Monthly Archives: Czerwiec 2017

Drogi są dwie cześć II

Nikt nie pomyślał nawet wtedy, że to klucz do wyzdrowienia.

Ustalenie właściwej intencji to krok do usunięcia przyczyny choroby a i tym samym samej choroby.

Choroba powstaje gdy intencja świadoma (rozum), nasz rozumny cel: chce wyzdrowieć – jest sprzeczna z nasza podświadomością, (sercem) nasz uczuciowy cel: zneutralizować paraliżujący lęk nie dam rady. Tak powstaje konflikt miedzy sercem i rozumem.

Gdy zachorujemy to już mamy w sobie ten konflikt,  wtedy  do wyboru są dwie drogi.

Jedna prowadzi z górki i na końcu jej jest ŚMIERĆ- to łatwa droga,  nic nie musisz robić,  wózek jest już rozpędzony. Inni cię pokierują, dokonają wyboru  za ciebie tak jak do tej pory. Nic się nie zmieniło, tylko teraz z powodu choroby już nie musisz czuć się winny: że czegoś nie dopełniłeś, że nie zarabiasz więcej, że działka leży odłogiem, że dziećmi się nie zajmujesz po pracy itp.

Druga ścieżka to ŻYCIE – ta wiedzie pod górę, tu musisz wyskoczyć z wózka i zacząć się wspinać, nie możesz już słuchać innych,  musisz zacząć słuchać tylko siebie. Co twoja podświadomość (twoje serce) chce ci powiedzieć? Tu zaczynają się schody. Jest to droga pod górę wyboista, ale na szczycie za to czeka na ciebie piękny widok i gdy spojrzysz w dół już zawsze będziesz miał inną  perspektywę.

Więc  jaką drogą ty chcesz iść?  Łatwą czy trudną?

Wybierasz życie czy śmierć?

Większość chorych na raka wybiera śmierć. Dlaczego? Po pierwsze ta droga jest łatwiejsza i nic nie muszą robić, po drugie nie wiedzą jak.

Jak to zrobić? Jak wyskoczyć z tego rozpędzonego wózka?

Wystarczy się tylko zastanowić? Czego ja chcę tak naprawdę? Czego chce moje serce? Dać wysiłek by wyskoczyć z wózka i dreptać pomału, ale pod górę?

Co ja tak naprawdę chcę? Co chce moja podświadomość (nasze serce)?

Co ja tak naprawdę czuję w związku z tą sytuacją?

Tak naprawdę?! Czy to nie przypadkiem ulga, że już nie muszę?

Jestem chory odczepcie się ode mnie! Już nic nikomu nie muszę udowadniać. Jestem biedny i pokrzywdzony przez los. Jak możecie coś ode mnie wymagać,  przecież jestem chory?!

Łatwiej będzie to zrozumieć na przykładzie:

Wyobraźmy sobie Pana Wiesia, który ma 57lat. Właśnie jego firma zbankrutowała, a on dostał sowitą odprawę. Ma dwóch synów na studiach i żonę, która prowadzi własny sklep z odzieżą, mają wybudowany i spłacony dom, są zabezpieczeni finansowo.

Pan Wiesiu starał się o rentę na kręgosłup. Uważa, że jest za stary by się przebranżowić, a w jego wieku to nikt go nie zatrudni.

Renta to jego plan by przetrwać do emerytury. Z odprawy chce pomóc synom na studiach. Nagle dostaje z ZUS  odpowiedź odmowną – nie dostaje renty. Jest załamany, co ma teraz zrobić? Nie chce być obciążeniem dla rodziny, zawsze to on był głównym żywicielem. Miał by być teraz na utrzymaniu żony, to nie do pomyślenia dla niego. Na studia jest już za stary, nie widzi żadnych perspektyw dla siebie.

Paraliżuje go wewnętrzny lęk,  że będzie obciążeniem dla rodziny, zawsze pogardzał darmozjadami.Ten lęk uruchamia podświadomość, czyli serce, które by ratować rozum przed paraliżującym lękiem działa impulsywnie, uczuciowo uruchamia komórki rakowe.

Serce nie myśli racjonalnie, nie zastanawia się nad konsekwencjami, po prostu neutralizuje lęk by pomóc rozumowi. I tak Pan Wiesiu dowiaduje się, że ma raka płuc. Jest wstrząśnięty diagnozą. Dlaczego ja? Całe życie palił papierosy, ale ogólnie dbał o zdrowie. Jego synowie i żona Ewa bardzo wspierają go.

Z powodu nowej diagnozy dostaje upragniona rentę. Racjonalnie  i rozumowo, oczywiście jego pragnieniem  i intencją jest –  chcę wyzdrowieć. Tylko jego serce (podświadomość) będzie sabotować jego wysiłki by paraliżujący lęk jak utrzymać Rodzinę,  nie powrócił.

Lęk i wstyd:, że będzie obciążeniem finansowym dla rodziny, że nie wykształci dzieci, że będzie po leczeniu zniedołężniałym starcem, że będzie nie sprawny jako mężczyzna, że przestanie się podobać żonie itd.

Gdy Pan Wiesiu dowiedział się o terapii to stwierdził, że jest za słaby by się jej poddać. Chodził, był samodzielny a przecież przy terapii można leżeć,  trzeba tylko rozmawiać z terapeutą. Poza tym lekarz mu zabronił wysiłku fizycznego, a on w takie rzeczy i tak nie wierzy. Dajcie mi wszyscy święty spokój powinniście mnie teraz wspierać a nie mnie denerwować – mówił. On teraz musi słuchać lekarza. Palił papierosy dalej ukradkiem, gdy nikt nie widział, mimo że tego też mu lekarz zabronił. A tu zasłaniał się lekarzem.

Intencja świadoma, nasz rozumny cel: chce wyzdrowieć – jest sprzeczna z nasza podświadomością, sercem.

Ludzie często nie chcą wyzdrowieć podświadomie, bo po pierwsze –  w końcu nic nie muszą, po drugie  – są w centrum uwagi rodziny.

Podświadome nie chce wyzdrowieć – widać po tym jak chory nie chce nic dla swego zdrowia zrobić. Najlepiej  wziąć   tabletkę i nic nie robić, bo przecież jestem chory. Mówi nam za to,  że jest przerażony i bardzo chce wyzdrowieć, ale nie chce dać z siebie żadnego wysiłku. Gdy mamy sposób,  tylko trzeba dać minimum wysiłku to nawet nie chce rozmawiać na ten temat,  bo podświadome pragnienie serca mówi nie chce wyzdrowieć.

Ustalenie intencji, która nie jest sprzeczna z naszą podświadomością sercem jest bardzo ważna. Ułatwia nam prace.

Nie nastawiajmy się, że terapia spowoduje wyleczenie pacjenta. To błąd sam w sobie, który blokuje współpracę naszej świadomości z podświadomością (serca z rozumem). Intencje nie mogą być sprzeczne, bo powodują konflikt.

Dobrze ustalić sobie na początku  cel, który będzie zgodny z podświadomością naszego chorego niezależnie, co on nam mówi. Słuchamy, co mówi jego rozum, który nie słucha serca. Pamiętajmy,  że taki chory zawsze będzie mówił nam  co innego i robił, co innego. W konsekwencji i tak posłucha serca. Nawet nie będzie wiedział, dlaczego tak postąpił. Wymyśli milion idiotycznych rozumnych powodów byle wyjaśnić swoje postępowanie, podtrzymując swój świadomy rozumny cel.

Gdy mama była chora, ze względu na diagnozę i lekarzy,   ja w jej wyzdrowienie nie wierzyłam. Po prostu wiedziałam, że z tego nie wyjdzie koniec, kropka.

Wiedziałam, że to kwestia czasu i że będzie tylko gorzej. Dawali mamie 6 tygodni życia od rozpoznania. Wyniki były złe,  całe płuco zajęte przeżuty do węzłów chłonnych i ze względu na zachowanie mamy podejrzenie przerzutów do mózgu. Nawet do głowy mi nie przyszło, że może z tego wyjść.

Szukałam pomocy by po pierwsze,  nie siedzieć bezczynnie, po drugie by ulżyć mamie w przejściu na druga stronę. Chciałam by odchodząc była pogodzona ze sobą, by nie bała się demonów i ciemności,  by miała pewność, że tu zostawia pozałatwiane sprawy, a tam czekają na nią bliscy i aniołki. By pozbyła się lęków,  w asyście aniołów mogła z uśmiechem przejść na drugą stronę.

To była moja intencja –  nie wierzyłam w jej wyleczenie. Wiec intencja była zgodna z jej świadomością i podświadomością (sercem i rozumem). Mama też pracując z lękami chciała okiełznać lęki i przestać się bać.  To była nasza intencja, nasz wspólny cel.

Nikt nie pomyślał nawet wtedy, że to klucz do wyzdrowienia.

Intencja jest bardzo istotna. Pracując z chorym trzeba z nim ustalić cel intencji spotkań, tylko to nie może być wyzdrowienie,  szczególnie  gdy on sam w to nie wierzy  i  podświadomie tego nie chce.

Intencja – cel pracy nad sobą nie może być sprzeczny  z naszym wewnętrznym podświadomym pragnieniem.

Moje zalecenia:

Na początek niech twoją intencją będzie spokój ducha i harmonia wewnętrzna,  pozbycie się lęków i stanów depresyjnych związanych z choroba.

Tak należy rozmawiać z chorym. Dobrze, gdy w terapii bierze udział chory z rodziną,  to pomaga. Gdy mamy uraz do kogoś jest dobrze wybaczyć te urazy przed śmiercią i  pogodzić się. Sesje powinny być indywidualne, by każdy mógł się swobodnie wypowiadać nie obawiając się że urazi kogoś z rodziny czy chorego.

Wyjaśnienie konfliktów i wzajemne wybaczenie sobie jest bardzo ważne i powinno płynąc z serca, a nie być udawane. Jeśli nie teraz, to kiedy?

Nawet, jeśli chory nie będzie potrafił otworzyć się na terapie,  a pogodzi się z rodziną i uzyska spokój wewnętrzny i harmonię to i tak warto.

To krok do usunięcia przyczyny choroby a i tym samym samej choroby.

Tego z całego serca wszystkim życzę

Pozdrawiam

Aga

 

 

Dobra i okrutna Matka

Będąc dobrym dla wszystkich,  dla kogoś  przez to musimy   być  okrutnym.

Przez nikogo tak nie cierpiałem   jak przez swoją Matkę,  a Ona chociaż żeby była zła, nie zajmowała się nami, tylko myślała o swoich przyjemnościach byłoby mi o wiele lżej.

Zwierzył mi się pewien Pan  słowami – ” wiesz   wiele osób mnie   skrzywdziło i wszystkim wybaczyłem bez problemu, bo tak trzeba, ale swojej Matce próbowałem,   jednak to  okazało się  ponad  moje  siły, taki  ogromny czuję  przez nią ból”.

Rodzina i znajomi  uważają ją prawie za Świętą Teresę. Sam kiedyś będąc dzieckiem  uważałem, że zasługuje by do nieba iść z butami, wszystko robiła dla naszego dobra, sama od życia nic nie oczekując tyrała od świtu do nocy.

Najgorsze  to jest to, że Ona sobie  nie zdaje sprawy  jaką  mi  krzywdę zrobiła.

W domu byłem najstarszy i tak się stało, że  mając trzy latka już stałem się dorosły, a najmłodsza była zawsze potrzebująca wsparcia do dnia dzisiejszego. Ode mnie żądała,  wymagała, a im wszystko się należało.  Miałem obowiązek  nimi się zajmować i ich chronić, a Oni jeśli mnie coś niszczyli, czy bili, to  nie wolno mi było się  przed ich agresją bronić, tylko wymagano ode mnie zrozumienia, że są młodsi i musiałem postępować według przysłowia, że  ” mądrzejszy i silniejszy musi ustąpić”

Może całkiem po macoszemu mnie    nie traktowała,  tylko zawsze byłem gorzej traktowany od mojego rodzeństwa.  Przy moich dorosłych dzieciach wspominała, że dałem jej popalić bardziej niż pięciu chuliganów.

Według Matki byłem gorszy od  swoich kolegów, chociaż nie chodzili do szkoły, nie uczyli się, bili młodszych i dla nich  zawsze znajdowała wytłumaczenie   złego ich zachowania. Natomiast  wobec mnie była krytyczna, jeśli nawet przynosiłem piątki, to uznawała, że tak jakoś mi się udawało, a mój kolega z dwójkami i tak jest lepszy, bo w gospodarstwie jest sprytny i jego rodzice z niego mają dużą pomoc.

Zawsze byliśmy najedzeni, czyści i ładnie ubrani. Czasem trochę pokrzyczała, ale naprawiała to  zaraz  łagodząc  swoim miłym uśmiechem  i nie pamiętam, aby któregoś nas kiedykolwiek uderzyła.  Ten uśmiech Matki w ciężkich chwilach od wczesnego dzieciństwa dawał mi siłę i wiarę, że będzie dobrze, ale wcale dobrze nie było, tylko coraz gorzej.

Co ja Ci będę mówił, nikt nie  zrozumie mojego  bólu ile  przez nią wycierpiałem, jak mi serce na jej wspomnienie krwawi  i jak zniszczyła moje całe życie  przez to, że była taka dobra, troszczyła się o wszystkich, nigdy nic drugiemu człowiekowi złego nie powiedziała,  o wszystkich w koło mówiła tylko dobrze.  W tym jej pozytywnym mówieniu o innych, tylko ja stanowiłam wyjątek, w mojej obecności każdy mój błąd ogłaszała wszystkim sąsiadom, znajomym i całej rodzinie. Jak niechcący atramentem z pióra poplamiłem siostrze niedzielną bluzkę, to lamentowała nad tą bluzką przez tydzień, ogłaszając wszem i wobec, że przeze mnie pójdzie z torbami. Ale jak młodszy braciszek np.  celowo  uciął mi w teczce szkolnej  pasek, to go Matka tłumaczyła, że  tak  naprawdę nie wiedział, że to aż takie zniszczenie, bo jeszcze mały i wszystkiego nie rozumie, a też już chodził do szkoły.

Tylko  mój Ojciec  na nią się skarżył, a ona przy  nim milczała, a ja też  milczałem, ale uznawałem, że ma racje. Matka chyba to wyczuwała, bo zawsze   po jego wyjściu mnie się za niego obrywało w ten sposób, że  musiałem wysłuchiwać jej żalów i wszystkie złości  jakie  miała do  niego, czasem przez trzy godziny. Nie pozwalała mi się oddalić, zmuszała mnie do wysłuchiwania, obym czasem  w niego się nie udał.  Niekiedy  nie wytrzymałem i brałem Ojca w obronę, wówczas przeszywała mnie takim złym wzrokiem, że ciarki po plecach mi przechodziły.

Wielokrotnie moja Matka mi przytyk robiła, jak uważała, że ojciec popełnił błąd lub coś złego zrobił, widzisz jaki on jest, a ja to muszę  wszystko sama znosić. Jak  np. sprzedał kawałek ziemi, to do Ojca nawet się uśmiechała, a dopiero po jego wyjściu nadawała na niego do mnie, że za tanio, że mógł poczekać, a tak go prosiłam biadoliła,  nie sprzedawaj, a On i tak zrobił po swojemu i mamy teraz stratę. I zaczynała litanię, co by mogła za te pieniądze   mnie kupić i dla  domu gdyby sprzedał drożej, lub gadała ile będzie ta działka wart za parę miesięcy. I tu podawała przykłady  ile rzeczy sprzedał tanio, a później podrożały.

Będąc nastolatkiem zastanawiałem się, czy jestem jej biologicznym synem, bo to by mi wyjaśniało jej gorsze do mnie nastawienie.

Przez całe lata udowadniałem, że jestem  lepszy niż myślała, ale to wszystko na daremno. Jak się możesz domyślić miałem podobną, tak idealną  żonę, kobietę i Matkę  moich dzieci, że nie do wytrzymania. Ona tak samo zawsze pracowita i zawsze nim coś zrobiła, to dyskutowała z wszystkimi i chociaż  każdy miał inne zdanie, to i tak zrobiła po swojemu, a złymi skutkami winą mnie obarczała, bo nie potrafiłem sprostać zadaniu, które ona mi zleciła.  Oczywiście akcentując, że każdy inny zrobiłby by to z łatwością.

Po rozwodzie  zauważyłem, że bardzo moja była przypominała charakterem moją Matkę, ale te postrzeżenia chowałem dla siebie nic nikomu nie mówiąc.

Matkę  zobaczyłem w innym świetle jak odkryłem jej  kłamstwa  o sobie,  i mojego rodzeństwa.   Pewnego dnia wpadły mi przypadkowo  przekazy emerytury mojej Matki,  wypisane kwoty zrobiły na mnie wrażenie, że aż siadłem.  Jej emerytura była większa niż moje zarobki.  Ojciec już nie żył, ale wiem, że Ojciec miał  bardzo wysoką emeryturę, a Matka lamentowała jak  teraz z jednej jest ciężko jej wyżyć.

Nic nie powiedziałem, tylko dopiero teraz zrozumiałem  jak bardzo mnie okłamywała, aby w  moich oczach i  innych siostra z bratem uchodziły za zaradnych i mądrzejszych niż są. Nie jednokrotnie mnie przytykała, zobacz jak siostra  potrafi dobrze pracować, oszczędza  to i ma, podobnie zresztą jak  Twój  brat. Oni już od dziecka wykonywali pracę zawsze  chętnie,  dobrze i solidnie.

Nie zazdrościłem bratu, że się pobudował, a siostrze, że kupiła sobie dwa własnościowe mieszkania w Gdańsku w nowym budownictwie.   Dopiero po odkryciu wysokiej emerytury zwróciłem uwagę, za co w szczególności siostra  kupiła w krótkim czasie dwa  mieszkania. Przecież pracowała za najmniejszą krajową,  więc nie mogła mieć aż takich oszczędności, ale  jak się okazało Matka owszem mogła, nawet bez ojca emerytury.

Nie chodzi mi o pieniądze, mnie wystarcza to co mam, chodzi mi tylko o kłamstwa tej nieskazitelnej Matki,  zaradnej siostry i brata. Nie mogę znieść  dlatego, że oszukiwano  po to, aby  w moich oczach ich wywyższać, a mnie  pogardzać. Przez całe życie czułem się gorszy, czyli inaczej mówiąc byłem pogardzany, a rodzeństwo do końca wybielała i nadal na stare lata to czyni. Tak do końca nie wiem, czy poniżała mnie  i zadawała ból z rozmysłem, czy nie zdawała sobie z tego sprawy.

Nie mogę zrozumieć, że aby uchodzić w środowisku za biednych, bez skrupułów brała z kościoła dawane jej darowizny, a potem nie wiedząc  co z tym zrobić, jak się pozbyć    niepotrzebnych jej  wiele artykułów, podrzucała pod  różnymi śmietnikami. Zwróciłem na to uwagę, że czyni  krzywdę, bo darowizna przeznaczona jest dla potrzebujących, a ona  na to, że przyjmuje, by sprawić  fundacji przy kościelnej  przyjemność, bo nikt darowizn nie chce przyjmować.

Wiem, że Matce chodziło o to aby w środowisku  nikt  nie podejrzewał, że  mieszka  z córką, ze względu na  swoją wysoką emeryturę. Czasem zwracałem uwagę siostrze, że zaniedbuje Mamę, zostawiając ją na 14 godzin i więcej samą. Oczywiście, że proponowałem zabranie Matki, ale siostra podnosiła od razu taki krzyk  jak  nie wiem co, a Matka jak zawsze jej przytakiwała i byłem bezsilny.

Nie mogę Matce wybaczyć, że przez całe życie była fałszywa  po to, aby mnie okazać pogardę, że jestem gorszy od siostry, brata i innych i bardzo mnie to boli.

Odpowiedziałam  znajomemu, że go trochę rozumiem,  bo  ja też  przez moją  kochaną  Mamę i rodzinę  czułam się gorsza, okłamywana, a nawet oszukiwana, a mimo to dla swego i ich dobra  wybaczyłam.

W skrócie opowiedziałam jemu,   że ja też  przez moja  kochaną  Mamę i rodzinę  czułam się gorsza, okłamywana, a nawet oszukiwana, a mimo to dla swego i ich dobra  wybaczyłam.

Opowiedziałam znajomemu  jak  ja tego dokonałam  po to,  aby go zmotywować do wybaczenia mimo wszystko, poza tym  można się samemu przekonać, że   Matki miłość jest niewinna.

Czy  go zmotywowałam?   I z jakim skutkiem?   O  wszystkim na blogu za  tydzień  opiszę.

Pozdrawiam.

Irena

 

Drogi są dwie – Ty decydujesz czy wybierasz życie czy śmierć!

Drogi są dwie. W górę albo w dół. Wybierasz życie albo śmierć. Tylko czemu wszyscy biegną w stronę śmierci?!

Intencja i szczerość z samym sobą jest bardzo ważna szczególnie gdy usłyszałeś diagnozę rak. Tylko nielicznych  stać  na szczerość z samym sobą.

Dlatego większość wybiera łatwiejszą drogę w dół w stronę śmierci.

Intencja – jest bardzo ważna.

Zanim zaczniemy pracować nad sobą stosując np.: terapie emocjonalne ważna jest intencja, czyli cel po co to robimy. By być zdrowym ktoś odpowie- -nieprawda. Robimy to z lęku przed śmiercią, przed nieznanym.

Co robiliśmy wcześniej by być zdrowym,  czy dbaliśmy o siebie? Oczywiście że dbałeś o zdrowie odpowiesz. Czyżby?

Czy przyrządzałeś posiłki tylko ze świeżych produktów i czy zjadałeś je w spokoju? W spokoju delektując się smakiem, nie spiesznie?

Czy jadasz śniadania regularnie o tej samej porze?

Czy korzystasz z żywności przetworzonej?

Jak często skacze ci cukier we krwi?

Jak często pozwalasz by skoczyło ci ciśnienie krwi?

Czy traktujesz swój organizm jak świątynie?

A może paliłeś papierosy? Czy idąc do pracy spieszysz się i czy to jest przyjemny spacer gdzie rozkoszujesz się mijającą drogą?

Jak często się spieszysz? Do pracy, do domu, na spotkanie?

Choroba jest wielkim znakiem STOP.  Jest znakiem, który mówi już nie musisz się spieszyć, już widać koniec tej drogi. Już możesz poleżeć i odpocząć, już nie musisz tak gnać.

Jak widzisz znak stop należy się zatrzymać i zastanowić, co było nie tak, jaka była twoja intencja?

Co robiłeś dla siebie a co dla innych?

Pisząc DLA SIEBIE mam na myśli tylko Ciebie. Nie szefa, dzieci, męża, żonę, przyjaciółkę itd. Tylko SIEBIE.

Gnamy gdzieś ciągle coś komuś udowadniając,  a zapominamy o sobie. Dbając o akceptacje i uznanie rodziców często nie przyznajemy się co chcielibyśmy robić My sami. Wybieramy szkołę zgodnie z aspiracjami naszych rodziców a nie swoimi. Często jesteśmy tak stłamszeni w dzieciństwie, że nawet nie wiemy, co chcielibyśmy robić.

Tak gnamy w przepaść byle szybciej byle do jutra skupiając się na nic niewartych bieżących zadaniach zapominając o sobie. Nie słuchamy  naszego organizmu.

Nagle w tym pędzie dowiadujemy się ze jesteśmy chorzy np. na RAKA. Jak to ja, dlaczego?

To wielki napis STOP od naszego organizmu, to  krzyk byśmy go wysłuchali!

Drogi są dwie!  W górę albo w dół. Wybierasz życie,  albo śmierć.

Tylko czemu wszyscy biegną w stronę śmierci?!

Wyjaśnienie tego fenomenu w drugiej części wpisu, w następną środę.

Pozdrawiam

Aga

Toksyczna dobroć

 

Każdy Rodzic chce mieć dobre  posłuszne  dziecko, a każde dziecko też chce być dobre  i kochane.

Czasem takie  pragnienie  rodziców i dziecka doprowadza do  toksycznych przekonań i życiowych dramatów.

Tak było właśnie ze mną, podczas terapii byłam zszokowana jak zobaczyłam co było przyczyną mojego programu uzależnienia psychicznego.

Okazało się, że mając  niecałe trzy latka, poczułam się od Matki odpychana. Pewnego razu   usłyszałam, jak chwali moją kuzynkę Marysię, że jest taka usłuchana/czyli dobra/, cicha jak by jej prawie nie było, ciocia tylko przytaknęła, dodając, że jest cicha, ale bardzo kochana.

Malutka Irenka nie wiedziała, że powodem braku zainteresowania Mamy  jest urodzony mały braciszek, który był  słaby i chory. Podjęła walkę o miłość Matki postanowieniem bycia  posłuszną  i cichą.

Od tego momentu    w  okresie wczesnego dzieciństwa zaczęłam  realizować  pragnienie bycia kochaną,  słuchając  wszystkich dorosłych, nawet swojego 11 letniego  kuzyna sierotę  wojenną wziętego  na wychowanie.  On dla dobra Mamy  nie pozwalał mi się zbliżyć i  zwrócić się do Mamy o nic, nawet o podanie picia. Piłam i jadłam kiedy byłam zawołana, a  jak  leciałam do niej, to kuzyn mnie  odpychał,  podstawiał nogę, a nawet bił, krzycząc, bekso bądź cicho, bo przeszkadzasz Mamie.

Uważałam, ja i wszyscy,  że ma rację, nie wolno zachowywać się głośno, czyli ani płakać, ani się śmiać, skakać  i  tańczyć, bo obudzę chorego braciszka.  Podstawowe  potrzeby i prawa stały się w oczach małej Irenki  złe, a dla opiekunów niewygodne.

W takich chwilach  uciekałam do starego pokoju/nie zamieszkały/ i chowałam się do  dużego  kufra,  aby tam cichutko sobie popłakać i głaskać  obolałe miejsca.

Próbowałam później kuzynowi tłumaczyć, że nie chciałam Mamie przeszkadzać, tylko aby podała mi picie, albo że się skaleczyłam i by opatrzyła skaleczenie. Zawsze odpowiadał, że jestem  niezdarą i tylko przeszkadzam Mamie. Wpędzał mnie w poczucie winy i wstyd, jak mogłam się tak zachować. Tym bardziej, że zauważyłam, że jak krzyczał n „nie przeszkadzaj Mamie”, to rodzicom się jego zachowanie wobec mnie podobało.

Mnie było żal Mamy, bo nie ma na nic czasu, Ojca, że ciężko pracuje i kuzyna, bo wojenny sierota, tylko  ja miałam wszystko,  rzekomo nic mi nie brakowało, poza jednym faktem, czułam się  niepotrzebna, odepchnięta,  które z  czasem  urosło do bycia nieważną i nic wartaną.

Nikt nie zdawał sobie sprawy, ani z dorosłych, ani ja przez  50 lat, że właśnie w powyższy sposób programowałam sobie program uzależnienia psychicznego.

Kiedyś  pisałam w swoich pamiętnikach, że jak zachorowałam na raka, nie wiedziałam dlaczego prześladowały mnie słowa ” Nie przeszkadzaj Mamie”  i  przekonanie  „muszę odwdzięczyć się Mamie”.

Splot zachowań moich opiekunów spowodował u mnie przekonania,  że muszę być wobec innych szczera do bólu, i o wszystko co chcę  zrobić muszę zabiegać o  akceptację kogoś innego, jak kiedyś swojego kuzyna, który decydował kiedy nie przeszkadzam Mamie.  Z perspektywy czasu spostrzegłam, że zawsze  mądrzejszy był ktoś kto mówił pewnie i stanowczo,  co wcale nie oznaczało, ze mądrze.

Paradoks polega na tym, że moja Mama wspominając  nasze dzieciństwo, zawsze twierdziła, że byłam trudnym dzieckiem i sprawiałam więcej problemów, niż pięciu chłopaków. Nie wiem dlaczego pięciu, ale tak mówiła.

Do niedawna takie twierdzenie Matki sprawiało mi przykrość, bo pamiętam, że zawsze starałam się z całych sił być dobrą kochaną córką i kochałam swoją  Matkę nad życie.

Dzisiaj rozumiem dlaczego tak było, nie mogło być inaczej bo postępowałam  nie  tak,  jak podpowiadało mi moje serce i mój rozum, tylko słuchałam   zaufanych  osób wskazanych przez Rodziców jako mądrych.  Zawsze obrywało mi się, jak coś zrobiłam za radą mojej   przyjaciółki, którą moja Mama uważała  za najmądrzejszą na świecie,  ale moich tłumaczeń nikt nie słuchał.  Tak naprawdę nigdy żadnych decyzji nie podejmowałam sama, zawsze słuchałam  czyichś  poleceń  lub akceptacji, a dopiero później udowadniałam bezskutecznie swoje racje.

Tak również było w   dorosłym życiu, podobnie jak w dzieciństwie  nie broniłam swoich racji, tylko   słuchałam poleceń  osób  przez środowisko uznawanych jako mądrych. Zamiast w sobie,  szukałam też w nich akceptacji i bezpieczeństwa.

Skutkowało to tym, że trafiając  na fałszywych szefów i innych fałszywców udowadniałam im, że jestem lojalna i uczciwa. Oni bez żadnych skrupułów okradali mnie z  czasu wolnego, a nawet z pieniędzy  nic mi nie udowadniając, tylko wskazując  na mnie, że to moja wina.

Nic dziwnego, że trafiłam również  na despotycznego męża, bo uaktywniony  syndrom uzależniający przyciągnął do mojego życia despotę. Skąd miałam wiedzieć, że to odczuwane przeze mnie przyciąganie nie jest miłością jak   myślałam, tylko przyciąganie  toksycznego  uzależnienia. To tak, jak  pijak zawsze trafi do pijących  wódę nie wiedząc gdzie są, jak by  miał w sobie nawigację.

Dałam przyzwolenie byłemu mężowi  całkowicie kierować i rządzić  swoim  życiem, jak kiedyś w dzieciństwie  oddałam swoje prawa  starszemu kuzynowi, który  mnie szturchał, bił abym była cicho dla dobra Mamy.

Tak się działo w moim życiu, bo moi opiekunowie chcieli widzieć w Małej Irence dobre  posłuszne dziecko, któremu w życiu będzie się szczęściło.

Paradoks polega na tym, że syndrom uzależniający powstał, że właśnie mała Irenka była bardzo posłuszna i bardzo chciała być kochana.

Irena

 

 

Pod opieką lekarzy

 

 

Służba zdrowia wszystkich traktuje nas „taśmowo” – recepta i następny proszę, czasem wypiszą jakieś skierowanie i to wszystko na co możemy liczyć.

Obarcza się odpowiedzialnością chorych za późne wykrycie raka, tym samym uniewinniając służbę zdrowia odpowiedzialną  za ten stan.

Może właśnie dlatego lekarze nie kwapią się  rozpoznawać u pacjentów nawet  typowe  książkowe  objawy  choroby, bo po co? Winą  i tak wszyscy obarczą chorego.

W  TV programach,  Internecie i innych mediach nawołuje się  do robienia okresowych badań ludzi zdrowych, którzy nie odczuwają żadnych dolegliwości. Niby celem wczesnego wykrycia raka,  bo dla raka miesiąc zwłoki to brak szansy na wyleczenie.

Z mojego doświadczenia i obserwacji  wynika,  że te apele powinny być przede wszystkim kierowane do lekarzy,  NFZ,  a nie do zdrowych  pacjentów.

Uważam, że w tym temacie jest coś nie tak. Chętnie zajmują się osobami, którym nic nie doskwiera, a chorych ustawia się do lekarzy w niebotyczne kolejki, którym nie wszystkim dane się jest doczekać.   W żadnej przychodni nie widziałam,  ani nie słyszałam,  by jakiś lekarz czekał na pacjenta, a może ktoś słyszał, lub widział?

W każdej przychodni jest tłum cierpiących ludzi  przypominający erę pustych półek sklepowych. Ludzie wiedzą, że muszą robić badania i chodzą do lekarzy. Czasem zastanawiam się po co?.  Lekarzy nie obchodzą choroby i  objawy chorób  pacjenta, wszystkich traktują nas „taśmowo” – recepta i następny proszę.

Według mnie to  nie prawda, że rak w początkowym stadium nie daje objawów. Daje i często bardzo bolesne, tylko są przez lekarzy nie rozpoznawane,  dlatego przez wielu chorych ignorowane.  U  mnie zaawansowany rak płuc –guz 4cm x 8 cm został wychodowany pod opieką lekarzy różnych specjalności.  W/g opinii profesora onkologa u mnie rak drobnokomórkowy dawał objawy 6-miesięcy przed diagnozą. Niestety były ignorowane przez wielu lekarzy, tylko ja z uporem maniaka się nie poddawałam bo nie uwierzyłam, że nagle poczułam się gorzej z powodu wieku, jak mi wmawiano. Mając 56 lat czułam się jeszcze młodo, a z dnia na dzień czułam się coraz gorzej.

Byłam osobą dbającą o swój stan zdrowia,  prowadziłam  zdrowy tryb życia, czyli zdrowo się odżywiałam ; dużo , warzyw, owoców , gimnastyka , spacery, regularne lekarskie badania różnych specjalności. Będąc kobietą dojrzałą  myślałam, że jeszcze mogę prosić lekarzy o pomoc na dokuczliwe dolegliwości. Jednak   lekarze tłumaczyli,  że  ze względu na wiek muszę odczuwać jakieś dolegliwości,  więc z pokorą pouczenie przyjmowałam, do momentu kiedy moje dolegliwości zaczęły przeradzać się w coraz większe bóle,  a do nich dołączyły inne bólowe objawy ; okropny ból głowy,  obrzęki, duszności, wymioty. Chodziłam od lekarza do lekarza, na ubezpieczenie i prywatnie,  wypisywano mi różne recepty, a na  skierowania do szpitala,  trzy szpitale odmówiły mi przyjęcia.  W  końcu na skierowanie od prywatnego lekarza przyjął mnie łaskawie szpital akcentując, że przyjmują mnie, nie ze względu  na moje bóle, bo każdy jakieś bóle ma,   tylko przez wzgląd na lekarza który wypisał to skierowanie, wyraźnie mnie to powiedziano nie przejmując się co ja czuję.

W szpitalu  prawie wszyscy lekarze traktowali mnie jak symulanta, który ucieka przed pracą  i wymyśla sobie dolegliwości,  a biedni lekarze za marne pieniądze muszą zajmować się kimś takim jak ja. Lekarzom tłumaczyłam, wyjaśniałam co boli i jak bardzo, ale byłam prawie dla wszystkich niepełnowartościowym intruzem na marginesie społecznym. Nigdy nie zapomnę, jak  zostałam przez  Panią doktor skrzyczana,  jak  wynik TK  kręgosłupa  nie potwierdził  moich bólów, chociaż mam diagnozę dyskopatia,  to było za mało aż na takie bóle, więc  oskarżono mnie, że symuluję. Wykrzyczała mi,  że takie badanie jest kosztowne,  a ja swoją  insynuacją naciągnęłam NFZ na niepotrzebną stratę.

Mój znajomy  nie był w stanie pracować ze względu na bóle kręgosłupa i bóle głowy,  mimo to komisyjnie odrzucono mu rentę.  Na sądowe odwołanie dostał wezwanie na stawienie się w dniu pogrzebu – zmarł na raka płuc, który rzekomo nie dawał objawów, a nie dlatego, że lekarze nie rozpoznali i nie uwierzyli skarżącemu się choremu.

Przecież to że płuca nie bolą, to nie znaczy, że nie ma objawów.  Według mnie, takie apele powinny być kierowane do  lekarzy różnych specjalności, by ich uczulić na objawy  rakowe, by  najpierw kierować pacjenta na badania wykluczające raka a następnie szukać przyczyny innych dolegliwości,  a nie w odwrotnej kolejności,  gdy na leczenie raka,  jest już za późno i jeszcze wmawia się chorym , że rak na początku nie daje objawów. Oburzające  jest to,  że lekarze u mnie sześć miesięcy wcześniej raka nie wykryli, tylko wypisywali recepty nie wiadomo na co, obniżając moją odporność, ale  nie uprzedzając  o skutkach ubocznych,  że uszkadzają nerki, wątrobę i inne organy.

Kiedy trafiłam w końcu do przychodni onkologicznej moje dzieci zwróciły uwagę na wiszące plakaty opisujące objawy raka dokładnie takie jak były u mnie. Okazało się, że miałam typowo książkowe objawy. Takie plakaty powinny wisieć w przychodni podstawowej opieki zdrowotnej i w każdej jednej przychodni.

Lekarze u mnie książkowych objawów raka płuc nie rozpoznali z niewiedzy?  A może  nie chcieli rozpoznać?  A może najpierw chcieli  zarobić na dolegliwościach chorego wypisując  mnóstwo leków recepturowych?

Firmy farmaceutyczne płacą za wypisywanie  leków i lekarze bez skrupułów przyjmują ich ofertę,   bo trucie ludzi lekami recepturowymi w dzisiejszej dobie stało się bezkarne. Jeszcze nie zdarzyło się,  by komuś zarzucono wypisywanie niepotrzebnych leków trując człowieka i naciągając na duże koszty.

Mnie było łatwiej pokonać raka, niż służbę zdrowia przekonać do leczenia tego raka

Irena

 

Myśli niechciane

 

 

Myśli  wraz z  uczuciami  posiadają ogromną moc i czy jesteśmy tego świadomi  czy nie,   i czy chcemy tego  czy nie  to właśnie nimi tworzymy swoje życie. Dobrze jest wiedzieć skąd się biorą złe myśli.

Niestety mając złe uczucia i myśli, na pewno nimi nie wykreujemy dobrego zdrowia i życia.  Dlatego jeśli chcemy cieszyć się dobrym  zdrowiem i życiem trzeba  nauczyć się pozbywać  destruktywnych myśli i uczuć.

Moim pierwszym krokiem do pozbywania się toksycznych myśli i emocji było poznanie skąd te myśli i emocje niechciane do mnie przychodzą.  Potrzebną  wiedzę  otrzymałam  z książek  pozytywnego myślenia i pod ich wpływem zaczęła się moja przygoda z terapią uwalniania  toksycznych uczuć  i myśli i nadal trwa nieprzerwanie.

Od lat przekonuję się podczas terapii jak destruktywne są ukryte uczucia i ciągle  jestem zaskakiwana jak ogromny wpływ mają na zdrowie i życie.

Wszystkie zablokowane uczucia stając   się destruktywne  ściągają takie same myśli i są przyczyną lęków przed wszelkimi  zmianami.

W konsekwencji wszystkie blokady powodują ogromne lęki przed zmianą życia.

Wielu z nas nie chce wiedzieć, że te zmiany dokonają  się same, tylko  nie koniecznie dla naszego dobra. Kiedy  my świadomie dokonujemy zmian sami,  to zawsze są dla nas lepsze, niż by dokonały się bez naszej świadomości.

Zablokowane uczucia sabotują nasze marzenia i cele, są toksyczne i zatruwają nasze ciało i życie.

Jeśli  czujemy dyskomfort, coś nam doskwiera, to automatycznie pojawiają się takie same destruktywne myśli, a to oznacza,  że są w nas zablokowane uczucia.

Dysfunkcje mogą powodować niekoniecznie  tylko złe uczucia, ale również  zablokowane pozytywne, takie jak radość i miłość. Dlatego, że zwyczajnie  wówczas odpychamy od siebie radość, miłość, a pustkę wypełniamy złymi emocjami.  Zgodnie z prawem przyciągania przyciągamy  wszystko  to,  co w sobie mamy, złe emocje przyciągają  zło, a pozytywne  dobro.

U  siebie zablokowałam radość w dzieciństwie, jak Matka przerywała mi  na podwórku zabawę z dziećmi w najlepszym momencie wołając do domu na obiad. Po  którymś razie moja podświadomość  zablokowała mi radość z zabawy, aby uchronić mnie przed  ogromnym bólem z powodu przerwanej zabawy.

Tak naprawdę, nie ma złych emocji, dopiero stają się złe  jak  je  zablokujemy, wówczas nawet zablokowana miłość i  radość  przejawia się jako ból  rujnujący  nam życie.

Irena

 

Ukryte uczucie

 

Nasze zablokowane emocje i przekonania uwidaczniają  się   w innych osobach.

Od młodych lat zadawałam sobie pytanie bez odpowiedzi,  dlaczego  ufam fałszywym osobom,    dlaczego  nieoczekiwanie tracę pieniądze, dlaczego wiele instytucji dokonuje pomyłek  niekorzystnych dla mnie.

Nie wiedziałam dlaczego  tyle osób mnie rozczarowuje i tyle  przykrych zdarzeń mnie się przytrafia.  Nie trudno było zauważyć, że  te same osoby   wobec   innych    są całkiem  inni i całkiem w porządku. Takie postrzeżenie  jeszcze bardziej potęgowało ból,  niszczyło  moją wewnętrzną wartość i  coraz bardziej czułam się gorsza.

Kiedyś  taką innością   zaskoczył  mnie mój były mąż,  który wobec nowej partnerki był całkowicie inny niż  wobec mnie. Wpędziło mnie to  w duże poczucie winy, chociaż to ja byłam zdradzana.

Ostatnio na mojej ścieżce życia, rozsypał się worek pełny rozczarowań.

W  pewnym  momencie poczułam się  nawet osaczona, jak by  przez jakieś niewidzialne zło. Po czymś takim,   leniwe ze swej natury „ego” nie zdołało już mnie powstrzymać, by dociec do przyczyny tego stanu rzeczy, jaka mnie ostatnio spotkała.  Zapragnęłam  się dowiedzieć co to za zło mnie osaczyło z wielu stron i ciekawość, czy jestem w stanie tego zła, a może pecha się pozbyć?

Biorąc się za bary z rozczarowaniem , postanowiłam przyjrzeć się  temu  bliżej, podobnie jak kiedyś przyjrzałam się swojemu rakowi.

Żadne rozczarowania tak nie bolą, jak zadany ból przez kochane bliskie osoby, więc uderzyłam  w rozczarowanie, które najbardziej mnie zabolało w relacjach rodzinnych z Justyną.

Kiedy wydawało mi się, że relacje z  Justyną  układają się  cudownie,  okazało się, że jest wobec mnie fałszywa. Okłamywała mnie od zawsze, a ja jej zwierzałam się z intymnych sfer swojego życia. Ona o sobie opowiadała mi zmyślone bajki, ale ja wobec niej była szczera aż do bólu. Bazując na moim zaufaniu zmyślnie wyciągała  słabe strony, by  zręcznie mną manipulować.

Podczas terapii uwalniającej zablokowane uczucia zobaczyłam,  jak podświadomość dokonywała  projekcji  pogardy   na inne osoby.

Idąc tropem świeżo zadanej rany  i rozczarowaniem  Justyny,  nim podjęłam terapię pojawiło się silne  uczucie   bycia gorszą  od wielu osób które szanuję,  kocham i  lubię.

Tym odkryciem byłam zdziwiona, bo nie zdawałam sobie sprawy, że takie coś, jakiś syndrom pogardy  tkwi we mnie. Mocno zabolało mnie odkrycie   uczucia  bycia gorszą od innych.  Idąc  za ciosem, weszłam w nie   i wraz z nimi  do emocjonalnych  zdarzeń ukrytych w podświadomości.

Zdarzenie miało miejsce jak miałam 15 lat,  będąc  w domu na wakacjach weszłam do wiejskiego naszego klubu. Szybko poszukałam wzrokiem, czy jest ten nowy bardzo przystojny chłopak, w którym zdążyło się już zakochać wiele moich koleżanek. Spojrzałam i od razu poznałam swojego kolegę z wczesnego dzieciństwa, z którym bawiłam się u księdza na plebanii. Siedział ważny, bo otoczony wianuszkiem podziwiających go dziewcząt, niestety mnie też się spodobał, bo od  pierwszego wejrzenia serce mocno załopotało, ale udałam, że jest mi obojętny.

Tym  kolegą był  Zbyszek, On    należał do księdza Rodziny i będąc dzieckiem   z młodszym bratem przyjeżdżali  na wakacje letnie i zimowe. Natomiast  moja Mama w tym okresie na plebanii u księdza pracowała, więc  mnie  z bratem z sobą zabierała. Obydwoje   tak naprawdę skazani   byli na zabawę z  nami, bo inne dzieci na podwórko księdza miały  wejście   zabronione. Czasem próbowałam na ogród plebanii przemycić swojego lubianego kolegę, ale nigdy  mi się nie udawało.  Związku z tym współczułam tym chłopakom z plebanii, że  mieszkają w takiej izolacji od innych.

Za to teraz w wiejskim klubie On błyszczał niczym gwiazdor filmowy  otoczony  wianuszkiem zapatrzonego  w niego dziewczynami,  a  w śród tych dziewcząt  prym wodziła  moja  szkolna fałszywa  przyjaciółka. 

Po wejściu,  chociaż nasze oczy się spotkały i serce moje zadrżało,  ja jak by nigdy nic  dumnie poszłam dalej i usiadłam przy stoliku jak najdalej od niego. Liczyłam po cichu  na to, że zostawi wianuszek dziewcząt i podejdzie do mnie,  elegancko się przywita, usiądzie przy mnie, powie mi jakiś komplement i pogadamy co u nas słychać.

On zamiast tego, nie podnosząc nawet tyłka zawołał do mnie – Irka  coś taka ważna!  Twoja Mama u mojego Dziadzi w piecu paliła!  /Tak zawsze się zwracał prywatnie do księdza/. Do tego wykonał gest przywołujący mnie do swojego stolika.  Zdążyłam mu odpowiedzieć, że taka sama droga do Pana …… i zrobiło mi się ciemno przed otrzyma.

W tym momencie uważałam, że zadał mi cios gorszy,  niż by mnie spoliczkował. Poczułam się przez niego poniżona, pogardzona  na oczach całej wioski, bo  klub był zapełniony młodzieżą, a najgorsze, że przed tą fałszywą już byłą przyjaciółką.

Ocknęłam się dopiero na zawołanie mojego kolegi Freda, który cicho mówił mi,  Irena ocknij się, bo zjesz całą gazetę,  którą zwiniętą trzymałam w dłoni blisko ust obgryzając  jej brzegi.

Moje zachowanie wynikało z tego, że zazdrość  o chłopaka   przykrył  wstyd,  a  dziewczęcą  dumę  przykryła  pogarda, zaprogramowana parę lat wcześniej w okresie wczesnego dzieciństwa, które w tym zdarzeniu dało o sobie znać, by znów ponownie zakopać się  na 50 lat.

Wcześniejsze emocje i  emocje z tego zdarzenia umysł ukrył głęboko w  ciemnych zakamarkach podświadomości  tak głęboko, że  zdarzenia nawet nie  zapamiętałam. Dopiero podczas terapii zdarzenie wraz z emocjami wyciągnęłam z ciemnych zakamarków podświadomości.

Po ponownym spojrzeniu na zdarzenie w klubie,  zobaczyłam siebie i swojego kolegę  w zupełnie innym świetle.  Gdyby nie mój wcześniejszy  uraz  i zablokowane  przez  ten uraz  emocje, nie  czułabym   się dotknięta, ani obrażona i nasze  spotkanie po 5  latach  przebiegło by  zupełnie inaczej.

To toksyczne  przekonanie powodowało, że  czułam się tak znieważana , że czasem  traciłam sama do siebie szacunek.

Przebiegu zdarzeń już nie zmieniłam, ale  dzięki ponownemu spojrzeniu uwolniłam toksyczne przekonanie, którym ściągałam do siebie wiele fałszywych osób i upokorzeń.

Na pierwotny uraz , który był zakopany pod   zdarzeniem  z kolegą Zbyszkiem,   zrobiłam skuteczną terapię i co odkryłam niebawem na  blogu opiszę.

Irena

Ukryte kłamstwa

 

Mimo, że kłamstwo nie zawsze jest słodkie i najczęściej przynosi ból i cierpienie, to kłamstwo łatwo akceptujemy. Przykładem jest  przyjmowanie leków wiedząc, że one nam nie pomagają.

Natomiast nie chcemy znać prawdy jakie szkody w naszym ciele  wyrządza ten  przyjmowany lek.

Boimy się np. nieznanej terapii, nawet w sytuacji, kiedy chory  już nic  nie ma do stracenia, a terapia np. opierająca się na filozofii RW jest całkowicie bezpieczna, nie ma możliwości aby nam zaszkodziła.

W kłamstwo  uwierzy każdy tchórz, ale tylko odważny nie boi się poznać prawdy.

Lepsza dla zdrowia i życia gorzka prawda  niż słodkie kłamstwo, niby każdy o tym wie, to dlaczego wybieramy kłamstwo?

Irena

 

Oszukani przez życie

 

Zrobimy o wiele więcej dla uniknięcia cierpienia, czy bólu,  niż dla przyjemności, poza jednym wyjątkiem, kiedy chcemy coś udowodnić  sobie, czy innym.

Chcąc polepszyć swój stan zdrowia, czy finanse wpadamy w spiralę nieświadomego  oszustwa, dając z siebie wiele rozpaczliwego wysiłku.

Przecież tak być nie musi, często dzieje się tak dlatego,   bo wiele osób nie zdaje sobie sprawę, że czasem pozytywne  myślenie   może być szkodliwe.

I tak  na przykład,  wielu myśli, że jak będą udawać silnych, zdrowych, czy bogatych,  to tak się stanie. Niestety,   często  zamiast pozytywnych zmian czynimy sobie krzywdę.   Takie postępowanie byłoby pozytywne,  jeśliby udawanie nie kosztowało   ogromnego wysiłku,  tylko czynione byłoby w sposób łatwy,  miły i przyjemny.

Znam osoby, którzy  są słabi z powodu choroby  czy  wieku i czasem  mają małe przychody, ale  czynią ogromny wysiłek chodząc na długie spacery, wykonują męczące ćwiczenia ponad ich siły i   szpanują drogimi rzeczami na które często  muszą ciężko zapracować.  Czynią to wszystko  po to,  by się pochwalić  i udowodnić sobie i innym, że  dają radę. Nie zdają sobie sprawy, że  w ten sposób oszukując siebie wpędzają się  w  wewnętrzny  stres, który niszczy ich  zdrowie i pieniądze.

Możemy  pieszo pokonywać wiele kilometrów, chodzić na basen,  uprawiać  sport w różnych dziedzinach i wszystko będzie  służyło zdrowiu, dopóki wykonujemy  łatwo, miło i robimy to z łatwością  i   dla  przyjemności, a nie  po to by się chwalić, że daję radę, lub co gorsze udowadniać sobie i innym, że jeszcze mogę, tak jak za młodych lat.

Nie można czuć się dobrze, jeśli jesteśmy bardzo zmęczeni, czy odczuwamy jakiś ból. W takiej sytuacji tylko   egoistyczne wydumane ego może  być  zadowolone, że daliśmy radę, nie bacząc na to, że ciało cierpi i krzyczy z bólu.  To tak jak byśmy  się zmuszali odczuwać komfort czystości siedząc na stercie śmierdzących śmieci, udając, że jest czysto i żadne insekty nas nie dotyczą, mimo widocznych dokuczliwych ukąszeń.

Im bardziej dajemy rozpaczliwy wysiłek, tym bardziej opadamy z sił, osłabiamy swoją odporność,  a tym samym umacniamy swoje choroby.

Przy  każdym większym wysiłku  dobrze by było zadać sobie pytanie, czy  naprawdę muszę?

W 90 % rozpaczliwego wysiłku nikt czynić nie musi, wystarczy   powiedzieć  sobie  dość tego! Przecież ja nic  nie muszę!!!!!!

Takiej asertywności serdecznie wszystkim życzę.

Irena

Licznik odwiedzin
0149111
Visit Today : 63
Total Visit : 149111
Hits Today : 304
Total Hits : 1053925