Monthly Archives: Marzec 2018

Życzenia Wielkanocne

Z okazji  Świąt Wielkiej Nocy, życzę zdrowych spokojnych Świąt przepełnionych radością, miłością i wiarą. Niech Wielkanoc przyniesie Wam spokój i radość, z nadchodzącej wiosny. Pogody ducha i radości, z faktu Zmartwychwstania Pańskiego oraz smacznego jajka i mokrego dyngusa, w gronie najbliższej rodziny. Wesołego Alleluja!

Atakuje mnie znów rak

 

 

 

Na moje 70 – lecie rak znów zaatakował. Już poszły zaproszenia na piękną rocznicę, a tu bach okropna niespodzianka, mam zaatakowane drugie płuco.

A lekarze mówili mi, że muszę na drugie płuco uważać, bo coś z nim nie tak, a ja od paru lat w ogóle nie chodzę na badania kontrolne. I co z tego, że mówili, tylko nie powiedzieli, jak to zrobić.

Jak poczułam znajome objawy, to próbowałam się dostać do pulmonologa, ale się nie dostałam, bo według służby zdrowia, nie było podstaw, bo za słabe są objawy. Otrzymałam receptę na mnóstwo leków na chybił trafił i muszę czekać, nie wiem na co, chyba na to, aż rak bardziej zawładnie moim ciałem.  Nie pomogły argumenty, że 14 lat temu miałam drobnokomórkowego raka płuc, ale i tak do pulmonologa się nie dostałam.  W badaniach kontrolnych miałam długą przerwę i całkowicie mnie wykasowali, nawet nie mają mojej karty.

Mimo apelów o wczesnym wykrywaniu raka, lekarze nadal nie zwracają uwagi na początkowe objawy, swoje diagnozy opierają tylko na objawach wykańczających już człowieka. Niestety ja na to wpływu nie mam, ale mam wpływ na swoje zdrowie i staram się wsłuchiwać w swoje ciało, które zawsze mówi, czy doszły nowe dolegliwości i w którym miejscu w ciele odczuwa się mocniejszy ból.

Wsłuchując się w swoje wnętrze niejednokrotnie się przekonałam, że szybciej i trafniej diagnozuję siebie w pierwszych objawach, niż służba zdrowia ze swoją aparaturą medyczną już w końcowych objawach choroby, kiedy człowiek wykończony ledwo zipie. Nic się pod tym względem nie zmieniło, jest jeszcze gorzej niż 14 lat temu jak szukałam pomocy przy drobnokomórkowym raku płuc.

Silny ból głowy, obrzęki pod otrzyma, powiększony węzeł chłonny, dla lekarzy nic nie znaczy, ale mnie dokuczliwie boli i z lekarzami, czy bez coś z tym postanowiłam zrobić.  Skupiając się podczas medytacji wyraźnie ponownie słyszę znajomy odgłos raka –  z tym, że tym razem dobiega z płuca prawego.  Uśmiecham się na słyszane cytaty w mediach, że rzekomo w początkowym okresie rak nie daje objawów, niestety daje, tylko są ignorowane.

Mam narzędzie na pozbycie się swojego intruza, który powoduje ból i duszności i powinnam sobie z tym problemem zdrowotnym poradzić. Tak się nie dzieje, bo paraliżujący jakiś strach nie wiadomo skąd, zawładnął mną na tyle silnie, że nie podejmuję absolutnie żadnego działania, jestem jakby sparaliżowana strachem.

Potwierdziła się u mnie prawda głoszona przez mędrców tego świata, że kiedy strach zawładnie umysłem, zdobywa nad nami władzę nie do pokonania. Taka jestem doświadczona w uwalnianiu emocji, a nie zauważyłam, że przejął nade mną władzę strach.

Moja córka musiała mnie obserwować, bo nieoczekiwanie głosem nie znoszącym sprzeciwu, nakazała mi przyjść do swego pokoju, położyła wygodnie na kanapie, przykryła kocem i powiedziała, a teraz słuchaj mnie! Co miałam robić, posłusznie skupiłam się na jej słowach i w ten sposób z zaskoczenia przeprowadziła ze mną terapię.

Zaskoczyła mnie swoją nową metodą, której ja nie znałam i właśnie może dlatego była tak szybko skuteczna.

Otworzyłam się przed sobą i okazało się, że gnębię się z powodu przekraczania 70-go roku życia.  Owładnął mnie strach, że za swojego życia już nie zdążę zrealizować swojego wytyczonego celu. Do tej pory zawsze osiągałam swoje cele, tylko obierałam byle jakie, bo nie wierzyłam w siebie. Teraz kiedy postawiłam sobie cel na miarę moich ambicji, to przypomniałam sobie, że to jest już sporo za późno. Nie chciałam myśleć, ile mam lat, ale na dłużej siebie oszukać się nie da. Prawda jest taka, że kończę już 70 lat i już nie zdążę osiągnąć swojego ambitnego celu.

Tak to jest, jak się człowiek nie przyznaje do swoich lat, to niechcący zapędza się w „kozi róg” i teraz coś mi mówi – po co to wszystko?  Jesteś Irena już za stara.

Córka swoim sposobem uświadomiła mi, że mam się skupiać na drodze, a odpuścić wybrany cel. Tak naprawdę może się okazać, że zafascynowana drogą, osiągnę na niej to, co chciałam i cel już nie będzie dla mnie istotny. Niby wiedziałam, że istotniejsza jest droga do celu, ale dopiero teraz podczas terapii do mnie tak do głębi to dotarło.

Po terapii miło było patrzeć, jak w oczach schodzi obrzęk z pod oczu, ale najfajniejsze było to, że znów mogłam swobodnie głęboko oddychać i bez zadyszki wchodzić po schodach. Ja nie mogłam się tej szybkiej skuteczności nadziwić, a moja córka do tego podeszła zupełnie normalnie, zwyczajnie jak by nic się nie wydarzyło, ale nie dało się ukryć, że stała się dla mnie jakby bardziej troskliwa. Natomiast głośno odpowiedziała mi – Oj! Mamo! Przypominam Ci, że terapie tak działają!

Teraz, kiedy już jest po wszystkim i ja czuję się dobrze, w pewnym momencie przyszło mi nawet do głowy, że może to był u mnie fałszywy alarm. Tak by było, gdyby nie to, że przeszły duszności i bóle, a do tego, teraz swoje 70 urodziny oczekuję z radością i zaczęłam inaczej do przekraczającej następnej dziesiątki podchodzić. Uważam, że dopiero mam 70 lat, a nie już i o celu, który obrałam przestałam myśleć, tylko skupiam się na drodze, którą kroczę w wybranym kierunku.  Myślę, że spotka mnie na niej wiele radości, a jak nie, to nie będę z uporem maniaka się męczyć, tylko wytyczę sobie inny cel z drogą dostosowaną do moich sił i możliwości tak, abym mogła iść miło łatwo, przyjemnie i z radością.

Moje kochane wnuki patrzą mi w oczy każdego ranka, czy witam ranek z radością, miłością i czy smutek czasem nie zagościł w moim sercu.

 

Dzisiaj ranek w dniu swoich 70 urodzin powitałam z radością i miłością w sercu i w oczach. Z całego serca przesyłam wszystkim którzy chcą tą miłość przyjąć.

Irena

 

OCHROŃ SIĘ PRZED RAKIEM!

 

  

Aby śmiertelna choroba nas nie zaskoczyła, lepiej się przed nią chronić niż później z nią walczyć

Co jest skuteczną ochroną przed rakiem?

Metod i różnych cudownych środków zapobiegawczych nie sposób zliczyć, tylko jakoś to nie idzie w parze ze zmniejszoną zachorowalnością na raka i jego coraz większą śmiertelnością.

Aby rak nas omijał szerokim łukiem, może nie należy szukać cudownych metod czy środków na zewnątrz, tylko blisko nas, w naszym umyśle?  A co, jeśli to jest możliwe?

Tak jak my boimy się raka, tak odwracając sytuację rak też ma swoje słabe strony.  On u nas szuka sobie miejsca, w którym umiejscawiają się nasze zablokowane uczucia. Badania naukowe dowiodły, że zablokowane emocje kumulują się w naszym ciele, które po jakimś czasie w tym miejscu nasze ciało choruje i rakowacieje.

Podczas uwalniania odzyskujemy energię, która była zamknięta w ukrytej emocji. Ta zablokowana energia kumuluje się i rozsadza nas od środka, niczym gaz butlę, jak się w niej już nie mieści.  Poza tym odzyskana energia wzmacnia nasz układ odpornościowy który doskonale sobie radzi z każdą chorobą.

Problem polega na tym, że ludzie przestraszeni i zalęknieni życiem które ich otacza, boją się tak bardzo swoich uczuć, że za żadne skarby świata nie chcą się im przyjrzeć, a co dopiero uwolnić.

Dopiero w determinacji, jak zaatakuje śmiertelna choroba, wielu nabiera odwagi na przyjrzeniu się swoim emocjom. A przecież tak być nie musi, można wcześniej uwolnić niechciane emocje, aby zapobiec cierpieniu przez raka, a nie dopiero jak on już zaatakuje i porządnie nas już wykończył.

Genia, była wspaniałą osobą, życzliwą dla ludzi, nie przeszła obojętnie wobec nikogo, kto by potrzebował pomocy, zawsze uśmiechnięta, niczym magnez przyciągała do siebie tak samo życzliwe osoby. Tak było, dopóki rak nie zaatakował jej narządów kobiecych, z przerzutem do płuc i wątroby. Zamknęła się w sobie i odsunęła od ludzi i znajomych. Jej mąż z dziećmi, robili co mogli, aby ulżyć jej cierpieniom, bo o wyleczeniu, nie było mowy, lekarze powiedzieli, aby nie robili sobie zbytnich nadziei.

Rodzina zwróciła się do mnie o pomoc, abym ja pomogła ich kochanej Mamie, oznajmiając mnie, co robić, bo chora się załamała i absolutnie odmawia współpracy w leczeniu, oni jedynie tyle ile mogą wciskają w nią lekarstwa, zioła i inne różne dostępne sposoby antyrakowe.

Odpowiedziałam im, o co wy się do mnie zwracacie, chcecie bym ja waszej Mamie ukradła raka i go w jakiś sposób zneutralizowała?

Ja takiej mocy nie mam, nigdy bym się do kradzieży nie posunęła, ale to i tak jest niemożliwe.

Na całe szczęście nikt nam choroby bez naszej woli nie może zabrać, a każde działanie nawet w bardzo dobrej intencji, ale wbrew woli chorego jest kradzieżą i to jeszcze gorszą niżby chcieć okraść kogoś z całego życiowego dorobku, to Pan Bóg dał nam wolną wolę i nikt tej woli nie jest w stanie złamać.

Dlatego się mówi, że każdą chorobę można wyleczyć, ale nie każdego człowieka. Jeśli nawet chory mówi, że wyraża zgodę na leczenie, ale sam nie podejmuje żadnych działań, to mówi dla świętego spokoju, ale wbrew swojej woli.

Okazało się, że z Gienią było inaczej, to nie był problem z jej wolą, tylko bardzo bała się poznać prawdę o sobie. Chciała być taka jaką jest, a po uwolnieniu ukrytych emocji, bała się, że zobaczy siebie w innym niekorzystnym świetle.

Zadzwoniła do mnie ze zdziwieniem i prośbą, że wyraża zgodę i podpisze nawet co trzeba, aby jej tego raka ktoś ukradł czy zabrał, tylko aby nie dotykać jej uczuć, bo to zbyt jest intymne i prywatne, aby z kimkolwiek chciała się dzielić. To nie o to chodzi, nikt nie musi poznawać Twoich lęków, czy innych ukrytych emocji, wystarczy, że sama po cichu przyjrzysz się im z bliska i zobaczysz jakie wydarzenie wywołało tą ukrytą emocją.

Po wyjaśnieniu, że urodziliśmy się z czystą kartą i tylko wtedy tak naprawdę byliśmy sobą, później zostaliśmy ukształtowani mówiąc skrótowo przez życie. Zrozumiała, że uwalniając zablokowane emocje, które stały się toksyczne, dzięki temu może tylko jedynie odsłonić swoją lepszą stronę osobowości, a na pewno nie gorszą, nie ma takiej opcji.

Genia, jak uwolniła lęk z przyklejonym poczuciem winy przekonała się, że swoich uczuć ukrytych nie musi się bać i już na dobre podjęła przygodę z terapią emocjonalną. Po dwóch latach czuje się coraz lepiej, chodzi na badania kontrolne po których okazało się, że jak tak dalej pójdzie, to jest szansa, że pokona całkowicie raka.

Ja w to wierzę i z całego serca wyzdrowienia wspaniałej Geni życzę.

Nikt tego nie wie, tylko sam chory może wiedzieć, czy ma wolę pokonać chorobę i nie ma w tym nic złego, jeśli jego wolą jest zostawić decyzję losowi.

Irena

CZEGO BOI SIĘ RAK

 

Absolutnie nie wierzyłam w swoje wyzdrowienie, bo mój rak płuc był nieoperowalny i nieuleczalny, ale wstąpiła we mnie na niego taka złość, że aż agresja ujawniała się u mnie na zewnątrz. Prowokowana tą złością postanowiłam zrobić mu emocjonalny taki „kogiel mogiel” by pożałował, że wybrał mnie za ofiarę.

Może mój sposób myślenia nie był ani mądry, ani profesjonalny, ale umierając taką miałam wiedzę i myśli o raku, kiedy już wszystkie metody zawiodły.

Trochę poczytałam, trochę kierując się intuicją, przy pomocy córki zrobiłam sobie listę co rak lubi, a co jemu szkodzi.  Podczas modlitewnej medytacji wyciągnęłam wniosek, że chyba najbardziej lubi mój dotychczasowy zdrowy styl życia, dlatego u mnie tak się rozpanoszył.

Im bardziej jemu ze mną było dobrze, ja czułam się coraz gorzej. Gdzieś około rok przed diagnozą intensywnie zaczęłam szukać pomocy u lekarzy różnych specjalności, szamanów i terapeutów z powodu coraz dokuczliwszych dolegliwości. Najpierw bardzo wzmógł mi się ból kręgosłupa, doszedł niesamowity ból głowy, duszności powodowały, że miałam coraz większą trudność z wejściem pod górkę, wejście po schodach stało się masakrą, ogólne osłabienie, silne pocenie się, obolałe wszystkie mięśnie gorzej jak przy grypie, co tydzień większe obrzęki nóg i pod oczami.  Do tego doszły zaniki pamięci, które pogarszały się z dnia na dzień, myślałam, że dopadła mnie   choroba Alzheimera, ale o tym nikomu nie wspominałam, bo się wstydziłam. Jeszcze wierzyłam, że dolegliwości fizyczne miną, ale z pamięcią może być gorzej, bo traci się ją bezpowrotnie. Złościło mnie jak coraz bardziej przez innych było zauważalne, że moja pamięć szwankuje. W końcu tak się stało, że bóle kręgosłupa i głowy były nie do wytrzymania tak bardzo, że stan mojej pamięci był już bez znaczenia.

Zawsze myślałam, że kiedyś i do mnie los się uśmiechnie i zasmakuję jeszcze trochę lepszego życia. Zamiast tego, zaczęły się okropne bóle, utrata pamięci i rak płuc nieoperacyjny i nie do wyleczenia. Zostałam przyciśnięta do muru i musiałam zaakceptować fakt, że w ciągu 6 miesięcy odejdę na zawsze z tego świata i już nigdy tutaj nie powrócę, aby cokolwiek jeszcze wyjaśnić, dogadać się, czy przeprosić.

Za to wszystko co mi narobił ten mój rak płuc, wstąpiła we mnie ogromna na niego złość. Musiałam się dowiedzieć co u mnie jemu zasmakowało, że się w takim tempie u mnie rozwinął i tak po cichutku niepostrzeżenie.

Wpadłam na niego w taki szał, że już dla mnie nie było ważne, czy ja sobie zaszkodzę, najważniejsze, aby on został poskromiony, a ambicją moją się stało, że skoro on mnie, to ja jego też wykończę i postanowiłam, że on padnie razem ze mną

Chodziłam nadal do wielu znanych terapeutów i lekarzy, ale już nie byłam zdyscyplinowaną pacjentką jak do tej pory, nie przestrzegałam niczyich zaleceń. Stało się tylko ważne czy rak we mnie trochę mniej zipie.

Podjęłam z rakiem walkę z lądu, morza, powietrza i czym się dało, nie zważając już na nic, czy to niezgodne obojętnie z jaka medycyną, z konwencjonalną, czy niekonwencjonalną, przecież pod ich opieką rak się rozwijał i byli bezsilni.

Racjonalne podejście do leczenia, przeplatało się z intuicyjnymi wyborami różnych terapii jednocześnie. Moja wiara w moc modlitwy, wielokrotnie była zachwiana. Stosowałam jednocześnie kilka terapii na raz, łącząc z sześcioma cyklami chemii. Przerwy w niektórych terapiach następowały, podczas trzech dni, kiedy byłam w szpitalu na chemii np.; nie mogłam prowadzić medytacji, w pobliskiej miejscowości pod piramidą, z której korzystałam codziennie, mimo zimna i śniegu. Poduszka i koc wystarczającym były zabezpieczeniem od zimna. Do akupresury stóp przychodził masażysta, czasem syn mnie podwoził. Wałki do masażu stóp często używałam w ciągu dnia w miarę możliwości i aby mi się przypomniało, leżały na widoku. W pokoju słuchałam z płyt muzyki relaksacyjnej, płyty medytacyjne i z zabawnymi anegdotami. Oglądałam krótkie filmy o cudownych wyleczeniach i samowyleczeniach. Zmuszałam się do picia świeżych soków i do dziwnego jedzenia, np. surowej wątroby.

Terapeuci zalecali dietę wegańską, wegeteriańską, czy nawet głodówkę, ja im nie byłam posłuszna. Lekarze ostrzegali, nie torturować się sokami i jedzeniem, ja mimo wszystko nie byłam posłuszna.

Ja tylko wsłuchiwałam się w siebie i kierowałam się tylko tym, czy jestem trochę silniejsza, a rak czy trochę we mnie słabiej zipie.

Moja walka okazała się skuteczna, nieuleczalny rak płuc został pokonany

Kierując się intuicją zaczęłam postępować z sobą dokładnie tak, czego rak nie mógł znieść.

Okazało się, że rak nie znosi;

– jego akceptacji

– złości na niego – złość była moją motywacją do działania

a najbardziej nie pasowała jemu moja utrata wiary w autorytety i w moje przekonania/które później okazało się, że są fałszywe/

poddania się śmiertelnej chorobie, mimo złości nawet w modlitwach nie prosiłam o zdrowie, tylko prosiłam o wybaczenie – w ten sposób uwolniłam się z poczucia winy i lęków, jak się okazało, zabrałam mu jego podstawową pożywkę.

Zauważyłam, że wielu chorych po diagnozie śmiertelnej choroby, tym bardziej słuchali różnych zaleceń lekarskich czy terapeutycznych, nie zmuszali się też do jedzenia, picia i ruchu. Po co twierdzili? Jest 21 wiek, w kroplówce dożywią, dadzą środek przeciwbólowy i można spokojnie leżeć, ewentualnie cichutko się modlić, póki się nie zaśnie. Dlaczego nie, można i tak i nie ma w tym nic złego.

Ja zmotywowana złością do wszystkiego się zmuszałam. Do picia soków, jedzenia – zaczęłam jeść wbrew zaleceniom tłuste rosoły z kaczek/jadłam nawet tartą wołową surową wątrobę-okropność/, nie chciało mi się w ogóle ruszać. Wyjście z domu było masakrą, ale wychodziłam. Pilnowanie brania leków homeopatycznych, przed jedzeniem, po jedzeniu, przed piciem, po piciu –okropnie uciążliwe, zapominałam, myliłam się, ale jakoś brałam. Telewizji prze 8 miesięcy w ogóle nie oglądałam, w moim pokoju TV nie było. Korzystałam z energii REIKI, słuchałam pozytywnych płyt, oglądałam filmy komedie, czytałam pozytywne książki.

Do terapii z Arkuszami Radykalnego Wybaczania się zmuszałam trochę z innego powodu, w ten sposób żegnałam się z obecnym życiem. Tak mówiąc szczerze, to zaczynając przygodę z ARW też nie wierzyłam, że będzie skuteczna.

Wszystko pokonywałam z uporem maniaka, aż z czasem złość na raka przeszła i przerodziła się w dziwną relację, trudną do określenia w jaką, chyba dlatego, że zauważyłam u siebie pozytywne zmiany i to, że chorobę zaczęłam traktować jako informacje dla mnie.

Podkreślam, że moja walka z rakiem różniła się znacząco od obserwowanych chorych którzy niby podejmowali się różnych metod, ale nie jednocześnie jak ja, tylko w pewnych odstępach czasowych i nie wiem, czy ktoś zdołał z tych wszystkich metod za życia skorzystać, bo niestety już dawno nie żyją.

Nie oceniam, czy inni robili dobrze, czy źle. Ja tylko mówię, że może dlatego wyzdrowiałam, że postępowałam inaczej, niż wielu chorych.  Zrobiłam rakowi taki „kogiel mogiel” że nie mógł przetrwać i po 14 latach nadal cieszę się zdrowiem, czego z całego serca życzę wszystkim chorym.

Irena

 

Licznik odwiedzin
0191432
Visit Today : 112
Total Visit : 191432
Hits Today : 767
Total Hits : 1286191