Monthly Archives: Listopad 2017

Co rak może dać dobrego?

Lepiej, aby rak nas   omijał z daleka, ale jeśli już dopadnie, to może warto wiedzieć, czy może coś dobrego wnieść do naszego życia?

 

Choroba jako taka nic do naszego życia nie wnosi, ale za to przekierowuje nasze myśli na bardzo ważne sprawy, na które do czasu zachorowania nie zwracaliśmy uwagi, a nawet bagatelizowaliśmy. I tak na przykład, przy raz wytyczonych celach często już później nie zastanawiamy się nad nimi, czy są to na pewno nasze? A   czy one służą naszemu dobru? Czy zbyt wiele nie poświęcamy środków na niektóre cele?

Póki co choroba nie pozwala na dalsze realizacje celu, czy tego chcemy, czy nie, zostają zmienione na walkę z bólem i chorobą. W takich chwilach zadajemy Bogu i sobie wiele pytań, jeśli nawet nie otrzymujemy odpowiedzi, to dokonujemy innego spojrzenie na siebie i wokół siebie.

Do mnie szybko dotarło, że rak bez mojego pozwolenia dokonał radykalnych zmian, których już tak miałam dosyć i nic już nie chciałam w swoim życiu zmieniać, tylko on nic się mnie nie pytał, tylko czynił swoje.

Od zawsze moim dobrem były dzieci, mąż i Rodzina, a ja się nie liczyłam, pragnęłam tylko trochę spokoju i bym mogła jeszcze pomóc dzieciom i być potrzebna mężowi. Po latach rozczarowań bardzo bałam się zmian i żadne uświadamianie lepszym życiem nie było w stanie mnie przekonać do czegokolwiek bym w swoim życiu coś poprawiła, jeśli musiałabym w nim coś zmienić.

Siedziałam w domu i uważałam, że teraz nic od życia mnie się już nie należy, marzyłam tylko, oby dolegliwości zdrowotne nie uległy pogorszeniu. Najbardziej zależało mi na tym, aby dla nikogo nie być ciężarem.  Modliłam się już nie o siebie, tylko by dzieciom było lepiej niż mnie.

Kiedy już wiedziałam, że pokonałam raka, to pomyślałam sobie, dlaczego nie mogłabym spróbować pokonać inne przewlekłe choroby, które od dawna u mnie się rozpanoszyły. Nie było łatwo, każda inna choroba wydawała się przy raku łatwiejsza, jednak to nie prawda.  Toksyczne emocje przy innych chorobach są ukryte pod pozytywnymi uczuciami, przez to przy terapii emocjonalnej trudne do wykrycia.

Wraz z odejściem raka zobaczyłam jasno jak na talerzu, że gdzieś się ulotniły niektóre życiowe problemy, a przy tym jakbym stawała się młodsza.  Tłumaczyłam to tym, że dlatego tak się poczułam, bo choroba powodowała samopoczucie staruszki, a jak się jej pozbyłam, to lepiej wyglądam, to wszystko prawda, ale zadziałało jeszcze coś więcej, o czym również na blogu szczegółowo napiszę.

Gdyby nie pozbycie się raka, nie miałabym aż tyle motywacji do pozbycia się wielu innych nękających mnie chorób. Dzięki temu miałam też odwagę dokonać wiele pozytywnych zmian znacznie podnosząc jakość swojego życia.

Najbardziej cieszę się, że nabyłam odwagę do zmian, bo się przekonałam, że jak się samemu zmienia coś w swoim życiu, to jest lepsze niż dokona za mnie los, więc lepiej  go wyprzedzić.

Dzięki dokonywanym zmianom, zaczęłam zmieniać swoje życie na lepsze.

Dzisiaj siedzenie w domu i oglądanie seriali TV uważam za marnowanie czasu. W końcu nie wywalczyłam sobie drugiego życia dla „M jak miłość”, czy innych seriali, tylko staram się żyć dla siebie, uzyskując więcej energii. Łatwiej pomóc bliskim i innym, jak się ma więcej sił, a utracimy je całkowicie nie myśląc o sobie.

Dopiero teraz jak mam 60+ systematycznie chodzę na basen, otwieram się na różne możliwości, poszerzam swoją, systematycznie uczęszczam na zajęcia z informatyki, co jest mi potrzebne do prowadzenia tego bloga, który jest moją pasją.

Czasem też jeżdżę do kina i teatru, mieszkam na wsi i aby dać sobie możliwość korzystania z przyjemności kultury nauczyłam się    jeździć samochodem, niedawno było to dla mnie wyzwaniem, a teraz jazda samochodem jest przyjemnością.  Poza tym podróżuję spełniając swoje marzenie jeszcze z młodości.  

Lubię też w wolnych chwilach zajmować się wnukami, ale nie dlatego, że muszę, tylko dlatego, że mam taką potrzebę i z przyjemnością spędzam z nimi czas.

Na szczęście już nie muszę stać w kolejkach do lekarzy, bo musiałabym z czegoś zrezygnować, a to byłby trudny wybór.

A wszystko zaczęło się od pokonania nieuleczalnego raka płuc. Poza nielicznymi nikt mi nie uwierzył, że mój układ odpornościowy pokonał raka, tylko polemizowano, że to była błędna diagnoza, bo takie cuda się nie zdarzają. Tylko tak się jakoś złożyło, że do 57 lat zapadałam na różne przewlekłe choroby, by teraz jak mam 60 + od nich się uwalniać.

Przykre, że dopiero choroba nowotworowa dała mi determinację do pozytywnej zmiany swojego życia, a przecież tak być nie musi, do lepszego życia można się zmotywować przed zachorowaniem, tym samym      zapobiec chorobom.

Pozdrawiam serdecznie

Irena

 

 

Nie musisz cierpieć

 

 

 

BÓG jest dla mnie najwyższą wartością, tylko dlaczego mnie to spotkało? Czym aż tak zawiniłem, aby przeżywać aż taki ból nie do wytrzymania.  Całe życie byłem uczciwy, pracowałem z całych sił, wychowuję   dzieci na uczciwych ludzi. W miarę swoich możliwości pomagałem potrzebującym i po co to wszystko?

Gdy ja cierpiałam targały mną podobne myśli i podobne pytania, ale jak dotarłam do przyczyny bólu, wszystko okazało się proste i jasne jak przysłowiowa budowa cepa.

Prawda okazała się zaskakująca, jak zobaczyłam, że to nie Bóg zesłał na mnie raka płuc, ból i cierpienie, tylko to ja sama to wszystko przyciągnęłam do siebie.

Irena! Dość tego, przestań mnie wciskać takie głupoty, jestem poważanym wykształconym człowiekiem i jeszcze mi rak umysłu nie pożarł. Wiesz co, przez szacunek do siebie i Ciebie wytłumacz mi, dlaczego wciskasz mi taki kit. Przecież nikt normalny nie funduje sobie bólu i śmiertelnej choroby.

 Oczywiście, że świadomie tego nikt nie czyni, pozwól, że ci opowiem, jak ja doszłam do tej prawdy, z jednej strony okrutnej, ale z drugiej strony dającą nadzieję.

Jako katoliczka pamiętałam, że Pan Bóg pomaga nam dając różne narzędzia i pokazuje różne sposoby, nie koniecznie po naszemu i jak najchętniej byśmy sobie życzyli np. po wysłuchanych modlitwach oczekujemy cudownego wyzdrowienia, a jak nadal jesteśmy chorzy to myślimy, że nie zasługujemy.

Ja kiedy zachorowałam, absolutnie nie wiedziałam jeszcze, że Bóg na mnie raka nie zesłał, tylko  są to moje życiowe uczuciowe brudy, które skrzętnie zostały przechowane we mnie, w każdej komórce mojego ciała, aż w końcu przerodziły się w raka.

Pomyśl, zakładając, że sami zabrudziliśmy swoje wnętrze, to jak mamy śmiałość prosić Boga, aby za nas te brudy nasze posprzątał? To tak jak by dziecko nosiło błoto do pokoju i prosiło nas o sprzątanie. Czy my sprzątając za niego nauczylibyśmy dziecko, że błota do domu się nie wnosi?

Aby usunąć cierpienie musimy najpierw zaakceptować fakty  tu i teraz, wybaczyć i prosić o wybaczenie, bo tylko wówczas mamy szansę na podjęcie właściwych działań. Jeśli jesteśmy ślepi, to nie zauważymy, że jest brudno i należy coś z tym zrobić, aby uniknąć np.  bakterii  czy  jakichś insektów.

Po akceptacji i wybaczaniu miałam potrzebę przejść odpowiednią terapię.  Początkowo zapoznając się wybraną przez siebie terapią mówiącą o zablokowanych uczuciach, o toksycznych przekonaniach, których korzenie sięgają wczesnego dzieciństwa, ogromnie budziło we mnie sprzeciw, że muszę grzebać się w swoich zapomnianych brudach. Jak by tego było mało, to jeszcze myślałam, że grzebiąc się w przeszłości niechcący zmienię swoją osobowość, a tego bym nie zniosła. Nie zdawałam sobie sprawy, że te zablokowane uczucia rosły ze mną i żyły   tu i teraz, mimo, że o nich zapomniałam, one we mnie tkwiły, a tam, gdzie były korzenie ciało się psuło i dawało znać okrutnym bólem.

Jak poznałam terapię, a raczej doświadczyłam, to przekonałam się, że nikt mnie nie może zmienić, tylko ja sama. Moja córka jak się dowiedziała, że ja eliminując swoje toksyczne przekonania to się mogę zmienić, to nawet nie chciała już słuchać, że zmienię się pozytywnie, absolutnie mi zabroniła, dopóki sama na sobie nie przetestowała.

Dopiero po testach córki mogłam czytać terapeutyczne książki i terapie kontynuować, oczywiście w jej obecności. W konsekwencji skończyło się na tym, że została moją terapeutką i to bardzo skuteczną.

Pod kontrolą osobistej terapeutki doświadczyłam, jak wczuwając się w ból obecny i biorąc go za rogi wyrzucam go z korzeniami, które najczęściej były zakotwiczone w okresie dzieciństwa. Kiedy dotykam korzeni, to ponownie czując i patrząc z perspektywy czasu okazuje się, że zdarzenie naprawdę przebiegało inaczej niż zarejestrował umysł małej dziewczynki.

Tym sposobem przez wiele lat budowałam swoje przekonanie na mylnym spojrzeniu małej dziewczynki. W konsekwencji podczas terapii nie zmieniałam swojej osobowości, tylko prostowałam na prawdziwą mnie jaka jestem naprawdę.

Przy raku płuc, jak dotarłam do korzeni, to przyczyną okazały się ukradzione ze stolika znajomych dwie gruszki, jak miałam siedem lat. Przy spowiedzi ksiądz jako odpuszczenie grzechu nakazał gruszki oddać. Jak oddanie   okazało się niemożliwe, to poszłam do pierwszej komunii jako grzesznica. Z tego powodu mając 7-9 lat przeżyłam katusze i w konsekwencji nie chcąc tego pamiętać zepchnęłam do podświadomości, aby na zawsze zapomnieć, że kiedyś byłam złodziejką. Już nic nigdy świadomie nikomu nie ukradłam, ale i tak mocno zaniżone niskie poczucie wartości, ukryty wstyd, lęk, poczucie winy rosło przez lata w niebywałą siłę, aż w końcu po 50 latach zamanifestowało się jako rak płuc.

Ciało na moje prostowanie przekonań zareagowało remisją raka, prostowaniem kręgosłupa, lepszym trawieniem, odżyło moje niedotlenione serce, stawy przestały boleśnie skrzypieć, a na tarczycy zniknęły guzki.

Przyznaję, że to wcale nie było łatwo i moje ciało zanim nabrało sylwetki zdrowej i jak niektórzy twierdzą wysportowanej jak na 69 letnią kobietę.  Terapie robiłam przez wiele lat, ale już niekoniecznie w asyście terapeutki córki.

Co mi tam o wyprostowanej wysportowanej sylwetce, oby tylko ulżył mi ból, bo już tabletki przeciwbólowe nie pomagają, ale nie chciałbym zmieniać swoich przekonań, ani nawet prostować, ale jeśli to ja decyduję, to spróbuję tej terapii, chociaż uczciwie ci powiem, że jestem cyniczny. To nie to, że ci nie wierzę, przecież widzę przez co przeszłaś j jak wspaniale wyglądasz. Myślę tylko, że być może ty masz dużą wrażliwość, a moje uczucia stwardniały przez trudy życia, ja już nie mam żadnych uczuć, ja nic poza bólem nie czuję.

Jak zwykle odpowiedziałam tylko, że ja do niczego nawet nie zachęcam, a tym bardziej nie namawiam, ja tylko informuję, jak pozbyłam się cierpienia i polepszyłam sobie jakość życia.

Moja zwierzenia z rozmówcą skończyły się skuteczną terapią i jego przeprosinami za cynizm. Przeprosiny przyjęłam, pogratulowałam terapii, ale o wrażeniach terapeutycznych nie chciał mówić, ale widać po nim było euforię i zdziwienie.  Przypomniałam mu tylko, że terapia nie zwalnia od kontroli lekarskiej i przyjmowania, jeśli to konieczne zalecanych przez lekarza leków, uśmiechnął się dodając, że o tym wie od terapeutki.

Ogromnie się cieszę, że jeszcze jeden dał sobie szansę na polepszenie zdrowia i życia i tego dokonał i przekonał się, że Bóg na niego nic złego nie zesłał, bo to my sami się okaleczamy.

Serdecznie mu z całego serca gratuluję.

Irena