Monthly Archives: Kwiecień 2017

Naznaczona rakiem płuc

 

 

Mnie w życiu nigdy nie było łatwo, a teraz przez raka skomplikowało się jeszcze gorzej, a radzą mi, abym   starała się żyć normalnie, jak by to było możliwe.   Zastanawiam się, czy nie lepiej by mi było umrzeć,  jeśli muszę resztę życia układać sobie  pod raka tak,  aby jemu to się nie podobało.

Kartka z pamiętnika 14.10.2005r.

Już sporo czasu upłynęło od zakończenia mojego leczenia, ale moja walka z rakiem nadal trwa. Niestety po leczeniu nie usłyszałam upragnionych słów  ” komórek rakowych nie stwierdzono”, najgorsze, że tych słów od lekarzy nie usłyszę już chyba nigdy.

Złości mnie to, że nie wiem kto z nas bardziej przetrzymał silnie trującą chemię, ja czy rak? Czy ja się kiedyś  o tym dowiem?

Pomału dociera do mnie, że drobnokomórkowym rakiem zostałam naznaczona już do końca życia. Tak naprawdę dopiero teraz moja walka się zaczyna, tylko już sam na sam z rakiem.  Lekarz  powiedział mi wprost, że u mnie wznowę  można rozpoznać tylko po objawach,  tylko zapomniał dodać, że nie wiadomo jakich.  Jak rozpoznać różnicę w  objawach  po skutkach dużej dawki chemii, a wznową raka, tego nie wie nikt.

Jeśli umrę, to też nikt nie będzie dochodził się w mojej sytuacji przyczyny, czy umarłam z powodu zniszczenia dokonanego przez chemię, czy przez raka, czy może dlatego, że miałam dość życia z rakiem.

Nie wiem jak się z tym swoim rakiem i zdrowiem pozbierać, ale jakoś muszę, skoro już tyle przeszłam, to teraz się nie poddam, zastanawiam się tylko po co?

Lekarze radzą, że mam normalnie żyć  jak do tej pory, tylko zapomnieli już, że ja swoim dotychczasowym  normalnym życiem stworzyłam sprzyjające warunki do rozwoju raka, to jeśli nic nie zmienię, to rak ze wznową będzie miał jakieś problemy?

Zmiany w moim życiu już i tak zaszły, bo dokonał tego rak i chemia, problem  polega na tym, że zmiany zaszły nie po mojej myśli. Moja pomniejszona pojemność  płuc i spalone  oskrzela chemią  i radioterapią  nie pozwalają być mi tak aktywną  jak  przed chorobą.

Po reakcji innych zauważam, że leczenie chemią wielu uważa, że w obecnych czasach to takie nic.  Szkoda, że ja  nie mogę swojego leczenia  tak lekko  skwitować,  bardzo bym chciała,  aby  chemia którą przeszłam była sobie ot taka jak farbowanie włosów, ale tak nie jest, poczyniła w organizmie nieodwracalne spustoszenie nawet większe niż  zdążył poczynić rak.

Ludzie po ciężkich wypadkach mają rehabilitację, aby zapomnieć o tym co przeszli, by móc życie zacząć  od nowa.

Mnie o raku do końca życia nie wolno  zapomnieć,  jeśli nie chcę mieć jego wznowy, muszę  ciągle być czujna, bo on przy mnie jest tuż za rogiem, albo  jeszcze bliżej, a może już atakuje mnie.

Walkę z rakiem  zaczęłam od sporządzenia listy co rak lubi, a czego się boi. Mam tą listę przed sobą  i ją analizuję,  co rak lubi, czego się boi, a co muszę  wyrzucić  ze swojego życia i wprowadzić to czego się boi,  tylko jak to wcielić w życie?

Teoretycznie wszystko jest proste jak budowa cepa, tylko z realizacją mam teraz problem  prawie nie do pokonania.

Na liście którą mam przed sobą czerwoną kredką zaznaczone jest lubienie raka identyczne jak lubienie mojego „ego”. Te  same myśli, przekonania, używki i dietę  lubi rak to samo,  co moje ego, czyli ja? Wychodzi na to,  że rak w moim własnym ego ma potężnego sprzymierzeńca – nie do wiary,  jest to moje własne ego!!!!!!

Okazuje się, że muszę podjąć walkę sama ze  sobą.  Nie mam wyjścia  teraz muszę zrobić drugą  listę dla swojego ego co chcę wyrzucić ze swojego życia i jednocześnie co chcę wprowadzić. Właściwie lista jest identyczna jak dla raka, tylko  zmieniłam nazwę.

Moje ego jest dzielne, nie daje się zastraszyć, zakrzyczeć, jest  mądre  i wydaje mu się, że  chroni słusznej sprawy. Z takim walczyć to muszę uzbroić się w odwagę, a przede wszystkim zmotywować siebie, albo się poddać, innego wyjścia nie mam, a może jednak jest inny sposób?

Po medytacji przyszło mi na myśl, że może walkę zastąpię przekonywaniem i negocjacją, jest to lepsze niż walka ze sobą.

Aby nie zwariować, czy zgłupieć i jakoś się pozbierać i siebie ogarnąć,  na kartce papieru misternie nakreślam plan działania;

Akceptację mam już za sobą, to teraz na początek muszę  przekonać swoje ego, aby mnie nie przeszkadzało w wprowadzanych zmianach, bo jest to konieczne, jeśli żywcem nie chcemy być pożarte przez raka muszę stworzyć środowisko którego  on nie znosi.

Aby nie zwariować, czy zgłupieć i jakoś się pozbierać i siebie ogarnąć,  na kartce papieru misternie nakreślam plan działania.

Irena

14.10.2005r.

 

 

 

 

Komu dać wiarę?

Kartka z pamiętnika

Mnie łatwiej pokonać raka płuc, niż dogadać się ze służbą zdrowia w sprawie leczenia tego raka.

 

 

 

PORTUGALIA I HISZPANIA 04.2017 r.

  

 

Jest 14.11.2005r. Dzisiaj mam niezbyt dobre samopoczucie, chyba dlatego, że z lekkim dołem wczoraj wróciłam z badań kontrolnych od swojego lekarza pulmonologa onkologa.  Badania i wizyta lekarska zupełnie inaczej przebiegła  niż ja sobie zakładałam.

Do wczoraj wierzyłam, że swoim lepszym samopoczuciem i lepszymi wynikami przekonałam swoich lekarzy, że mojego raka można całkowicie wyleczyć. W końcu diagnozowali, że po chemii mogę jeszcze pożyć  tylko z 8 miesięcy, a żyję już ponad rok i mam się nieźle jak po tak ciężkim leczeniu, nie mówiąc już o spustoszeniu całego ciała  przez agresywnego raka.

Jeszcze przed gabinetem wierzyłam w siebie, że zmuszę Panią doktor do wyjaśnienia mi, czy nastąpiła w końcu całkowita remisja, czy nadal utrzymuje się tylko częściowa, jak  zaraz po chemii. Przez pół roku walczyłam o skierowanie na radioterapię, bo nie chcieli mi dać, nie wyjaśniając dlaczego,  chyba myśleli, że nie przetrzymam, a ja  co prawda pokiereszowana, ale mam się nieźle i byłam  ciekawa, co Pani doktor na to powie.  Po maksymalnej dawce radioterapii, z tego co mówił mi Pan profesor onkolog, to spowalnia  przeżuty, ale na remisję mojego guza radioterapia  nie ma   wpływu. Podczas rozmowy wydawało mi się, że przekonałam Pana profesora, że mimo złych prognoz naukowych ja swojego raka się pozbędę i tak  podobnie  zamierzałam porozmawiać  z   Panią doktor.

Po wejściu do gabinetu Pani doktor prawie wcale nie mówiła, przez moment wydawało mi się, że na mój widok zaniemówiła, jak by zobaczyła ducha. Ciągle coś pisała, a jak próbowałam zadać pytanie rozmawiała przez telefon, a ja słysząc co mówi czułam się gorzej niż nieswojo. Skończyła rozmawiać tylko po to, aby poprosić następną osobę, w ten sposób dyplomatycznie  zostałam wyproszona  z gabinetu.

Wyszłam od lekarza nic nadal o swoim stanie zdrowia nie wiedząc, nie dowiedziałam się również na czym mają polegać moje dalsze kontrolne badania. Pani doktor widocznie zależy aby miała wpisy zaliczające u niej wizytę, potrzebną  do statystyki przyjętych pacjentów narzuconych norm  przez NFZ.  Niezaprzeczalnym faktem jest to, że moje wyniki z przeprowadzonych  badań lekarzy nie interesują. Nie zauważyłam, aby jakiemuś  lekarzowi zależało, bym ja wyszła z raka, a właściwie, by rak wyszedł ze mnie.

Im w ogóle na moim całkowitym wyleczeniu nie zależy, bo procedury medyczne przy moim typie raka wyleczenia nie przewidują. Oni mi wprost mówią tylko o przedłużeniu życia, a nie o wyleczeniu, Oni nie wierzą, że można całkowicie raka pokonać. Dobrze, że nie mówią mi, co o mnie myślą, jak ja z uporem maniaka przekonuję ich, że mojego raka można pokonać, bo ja wierzę autorom tych książek, którzy  piszą opierając się na  badaniach naukowych, że jest to możliwe.

Nigdy tego nie zrozumiem, dlaczego lekarze nie czytają autorów, którzy twierdzą, że każdy rak jest uleczalny, tylko kurczowo trzymają się tych którzy twierdzą inaczej.

No cóż, ja nie mam wyjścia, muszę pokonać raka ze służbą zdrowia, lub bez niej. Co wcale nie oznacza, że  nie będę korzystała ze służby zdrowia i lekarzy, wyciągnę od nich co się da i ile  będzie można. Oczywiście muszę przed nimi ukrywać o swoich przekonaniach  co do wyleczenia raka, aby w końcu traktowali mnie poważnie i rozmawiali ze mną o moich wynikach badań.

Gdyby moje myśli słyszał mój mąż z moim synem od razu by się uśmiechnęli i wytknęli mnie, że dałam się wykorzystać „szamance”, bo tak nazwali terapeutkę Klaudię do której poszłam zaraz po pierwszej chemii. Ona co prawda pewności wyleczenia mi nie dała, ale zasugerowała, że by całkowicie wyzdrowieć to zależy przede wszystkim ode mnie i od mojego nastawienia i pozytywnego podejścia do choroby.

Ta nadzieja i wiara, że tak wiele zależy ode mnie jest mi bardzo potrzebna i za to jej jestem wdzięczna i wybaczam  jej to, że za trzy minutową  rozmowę  ze mną wzięła 250 zł.

Prawdą też jest, że mimo poszukiwań, nie znalazłam terapeuty, który z wiarą wyleczenia podjął by się skutecznego wyleczenia.  Najczęściej po usłyszeniu rak płuc, informują, że wszystko jest możliwe, pod warunkiem, że nie przyjęłam i nie podejmę leczenia chemią, niestety ja już jestem   po silnej dawce chemii i na tym kończy się ich pomoc. Za największą  przeszkodę  w wyleczenie  uważają zaaplikowaną już  chemię  niż samego raka.  Nie zgadzam się z nimi, że niepotrzebnie przyjęłam chemię, chociaż  jestem świadoma jak silna jest to trucizna, ale chemia przedłużyła mi życie. Przed chemią szukałam pomocy u wielu znanych terapeutów i udzielali mi krótko trwałej pomocy, ale  nikt nie rozpoznał u mnie raka płuc,  a teraz twierdzą  po co przyjęłam chemię. Wybaczam  im, bo wiem, że u terapeutów stawianie diagnoz nie jest najsilniejszą stroną.

Wybaczam też swoim panom, bo wiem, że mnie kochają, ale  co oni mogą wiedzieć co ja czuję i co jest mi bardzo  potrzebne  aby pozbyć się raka i oby nigdy o tym nie musieli się przekonywać.

To szczęście, że w pozbyciu się raka tak wiele zależy ode mnie, bo już nikogo nie muszę przekonywać, że jest to możliwe. Naprawdę łatwiej jest samemu pokonywać raka, niż innych przekonać do pomocy w  jego leczeniu, kiedy według prognoz jest nieuleczalny.

Irena               Dnia  14.11.2005r.

 

Życzenia Świąteczne

 

 

Dużo szczęścia i radości w pierwsze Święto dużo gości

w drugie Święto dużo wody, to dla zdrowia i urody.

Wiele jajek kolorowych, Świąt radosnych no i zdrowych.

Wszystkim życzy:

Irena.

Autokarem po emocje

 

Z grupą  uczestników Uniwersytetu  Trzeciego  Wieku pokonałam   ponad 9 tysięcy kilometrów w 10 dni, jadąc  do Portugalii z Polski przez Niemcy, Francję i Hiszpanię  zahaczając nawet  o Belgię.

 

 

 

 

 Urzekły mnie domy w wydrążonych jaskiniach z  pięknie obudowanym  wejściem. Wewnątrz są duże przestrzenie ładnie wykończone.

 

Mimo naszego wieku zafascynowani ciekawością, oraz pięknem uroczych miejsc nie czuliśmy spuchniętych nóg i obolałych kręgosłupów, oraz wszelkich niedogodności podróży.

Na wszystkich uczestnikach zmęczenie pokrywał uśmiech, radość  i  wszyscy do końca wycieczki naładowani byli dużą energią.

Za skromne emerytury chcieliśmy zwiedzić jak najwięcej, dlatego o luksusach nikt nie marzył, ale i tak w Portugalii  w hotelu przyjęto nas prawie  po królewsku.

Na turystycznym  szlaku nie było łatwo, chwilami nawet ciężko.  Aby zwiedzić jak najwięcej atrakcyjnych miejsc,  na wypoczynek w hotelach przeznaczaliśmy tylko minimum konieczne   na przespanie się,  prysznic i ciepły posiłek.  Większość czasu spędzaliśmy w autokarze, by odwiedzić atrakcyjne miejscowości w Portugalii i południowej Hiszpanii.

Nim z Polski dojechaliśmy do pierwszego hotelu na Costa Brava spędziliśmy w autokarze non stop 30 godzin śpiąc w nim i spożywając posiłek, by  następnie po sześciu godzinach wypoczynku ponownie udać się w dalszą podróż do Portugalii.

Nie jestem w stanie wymienić wszystkich uroczych odwiedzanych miejsc, ale w mich oczach i sercu na zawsze pozostanie piękno,   którego  żaden aparat  fotograficzny, ani pisane słowa nie są wstanie tego piękna wyrazić, ani opisać.

Cudowne było to, że problemy zdrowotne i inne zostawiliśmy  gdzieś  daleko w tyle  i podczas całej  podróży przebywaliśmy w chwili obecnej tu i teraz, nie było czasu myśleć o przeszłości lub przyszłości. Uważam, że właśnie dlatego wstępowały w nas  siły i nasze organizmy mimo podeszłego wieku  szybko  się regenerowały.  Natomiast w  domu otaczając się super wygodami nasze spuchnięte nogi, nadwyrężone serca, płuca  i  obolałe kręgosłupy wymagałyby  dłuższego  wypoczynku, a nawet specjalistycznej pomocy.

Nie mogę się nadziwić, że bez oznak duszności, z opuchniętymi nogami pokonywałam  wejście pod górę  i schodami  w upałach powyżej 30 stopni łatwiej, niż   kiedyś będąc o wiele młodsza. Muszę nadmienić, że inni seniorzy  również  chodzili niczym harcerki i harcerze i nikt się nie żalił, że coś mu dolega.

Dla duszy i zdrowego ciała zachęcam do wyjścia z domu na szlaki turystyczne bez względu na wiek.

Irena