Monthly Archives: Marzec 2017

Kocham, marzę i śnię

 

  

 

  

   

O czym może marzyć   już  niemłoda seniorka?  Jak to jest, że  przez całe życie marzymy, aby  długo żyć, a jak  mamy szczęście dożyć późnego wieku, to narzekamy, że Panu Bogu starość się nie udała.

Takie przemyślenie  skłoniło mnie dzisiaj, bo wczoraj zaczęłam 70 rok życia.  Dzień urodzin dzięki  kochanej córce i wnukom był cudowny, ale następnego dnia Oni pojechali do swoich zajęć, a mnie  zrobiło  się  przykro i dało mi to trochę do przemyślenia.

Jak jesteśmy młodzi nie chcemy pamiętać, że młodość  szybko przemija i nie żyjemy pełnią życia, tylko czekamy aż  spełnią się wymarzone i wyśnione marzenia. Napotykając się przez kolejne rozczarowania zatrzymujemy się przez chwilę w obecności zdziwieni, że już jesteśmy w wieku dojrzałym.

Już dojrzali, ale nie pogodzeni z upływem czasu,  z uporem maniaka kombinujemy jak odmłodzić twarz  dając sobie złudzenie, że zatrzymamy czas który przeminął. W tym okresie nasze myśli przeplatają się  wspomnieniami z młodości  i  marzeniami  błądząc  w przyszłości. Często  nawet zapominamy, że  tylko w obecnej chwili  możemy  dostać  się do swoich wymarzonych i wyśnionych marzeń. Jednak myślami uciekamy z teraźniejszości,  bo  nudzi nas codzienność i trud ciężkiego życia jaki przychodzi nam doświadczać.  Dopiero jak zatrzymujemy się na emeryturze, stwierdzamy, że bylibyśmy szczęśliwi, gdyby nie fakt, że wiek dojrzały przeminął bezpowrotnie.

Będąc seniorem,  niektórym   trudno  zaakceptować ten fakt  do tego stopnia, że  nie chcą wymawiać słowa „senior” jak by można było w ten sposób cofnąć czas. Łudzą się, że jak nie zaakceptują swojego wieku, to zatrzymają  ten piękny okres  wieku  dojrzałego.  Dopiero teraz  na emeryturze  widzą, jaki to  dawniej był piękny okres ich życia. W wieku dojrzałym, nie widzieli siebie, że  byli  mądrzy,  silni i  wytrwali.

Prawie każdy senior zauważa, że czas szybko przeminął i wspominają, że jeszcze nie tak dawno nie  straszne im  były wichry burze i zamiecie, a  mimo tego nie tracili radości i pogody ducha, nie to co dzisiaj.

Wielu seniorów uważa, że teraz pozostało im tylko wspominać dobre stare czasy i zajmować się wnukami i żyć życiem swoich dzieci śledząc,  jak ich dzieci spełniają  marzenia, bo  poza zdrowiem swoich  marzeń już nie mają, bo o czym marzyć  jak się ma 70, 80, 90,  czy ponad 100 lat, – czyżby?

Na marzenia, tak samo jak na naukę nigdy nie jest za późno.

Marzenia nie mogą się realizować w przyszłości, tylko w obecnej chwili. Żyjąc przyszłością, lub przeszłością  swoje  marzenia  blokujemy.   Alternatywą  na spełnienie marzenia     jest przebywanie w teraźniejszości  i   akceptacja siebie tu i teraz takimi jakimi jesteśmy, więc wiek nie ma tu nic do rzeczy.

Pozwalając myślą ciągle wspominać i marzyć, wówczas tak naprawdę żyjemy przeszłością, lub przyszłością  i nie dajemy sobie szansy na spełnienie tych  marzeń. Najgorsze, że w ten sposób nieświadomie  wpędzamy siebie  w stres.

„Stres spowodowany jest tym, że jesteśmy tutaj, a chciałbyś być gdzie indziej, albo, jesteś tutaj, a chciałbyś być gdzieś w przyszłości.”   Autor –  Eckhart  Tolle .

We wspomnieniach zauważamy, jak  kiedyś były to niezapomniane  piękne  czasy, tylko szkoda, że  zauważamy to wówczas, kiedy mijają  bezpowrotnie. Może właśnie dlatego lubimy  przebywać w przeszłości, nie zdając  sobie sprawy, że marnujemy obecne życie bez względu na wiek. Nie wspomnę już o tym,  kiedy  ciągle na nowo roztrząsa się    chowane urazy z przeszłości  i  z tego powodu cierpi  za  nieswoje  winy.

W szczególności seniorzy unikając teraźniejszości, jeśli nie przebywają w przeszłości, to żyją życiem swoich dzieci, więc nie ma co się dziwić, że ciało i dusza czuje się niepotrzebna i daje o sobie znać chorując.

Naukowo jest już udowodnione, że żyjąc przeszłością przyspieszamy proces starzenia się, a tym samym wyłączamy umysł z myślenia,  który  zanika nam jak wszystko,  co nie jest potrzebne i naturalną rzeczą staje się, że stopniowo przestajemy poznawać obecną rzeczywistość.

Irena

 

 

Oprawcy autorytetami

 

     

 

     

Podaję mały epizod ze swojego życia dla tych, którzy jeszcze myślą,   że karcenie dziecka biciem stosowane  dawniej  było wychowawcze i nie było szkodliwe, niestety nic bardziej mylnego.

 

Do emerytury robiłam wiele rzeczy które robić musiałam, więc teraz jako seniorka  postanowiłam w miarę możliwości robić to co lubię.

Taką możliwość daje mi przynależność  do Stowarzyszenia Uniwersytetu Trzeciego Wieku w Kamieniu Pomorskim, który daje nam wiele możliwości  do aktywnego działania, oraz  poszerzenia swojej wiedzy w  interesujących nas tematach. Kiedyś uczyłam się dla papierka, dla prestiżu społecznego i rodzinnego, dopiero  teraz odkryłam, że  fajnie jest  uczyć się dla siebie.

Ostatnio bierzemy udział w „Projekcie  Aktywny Senior ”  organizowany przez  Zachodniopomorski  Technologiczny Uniwersytet Trzeciego Wieku w Szczecinie.

Jadąc z grupą osób na pierwszy wykład  do Uniwersytetu  Technologicznego  Trzeciego Wieku,  nie wiem dlaczego bardzo przeżyłam to emocjonalnie, z resztą  podobnie jak  wszyscy uczestnicy,  co wcale nie zmniejszyło mojego zaskoczenia dużych emocji.

Po przybyciu, Zachodniopomorski Uniwersytet Technologiczny zaskoczył nas nowoczesnym pięknym budynkiem, ale jeszcze bardziej zaskoczyły nas ciekawe wykłady.  Wszyscy wracaliśmy pełni wrażeń i chęcią powrotu na następne wykłady.

   

 

Wychodząc z głównego budynku uczelni, potknęłam się na zewnętrznych schodach i upadłam na kolana. Najbardziej poszkodowane zostało lewe kolano i prawa ręka, ale na szczęście stłuczenie okazało się niezbyt groźne. Każdemu to się mogło przytrafić, tym razem mnie to spotkało.

Nie pisałabym o tym, gdyby następnego dnia nie spotkało mnie to samo u mnie w domu. W pokoju bez dywanu,   na szorstkiej powierzchni w wygodnych pantoflach, nieoczekiwanie upadłam na jeszcze bolące to samo lewe kolano i prawą rękę.

Nigdy do tej pory się nie przewracałam, a teraz nagle, ot tak bez powodu dzień po dniu. Dwa upadki,  jeden po drugim i to w taki sam sposób, to dały mi do myślenia, że może coś ze mną dzieje się nie tak.

Zastanawiając się nad swoim samopoczuciem, niczego złego nie stwierdziłam.  Nic mnie nie bolało, nie miałam zawrotów  głowy, byłam spokojna i w dobrym nastroju.

Mając świadomość, że nic nie dzieje się przypadkiem, zrobiłam sobie terapię emocjonalną, celem poznania źródła tej przyczyny.

„Największe przeszkody w zrealizowaniu sukcesów, o których marzymy, stanowią ograniczenia zaprogramowane w podświadomości, które nie tylko wpływają na nasze zachowanie, lecz mogą także znacząco wpłynąć na naszą fizjologię i zdrowie.” – Autor Bruce Lipton

T E R A P I A

Terapię zaczęłam zadając  sobie pytanie, o czym myślałam i jakie odczuwałam emocje moment przed upadkiem jednym i drugim. Wyciszona,  szybko sobie przypomniałam, że było mi wstyd i miałam poczucie winy,  że za młodu nie chciałam się uczyć i naukę  traktowałam jako zło konieczne, a przecież wiedza może być bardzo interesująca.

Wchodząc w odkryte  uczucia zobaczyłam siebie jak miałam 8 lat i kończyłam  II klasę szkoły podstawowej. Miałam problem z matematyki z zadaniami z treścią i nauczyciel w szkole coś nam tłumaczył, a potem zapytał mnie jak zadanie rozwiązać.  Stałam przed tablicą  i patrzyłam  na nią milcząco  trzymając w ręku kredę,  nie próbowałam nawet pisać, bo nic nie rozumiałam. Nagle poczułam w ręku ból, bo nauczyciel uderzył mnie po ręce kijem i po udach, tak że upadłam na kolana, a on nade mną stał i krzyczał.  Zadał klasie  to zadanie do domu, odgrażając nam kijem, że jeśli źle zrobimy, to go popamiętamy i na lekcjach zaczniemy uważać.

Co miałam zrobić, wieczorem poprosiłam Ojca, aby mi pomógł to zadanie z matematyki odrobić. Ojciec podszedł do książki, popatrzył i stwierdził, że to jest bardzo łatwe zadanie i mam go odrobić, coś tam mi szybko tłumacząc, tylko że ja nic z tego nie rozumiałam. Trzymałam pióro i nic nie pisałam, bo nie wiedziałam co mam napisać. Ojciec zaczął krzyczeć, ja zaczęłam płakać  i zamiast  rozwiązania zrobił mi się ogromny kleks. Rozgniewany Ojciec podobnie jak nauczyciel przyłożył mi po ręce pasem i po pośladkach tak mocno, że upadłam  na kolana. Ojciec wyszedł krzycząc, że jestem  śmierdzącym leniem, bo nie chcę się uczyć,  a on i nauczyciele w szkole muszą się z kimś takim jak ja męczyć. Poczułam  się złą, niedobrą, gorszą od innych,  winna że nie rozumiem czegoś prostego, stwierdziłam, że  jestem jakaś niedorobiona. Tego wieczoru uwierzyłam Ojcu, że nauka nie wchodzi mi do głowy i jestem ciężarem dla niego i nauczycieli, bo  ze mnie nic nie będzie i na zawsze już będę nic  warta.  -/ W stresie i szoku taki program wszedł do mojej podświadomości./

Przemyślenia podczas terapii:

Podczas zdarzenia z Ojcem i nauczycielem czułam się do niczego, zostałam odarta z wewnętrznej wartości, a poczucie winy miałam z powodu tego, że jestem tępa do nauki.

Mała Irenka wiedziała, że Ojciec jest mądry, uczciwy i dobry,  takie  samo zdanie miała o swoim  nauczycielu. Wierzyła głęboko, że  ich poczynania, oraz słowa są  nie podważalne, ciężko pracują i wszystko robią dla jej  dobra.

Zmiana przekonań i uczuć podczas terapii:

Teraz po odsłonięciu  zaprogramowanych emocji,  ogarnęło mnie uczucie niesprawiedliwości.  Nie mogłam opanować płaczu i  przez prawie dwie godziny łzy  leciały mi ciurkiem, ale to nie z bólu, tylko z niesprawiedliwej oceny Ojca. Zrozumiałam, że ja  naprawdę się starałam, naprawdę się chciałam nauczyć, tylko nie mogłam zrozumieć tego zadania z treścią. W tym momencie przestałam żałować Ojca i nauczyciela, a zaczęłam żałować siebie.

Zmiana emocji i przekonań  po terapii:

Po wypłakani się, zobaczyłam  powyższe  zdarzenie po 52 latach zupełnie w innym świetle. Tak  naprawdę, to ja  kochałam szkołę, naukę, uczyłam się pilnie.  Po  zweryfikowaniu  prawdy  automatycznie ogarnęła mnie  radość, jak by spotkało mnie jakieś szczęście, więc dałam sobie przyzwolenie na przeżycie  tej  radości.

Poczułam się lekka, radosna i jak zwykle jeszcze ciągle zaskoczona pozytywnym skutkiem swojej terapii. Na swój pożytek  powiedziałam do siebie, że trud pokonania „ego” został wynagrodzony.

Świadomie jeszcze przypomniałam sobie, że w tym okresie miałam przewlekłą żółtaczkę i piłam okropne leki, zmuszano mnie też do picia syropu na anemię. Byłam wychudzona i żółto-blada, ale moi  Rodzice nie wzięli pod uwagę, że z tego powodu mogłam  mieć problemy z nauką. Nie było im nawet za to co wybaczać,  widząc ich  jak bardzo byli zmęczeni pracą i troskami dnia codziennego, a wychowanie dzieci  w tym okresie powszechnie było stosowane przez bicie.

Skąd mała Irenka miała wiedzieć, że jej Ojciec, który był jej  największym autorytetem, miał problem alkoholowy, a nauczyciel z matematyki po trzech latach poszedł siedzieć do więzienie za rabunek pieniędzy z kasy sklepów i zakładów państwowych.

 Niestety jak  świadomie   w późniejszym wieku swoje   autorytety zmieniłam,  w podświadomości pozostały zaprogramowane  nadal  stare nie zmienione,  tworząc wewnętrzny konflikt, a tym samym stres.

Uff !!! – Poczułam wyraźną ulgę uwalniając się z dawnych, z okresu dzieciństwa autorytetów, był to znak, że zostałam uwolniona z wewnętrznego konfliktu, a tym samym z wewnętrznego stresu. Kiedy opłynął przez całe ciało ogrom przyjemnej energii, dało mi to pewność, że uwolniłam się z wewnętrznego stresu, który męczył mnie przez 52 lata.

Jeśli nawet mała Irenka byłaby zdrowa,  to miała prawo jako dziecko czegoś nie zrozumieć, a krzykiem i biciem stresowali ją, a wiadomo że  stres paraliżuje  myślenie programując toksyczne przekonania.  Zdarza  się, że wielu Rodziców i opiekunowie nie są  tego świadomi również  i  w obecnych czasach.

Irena

 

 

Oszukana przez męża

 

Odcinając go ze wspólnych zdjęć,   nie wyrzuciłam fałszywych przekonań.

Nie zdając sobie sprawy, że mam męża despotycznego drania,  czułam się z nim  tak bezpieczna, że poszłabym  za nim nawet do piekła  będąc pewna, że z nim nic złego mnie  stać się nie może, niestety prawda okazała się okrutna.

Swoim przekonaniem zwolniłam go z dawaniem zbudowanej   Rodzinie  bezpieczeństwa finansowego i wsparcia życiowego do którego jak każda kobieta matka ma prawo od swojego męża, czy partnera życiowego oczekiwać.

Byłam dziewczyną ambitną, po skończonej średniej szkole  ekonomicznej zostałam księgową w banku w mieście wojewódzkim.  Przełożeni okazali mi zadowolenie z mojej pracy, czego dowodem była propozycja otrzymania niebawem mieszkania z puli banku, z tym, że musiałabym podpisać umowę z pracodawcą  na 10 lat.  Przed podpisaniem umowy miałam otrzymać awans na starszą księgową wraz z wysoką podwyżką wynagrodzenia.

W tym czasie miałam narzeczonego w którym byłam zakochana bez pamięci i wiadomo, że w takiej sytuacji propozycję skonsultowałam ze swoim narzeczonym. On był młodym oficerem WP i jak wówczas mi się zdawało, też kochał mnie z wzajemnością. Oczywiście rozmowa była krótka, on nie miał zamiaru ubiegać się o etat w wojsku w mieście, w którym ja mieszkałam, bo nie odpowiadały mu stanowiska, które mógłby otrzymać. W takiej sytuacji podpisanie umowy z bankiem, dla mnie było nie do przyjęcia, mój związek z narzeczonym był najważniejszy.

Uważałam swojego narzeczonego za prawego, uczciwego i bardzo odpowiedzialnego mężczyznę. On  często w śród znajomych i rodziny pięknie mówił o obowiązku, odpowiedzialności za innych. Bardzo krytycznie odnosił się do osób mało odpowiedzialnych i mało obowiązkowych. W swojej krytyce nawet twierdził, że osoby nieuczciwe, nieobowiązkowe wobec  dzieci powinny być eliminowane ze środowiska  jako  „Zakały Narodu” twierdził. Po takich słowach czułam się z  nim  tak bezpieczna, że poszła bym za nim nawet do  piekła  będąc pewna, że z nim nic złego mnie nie spotka.

Rzuciłam dla niego pracę, przyjaciół i znajomych, rodziłam dzieci i udowadniałam mu, że jestem dla niego dobrą żoną i dla naszych dzieci dobrą matką. On zawsze mnie we wszystkim krytykował, a siebie za wszystko chwalił.  Opowiadał jakim jest wspaniałym oficerem, tylko przełożeni jego niedoceniają, bo nie „stuka obcasami”  jak niektórzy złaknieni awansów i nagród finansowych. Tylko on dzielny i bohaterski ciężko pracuje, bo tak trzeba, ale na awansach i pieniądzach jemu nie zależy. Dopiero po latach przyznał się, że zawsze  był materialistą, tylko się nie przyznawał.  Zawsze mówił mi, że dobra gospodyni, to poprowadzi dom i wyżywi zdrowo  Rodzinę  za skromne pieniądze, chociaż mnie to nie dotyczy, bo są mężczyźni w cywilu, którzy zarabiają mniej od niego, więc ja pracować nie muszę.

Uważał, że jak zarabia marne grosze, to już w domu nic nie musi robić.  Dziećmi też się w ogóle nie zajmował,  bo twierdził, że to matki rodzą i matek obowiązek jest zajmowanie się dziećmi, a nie ojców.  O pomoc w obowiązkach czasem się kłóciliśmy, ale  jak  wrzeszczał okropnie  machając rękoma, to   ja z płaczem pokornie  znów robiłam tak jak on chciał, pocieszając się, że jak jemu jest dobrze, to i mnie i dzieciom też będzie dobrze i  dla upragnionego spokoju ustępowałam.

Zawsze byłam pokorna, cicha i spokojna, przez znajomych uważani byliśmy za zgodne małżeństwo.

Wędrowałam za mężem, przeprowadzałam się od miejscowości do miejscowości,  tułałam się  po tak zwanych zielonych garnizonach, gdzie nie było przedszkoli, dla mnie pracy, bo to były małe miejscowości  z daleka od większych miast.  A były to czasy kiedy mówiło się, że największa kara na świecie, to mieszkać w Polsce bez znajomości. Ja w tym okresie ze względu na męża służbę  przeprowadzałam się sześć razy i zawsze w nieznane obce środowisko.

W końcu bez mojej zgody zmusił mnie do przeprowadzki do tak zwanego zielonego garnizonu niby na krótko i po raz ostatni. A było to tak,  męża od miesiąca nie było w domu, bo został oddelegowany do jakiejś dziury, do której nikt z wojskowych dobrowolnie  nie chciałby  pójść.  Byłam w domu z koleżanką, która pomagała mi ułożyć raport do przełożonych męża, abym ja z dziećmi nie musiała już za mężem się przeprowadzać, uzasadniając  możliwością otrzymania tutaj pracy i szkołą dzieci.

Nieoczekiwanie usłyszeliśmy jak podjeżdża wojskowy star,  powiedziałam do koleżanki, że była wichura i chyba znów komuś wywaliło okno balkonowe i wstawiają nowe, bo taki jest głośny rumor. Koleżanka podeszła do okna i krzyknęła, to twój  stary starem  przyjechał z żołnierzami i workami. W tym momencie wpadł mąż z żołnierzami i tylko się spytał, czy żołnierze mają z szaf sami pakować, czy im powiesz co i jak, bo za dwie godziny wyprowadzamy się.  Nim ochłonęłam wrzucali do worków jak leci, szkło, rzeczy i pościel, nie dbając o nic. Za trzy godziny  na starze wyjeżdżałam  z dziećmi, bez możliwości nawet pożegnania się z sąsiadami i znajomymi.

Tak się znalazłam w tej miejscowości, w której już mieszkam 35 lat, ale mój mąż sprawca tej przeprowadzki mieszkał tutaj bardzo krótko. Był na rocznym szkoleniu, poligonach, a po 4 latach przenieśli go do Bydgoszczy, po czym oznajmił mnie, że zostawia nas  dla swojej szkolnej jedynej  miłości, a mnie nigdy nie kochał. Ożenił się ze mną, bo byłam dobrym materiałem na żonę, na tak zwane „zielone garnizony”,  tylko do tej pory zapewniał mnie o miłości, abym szła za nim potulnie jak wierny piesek.

Najgorsze było to, że zostawił nas bez grosza pieniędzy, nawet nie dawał mi rodzinnego, dopóki nie wyegzekwowałam sądownie.

Mój mąż, który tak bardzo krytycznie odnosił się do osób mało odpowiedzialnych i mało obowiązkowych, a  w  swojej krytyce nawet twierdził, że osoby nieuczciwe, nieobowiązkowe wobec  dzieci powinny być eliminowane ze środowiska  jako  „Zakały Narodu”, zostawił mnie z dziećmi  bez skrupułów  na lodzie bez grosza przy duszy, w obcym, a do tego przez niego skłóconym środowisku.

Na moje nieszczęście pracowałam w  tej samej JW, w której był mój mąż. Ponieważ mąż pokłócił się na poważnie ze swoim dowódcą, to został przeniesiony do  Bydgoszczy, ale żona dowódcy  mściła się na mnie, bo na moim mężu już nie mogła i  stosowała wobec mnie klasyczny mobbing.

Zostałam oszukana, zdradzona, bez grosza, to jeszcze mobbing w pracy.

Powyższe zdarzenie zostawiło okrutny ślad, w moim ciele i każdej komórce mojego ciała.

Teraz po latach jak zrobiłam sobie terapie, to okazało się, że to ja oszukiwałam siebie i mój mąż był tylko tego oszustwa  projekcją.

Jak większość przekonań, tak samo i to toksyczne,  przez które zostałam oszukana przez męża, nabyłam jak miałam 5 lat  przysłuchując się kłótni swoich Rodziców.

U mnie w domu Ojciec był autorytetem, Mama nigdy Ojca zdania nie podważała, a ojciec Mamę przy nas krytykował najczęściej o pieniądze, że daje tyle pieniędzy i już ich nie ma.

Mała Irenka nie wiedziała, że  Ojciec wówczas  wyciągał  pieniądze na piwo, a może  dwa i więcej i Mama jak mówiła, że nie ma, to dlatego, że nie chciała pozwolić, by Ojciec swoje pieniądze przepił.

Teraz z perspektywy czasu wiem, że Mama nic nie mówiła, ale i tak robiła po swojemu, Ojciec krytykował ją, że jest uparta, a  ona  dzięki temu  nie była posłuszna  i dobrze pieniądze inwestowała, by były zaspokajane nasze  potrzeby, i by było co jeść,   kiedy Ojciec nie pracował, bo miał pracę tylko sezonową. Niestety  mała  Irenka,  programując  przekonanie, nie  wiedziała nic o sezonowej pracy Ojca i jego skłonności do alkoholu.

Jako mała pięcioletnia dziewczynka, nabyłam przekonanie, że gdyby Mama słuchała Ojca, to nasz dom byłby wspaniały, a nasze życie rodzinne byłoby piękne – oczywiście, że to była nieprawda, to był fałsz  który  zawładnął  moim życiem.

Wyciągnęłam błędny wniosek, że Ojciec tyra, pracuje ciężko, a Matka jego pieniądze marnuje. Wówczas przysięgłam sobie, że jak dorosnę, to nie będę taka jak mama, tylko będę swojemu mężowi posłuszna.

Na podstawie błędnego spojrzenia na zdarzenie, nabyłam toksyczne przekonanie, że żona powinna męża słuchać, bo mężczyźni są mądrzejsi  i  jak mężowi będzie dobrze, to żonie  też będzie dobrze./to był fałsz którym oszukiwałam siebie, ale świadomie nie zdając sobie sprawy/

Związku z powyższym przekonaniem na ślepo   swojemu mężowi  wierzyłam i  ślepo  wykonywałam jego polecenia.

Tym przekonaniem podświadomie zwolniłam go z dawaniem mnie  i naszym dzieciom   bezpieczeństwa finansowego i wsparcia życiowego do którego jak każda kobieta matka ma prawo od swojego męża, czy partnera życiowego oczekiwać.

Nie zdając sobie sprawy oszukiwałam siebie i widziałam w mężu mężczyznę jakiego chciałam widzieć, a nie jaki naprawdę był. Oszukiwałam też siebie, nazywając miłością coś, co miłością nie było. Duże spustoszenie w moim życiu spowodowało przekonanie ukryte w podświadomości, że jak mężowi będzie dobrze, to i mnie też będzie dobrze.

Kiedy walczyłam o swoje dobro, mój wewnętrzny sabotażysta skutecznie    sabotował moje poczynania  rękoma mojego męża. Obecnie po terapii nie dziwi mnie, że  zostałam wprowadzona w przysłowiowe maliny, bo oszukiwałam siebie, a mąż pokazywał mi – „Irena oszukujesz siebie”.

Irena

 

Licznik odwiedzin
0199936
Visit Today : 140
Total Visit : 199936
Hits Today : 627
Total Hits : 1327713