Monthly Archives: Grudzień 2016

Atak płaczu

Kiedy w życiu idzie nam wszystko na opak i  nic się nie układa, spotykają  nas rozczarowania,  a życie traci sens, to znaczy, że mamy mnóstwo zablokowanych emocji, które aby się wydobyć, dają o sobie znać  na swoje różne sposoby,   niszcząc nasze  zdrowie i życie.

    

Emocje z myślą   są nierozłączne,  pojawiają się razem   i  wzajemnie na siebie  działają,  pozytywne myśli trzymają pozytywne emocje, a negatywne emocje  skupiają negatywne myśli.

Człowiekowi emocje towarzyszą od początku istnienia i jeśli nawet ktoś twierdzi, że nic nie czuje, to też odczuwa,  tylko nie potrafi tej emocji  nazwać.

Myśli wraz z  emocjami posiadają ogromną moc sprawczą i  ta  moc byłaby jeszcze większa,  nie do wyobrażenia,  gdyby  była  zgodna z programem  w naszej podświadomości, czyli nie było  wewnętrznego konfliktu.

Problem w tym, że nie jesteśmy niczego świadomi, bo  wszystko dzieje się  w podświadomości, a  świadomość najczęściej nie wie  dlaczego tak  się dzieje.  W takiej sytuacji trudno pozbierać  myśli  nieposkładane i tak samo rozsypane  emocje  są  absolutnie pozbawione naszej kontroli.

Przy zablokowanych emocjach nie jesteśmy też sobą.

Praktykując uwalnianie zablokowanych emocji, stwierdziłam   zależność między zablokowanymi emocjami, a  byciem  sobą.

Im bardziej się starałam  być taką  jaką  świadomie chciałam  być, tym bardziej nie byłam sobą.

W moim życiu urzeczywistniało się to w ten sposób, że często nie byłam sobą wbrew swojej woli, bo tłumiłam płacz i uśmiechałam  się  chociaż nie było mi do śmiechu,  tłumiłam gniew i udawałam  spokojną, a  coś w środku wrzało, tłumiłam   zadaną mi przykrość  i  udawałam radość,   itp. ; itd.  Wszystkie  życiowe dysfunkcje, oraz  tak zwane negatywne emocje są przejawem  zablokowania niekoniecznie tych złych uczuć, ale często pozytywnych, takich jak miłość i radość.

Tak naprawdę, nie ma złych emocji, dopiero stają się złe jak  je  zablokujemy, wówczas nawet zablokowana miłość i  radość  przejawia się jako ból  rujnujący  nam życie.

Dokładnie tak było ze mną, mając około trzech latek , zablokowałam w sobie radość i  śmiech. Taką krzywdę uczynił mnie nieświadomie mój  12 letni kuzyn,  wychowujący  się u nas powojenny sierota, który od wczesnego dzieciństwa  dotkliwie  będąc  doświadczony przez wojnę, robił projekcję na mnie. Przez moich rodziców był bardzo pobłażany i wynagradzany za doznane przez wojnę okrutnych cierpień. Więc kuzyn zazdrosny o to, że ja mam   Mamę, a on nie, popychał  mnie, podstawiał nogę wykrzykując, że jestem niezdarą,  niby w trosce o Mamę, odpychał mnie od niej  strofując słowami ” nie przeszkadzaj”.

Na tłumienie moich przeżyć  reakcjami kuzyna,  który zabraniał mi  śmiać się  i przeżywać radość,  a nawet odpychanie od Matki i Ojca słowami „nie przeszkadzaj”, przez dorosłych opiekunów było ignorowane.

Być może dorosłym  przeszkadzał mój hałas  wywołany  radosnym  śmiechem, dlatego tolerowali zachowanie  nastoletniego kuzyna wobec mnie, chociaż tak naprawdę było to  „tresowanie”  i zabijanie poczucia sprawiedliwości, bezpieczeństwa i miłości.

W taki sposób w okresie już wczesnego dzieciństwa nabrałam przekonania, że na miłość i radość nie zasługuję, ewentualnie  cieszyć się  mogę  tylko w samotności.

Będąc dzieckiem i w dorosłym życiu lubiłam ludzi radosnych i wesołych, sama zachowując zawsze smutną minę, myśląc, że zachowuję pozory powagi.  Kiedy miałam ochotę na radość i śmiech, to zawsze powstrzymywał mnie lęk, że  usłyszę – czego szczerzysz zęby?  ,  czy  śmiejesz się jak głupi do sera, lub inną złośliwą uwagę.

Przez całe życie  moje chwile radości zawsze były przerywane  przez  osoby  bliskie, dalsze, czy  losowe  przykre zdarzenia.  Nic dziwnego, że  mojej radości od dawna towarzyszył lęk, że zaraz coś przykrego się wydarzy i  to za każdym prawie razem się potwierdzało.

W końcu wkurzyłam się na tą sytuację i zrobiłam sobie  terapię  wchodząc  w swój lęk przed radością.  Pokonywałam  fale lęku przed radością,  jedną  za drugą,  aż dotarłam do wyżej opisanego zdarzenia z wczesnego dzieciństwa, jak byłam prześladowana przez swojego kuzyna.  Dziwne było to, że  po odkopaniu zablokowanej radości ,   nie mogłam powstrzymać płaczu przez  długi czas.  Chodziłam zapłakana przez trzy dni  dopóki nagle  nieoczekiwanie poczułam lekkość  i bez powodu  poczułam w środku taką wewnętrzną radość.

Na tym się nie skończyło, bo jeszcze przez tydzień  byle powód doprowadzał mnie do płaczu, aż poprosiłam męża, aby nie ingerował i pozwolił mi się wypłakać za wszystkie lata kiedy powstrzymywałam łzy.

Obecnie,  mimo jakichś przykrości już nie muszę powstrzymywać płaczu, bo płakać mi się nie chce, samoistnie zachowuję pogodę ducha i spokojnie czekam,  aż wszystko przeminie.

Okazało się, że moją radość blokował lęk przed płaczem i odwrotnie.

Przypominam sobie jak 5 lat temu miałam nieoczekiwaną reakcję po terapii  na odblokowanie smutku,  który jak  się zdawało prześladował mnie. Wówczas  niezrozumiałe dla mnie było,  jak  po terapii ze smutkiem  dostałam  długi atak śmiechu, którego nie mogłam powstrzymać.

Przez parę dni zaśmiewałam się bez powodu, tłumaczyłam to sobie tym, że jak dotarłam do źródła,  to zobaczyłam, że zablokowałam sobie smutek na ponad 50 lat z absurdalnej przyczyny dla dorosłego, ale nie dla trzy letniej  Irenki,  która miała prawo opatrznie zrozumieć zdarzenie.

Jedno zdarzenie ma wiele aspektów i wiele emocji. Przy uwalnianiu innych emocji,  czasem  wracam do tego samego zdarzenia  będąc świadoma, że podczas terapii, docierając do jednego źródłowego zdarzenia,   nie  zawsze udaje się uwolnić wszystkie zablokowane emocje.

Teraz po ostatniej terapii zrozumiałam, że  5 lat temu odblokowując  zablokowany smutek uwolniłam  jednocześnie  lęk przed  śmianiem się , a uwalniając   radość  uwolniłam  stłumiony  płacz.

Fajne jest to, że  przestałam być smutasem,  bo  nie boję się śmiać  i  ponownie przekonałam się, że wszystko jest w nas.

Irena

 

ŻYCZENIA ŚWIĄTECZNE

      

ŻYCZĘ RADOSNYCH ŚWIĄT BOŻEGO NARODZENIA WYPEŁNIONYCH  BLISKOŚCIĄ CIEPŁA KOCHAJĄCYCH SERC, POKOJEM I RADOŚCIĄ  I W NOWYM ROKU 2017 ZYCZĘ ZDROWIA, SUKCESÓW I WSZELKIEJ POMYSLNOŚCI.

IRENA

Rak odporny na krytykę

Byłam pod opieką nie tylko lekarzy, ale i wielu terapeutów i  nikt nie zauważył, że rak żywcem pożera moje ciało.

Gdyby dawano nagrodę „Nobla” za krytykę leczenia raka, to nagród byłoby więcej niż chorych, terapeutów i lekarzy razem wziętych, mówi to prosta kobieta, która dotknięta  rakiem  płuc,  nie miała sił i czasu na analizowanie krytyków zdrowia, nie dochodziłam kto chorymi manipuluje, by zdobyć władzę, sławę i pieniądze.

sycylia-etna-074 instam-bulgaria-072

By pozbyć się raka w warunkach jakich przyszło mnie żyć, unikałam chorych nieuleczalnych, interesowali mnie tylko uzdrowieni, czy wyleczeni, nieważne  jak się określali, ważne,  że uwolnili się od raka i wiedli szczęśliwe życie.

Szybko zauważyłam, że wszystkich uzdrowionych i wyleczonych łączył wspólny mianownik i to nie jeden. Wszyscy zmienili swoje życie, wszyscy walczyli o zdrowie wieloma sposobami i nikt nie narzekał na mało skuteczną w leczeniu  służbę zdrowia i  terapeutów, tylko w walce o zdrowie  korzystali z ich usług  dołączając do innych sposobów walki z rakiem.

Nie lubię porównań, ale trudno nie było spostrzec, że terapeuci tak samo  jak lekarze, co prawda mają  swoje sukcesy i porażki, ale wobec nieuleczalnego raka są jednakowo  bezsilni.

Po diagnozie nieoperowanego raka  płuca prawego/ guz 4cmx8cm/, swoją uwagę skoncentrowałam na pokonaniu jego wszystkimi  sposobami, wypraktykowanymi przez osoby, które raka pokonały. Interesowało mnie, jacy byli przed zachorowaniem i co rak w nich zmienił. Pochłaniałam każde słowo jak opowiadali o swoich sposobach walki z nowotworem i swoim obecnym życiu.

Nikt z wyleczonych nawet nie wspomniał o złych doświadczeniach z lekarzami, terapeutami, ziołami i dietą. Mnie też to wcale nie obchodziło, bo życie wisiało mi na włosku i rozumieliśmy się  bez słów.

Mnie dotkniętą rakiem nie interesuje tak zwany zdrowy styl życia, bo to niby, że co! My dotknięci rakiem mieliśmy zły styl życia? To nieprawda!!!!!

Zdrowo się odżywiałam –  a mimo tego  chorowałam,  rozsądnie,  wydawało się mądrze postępuję –  a głupio wychodziło, starałam się jak mogłam – a i tak  wszystko  szło na opak niż chciałam. Z mojej obserwacji wynikało, że nie byłam wyjątkiem, wszyscy podobnie szli przez życie, tylko nielicznym życie układało się jak po sznurku.

U mnie rak pod opieką lekarzy i terapeutów   rósł w siłę i pustoszył moje ciało. Nie paliłam, nie piłam, unikałam potraf smażonych i tłustych, z rosołu wybierałam oczka, unikałam wieprzowiny, spożywałam dużo jarzyn, owoców i prowadziłam spokojne życie, a mimo tego padłam ofiarą raka i jak mnie zdiagnozowano poszły już przerzuty.

Wielokrotnie przekonywałam się, że nad swoim życiem nie mam kontroli , cokolwiek nie zrobię, to i tak na złe się obróci mimo dobrych intencji i odwrotnie do tego co zamierzałam.  Ludzie których znałam  uważali podobnie, mówili mi Irena  , cokolwiek nie zrobisz,  to i tak  d..pa  z tyłu. Niektórzy twierdzili,  że taka karma, albo szczęście.

To nieprawda, że rak nie daje objawów, moje ciało na raka  płuc gdzieś około pół roku przed diagnozą usilnie dawało znać bólem, zanikaniem pamięci i coraz większym osłabieniem całego ciała tak, że nie dało się tego nie zauważyć.

Byłam pod opieką nie tylko lekarzy, ale i wielu terapeutów i  nikt nie zauważył, że rak żywcem pożera moje ciało. Nie pomogło mnie to, że krytykuje się lekarzy, którzy leczą tak aby nie wyleczyć, nie pomogło mnie to, że krytykuje się terapeutów którzy żerują na chorych.

Tak naprawdę nic mnie nie interesowało, tylko gorączkowo szukałam osób które pokonały raka i takowych znalazłam i  słuchałam tych którzy  się otworzyli i mówili o swoich sposobach walki, co czuli podczas choroby i jak rak pozytywnie zmienił ich życie. Nie od krytyków /”różnych maści”/ i  naukowców, tylko od  ludzi którzy pokonali raka  czerpałam wiedzę, sposoby walki i inspirację do zmiany życia.

Nie żaden znany terapeuta, ani znany profesor     postawił  mi trafną diagnozę / u  których się leczyłam/,  tylko w końcu na ostatnią chwilę trafiłam na odpowiednią Panią  doktor, która od razu postawiła diagnozę, zorganizowała wszystkie badania i szpital.

W Internecie jest mnóstwo krytyki co do służby zdrowia i każdy się z tym zgodzi, że nasza służba zdrowia jest toksyczna, ale  mimo tego,  też można pokonać raka!!!!!

Nie daję zgody terapeutom, którzy bez wiedzy medycznej zabraniają chorym znajdujących się pod ich opieką leczenia akademickiego, a w następstwie tego chory umiera.

Nie daję zgody lekarzom akademickim, którzy zabraniają swoim pacjentom stosowania terapii, przez wybranych przez siebie terapeutów, a w następstwie tego chory umiera.

Na podstawie swojego doświadczenia mogę powiedzieć, że wielu terapeutów zdobywa uznanie, nie dlatego, że znają skuteczne sposoby na choroby, ale dlatego, że są mistrzami w krytykowaniu lekarzy i całej służby medycznej.

 W toksycznym całym systemie medycznym krytykę łatwo poprzeć faktami, dzięki temu krytyka tych terapeutów  łatwo sprzedaje się w mediach i wzbudza zaufanie u wielu chorych. 

Moim życzeniem jest aby coraz więcej ludzi potrafiło zapobiec chorobom tak, aby służba zdrowia wraz z  terapeutami kiedyś  stała się bezrobotna, bo społeczeństwo będzie zdrowe.

Irena