Monthly Archives: Lipiec 2017

Demony przeszłości

 

„Kto powiedział, że sny i koszmary nie są tak samo rzeczywiste jak „tu i teraz” –  Autor John Lennon

Senne emocje to ważne dla nas informacje, co dzieje się obecnie w naszym życiu. Do treści snu nie przywiązuję większej uwagi, ważne są dla mnie zawarte w nich uczucia.  Zapisuję odczuwane we śnie emocje, np. lęki, wstyd, złość, radość i z tymi odczuciami przeprowadzam terapię emocjonalną. W ten sposób bezbłędnie trafiam do „demonicznych” zapomnianych zdarzeń z przeszłości.

Jeden ze snów, który odzwierciedlał moją emocjonalną obecną rzeczywistość.

Sen – jestem z byłym mężem i dbam o niego, aby się nie przeziębił. On leniwy, znudzony,  ja biorę to za przejaw choroby. Wmuszam w niego soki, witaminy i dbam by spokojnie wypoczywał. O siebie nie dbam, nie chcę zauważać, że bardzo źle się czuję, jestem osłabiona i coś złego dzieje się w moim ciele. Byłam przekonana, że jak mężowi jest dobrze, to i mnie musi być dobrze.  Mam w nim poczucie bezpieczeństwa.

Senne emocje uświadomiły mi, że swoje dobre samopoczucie uzależniam od osób, z którymi przebywam.

Lubię dobre samopoczucie innych, więc  kierując się tym lubieniem dbam o dobre samopoczucie innych  kosztem swojego zmęczenia i zdrowia. Niemożliwe jest dobrze się czuć jak się jest zmęczonym, osłabionym i doskwiera zdrowie. Zapominam, że może ktoś w mojej obecności też wolałby mnie z dobrym samopoczuciem, a nie zmęczoną.   Sen dał mi też informacje, że szukam bezpieczeństwa tam, gdzie go nie ma.

Z byłym mężem jestem po rozwodzie 26 lat, a od 10 lat on już nie żyje. Zdarzenie we śnie było iluzją, ale emocje senne  były realne  odzwierciedlające moje toksyczne przekonania.

Uświadomienie sobie jakie mam   blokady, to bardzo wiele, ale za mało aby  uzdrowić swoje życie i ciało.

Terapia była trudna, moje uzależniające przekonania przykryte były wieloma warstwami innych przekonań i wieloma warstwami destruktywnych emocji. Zmuszona byłam terapie prowadzić etapami przez  dwa tygodnie.

W tym czasie mocno odczuwałam bóle w okolicach serca, wątroby i stawów  palców u rąk. Ciągle chciało mi się płakać i chociaż powstrzymywałam płacz to i tak oczy mi piekły jak bym ciągle płakała. W końcu dałam sobie przyzwolenie na płacz i przepłakałam ile mi się chciało.

W terapii idąc  tropem piekących oczu,  od zdarzenia, do zdarzenia dotarłam do okresu jak miałam pięć lat. Zobaczyłam siebie w kościele wśród wielu dzieci i tłumu ludzi. W  kościele odbywało się przedstawienie z   życia  Pana Jezusa.

Zalana łzami,  przedstawienia nie widziałam, bo przeżywałam dramat  rozstania  moich Rodziców. Ja pięcioletnia  Irenka już w pustym kościele, płacząc składałam przysięgę Panu Jezusowi, że  jak dorosnę zawsze będę dbała i będę posłuszna swojemu kochanemu mężczyźnie i wszystkim zaufanym  osobom.  Czułam się  winna, że jestem samotna i nie mam  nikogo zaufanego, komu mogłabym się pożalić i  poradzić.

Kochałam swoją Mamę nad życie, ale myślałam, że rozwodzą się z winy Mamy. Podczas kłótni Mama nawet się nie broniła, tylko płakała, a Ojciec stanowczo pretensjonalnym tonem czynił jakieś pretensje.

Po przyjściu z kościoła zastałam pogodzonych Rodziców.  Ojciec tylko podkreślał, że zostaje ze względu na mnie i mojego braciszka.

Wydawało się, że wszystko wróciło do normy. Mała Irenka dopiero się uspokoiła, jak  automatycznie   przysięgę  kościelną  zakopała w ciemnym zakamarku swojej podświadomości. Nie chciała pamiętać, że przed ołtarzem oskarżała swoją kochaną Mamę, że przez nią traci kochanego Ojca, bo Mama za mało o niego dbała.

Podświadomie uzależniająca przysięga stała się moim przekonaniem, ale jednocześnie dorastając świadomie tworzyłam przeciwstawne przekonania kobiety wolnej i niezależnej, tworząc w sobie konflikty.

„Wiele osób, które żyją inaczej niż by chciały, ciągle czuje się zagubiona, co wynika z tego, że logiczny racjonalny umysł nie działa/lub działa słabo/, ponieważ dawne traumatyczne wspomnienia nieustannie się odnawiają pod wpływem obecnych okoliczności. Te wspomnienia i oparty na nich system przekonań stają się programem na twardym dysku naszego komputera. ”  – Autor  Alexander Loyd/ doktor medycyny naturopatycznej i psychologii/.

Teraz  po terapii stało się dla mnie jasne, dlaczego budowałam toksyczne związki. Miałam   wewnętrzne konflikty, które w dorosłym życiu sabotowały moje życie i zdrowie.

Irena

 

 

AKCEPTACJA DIAGNOZY

 

Pierwsze chwile, jak zaskoczona usłyszałam wyrok śmierci

(kartka z pamiętnika)

Dotarło do mnie, że mam nowotwór  i że  otrzymam chemię, poprosiłam, by mi powtórzono,  bo coś źle usłyszałam, coś niedorzecznego.

Znów usłyszałam, ma  pani nowotwór płuc  i jedyne leczenie go, to chemioterapia i dalej coś tam mówiła jaka chemia, ile, przez  jaki okres tego już nie kojarzyłam. Chyba płakałam, trzęsłam  się i prosiłam chociaż  o 1-dną godzinę  do przemyślenia nim podejmę decyzję. Otrzymałam zastrzyk uspakajający który sprawił mi ulgę i zaraz po 15 minutach znów weszłam z decyzją – wyrażam zgodę na chemioterapie. Dowiedziałam się, że nie mam wyboru i coś tam jeszcze mi mówiono, ale już nic do mnie nie docierało, nie chciałam już nic więcej słyszeć, jeśli szanse na życie to przedłużenie życia o 6-miesiecy, a bez chemii to będę żyła  około 3-tygodni –tak czy siak umieram i to w krótkim czasie.

Nigdy nie myślałam o śmierci, wiedziałam że to innych spotyka, nawet moich bliskich, ale ja tu i teraz umieram, co to jest ta śmierć?

Co to znaczy, że mam raka, to niemożliwe, to mnie nie mogło spotkać!

Zadałam sobie pytanie ? Czy jest coś gorszego, straszniejszego od raka?

Odpowiedź przyszła sama –tak  – to mój okropny lęk przed śmiercią. Umieranie, śmierć byłaby dla mnie zbawieniem przed okropnym rakiem uciekłabym  w nieznane, gdyby nie ten towarzyszący mi paniczny strach co mnie spotka po tej drugiej stronie?

W międzyczasie znalazłam się w izolatce, w której była już jedna pani. Jakoś sobie przedstawiłyśmy się, obydwie odetchnęłyśmy z ulgą, że jest nas dwie z tym samym problemem i że nie leżymy w izolatce  pojedynczej. Pielęgniarka podłączyła mnie i sąsiadkę do kroplówki, wręczyła dzwonek  i wyszła.

Tak się zaczęła walka, jeszcze nie wiedziałam z czym, czy z kim walczę, wiedziałam tylko że jest to coś cholernie inteligentne      cwane, silne, skoro na całym świecie sztab różnych mądrych, silnych, bogatych ludzi, naukowców, terapeutów  przegrywa z nim walkę i na tym moja wiedza o raku się kończyła.

Obydwie milczałyśmy wlepiając wzrok w kroplówkę  w przerażającej ciszy, nic nie słyszałam. Po jakimś czasie zauważyłam, że nie ma nawet brzęczącej muchy, uciekły przed oparami chemii, a może też ze strachu przed rakiem?  Nawet Pani salowa w masce zachowywała się cicho jak mysz pod miotłą.

Jestem tak sparaliżowana strachem śmierci, że nie czułam żadnego bólu fizycznego, a do tej pory żadne środki przeciwbólowe mi nie pomagały. Po paru godzinach  jak tylko Pani pielęgniarka odłączyła mi kroplówkę, od razu chciałam wstać, ale mi zabroniła kategorycznie wskazując  ” tron” – tak nazywano muszlę klozetową wmontowaną w krzesło postawione zaraz przy łóżku uprzedzając,  że nie wolno nam wstawać z łóżek, a tym bardziej wychodzić do łazienki.

Zaraz po wyjściu pielęgniarki, obydwie  jak na komendę usiadłyśmy na łóżku próbując  wstać, a tu „ubs”osłabienie  i zawroty  głowy  posłusznie ułożyły nas  powrotem  w łóżkach.

Dotarło do nas jak silną truciznę wpompowano nam do żył i jak szybko zadziałała na nasz cały organizm, ciekawe czy rak też to odczuł, miałam silną potrzebę porozmawiania z kimś kompetentnym w tym temacie, jeszcze się  łudziłam że przy wizycie nocnej porozmawiam o tym z lekarzem dyżurnym.

Na oczekiwanej  wizycie  lekarz się spieszył, po krótkim zdawkowym pytaniu co nas boli szybko wyszedł nie słysząc   naszych zadawanych  pytań.

Po tej wizycie wiedziałam że muszę szukać informacji na dręczące mnie pytania  poza szpitalem.

Irena

Krótka opowieść córki

 

 

 

Czy córka ma  coś do   wybaczenia   nieskazitelnej dobrej  Mamie?

Co mam zrobić, aby pozbyć się doskwierającego  bólu i żalu, że byłam dla  tak wspaniałej Mamy  niedobrą córką.

Nie mogąc sobie poradzić z  doskwierającymi  dolegliwościami  poprosiłam o  pomoc  terapeutkę Alę.

Muzyka relaksacyjna, świeczki, piętnastominutowa medytacja  z  terapeutką    pozwoliła mi dość fajnie się wyciszyć.

Po krótkim rozeznaniu co wiem o terapii, a co bym chciała wiedzieć,  Ala zadała   pytanie?  – opowiedz,  co czujesz ? Opowieść była krótka; czuję  ból, żal za troski i zmartwienia jakie przysporzyłam swojej mamie. Ala –  to zaczniemy od wybaczania mamie. Prawie krzyknęłam –  mamie?  Chyba sobie, bo moja mama to niesamowicie była i jest najlepszą matką na świecie,  taka MAMA POLKA!!!  Zawsze ciężko pracowała, dwoiła się i troiła z całego serca i duszy,  robiła  wszystko dla dzieci  z Anielską cierpliwością i  nie tylko dla swoich.  Nigdy nie krzyczała , nie biła,  jako dziecko miałam  prawo wybierać sobie z jedzenia najlepsze kąski, zjadała to, co mała Irenka zjeść nie chciała, na ogół zawsze miła, uśmiechnięta. Co można wybaczyć takiej Mamie?.

Ala – czyżby?  Na pewno?  Czy nigdy nie przerwała ci  w najlepszym momencie zabawy wołając do kościoła?  Nigdy w nieodpowiednim momencie nie zawołała  na obiad?  Nigdy nie ściągała rano z łóżka, że czas już wstawać? A czy ty w takich momentach nie byłaś na nią zła, by po chwili  za to mieć poczucie winy – jak mogłam być na Mamę zła!

Przypomniałam sobie, że podobnie bywało i że nie zawsze miała czas   dla małej Irenki.  Nie zawsze  broniła małą Irenkę przed innymi,  szczególnie starszymi dziećmi.

Za podpowiedzią  ARW  wczułam się,  co  czułam w takich chwilach  do swojej Mamy jak miałam  cztery, czy siedem lat.

Dalszą  terapię już prowadziłam sama w domu, pomału  ściągając  zasłonę dymną z pamięci. Zaczęłam sobie przypominać różne zdarzenia  kiedy byłam dzieckiem.

Przypominające się zdarzenia pokazały mi, że moja kochana Mama jak każdy dobry człowiek popełniała błędy, raniąc  mnie  okrutnie.

Zapewniam, że stosując Arkusze Radykalnego Wybaczania odsłaniałam coraz to więcej zadanych mi nieświadomie ran prze moją kochana Mamę i proszę mi wierzyć,  miałam jej co wybaczać.

Po terapii poczułam dużą ulgę i przypływ  energii, niebawem okazało się, że nastąpiła  duża poprawa mojego zdrowia, a  alergia na którą cierpiałam od lat odeszła w zapomnienie.

Dokonało się uzdrowienie za sprawą, że miłość  nie tylko do mojej kochanej  Matki popłynęła większym  strumieniem, ale również  zaczęłam kochać siebie i przyjęłam płynącą do mnie miłość.

Uważam, że łatwiej dokonuje się wybaczenia matce  złej, niedobrej, którą rodzina i środowisko za taka złą oceniło, niż uznawaną  za dobrą i cenioną kobietę Matkę – powszechnie uważa się, że wspaniałej Matce nie ma co wybaczać. Czyżby? 

Jakże często i dzisiaj  zapomina się, że małe dziecko kocha matkę bezinteresowną czystą miłością. Matka na dziecko działa na otwarte serce, za każdym zadanym  nieświadomym bólem  małe serduszko na  „ miłość „  się przymyka i przy częstych urazach może zamknąć się całkowicie i wówczas  po latach mówi się o niewdzięcznych dzieciach lub wyrodnych Matkach.

Irena

 

Dlaczego ja?

Siła medytacji i modlitwy.

Pytanie, który zadaje sobie każdy chory i jego rodzina. Dlaczego ja?

Dlaczego właśnie moją rodzinę to spotyka?

Piszemy tu dużo o medytacji,  kodzie uzdrawiania. Chcę podzielić się tu z wami refleksją dotyczącą choroby. Pracując nad sobą, stosując Kod uzdrawiania, dochodzę do takiego punktu, że wyobrażam sobie, że rozmawiam z Panem Jezusem. Mogę mu wtedy zadać pytania, co mnie boli  i nurtuje i otrzymuję odpowiedzi tak mądre, że niekiedy mnie samą zaskakują. Postanowiłam się z wami podzielić jednym z takich przeżyć dotyczących modlitwy. Moja rozmowa z Panem Jezusem w trakcie medytacji:

Ja pełna goryczy i żalu zadaję pytanie: Dlaczego muszę przez to przechodzić, dlaczego moja mama na raka cierpi, dlaczego nie wysłuchasz moich próśb i po prostu nie sprawisz, że będzie zdrowa?

Odpowiedź Pana Jezusa: To nie Bóg sprawia, że cierpisz i chorujesz. Każdą chorobę każdy z was sam zaprosił do swego życia. Bóg każdemu człowiekowi dał wolną wolę i czas by mógł z niej skorzystać. Każdy ma prawo do własnych błędów jak dziecko i każdy, kto zauważy, że zbłądzi ma prawo prosić o pomoc. Nie pytaj mnie, dlaczego ty, zapytaj o to siebie. Dlaczego zeszłaś z drogi miłości i zaczęłaś błądzić, za co tak nienawidzisz swojego ciała? Powinnaś  kochać każdą jego komórkę. Kiedy ostatnio powiedziałaś swojemu organizmowi, że go kochasz, każdej komórce z osobna? Kiedy twoja mama powiedziała ostatnio, że kocha swoje płuca? Kiedy ostatnio dziękowała im, że może swobodnie lekko oddychać? Czy dbasz o swój organizm jak o świątynie, o każdą komórkę jego ciała jak coś wspaniałego? Twoje ciało to twoja świątynia. Czy spożywając posiłek błogosławisz go i prosisz by odżywił każdą komórkę twojego ciała? Pamiętaj za każdym razem, gdy jesz w biegu, łykając szybko byle co, zaśmiecasz swoją świątynie, gdy palisz papierosa mówisz swoim płucom nienawidzę was, nie chcę was oglądać i je trujesz, zadymiasz, czy równoważysz te czyny, chociaż miłością i wdzięcznością za to, że są?  Swoim postępowaniem, ściągasz chorobę na swój organizm, swoją świątynie – a potem mnie pytasz, dlaczego ja. Sobie zadaj to pytanie,  tylko bądź szczera wobec siebie. Jak traktowałaś siebie, swój organizm? Prosisz mnie o zdrowie dla mamy, ja jej tego zdrowia nie zabrałem, więc jak mam jej dać.

Jeśli sama sprowadziła na siebie chorobę swoją własną wolą, to tylko ona sama może się uleczyć.

Błądzisz i idziesz złą drogą, ja jestem światłem i jestem miłością, mogę pokazać ci właściwy kierunek, ale tylko od twojej dobrej woli będzie zależało czy pójdziesz za mną. Najczęściej mówisz chcę, i dalej błądzisz i nie idziesz za mną. Zastanów się, o co i kogo prosisz?

Zapytałam, więc: To, o co powinnam prosić?

Usłyszałam odpowiedź: Niech się twoja wola dzieje Boże, a nie moja. Przepraszam, że zbłądziłam pokaż mi światło i pokieruj w stronę światła. Naucz mnie kochać siebie , ludzi i otaczający mnie świat. Wybacz mi, że zbłądziłam, przepraszam, że doprowadziłam do tego miejsca, co jestem. Proś o siłę, o wskazanie kierunku i o miłość, reszta przyjdzie sama. Pamiętaj słowa: Wybacz mi, Proszę, Przepraszam, Kocham Cię, Dziękuje , mają wielką moc. Moc jest w tobie , musisz tylko ją użyć, człowiek został stworzony na podobieństwo Boga – nigdy o tym nie zapominaj. Kocham cię, widzę, jaka jesteś doskonała tylko, że ty tego nie widzisz. Przyjdzie taki czas, że zobaczysz, poczujesz wtedy taką miłość do siebie, jaką ja czuję do ciebie. Moc jest w Tobie. Poproś, a ja Cię pokieruję,  to takie proste. Nie lękaj się,  pamiętaj, że ja zawsze jestem z tobą.

Żal i gorycz minęła, poczułam, że Bóg mnie Kocha i jest ze mną. Poczułam się silniejsza i nabrałam pewności, że idziemy z mamą właściwą drogą. Poczułam,  że nie jestem z tym sama , że Bóg jest ze mną.

Piszę o tym, bo często wspominamy na tym blogu o sile modlitwy, a nie chodzi nam po prostu o klepanie: Zdrowaśki i Ojcze Nasz,  tylko o szczerą rozmowę nas samych z Bogiem i samym sobą. Są to sprawy bardzo intymne, ale i bardzo istotne.

Moja rada: Podczas modlitwy zawsze używaj słów Wybacz mi, Proszę, Przepraszam, Kocham Cię, Dziękuję.

Życzę wszystkim głębokich przeżyć w trakcie medytacji i modlitwy.

Aga

Styl życia chorego

 

 

Gdyby dawano nagrodę „Nobla” za krytykę leczenia raka, to nagród byłoby więcej niż chorych,  terapeutów i lekarzy razem wziętych.  Jak byłam  dotknięta  rakiem  płuc,  nie miała sił i czasu na analizowanie krytyków zdrowia.  Szukałam tylko szybkiej   pomocy,  bo czasu miałam bardzo  mało.

By pozbyć się raka w warunkach jakich przyszło mnie chorować, unikałam takich chorych jak ja nieuleczalnych, bo siebie wzajemnie nie mieliśmy sił wspierać.  Natomiast  w mediach, na różnych forach w Internecie spotykałam tylko   cierpiących, chorych, ale za to dzielnie znoszących swój los dotknięty nieuleczalną chorobą.  Potrzebowałam nadziei jak spragniony wody, a nie dzielnych chorych będących w beznadziei.

 Interesowali  mnie tylko uzdrowieni, lub  wyleczeni, nieważne  jak się określali, ważne,  że uwolnili się od raka i wiedli spokojne  życie. Niestety takich osób ani w mediach, ani na forum Internetowym nie udało mi się  spotkać.

Na szczęście potrzebną  nadzieję czerpałam z książek o tematyce terapii naturalnych.

Zauważyłam, że wszystkich uzdrowionych i wyleczonych łączył wspólny mianownik i to nie jeden. Wszyscy zmienili swoje życie, wszyscy walczyli o zdrowie wieloma sposobami. W  walce o zdrowie  korzystali z dostępnych  usług  i środków  jednocześnie, często już nie oczekując pożądanych rezultatów.

Nie lubię porównań, ale  na mojej drodze spotykani terapeuci    tak samo  jak lekarze,   wobec nieuleczalnego raka byli  jednakowo  bezsilni.

Mimo braku wiary w wyleczenie, ze swoim rakiem podjęłam walkę   wszystkimi  sposobami.  Wspomagała mnie w tej walce moja kochana córka, a inspiracją dla mnie byli pacjenci, którzy nieuleczalnego raka  pokonali. Życie wisiało mi na włosku i robiłam wszystko co było możliwe, bo już nic nie miałam do stracenia.

Mnie dotkniętą  rakiem nie interesował  tak zwany zdrowy styl życia, potrzebowała stylu życia chorego na raka, któremu trudno było przełknąć każdy kęs jedzenia. Poszukiwałam czegokolwiek, po którym chociaż trochę  poczułabym się lepiej. Tragikomiczna  była troska bliskich, że mnie umierającej może jeszcze coś  zaszkodzić. Jak poczułam, że po jakimś soczku jest mi lżej, to nie zwracałam uwagi na zalecane normy i kto umierającemu może zabronić? Na pewno jacyś  gorliwi politycy by się znaleźli, na szczęście przy mnie ich nie było.

Nie interesowało mnie też innych zdanie w temacie;  energie Reiki, ogrodowe piramidy, Radykalne wybaczanie, Kod Uzdrawiania, czy  okażą się  skuteczne. Liczyło się tylko to, że  ja po nich czułam ulgę i tylko  dlatego stosowałam,  nie słuchając niczyich krytyk i głupich uwag.

Co mnie umierającej mogło jeszcze zaszkodzić? Nie miałam już nic do stracenia w obliczu kończącego się  mojego życia.

Tak mówiąc szczerze,  to nie  wierzyłam stosowanym  terapiom i  leczniczym działaniu soków. Mówiłam wówczas sobie,  jak się nie przekonasz Irena, to nie będziesz wiedzieć, liczyłam jednak, że może  dowiem się chociaż  dlaczego boję się śmierci, co ja takiego zrobiłam, że boję się aż tak?  Świadomie nic nie zrobiłam złego, a życie tak mi już dało popalić, że nawet z ulgą bym  przyjęłam odejście z tego świata, gdyby nie ten paniczny lęk przed śmiercią.

Z uporem maniaka szukałam, drążyłam różne terapie nie podejrzewając nawet troszeczkę, że toruję sobie drogę do drugiego lepszego życia.

Irena

 

 

Okrutna i dobra Matka II

W dzisiejszych czasach Matka musi być „alfa omegą” i  nie może się mylić,  musi przewidywać, zapobiegać ,  zabezpieczać  dzieciom odpowiedni status materialny, a do tego być dobrą żoną i zadbaną kobietą.

 

 

 

Matka to też człowiek i jak każdy  ma prawo do błędu! Nie ma szkoleń, ani kursów jak być dobrą matką  i jak  dla wszystkich dzieci i męża być dobrym od młodości do późnej starości.

Niestety dla  wielu,  jeśli popełni nieświadomy  błąd to  jest niewybaczalny.  Chwileczkę, pytam, skąd wiadomo, że  matka popełniła błąd? Bo coś komuś się nie spodobało? Bo jedno z dzieci uznało, że przez matkę miało  przechlapane życie, bo nie pomogła w wyborach, a drugie miało  nieudane życie, bo  pomagała   przy dokonywaniu wyborów?

Łatwo oceniać niewinną Matkę, jak zmęczona życiem, pełna miłości wobec swych dzieci nie broni się,  tylko przyjmuje  winę na siebie, czyli bierze  odpowiedzialność  za błędne wybory swych dzieci, które jakże często nie raczyły nawet o swych wyborach  Matkę powiadomić.

Mój znajomy w poprzednim poście  obwiniał  Matkę,  a Ona tak naprawdę tylko kierując się swoim  matczynym instynktem bardziej wspierała dzieci słabsze  spełniając   swój obowiązek.  Tak bywa,  jeśli dziecko czegoś nie zrozumie, to w dorosłym życiu często przeradza się w pretensje.

Zgadzam się i często na blogu piszę , że  najwięcej przekonań programuje się w  okresie dzieciństwa i rodzice mają  duży wpływ na przekonania swych dzieci, tylko trzeba zrozumieć, że każda Matka wychowuje swoje dzieci najlepiej jak potrafi,  na ile pozwala jej świadomość i swoje serce dzieciom ofiarowuje  na dłoni drżąc o ich obecne i przyszłe jutro.

Dwoje  dzieci kłóciły się o kalarepę,  jedna była większa, a druga mniejsza, oczywiście  obydwoje chcieli większą, jak im mama wytłumaczyła, że mniejsza jest bardziej soczysta, to obydwoje  przerzucili   się na mniejszą. Mama im obydwie na tarce starła, wówczas oni w zgodzie wyszli  obrażeni na mamę,  bo chcieli je  mieć w całości. Jako dorośli  zdarzenia nie pamiętali, ale w podświadomości   u  trzy letniego chłopca  zdarzenie  zapisało się, że  jak  się  o coś kłócili, nie ważne  o co,    to Matka  im  to zabierała i niszczyła, taka była niedobra i przez to jako dzieci mieli ciężkie dzieciństwo.

Z poprzedniego postu   – „Okrutna i dobra Matka”  mój znajomy podjął się terapii  i  zobaczył swoją Matkę zupełnie w innym świetle  a  nawet poleciały mu rzęsiste łzy. Matce nie tylko wybaczył, ale zaczął siebie z tego powodu obwiniać. 

Bez  trudu wyjaśniłam   Wojtkowi, że jako dziecko miał prawo zinterpretować wiele zdarzeń tak jak to zrobił. Miał też  prawo  do wyrażania swoich emocji jak   ból, żal, przykrość, czy rozczarowanie z powodu decyzji  Matki.   Tak jak poczuł i jego złe myślenie o Matce  w konfrontacji z jej  dobrocią spowodowało u niego konflikty emocjonalne wewnętrzne  i zewnętrzne,  które  były  przyczyną ogromnego stresu.

Matki tak  bardzo  kochają swoje dzieci, że biorą na siebie winę za  ich dorosłe życie, decyzje i  wybory, podobnie jak dzieci często biorą winę na siebie za błędy Rodziców.

Tak naprawdę  w  konfliktach pokoleń nie wiadomo  kto ma rację i to  nie jest istotne, ważne  by w  związkach rodzinnych panowała miłość i harmonia, a do tego konieczne jest wybaczenie  Matce,  sobie i wszystkim w Rodzinie.

Dla swojego dobra powinniśmy pamiętać,  że  Matki miłość jest niewinna, nawet w biblii  nigdzie nie jest napisane – szanuj dzieci swoje, tylko szanuj Matkę i Ojca swego.

Irena

 

 

 

Licznik odwiedzin
0210213
Visit Today : 74
Total Visit : 210213
Hits Today : 324
Total Hits : 1375218