Monthly Archives: Lipiec 2016

Tabu ważnych chwil człowieka

Japonia aparat 127Japonia aparat 182

Zdjęcia z Japonii  z  2014r.

 

Nie można mówić o raku, nie mówiąc o życiu, a tym bardziej o najważniejszej części naszego życia, czyli ostatnich chwil życia.

Ostatnie chwile mogą okazać się najważniejszą chwilą w naszym życiu. Niestety temat omijany, bo wydaje się tematem mrocznym i bardzo odległym, nawet dla chorych umierających.

Nikt nie wie, kiedy te chwile nastąpią, za wyjątkiem osób chorych na nieuleczalnego raka. Jeśli chorego nie okłamuje się w rokowaniach, to w przeciwieństwie do innych wie ile zostało mu życia.

W szpitalach lekarze i rodzina chorego niby dla jego dobra, często ukrywają przed chorym prawdę i wmawiają choremu do końca jego chwil, że musi walczyć i się nie poddawać.

Do mnie pewna pani chwaliła się, jak jej rodzina była dzielna przy zgonie bliskiego, który umierał, a oni mu wmawiali, że to tylko przejściowa dolegliwość i krzyczeli aby dzielnie walczył z rakiem do końca, zdając sobie sprawę, że są to jego ostatnie chwile. Wierzę, że dla nich było to okropne  przeżycie, ale nie musiało być aż tak traumatyczne.

Rodzina oczekująca podziwu  za okłamywanie umierającego,  nie zdaje  sobie sprawy, że  pozbawia bliskiemu godnych przeżyć ostatnich  najważniejszych  chwil życia.

Umierający też ma prawo do jakości życia do ostatnich chwil i godnego umierania.  Dlaczego  ich  się z tych praw tak często odziera!!!!!

To bardzo subtelny temat, kiedy i w jaki sposób choremu powiedzieć, że umiera i jego dni są już  policzone.  Jednak  należy  to subtelnie  zrobić , dla dobra chorego i jego bliskich. Należy  wsłuchiwać się w życzenia chorego, spełniać je w miarę możliwości i  nie przeciwstawiać się  jego woli.

Słyszałam, jak w takich sytuacjach często bez wiedzy chorego  ściągają w odwiedziny najdalsi krewni, z którymi chory nie widział się od lat. Nie byłoby  w tym nic złego, jeśli chory by sobie tych odwiedzin życzył.

Wiem z własnego doświadczenia, jak te ostanie chwile życia są ważne. Niczego bardziej nie pragnęłam, jak spokoju i wsparcia bliskich w moich przygotowaniach na rozstanie się z tym światem. Pamiętam jak  wizualnie  ze szczegółami przelatywało całe moje życie.

W tych ostatnich chwilach/czego byłam pewna/ pierwszy raz patrzyłam na całe  swoje życie spoglądając  z boku. Spostrzegłam,  że  moje życie nie było takie złe  jak  przez całe życie uważałam. Zobaczyłam siebie w bardziej pozytywnym świetle. Zdziwiłam się bardzo, że moje życie okazało się całkiem fajne.

Mówiąc szczerze, to było mi po tym spostrzeżeniu może bardziej żal rozstawać się z życiem, ale umierałam z poczuciem, że swojego życia nie zmarnowałam. Zdziwił  mnie jedynie fakt, że bardziej żałowałam tego, czego nie zrobiłam, niż popełnionych błędów.

Właściwie swoje błędy i życiowe upadki w automatycznym podsumowywaniu życia odebrałam jako odwagę w podejmowaniu  decyzji. Zrozumiałam, że w życiu nic nie ma pewnego. Niektóre przemyślane  decyzje wydające się trafne, bez żadnego ryzyka, z perspektywy czasu okazały się dużym błędem.

Pomimo ogromnych krańcowo różnych przeżyć, pozostało ważne poczucie, że wielu bliskich udziela mi wsparcia.

Dzięki świadomości umierania, zawierzyłam swoje ostatnie chwile i przejście na drugą stronę Matce Boskiej Licheńskiej. Naprawdę nie modliłam się o uzdrowienie, tylko o pomoc, o przejście  na drugą stronę i pomoc po  drugiej stronie. Najbardziej żałowałam, że oddaliłam się od Boga i modliłam się,  aby moją duszę nie porwały nieczyste „demony” w jakąś ciemną otchłań.

Po obejrzeniu życia z boku i modlitwach, czułam gdzieś głęboko w środku ulgę, a nawet wewnętrzną jakąś radość. Najważniejsze, że pomału stopniowo  śmierć przestawała  być mi czymś strasznym, pozostawał  tylko niepokój wynikający z  tajemnicy, co zastanę po tej drugiej stronie.

Wszystko odbywało się pomału, jak na zwolnionym filmie, jedynie uczucie uzdrowienia pojawiło się nagle, nieoczekiwanie i z zaskoczenia.

Moja wiara w uzdrowienie szybko została zachwiana, a nawet wręcz uległa w gruzach, ale tamtej pamiętnej nocy naprawdę uwierzyłam, że wyzdrowiałam i będę jeszcze trochę żyła. Powiadomiłam swoich bliskich, ale po ich reakcji poznałam, że mi nie uwierzyli.

Trudno się dziwić bliskim, onkolodzy do dnia dzisiejszego po 12-stu latach nie wierzą w moje uzdrowienie, tłumaczą to niebywale długą remisją.

               Pomijać temat ostatnich chwil, to tak jak by  zignorować  najważniejszą  część  życia.

Jak by mnie okłamywano o stanie mojego zdrowia, to prawdopodobnie odeszłam bym nieświadomie w bólu i męczarniach i na pewno już dawno by mnie na tym świecie nie było.

To proste, nie leczyłabym się  terapią naturalną, bo po co?

Wierząc w lekarzy, że mnie wyleczą,  łatwiej było  przyjmować  zalecane leczenie, niż szukać innych jak mi się  zdawało trudniejszych sposobów walki z chorobą. W takich sytuacjach trafne są słowa Bruce Liptona-„Ślepa wiara zabija”.

Kłamstwo zawsze jest destruktywne, tym bardziej w tak ważnych kwestiach jak rokowanie leczenia i świadomość o faktycznym stanie zdrowia.

              Według mnie jest karygodne okłamywać chorego co do ostatnich chwil jego życia. Szkoda, że zbyt  mało się mówi jak dla umierającego  są ważne.

Ostatnie chwile wcale nie muszą być mroczne, jeśli będą wypełnione „MIŁOŚCIĄ”.

Irena