  i przyprowadzać , pilnować by się odpowiednio ciepło ubierały, były  wypoczęte,  dobrze przygotowane do zajęć szkolnych i były odpowiednio zdrowo  odżywiane.  Niby  wszystko proste, bo  przecież według tych zasad wychowałam już swoje dzieci i wyrosły na zdrowych porządnych ludzi.

Już pierwszego dnia okazało się, że to nie jest takie proste jak się zdawało. To są dzieci 21 wieku jakieś „elektroniczne”, rosną i rozwijają się z elektroniką. Związku z tym już od pierwszych dni z dziećmi był  problem z chodzeniem spać i  rannym wstawaniem. W tym temacie nie działały żadne prośby i  obiecanki. Nie było rady,  ja  babcia  która zawsze ich rozpieszczała, musiałam zastosować zakazy, nakazy i to nie zawsze z uśmiechem. Pierwszy raz wnuki zobaczyły mnie inną niż do tej pory byłam, a ja poczułam jak moje rozpieszczanie wychodzi mi bokiem.

Po paru dniach zaczęła się niesamowita nerwówka, dzieci stanęły mi na opak.  Szczególnie Filip na każdą moją prośbę, moje polecenie mówił i robił odwrotnie, wszystko robił na NIE!!!!!!!  Nie wiedziałam co robić i jak się w tej nowej roli odnaleźć.  Bałam się o dzieci, że wpadną w nerwicę, że zaczną chorować, a ja na wsi sama z nimi  daleko  od córki męża i Rodziny.

Powiem szczerze, że bałam się również, co będzie jak mnie dopadnie jakaś grypa, czy coś innego. Kto wówczas zaopiekuje się dziećmi?  W ostateczności musiałaby córka zrezygnować z nowej pracy, ale z czego żyć i jak dzieci utrzymać  na bezrobociu?   Takie i inne lęki dopadały mnie, ale przede wszystkim należało pomyśleć jak dzieci dostosować do nowych warunków życia w nowym środowisku bez  Rodziców i odmienionej babci z powodu odgrywanej nowej roli  opiekunki i wychowawcy.

Przyznam się szczerze, o czym nawet córka nie wie, że przy kolejnym rannym budzeniu dzieci doszło do takiej nerwówki, że Filip krzyczał, a ja z bezsilności się rozpłakałam. Milenka chciała iść do szkoły, płakała, że może nie pójdzie,   a Filipa wołami z łóżka nie można było  wyciągnąć. W takiej sytuacji oznajmiłam, że do szkoły nie idą.   Na te słowa Filip przestał krzyczeć, ale za to Milenka  uniosła się wrzaskiem.  W końcu jakoś obydwoje zebrali się i  razem w zgodzie poszliśmy do szkoły jak by nigdy nic, nawet po drodze sobie razem radośnie  podśpiewywali. Tylko ja szłam za nimi zniesmaczona z jakimś poczuciem winy.

Po przyjściu ze szkoły od razu zaczęłam z dziećmi   rozmawiać o zaistniałym porannym zajściu. Zdziwiło mnie, że obydwoje o wspomnieniu o porannym zajściu wybuchnęli śmiechem. Zapytałam ich co było w tym śmiesznego? Filip odpowiedział mi, że fajna była zabawa jak babcia broniła dostępu do łóżka, a ja starałem się do niego dostać. Spytałam go czy nie zauważyli, że dla mnie to nie było wcale śmieszne. Obydwoje sami doszli do wniosku, że to poranne  ich wstawanie to dla babci  stres i należy z tym cos zrobić, ale co? Spytałam ich czy nie mogliby wcześniej zasypiać i za to rano wcześniej wstawać i jeszcze przed  śniadaniem obejrzeć sobie bajki. Milenka dodała, że tak może być, bo rano lecą powtórki z wieczora. Obydwoje przytaknęli, ze tak zrobią i Filipek sam od siebie dodał, Babciu już rano przy naszym wstawaniu nie będziesz się stresować. Pomyślałam, że to jego obiecanki cacanki, a dla Babci radość. Niebawem przekonałam się, że w tej kwestii moje wnuki dotrzymały słowa. Po tej rozmowie do dnia dzisiejszego poranne wstawanie stało się  miłe i przyjemne dla wszystkich.

Dziwne w tym wszystkim jest to, że przez lata całe Filipek miał problem z zaśnięciem, a od dnia kiedy mi obiecał natychmiast zasypia i nie ma problemów z zasypianiem do dnia dzisiejszego. Nawet nie denerwuje się, kiedy rano włącza TV dosłownie na minutkę, na sygnał śniadanie /przed pójściem do szkoły/ bez słowa sprzeciwu wyłącza i siada już ubrany do stołu.

Każdego dnia po przyjściu ze szkoły staram się z nimi rozmawiać, tłumaczyć im,  że to tylko taka sytuacja przejściowa, ale dzieci jak to dzieci trochę posłuchają  i uciekają  w swoje zabawy i elektronikę i nie do końca wiem, czy moja rozmowa z nimi dała zamierzony efekt.

Cieszyłam się że  wnuki mimo wszystko  są radosne, wesołe, ale jako wychowawca byłam bezsilna w kwestii ich szkolnej edukacji.  W tym temacie poległam może nie do końca na całej linii, bo raz mnie nawet Filipek pochwalił, że w klasie tylko ja dobrze zrozumiałam pytania w teście w zadanej pracy domowej.

Prawda jest taka, że w ogóle do książek i zeszytów nie chcieli zaglądać,  rzucali plecaki i nie mogłam się  doprosić ich zeszytów, co było w szkole zadane zawsze słyszałam  odpowiedź, że nic.  Na moje argumenty, że trzeba się uczyć Filip w takiej sytuacji odpowiadał mi, że on  ma gry komputerowe edukacyjne i w ten sposób się uczy.

Wiedziałam, że w domu miał  ograniczenia do sprzętu elektronicznego, a teraz w nowej sytuacji Filip chciał pozyskać nieograniczony dostęp do gier i bajek i kombinował jak mnie urobić.

Najbardziej z Filipem nie radziłam  sobie  z odrobieniem prac domowych, których było naprawdę dużo jak na II-gą klasę. Przychodził ze szkoły i   absolutnie  nic  nie wiedział jak odrobić zadane domowe ćwiczenia.  Tak naprawdę to te ćwiczenia to  testy, ale nie do końca zwyczajne, bo treść pytań w tych testach jest zwyczajnie zaszyfrowana tylko dla wtajemniczonych, czyli nauczycieli. Filip tłumaczył mi że o to chodzi, że on nie wie o co chodzi w tych zadaniach. Niestety muszę dziecku przyznać, że ja też  nie wiem o co chodzi, ciekawe czy autor tych testów by wiedział?

Zdziwiło mnie, że w poprzedniej szkole wiedział jak  odrobić zadaną pracę domową i miał o wiele mniej zadawane. Zapytałam  nauczycielkę, czy mu zadaje jakieś prace wyrównawcze, bo ma tak dużo zadawane, odpowiedziała mi krótko, że ma tyle samo co wszyscy.  Więc ja z trudem próbowałam się w tych ćwiczeniach jego rozeznać i wytłumaczyć  wnukowi o co chodzi, niestety najczęściej mi to nie wychodziło i w zeszycie szkolnych uwag otrzymywałam nagany.

Problem polega na tym, że ze szkoły przyprowadzam  ich o 15,30 i na ich edukację  i swoją mam naprawdę  mało czasu. Szkoda, że nie przewiduje się dla opiekunów  dzieci szkolnych jakichś szkoleń edukacyjnych, wówczas nauczyciele mieli by prawo wymagać, by prawidłowo interpretować treść pytań w zadawanych ćwiczeniach. Denerwowały mnie  codzienne  wpisy w zeszycie uwag, że słabo Filipa uczę i ma źle odrabiane domowe ćwiczenia. Raz się nawet wkurzyłam i chciałam zwrócić uwagę Pani, że po to dzieci chodzą do szkoły by się czegoś nauczyć, a przynajmniej poznać interpretację treści zadawanych zadań, bo z niektórych można by pisać doktorat tak  można je różnie interpretować.  Takich uwag zaniechałam na prośbę  wnuka. Bał się, że jak ja będę miała pretensje do Pani nauczycielki, to Pani będzie miała pretensje do niego, więc tego stresu mu zaoszczędziłam.

W między czasie jak dzieci były w szkole, to jeździłam do pobliskiego miasteczka kserować po kolei wszystkie książki do II klasy, bo szkoła nie była wstanie  tych wymaganych książek  wnukowi sprowadzić. Mam też swoją edukację na Uniwersytecie Trzeciego Wieku, aby  zupełnie nie zaniedbać wykładów  miałam na szczęście fajną pomocną sąsiadkę i na trochę chętnie z nimi zostawała.

Mój czas wypełniony  jest 24 godziny na dobę  całkowicie  podporządkowany  dzieciom i na zaspokojenie swoich wyższych potrzeb nie mam już sił i czasu.

Najgorsze jest to, że przy wypisie dzieci z tej szkoły okazało się, że Filip uczęszczał do klasy starszej wiekowo, czyli chodził do klasy siedmiolatków. Faktycznie powinien być w klasie sześciolatków, którzy idą zupełnie innym programem.

Oczywiście według szkoły nic się nie stało, to tylko mały ich błąd organizacyjny, jak to się odbiło na uczniu i opiekunie to szkołę i nauczycieli nie interesuje. To tylko przez dwa miesiące robiło się z dziecka kretyna. Na moje tłumaczenie, że w poprzedniej szkole był najlepszym uczniem, odpowiadano mi, że to zmiany  tak źle wpłynęły  na Filipka. Nauczyciel i szkoła zawsze mają rację, jeśli nawet popełniają błędy. Co za czasy nastały, dobrem dziecka zasłaniają się jak tarczą, a tak naprawdę dobro dzieci poza Rodzicami i Babcią nikogo  nie interesuje.

Nie wiem skąd to się wzięło, że dawniej dzieci wychowywać było o wiele trudniej. Przecież to nieprawda, bo było o wiele łatwiej.  Wiadomo było jak dziecku pomóc w zadaniach domowych, nie było problemów z książkami, nie trzeba było dzieci do szkoły zaprowadzać i przyprowadzać, nie było problemów z wyżywieniem, nawet niejadki  jedli co im się podało. Najważniejsze, że  szkoła była od nauki dzieci, a nie sprawdzania  opiekunów  jak swoje  pociechy edukują.

Jest  nam chwilowo ciężko, ale czuję każdą komórką swojego ciała, że te rewolucyjne zmiany córki nam wszystkim były potrzebne jak spragnionemu woda. Mimo trudności tak naprawdę wszystkim nam zmiany wychodzą na zdrowie. Doświadczyłam z córką i  wnukami czegoś cudownego,  scaliła nas   silniejsza  więź  MIŁOŚCI i wiara, że dla kochającej się Rodziny wszystko jest możliwe i nic nie jest straszne  bo doświadczyliśmy, że razem damy radę i wszystko jest możliwe. Szkoda, że nauczyciele nie słyszały jak wnuki mówiły, że to fajnie poznawać nowe szkoły, nowych przyjaciół i cieszą się z nowego mieszkania, bo jest fajniejsze bo teraz mają „antresolę”. Fajnie było słyszeć jak obydwoje z sobą rozmawiają  o byłej szkole i dawnych przyjaciołach  z sentymentem ale bez żalu. Cieszą się, że niedługo ich odwiedzą i będą mieli co  opowiadać jak  jest w  innej szkole.  Milenka ze zdziwieniem dodała, Filip!  jak byśmy nie chodzili do  nowej szkoły, to byśmy nie wiedzieli, że w innej szkole jest inaczej. Filipek  dodał,  a ja bym nie wiedział, że jest taka fajna świetlica i miłe Panie,  taka świetlica  najfajniejsza na świecie.

Obydwie z córką zauważyłyśmy, że dzieci bardzo wydoroślały, jak by zmądrzały nic nie tracąc z dawnej radości życia. Ja mimo zmęczenia czuję się młodsza i zdrowsza, ostatnio czytałam, że dopóki robi się cokolwiek po raz pierwszy, to człowiek się jeszcze nie starzeje.

Na tym nie koniec naszych zmian i nowych ciekawych doświadczeń. Jutro  córka zabiera dzieci do siebie do nowego mieszkania, a tym samym znów dzieci pójdą  do nowej szkoły. Na początek pojadę z nimi, by dodać im otuchy w nowej szkole w obcej nieznanej nam miejscowości. Mam nadzieję, że to nowe miejsce okaże sie dla wszystkich miłe,  przyjazne i szczęśliwe. Ja będę mogła ponownie  zostać  babcią która uwielbia rozpieszczać  wnuki,   wrócę do  swoich ulubionych   zajęć  i zdrowych  przyzwyczajeń, inaczej mówiąc będę mogła  zająć się swoim życiem.  Po takich doświadczeniach, czy moje życie będzie takie samo?   A może takie samo tylko szczęśliwsze?         Irena