Monthly Archives: Styczeń 2017

„Urocza świnia”

 

Nie rzucaj pereł między wieprze, to  mądre przysłowie  z Księgi Przysłów może  odmienić życie.

Jednakże, źródło niepowodzeń większości ludzi głęboko pragnących w chwili obecnej pojawienia się ich wymarzonego partnera w ich życiu, tkwi w tym, iż usiłują oni na siłę stworzyć związek  przywiązując się obsesyjnie do jednej osoby   i usiłując  uczynić  tę konkretną osobę  ich wymarzonym partnerem życiowym. – Autor  E. J. Hicks  – amerykańscy odkrywcy Prawa Przyciągania.

Jak ogromne pragnienie niszczy racjonalne myślenie,  przekonała się o tym Kasia

Kasia jest mądrą 40 letnią piękną, wykształconą  kobietą i wspaniałą Matką dwójki tak samo wspaniałych dzieci. Ma wiele walorów, ale jedna  bardzo pozytywna cecha okazała się dla niej przekleństwem. Tą cechą jest  duże wspomaganie innych osób, a w szczególności swojego partnera.

Gdy poznała pierwszego partnera,  zachwyciła się nim tym, że sam opiekował się córką,  którą porzuciła   Matka. Ona samotna panna bez zobowiązań,  w opiece  nad córką wspomagała go z całego serca  tak bardzo, że  przejęła całkowitą  opiekę za niego i jej  Matkę. Tak było do momentu,  dopóki nie urodziła mu dwójkę fajnych dzieci. Dopiero wówczas przejrzała na oczy, że  on ucieka od   dzieci.  Tak naprawdę  swoją córką też nigdy się nie zajmował, tylko podrzucał jak kukułka innym  osobom z Rodziny.  Przed Kasią  zagrał tylko  dwa razy krótkie role troskliwego tatusia i tym jej zamydlił oczy i dał przekonanie, że jest troskliwym ojcem.

Gdy poznała drugiego partnera, to on dawał jej pozory   bardzo troskliwego opiekuna wobec jej dzieci. Niestety ponownie nie zwróciła uwagę, że ten również zagrał przed nią troskliwego opiekuna na parę dni, to ją zmyliło, że lubi i ma super  podejście do  dzieci.  Ona w zamian za parodniową jego troskę, zapragnęła zasłużyć na jego miłość i przez dwa lata zajmowała się nim, niczym  trzecim dzieckiem. To ona pracująca matka znajdowała czas i pieniądze,  by jeździć  po niego i wozić go tam i z powrotem według jego życzeń, bo on nie miał samochodu i nie lubił jeździć środkami komunikacji publicznej.  W takiej sytuacji Kasia była jego kierowcą z samochodem,  spełniająca  jego życzenia. On w zamian szeptał jej do ucha miłe puste słowa bez pokrycia, ale Kasia jemu wierzyła. Tak było do momentu, dopóki nie kupił sobie samochodu, wówczas kierowca z samochodem  przestał mu być potrzebny i  Kasia przestała  też mu być potrzebna.

Kasię spotkały dwa ogromne rozczarowania i to jedno po drugim, na szczęście kochające dzieci nie pozwoliły jej się załamać. 

Rozczarowania spotykały ją z powodu ogromnego pragnienia, by  mieć taką zwyczajną, prostą  kochającą  się Rodzinę. Od partnera nie wymagała środków  finansowych, bo na potrzeby Rodziny potrafiła sama  zarobić. Ona tylko  marzyła, aby partner  ją z dziećmi kochał i chciał z nią stworzyć Rodzinę pełną spokoju i ciepła.  Tymczasem spotykała partnerów życiowych, którzy z jej domu uciekali,  a od czasu do czasu wracali jako do bazy noclegowej, oraz  szli do niej na przetrwanie  jak kończyły im się pieniążki. Bazowali na jej pełnym zaufaniu, dzięki temu nie musieli się tłumaczyć  co robili i jak spędzali czas będąc poza domem.

Jak teraz ich wspomina, mieli jedną charakterystyczną cechę, wszystko co dotyczyło ją razem z dziećmi krytykowali, jednocześnie wychwalając siebie jacy są wspaniałomyślni i wspaniali.  Obydwoje byli „złoto mówcami” dodając, a co?  nie wierzysz mi?  Oczywiście Kasia im wierzyła, bo związek bez zaufania nie miał by racji bytu, a jej bardzo zależało by mieć  ciepłą, spokojną Rodzinę, bez kłótni i awantur.

Po terapii uświadomiła sobie,  że jej problemem  było   duże  pragnienie, które było w konflikcie z  jej marzeniem z powodu niskiego poczucia własnej wartości jako kobiety, ale  z świadomością, że jest silną osobą, która nie boi się życia i problemów.

Związku z powyższym jak spotykała na swojej drodze pospolitą  „świnię”,   która  zatrzymała się przed nią na jej drodze, to po przyjrzeniu się jej, nie widziała świni takiej jaka jest, tylko  zobaczyła coś co chciała zobaczyć i  co było zgodne z jej pragnieniem, czyli   założeniem   pełnej  Rodziny.

Jako mądra i światła potrafiła na „świnie” patrzeć  racjonalnie, ale jednocześnie jej   pragnienie  wykrzywiało myślenie,  że tak  „urocza świnia”, pod jej wpływem zmieni się pozytywnie.  Chciała myśleć, że  jak  świnia ubierze  kamizelkę, kapelusz i ciemne okulary  to  stanie się  „tygrysem” ; polarnym  niedźwiedziem;  czy ogromnym  lwem,  który da jej Rodzinie bezpieczeństwo. O resztę  potrzeby domu ona potrafi się zatroszczyć, bo jest kobietą  pracującą i żadnej pracy się nie boi,  dlatego dobrze zarabia. W tym momencie jej marzenie o życiowym partnerze zostało zniszczone.

Od pierwszych dni zauważała, że świnia charczy, źle się zachowuje, ale zawsze jej pragnienie  włączało usprawiedliwienie świni, że ma ciężko,  bo nikt  go nigdy nie rozumiał, on zawsze za innych obrywa i się denerwuje, że ludzie dla niego są źli, niedobrzy i wykorzystują jego duże dobre serce.

               Kasia dopiero teraz, jak po terapii odrzuciła pragnienie i ponownie ujrzała swoje  marzenie,  uświadomiła sobie o czymś, o czym zawsze  wiedziała, że świnia może zmienić ubranie, lub   ufarbować swoją skórę, ale zawsze  zostanie świnią, tak jak wąż po zrzuceniu skóry nadal pozostaje  wężem.

               Przykre jest to, że podobne doświadczenie ma wielu mężczyzn, którym zbyt duże pragnienie przesłania zdrowe myślenie i niszczy  marzenie o życiowej partnerce.

               Zbyt  małe żądania z jednoczesnym dużym  wymaganiem od siebie powoduje że nasze ego funduje nam ogromne pragnienie, które niszczy nam szacunek  i  marzenie.

                              Według mnie,  bez szacunku do siebie, marzenie nie ma szansy na przetrwanie, a my w takiej sytuacji  zastępujemy marzenie ogromnym pragnieniem, które zawsze kończy się rozczarowaniem, a tym samym i bólem.

Irena

 

 

Mój inny świat

            

Przyznaję szczerze, że czasem czuję się   samotna tak bardzo, że jak słyszę za bramą uczuciowej wolności  znajomy  gwar i śmiech, to mam ochotę ponownie wrócić w okowy dawnego emocjonalnego więzienia.

Od 12 lat uwalniam swoje uwięzione uczucia, dzięki temu częściowo wyszłam z okowy  uczuciowego więzienia i powinnam  cieszyć się  swoją wolnością,  tylko jakoś do końca tak nie jest.

Szybko przychodzi refleksja, że w dawnym życiu, moja ścieżka skończyła się 12 lat temu i miałam wybór, albo wstąpić na nową ścieżkę życia, albo z godnością umrzeć.

Daje mnie to do myślenia, jak bardzo uwięzione emocje przywiązały mnie do smutku, bólu i cierpienia. Teraz bez nich powinnam się czuć szczęśliwa, jednak nie do końca tak jest, jak widzę wielu bliskich i znajomych tkwiących w okowach uwięzionych uczuć.

W świecie wolnym od wielu toksycznych uczuć jest i  fajnie i smutno, bo jest nas tak bardzo mało. Jestem aktywna, wychodzę  do ludzi, mam męża, dzieci, wnuki i nawet mam szczęście mieć jeszcze kochaną Mamę. Mimo tego czasem  czuję się   samotna tak bardzo, że jak słyszę za  bramą  wolności  gwar  i śmiech, to mam ochotę ponownie wrócić w okowy dawnego więzienia.

Czasem robię ten krok do tyłu,  wcielam się w dawną ja  będąc     w grupie   wesołych znajomych.  Oni  dla mnie byli i nadal są wspaniałymi ludźmi, których nie można nie szanować  i nie tęsknić za nimi, tylko ja jakbym była nie dopasowana.

Ze znajomymi czas spędzam chętnie i  miło, tylko ich śmiech  i radość już nie udziela  mnie się tak, jak dawniej. Powodem tego jest moja świadomość, że ich śmiech i radość, to przykrywka na ich problemy zdrowotne i życiowe. Zbyt dobrze to znam, abym  nie rozpoznała  radości powierzchownej,  pod którymi są  ukrywane   smutki i problemy.

Byłoby super, gdyby  ukryte problemy  znikały z naszego życia, ale tak nie jest. Ukryte nadal rosną w siłę już bez żadnych przeszkód.

W takich chwilach przypominam  sobie jak ja dawniej podobnie  radziłam sobie z problemami i smutkiem.  Z  bólem fizycznym nie trzeba było sobie radzić, wystarczyło być obowiązkowym w przyjmowaniu leków i dzielnie cierpienie znosić.

Obecnie nie przyjmuję żadnych leków, a ból wykorzystuję do rozwiązywania smutków i problemów.

Ja tak samo jak wszyscy  nie lubię cierpieć, tylko inaczej do swojego bólu podchodzę.  Inni zadają pytanie dlaczego, lub są pogodzeni z bezsilności, a  ja zadaję pytanie,  jaką informację  ten ból chce mi przekazać.   Następnie  zastanawiam się,  czy dam radę   wejść  tym bólem do źródła zdarzeń,   przez które stworzyłam ten ból. Kiedy ponownie  widzę zdarzenie, to prawie zawsze  okazuje się, że prawda tego zdarzenia jest inna niż ja kiedyś to sobie zaprogramowałam.

Tak np. było, jak  mając  5 lat wpadłam do kotła gotujących się obierków. Ojciec jak mnie wyciągnął, to byłam pewna przez 50 lat, że najpierw mnie zbił uderzając ręką w poparzone miejsca, denerwował się na mnie, położył nerwowo na łóżko i dopiero pobiegł zadzwonić po pogotowie.

Po wejściu  do podświadomości z  poczuciem winy, ponownie zobaczyłam to samo zdarzenie w innym świetle. Ojciec otrzepywał  ze mnie  ręką  gorące   obierki,   przyklejone  do  mojej sukienki i ciała, a ja mylnie odebrałam jako  dawanie mi klapsów.  Denerwował się tym, że ja cierpię, a On jest bezsilny, ale  nie na mnie, jak do tej pory myślałam.

W okowach uczuciowej  niewoli, już bym nie mogła przebywać, już na zawsze byłabym inna,  tutaj na wolności mogę być sobą.

Na szczęście wiele osób już taką samą wolnością się cieszy,  tylko po większej części są  to osoby  młode, a to jest  inne pokolenie, niż moje.  Mają inne problemy życiowe i zauważyłam, że szanują, ale nie zawsze rozumieją mnie,  jak dzielimy się swoimi doświadczeniami. Ja to rozumiem,  bo tak do końca  skąd mogą wiedzieć jak czują się osoby  zaawansowane wiekowo,  nie przeżyli tego, co my.

Moja gorsza sprawność fizyczna i dolegliwości  wynikają  po  większej części z racji wieku, a to już jest inny program, w którym uwięzione emocje nie biorą udziału.

W moim wolnym nowym świecie martwi mnie, że  nie mam z kim porozmawiać o celach, planach na przyszłość,  oraz o ustaleniach  nowych priorytetów. Bo inne cele i plany  mają /30/ trzydziestolatki,  niż  osoby w moim wieku i inne cele i plany mają osoby zniewolone, przez uwięzione uczucia./Głównie myślą jak dostać się do lekarza, jakie lekarstwo pomaga na daną chorobę i czy dam radę pomóc dzieciom/.

Brakuje mnie tego, z kim mogłabym porozmawiać o bolączkach i  pomysłach na siebie, jak się ma 60+  z watem,  przełamując stereotypy, że pozostały nam tylko małe  wnuki i kościół.  Co wcale nie znaczy, że mam coś przeciwko, mam na uwadze tylko to, że myśmy już swoje zrobili, wypracowali i mamy prawo w końcu pomyśleć o sobie i coraz częściej mówić nie, by żyć z myślą o sobie.

Wierzę, że niebawem coraz więcej osób po 60+ zacznie się wyzwalać z uwięzionych uczuć podobnie jak tysiące młodych.

Młodzi mają inne priorytety i inne pomysły na swoje życie i zupełnie inaczej korzystają ze swojej wolności, po wyjściu z krainy ofiar. Co raz więcej młodych  uwalniają uwięzione emocje, bo  chcą wziąć  swoje życie na swoją odpowiedzialność, by żyć  tak jak sami chcą, a nie tak,   aby komuś to się podobało.

W późnym wieku otrzymałam drugie życie, więc to zobowiązuje i  chcę aktywnie  wykorzystać dany mi czas jak  najlepiej. Okazuje się, aby spełniać się  i żyć pełnią życia  zaistniała potrzeba poszerzania swojej wiedzy i  zdobywania nowych  umiejętności  na kursach i warsztatach i ja to z przyjemnością czynię.

Teraz  będąc wolna z uwięzionych wielu emocji, czuję się tak, jak bym żyła w innym ogromnym świecie, rozglądam się po  nim,  który  wydaje mi się większy, jak by normalnie się poszerzył, może dlatego, że dałam sobie więcej wyborów?

Nie przejmuję się   zdziwieniem innych jak kiedyś,  że z wnukami chcę mieć kontakt   często,  ale  krótko,  a do kościoła chodzę niezbyt często, bo modlić lubię się w samotności.

Idę wybraną ścieżką  w nowym nieznanym świecie z wiarą, że życie pięknem  znów  nieraz  mnie zaskoczy i będzie nas wyzwolonych coraz więcej.

Irena

Toksyczna dieta

   

 

Co to znaczy zdrowo żyć i zdrowo się odżywiać  aby nie ogłupieć?

Gadanie o niezdrowej żywności jest mocno przesadzona.  Może właśnie zainteresowane korporacje sieją strach  po to, by wyeliminować konkurencję, a inne by  ukryć duże spożywanie  leków/czysta  chemia /  zapisywanych lekką ręką  przez lekarzy?

 Czy to  ekologiczne żywienie jest tak zdrowe jak się o tym mówi? Ja mam do tego wątpliwości.  W  tym temacie  dużo się mówi  i dużo pisze,  aż  roi się od książek, czasopism, programów TV i radiowych,  jest mnóstwo przychodni zdrowego życia, kursów i warsztatów,  sprzecznych co do zasadności zdrowej diety.

Jakiego autora uzasadnienie diety przyjmiemy zależy, kto bardziej nas przekonał,  czyli jakiego dokonamy wyboru,  komu damy wiarę  lub jakie argumenty do nas trafiły.

 Niemałe znaczenie  w naszej diecie ma w danym okresie modny styl życia, na który zawsze znajdzie się naukowe uzasadnienie, że to jest zdrowe.

Problem polega na tym, że   dając nam przekonanie o spożywanych produktach znajdujących się w legalnej sprzedaży, powoduje w nas stres, że odżywialiśmy się  przez jakiś okres szkodliwą żywnością, a do tego nadal kupując produkty  jesteśmy w stresie, bo nie jesteśmy pewni, czy kupujemy produkty zdrowe. W konsekwencji spożywamy posiłki w stresie, a wiadomo, że stres zabija!

Szkodzi nam wszystko to, co uważamy, że jest szkodliwe.  Problem polega na tym, że krytykowanie przez media co raz innych produktów jako szkodliwe, tak  ogłupiają, że ma się wrażenie, że w sklepach wszystko jest szkodliwe. /Nawiasem mówiąc nie tylko w sklepach spożywczych/

Pamiętamy jeszcze hasła nawołujące, aby dzieci  w przedszkolach i szkołach  piły mleko, to będą zdrowe,  dopóki naukowcy nie udowodnili, że  to nie prawda, a teraz znów  jest coraz więcej zwolenników , że mleko jednak  dla dzieci jest zdrowe.

Podobnie było z masłem i margaryną, teraz to samo jest z olejem kokosowym.

Trochę już żyję  i będąc dzieckiem  słyszałam,  że zdrowe jedzenie  to mięso , rarytasem był drób a w szczególności kurczaki, a najgorszym mięsem  była wołowina.  Dobry zdrowy rosół musiał mieć  dużo żółtych pływających oczek. Na tej diecie moja kochana Mama żyje 93 lata i ma sprawny umysł i jak na swój wiek ma się dobrze.

Domowe zwierzęta i drób w gospodarstwach na wsi w tym okresie  były hodowane  pokarmem naturalnym, tylko  czy na pewno z takiego chowu żywność była zdrowsza?  Uważam, że nie!  Tylko bakterie i wirusy dozowane w małych dawkach uodparniały na różne choroby.

Zwierzęta domowe  chorowały  i były nosicielami  wielu chorób,  tylko o tym nikt nie wiedział i spożywano posiłki bez stresu. Zdarzało się nawet, że ktoś zakopał, kto inny  wykopał zakopane nieżywe padnięte  np. świnie niby  do własnego spożycia, ale tak naprawdę sprzedawano.

Słyszałam, jak niektórzy żartowali, że Panowie i Paniusie w mieście wszystko zjedzą. Będąc małą dziewczynką słyszałam, jak na  wsi, żaliła się jedna Pani do innych, że nie ma w domu  masła, bo szczur wpadł jej do śmietany i musiała wszystko  sprzedać miastowym  i jakoś nikogo nie potruła.

Prawda jest taka, że dzisiaj ludzie  więcej spożywają  różnych leków, które zamiast pomagać, to szkodzą, ale  też tłumaczy się niezdrową dietą.

Czy z upraw ekologicznych,  nie  są  skażone  zakaźnymi chorobami  gryzonie, koty , ptaki i inne robale jak  ślimaki,  na przykład mszyce , czy muszki?

Uważam, że ekologiczne uprawy  byłyby skażone larwami  i  wirusami różnych chorób, gdyby faktycznie nie tępiono chemią.

Przecież dlatego ludzkość zaczęła  wprowadzać do hodowli i plantacji chemię, bo nie radziła sobie z różnymi chorobami zagrażające życiu człowieka i zwierząt,   a nie tylko dlatego by zwiększyć swoje plony. Wszystko byłoby dobrze, gdyby z tą chemią plantatorzy, hodowcy  i producenci zachowywali umiar.

Według mnie, uprawy ekologiczne są potrzebne  by zachować równowagę  środowiska,  ale spożycie ich jest bardzo przereklamowane.

Wkurzam   się jak czytam, czy słyszę, że  dodatkowym plusem lepszego dawniej żywienia jest to, że w gospodarstwach zwierzęta były kochane, cieszyły się wolnością, radowały się. Nie chcę w tym temacie się rozpisywać, tylko podam przykład, że prawie  każdy będąc dzieckiem dostał chociaż raz lanie, bo taki był zwyczaj wychowywania. Czy ci sami chłopi mówili swoim świniom , krowom  i innym ptakom, że ich kochają?  Dzieci obrywały często na zaś, ale żadnego zwierzęcia nikt batem nie śmignął i nie okładał kijem jak  do obory zaganiał? Ludzie głodowali, a zwierzęta w gospodarstwach na przednówkach nie głodowały? Nie chorowały na różne zakaźne choroby zagrażające człowiekowi ?

Dzisiaj są inne obyczaje i inna świadomość i to jest fajne,   gospodarstw już  nie ma, są tylko   duże fermy i plantacje. Tylko czy aż tak niezdrową żywność produkują? Czy wszyscy farmerzy kurczaki hodują w ciasnych klatkach urągające wszelkim humanitarnym  normom?

               Ci co uwierzą, że spożywają niezdrową żywność, będzie dla nich niezdrowa. Natomiast te same produkty  dla tych, którzy z wiarą spożyją jako zdrową, będzie dla tych  zdrowa.

Gadanie o niezdrowej żywności jest mocno przesadzona.  Może właśnie zainteresowane korporacje sieją strach  po to, by wyeliminować konkurencję, a inne by  ukryć duże spożywanie  leków/czysta  chemia /  zapisywanych lekką ręką  przez lekarzy?

Moje doświadczenie z odżywianiem zaprzecza wielu publikacjom, dietetykom i książkami zdrowego odżywiania.  Mój organizm jest najlepszym i wiarygodnym laboratorium, bo na złą żywność od razu negatywnie reaguje.

Źle znoszę dietę warzywną, dlatego  spożywam prawie  wszystko, z tym,  że ograniczam  produkty smażone i wędzone.

Stosuję dietę taką, po której zdrowo się czuję, a moje ciało wie  najlepiej czego mu potrzeba. Naukowe badania zmieniają się, są sprzeczne z wcześniejszymi badaniami, by po pewnym okresie ponownie polecać, czasem ostrzegać  w zależności jaka korporacja badania finansuje.

Związku z powyższym uważam, że mają słuszność ci  naukowcy którzy  twierdzą, że to nie dieta, tylko wiara w nią powoduje, czy żywność jest zdrowa, czy szkodliwa.

Irena

 

 

Despotyczna miłość

 

Najtrudniej do swojej racji przekonać siebie

Moja ślepa wiara w mądrość mojego męża powodowała, że bardziej wierzyłam jemu, niż sobie.

Jak poznaliśmy się,  obydwoje byliśmy piękni i młodzi.  Szłam  przez życie  z wiarą, że świat przede mną  stoi otworem.  On jak mnie zobaczył, to  powiedział mi, że mam wszystko to, co jemu w kobiecie się podoba, a ja byłam tak nieśmiała, że  patrzyłam tylko  na jego buty.  Nie widziałam nawet jakiego koloru są jego włosy i oczy, ale jak mnie delikatnie objął  swoim męskim ramieniem, to miałam  uczucie, że znam go od bardzo dawna. I tak się zaczęła nasza wspólna cudowna gra zwana miłością.

Nie od razu w nim się zakochałam, byłam bardzo badawcza i ostrożna. Mój nowo poznany mężczyzna z każdą godziną i z każdym dniem odkrywał przede mną swoje zalety. Po rocznej znajomości okazało się, że jest w ogóle  bez wad. Był bardzo troskliwy, miły i  dawał mi duże poczucie bezpieczeństwa.

Byliśmy zgodni w swoich marzeniach, więc rozmawialiśmy o nich godzinami, a czas na rozmowach uciekał nam błyskawicznie. Mówił tak pięknie o swoich marzeniach, że opowiadając o nich zarażał mnie nimi  tak bardzo,  że zapragnęłam razem z nim  uczestniczyć w realizacji jego marzeń, niestety nie swoich.

Swoich marzeń tak bardzo się wstydziłam, że o nich swojemu panu mało  opowiadałam, bo uznawałam, że są zbyt kobiece i mojemu  „macho” nie przystoi zawracać głowy. Czasem nieśmiało próbowałam opowiedzieć  jakie chciałabym mieć mieszkanie,  gdzie mieszkać, gdzie pracować,  jak spędzać czas po pracy. On od razu uruchamiał swoją broń, czyli krytykę i jako znawca wszystkiego, obrazowo prostował, przerabiając moje marzenie  według swojego upodobania.

Teraz z perspektywy czasu widzę, że tak naprawdę krytykował wszystko co dotyczyło mnie, a co dotyczyło jego wszystko chwalił. Na początku  naszej znajomości mówił głośno przed swoimi kolegami i naszymi znajomymi, że mam to, co jemu w kobiecie się podoba, a następnie  jak byliśmy sami,  wszystko to  we mnie krytykował.

Problem polegał na tym, że ja to coś interpretowałam na swój sposób, a jemu jak później się okazało, podobało się moje poddanie  jego krytyce, a nie moje walory kobiece jak  ja sobie  wyobrażałam.

Ja jego krytykę przyjmowałam jako szczerość  i   mądrość.  On okazał się znawcą  od  wszystkiego, również  co do mojego  ubioru i fryzury.  Doszło do tego, że jak  przyszłam od fryzjera, to mi fryzurę  rozwalał mówiąc, abym  zmieniła uczesanie bo wyglądam  szkaradnie.  Mnie  to jego zachowanie denerwowało,  ale  uspakajał  mnie zawsze tym, że będąc ze mną  w towarzystwie był miły i pewny siebie.  Oznaczało to dla mnie, że  jest szczery i się mnie nie wstydzi. Jeśli ktoś  pytał, po co rozwaliłam tak ładną fryzurę,  to  odpowiadał, że  jemu w niej się nie podobałam. Zawsze mówił, że mam tylko jemu się podobać, a innym podobać się nie muszę. Zapewniał mnie, że on żyje tylko i wyłącznie dla mnie, więc ja też powinnam żyć tylko dla niego, czasem dodawał – „no chyba, że już mnie nie kochasz”.

Nie pozwolił mnie pracować, chociaż więcej zarabiałam od niego, bo od  opiekowania i wychowania dziećmi byłam ja, a nie on, argumentując  tym, że to ja rodziłam. Od sprzątania, prania, gotowania też  byłam ja, nawet wówczas jak po latach poszłam do pracy, nic w tym temacie się nie zmieniło.

W wyżej opisany   sposób budował w sobie coraz większą pewność siebie, a moją pewność stopniowo umniejszał.  Krytyka do niszczenia mojej pewności siebie była jego  doskonałym narzędziem. Mimo  zapewnienia, że ja i tylko ja jestem  jego Panią, stawałam się coraz bardziej malutką i słabiutką szarą nic nie znaczącą dla niego  kobietką. Aż po latach stwierdził, że stać go na lepszą i zostawił mnie z dziećmi, bez środków do życia,  tłumacząc dzieciom i znajomym, że to z mojej winy.

Robiłam to co on lubi i postępowałam tak,   aby on był zadowolony. Usprawiedliwiałam jego złe zachowanie,    broniąc  jego wybuchy gniewu jak przysłowiowej niepodległości.  Usprawiedliwiałam nawet jego potknięcia zawodowe, uważałam że on wspaniale wywiązywał się ze swoich obowiązków, tylko przełożeni  niesprawiedliwie go oceniali.  Uważałam tak, bo mój mąż  tak twierdził, a myślałam, że jest szczery i mówi prawdę.

Łatwo mną było można manipulować,  bo ja krytykę  brałam za szczerość.  Zawsze mówił  z takim przekonaniem, że kieruje się tylko moim dobrem,  rozwiewając moje  wątpliwości.

               Uzależnienie od despoty zaczęło się, kiedy dałam mu przyzwolenie  na krytykowanie siebie.  Wpadając w  to uzależnienie,  straciłam zdolność postrzeżenia, że jego zapewnienia, jego obiecanki to puste słowa, słowa, słowa…,  które w żaden sposób  nie są poparte  jego działaniem.

               Moje racje,  czy argumenty obalał byle jakim kłamstwem. Bardziej przekonywały mnie byle jakie  jego kłamstwa,  niż moje argumenty  oparte na  logicznym  i racjonalnym myśleniu.

Po uwolnieniu się od   destruktywnych lęków  oraz poczucia  winy,  zobaczyłam swojego  męża i władcę zupełnie w innym świetle.  Moim uzależniającym syndromem psychicznym okazał się zablokowany lęk z poczuciem winy.

W domu rodzinnym, jako dziecko brałam odpowiedzialność za Rodziców i przyjmowałam ich błędy jako moją winę. Taką tendencję miałam dlatego, że moi Rodzice wychowywali mnie poprzez krytykę i karę. Mnie nigdy za nic nie chwalono, nawet jak otrzymywałam piątki, to i tak uzasadniano mi, że jestem gorsza od innych.

Rodzice stosowali wychowanie krytyką, bo bali się, że będę porównywała się do tych gorzej uczących się, a ich intencją było, aby wzorować się na  tych lepszych od siebie.

Nie zdawali sobie sprawę, że poprzez  ich  wychowanie,  wyposażyli mnie w potężne poczucie winy, oraz poczucie, że jestem takie  nic,  czyli obdarli z wewnętrznej wartości. Dokładnie tak jak w tej piosence „Mniej niż zero…”

Z perspektywy czasu wiem, czym  tak przyciągnęłam  do siebie  przed laty byłego męża. Poczułam w nim  „smaki dzieciństwa”, a tak dokładnie to poczucie bezpieczeństwa, bo miałam w podświadomości przekonanie  wyniesione z domu, że  Rodzice i opiekunowie, krytykują mnie dla mojego dobra. Skojarzenie przez   podobne podejście despoty  do   Rodziców,  moja podświadomość odbierała jako bezpieczeństwo, chociaż  moi Rodzice w żaden sposób wobec mnie nie byli despotyczni, bo ich intencja była inna.

Intencja w naszym życiu pełni ważną rolę, o czym często zapominamy.

Moja historia z despotycznym mężem  miała szczęśliwe zakończenie, że wbrew mojej woli on mnie zostawił. Najlepiej moje porzucenie przez męża podsumował mój kochany Ojciec – Ty córcia zamiast płakać, to ciesz się, że  sam odszedł  twój  despota zanim ciebie wykończył, bo Ty pozbyć się jego nie miałabyś już szansy.

Historia  jego  miała smutny epizod, ponieważ  moja rywalka okazała się despotką o silniejszej osobowości od niego. Szybko stał się  jej ofiarą i jak żył, tak skończył. Jak tylko ze swoją despotką, a moją rywalką się ożenił i zamieszkał  to  marniał w oczach, chorował, aż zmarł tonąc w długach na kwotę 800 tysięcy złotych.

W pewnym momencie, nie wiedziałam, czy mu współczuć, czy dziękować mojej rywalce, że mojego despotę tak elegancko załatwiła, właściwie, to dokładnie tak jak on mnie. Mimo wszystko przykro mnie było, że tak  skończył, w końcu był ojcem moich dzieci. Bawi mnie tylko to, że ona tak samo wobec  innych zapewniała  o swojej miłości do niego,  jak on kiedyś  do innych mówił  o miłości do  mnie.

Na tym moja historia o despotycznej miłości się zakończyła i na pewno miałaby ciąg dalszy, na zasadzie reakcji łańcuszkowej, jak bym nie  uwolniła  się od  destruktywnych   emocji.

Nasza podświadomość kieruje życiem, ale należy pamiętać, że nie posiada zdolności logicznego i racjonalnego myślenia.

Kiedy nasze  świadome działanie koliduje z podświadomością, wówczas zdarza się, że bardziej wierzymy innym niż sobie.

Irena

 

 

Odrzucona

         

 

Doświadczam,  jak  zablokowane  emocje  utrzymują nas w przeszłości,  stwarzając w obecnym życiu  podobne zdarzenia,   odgrywają   takie same role, tylko w innej scenerii i innymi osobami.

Zaskoczyło mnie teraz,  że tak samo jak  kiedyś,  również obecnie  jestem ofiarą fałszywego oskarżania mnie przed bliską mi osobą.

Serce moje krwawi, bo ktoś bardzo mi bliski, kogo wychowałam zadał mi ból i nie wiem dlaczego.  Po założeniu swojej rodziny cichutko, nic nie mówiąc pomału odsuwał mnie  od siebie, aż całkowicie ze swojej rodziny  mnie  wylogował. Od zawsze byłam z niego  dumna i myślałam, że  go dobrze wychowałam, a  teraz nasuwa mi się pytanie – czyżby?

Nawet  jego nowej rodziny nie pozwolił mi  poznać,  ot tak bez powodu. Oczywiście, że mówiłam, płakałam, prosiłam, ale w ogóle  on  mnie nie słuchał, na moje argumenty był głuchy jak pień.

Zawsze rozumiałam, że każdy musi uczyć się na własnych błędach, wiec   jak mogłam starałam się każdemu pomóc  w miarę  swoich sił. Tylko jak już mnie tych sił zaczęło brakować,  to dla kogoś komu dałam tyle serca, z niewiadomego powodu odrzucił   mnie na margines,  jak  niepotrzebny śmieć.

Odrzucenie  przeżywam bardzo, mimo, że nie zostałam sama.  Jest ze mną  kochana córka, wnuki i inne  bliskie osoby,  które mnie wspierają i wspomagają,  ale i tak serce cierpi okrutnie.  Czuję się tak, jak bym na stałe miała wbity nóż pod lewą łopatką.

Po latach walki i doświadczeń  z toksycznymi emocjami wiem, że aby pozbyć się  tego cierpienia muszę wejść w ten ból i go wyrzucić z siebie.

Terapia

Jak zaczęłam koncentrować się na odczuwanym bólu i przyjrzałam się jemu, to zobaczyłam, że to ktoś  odciąga mnie od kochanych osób. Pomyślałam, że to niemożliwe, ale  tym tropem poszłam  dalej wiedziona ciekawością.

Za tropem  uczuć,  pojawiły  się pytania.   Kiedy  Irena ostatni raz tak się czułaś?  Kiedy uważałaś, że  ktoś odsuwał  Ciebie  od bliskich?

Po wpływem pytań ból rozprzestrzenił się na całe plecy jeszcze bardziej , ale  miałam  świadomość,  że to dobry znak, bo jak  ból rośnie, to znaczy, że jestem  blisko celu!!!!!!

Zmotywowana do jeszcze większego skupienia się co pod tym bólem się  kryje,  weszłam w nieznany mi obszar  podświadomości.

Wyraźnie poczułam, jak  ktoś   odsuwa mnie od Matki i Ojca. Wizualnie widzę siebie  jak na filmie  w różnych zdarzeniach   swojego  życia, gdzie zawsze ktoś odsuwa mnie od bliskich. Ja nie poddaję się i  z uporem maniaka udowadniam , że  jestem  im  potrzebna.

Mimo moich starań, czuję, że jestem bliskim  niepotrzebna, a moja obecność wszystkim przeszkadza.

Idąc w przeszłość kierując się dominującym uczuciem,  od zdarzenia, do zdarzenia,    dotarłam do okresu jak miałam  około trzech latek. W tym okresie poczułam lekką radość, jak bliscy mnie zostawiają  samą, jednocześnie  zalewam się łzami

Wywołana malutka  radość,  ukierunkowała moje  myśli,  że  tak naprawdę, to ja  uciekam od bliskich i cieszę się, że mi na to pozwalają,  bo kontakty z bliskimi są dla mnie  męczące, tylko dlaczego?

Nim zaskoczona zadałam sobie pytanie dlaczego? Zobaczyłam jak;

Mając około trzech latek Matka mnie strofuje, że zgubiłam  nową czapkę i że wyglądam jak  chłopaczar, a nie jak dziewczynka.  Ubrała mnie w ubranko kościelne i teraz nie mam w czym pójść  do kościoła, bo jestem cała ubłocona. Wyszłam na podwórko  ładnie ubrana, ostrożnie  omijając błoto po wiosennych roztopach i  grzecznie  czekałam   na Mamę. W tym czasie  kuzyn błyskawicznie  popchnął mnie   do błota,  jednocześnie  wykrzykując, patrzcie  jak  ona ładnie się  papla.  Z błota wyciągnęła mnie Mama  krzycząc na mnie, a  wujkowie na mój widok  się zaśmiewali. Nic mnie nie obchodziło, tylko bałam się Ojca,  że za to wszystko przyłoży mnie paskiem, bo przyglądał  się temu wszystkiemu surową miną.

Byłam pewna, że wszyscy widzieli jak kuzyn mnie popchnął, ale nikt   mnie  przed nim nie bronił, tylko wszyscy się śmiali, mama na mnie krzyczała, a Ojciec  groził końcówką paska.

Zaczęłam od wszystkich  uciekać, prosząc  swojego  Aniołka, aby nikt mnie nie zatrzymywał.

I tak uciekam od niektórych bliskich do dnia dzisiejszego, bo tak jako mała Irenka w stresie  się zaprogramowałam.

Przemyślenia  po terapii;

Ja w tamtym momencie nie  pożałowałam siebie,  tylko Rodziców  i swoich prześladowców.  Nie potrafiłam ich usprawiedliwić, więc wzięłam na siebie winę i uznałam, że jestem nic nie warta na ponad 60 lat.

               Teraz  Rodzicom i  wujkom wybaczyłam, bo  zrozumiałam, że oni nic nie widzieli, tylko  uwierzyli kuzynowi.

Zaraz po  terapii ból pod łopatką przeszedł i okazało się, że ogromny  lęk przed ujrzeniem prawdy,  nie był taki straszny jak mi się zdawało.

Niebawem  od  tej bliskiej osoby, która mnie wylogowała z rodziny,  otrzymałam zdjęcia, na razie bez komentarza, ale bardzo mnie ucieszyły.

               To niesamowite, jak wyraźnie zobaczyłam i poczułam, że emocje ze zdarzenia z dalekiej przeszłości odegrały dokładnie taką samą rolę po 60 latach.

Przy ponownym spojrzeniu na   zdarzenie z dzieciństwa  już jako dorosła, zobaczyłam wszystko  zupełnie w innym świetle  i automatycznie destruktywne  emocje  ulotniły się na zawsze.

Niesamowite jest to, że jednocześnie wraz z innym spojrzeniem na przerabiane zdarzenie, zobaczyłam, że tak samo jak  kiedyś,  również obecnie  jestem ofiarą fałszywego oskarżania mnie przed bliskimi.  Prawdopodobnie jak  60 lat temu, tak  i  obecnie ktoś  fałszywym oskarżeniem  odsuwa mnie od bliskich osób.

Według mnie wszystko się poukłada, jak z tego zdarzenia uwolnię pozostałe zablokowane emocje.

Jak dorastałam weryfikowałam swoje zasady i poglądy na uczucia,  ale niestety zaprogramowane  schematy emocjonalne  nieubłaganie  rządzą  życiem  tak,  jaki mamy program w swojej podświadomości.

Irena