Miesięczne archiwum: Sierpień 2018

Nie moja wina

 

 

Dawid R. Hawkins słynny wykładowca Harvard, Oxford i inne, podnoszeniu ludzkiej świadomości poświęcił całe życie.

Jego książkami zainteresowałam się,  bo jako wszechstronnie wykształcony lekarz wypraktykował na sobie, potęgę uwalnianych emocji i emocjami wyleczył się z wielu swoich przewlekłych chorób i jak tego dokonał szczegółowo opisał w swoich książkach i na ten temat prowadził wykłady. Ja nim poznałam Hawkinsa książki uwolniłam się z nieuleczalnego raka i wielu innych chorób też uwalniając zablokowane emocje, z tym, że terapię stosowałam inną metodą. Tak naprawdę we wszystkich terapiach bez względu na  metodę chodzi o uwolnienie się z lęków pod którymi zawsze znajduje się zabójcze poczucie winy.

Może właśnie dlatego ludzie robią wszystko, aby przerzucić swoją  winę na innych?  Może właśnie dlatego tak trudno przyznać się do swoich błędów?

Irena

I

O praktykowaniu zdrowia

Na nic wiedza, bez wypraktykowania, mówi Fryderyk Karzełek, z czym absolutnie z całą duszą i sercem się zgadzam, ale  czy wiedza zdobyta w praktyce jest wartościowa, jeśli naukowiec teoretyk nie potwierdzi?

 

 

Cytat z książki – Pieniądze są sexy dotyczy pieniędzy, ale dotyczy to również naszego zdrowia. Nie jestem naukowcem, ani teoretykiem, a w prosty sposób rozprawiłam się z rakiem płuc, z którym wielu uczonych lekarzy i profesorów sobie nie poradziło, czy to dla innych może być wartością?

Pozdrawiam

Irena

 

Kiedy życie traci sens

Jak jesteśmy młodzi nie chcemy pamiętać, że młodość szybko przemija i nie żyjemy tak jak chcemy, tylko czekamy aż coś fajnego się nam przytrafi. Aby coś fajnego się stało czasem bezskutecznie oczekujemy, potykając się przez kolejne rozczarowania. Kiedy w końcu zatrzymujemy się przez chwilę w obecności, to jesteśmy zaskoczeni, że minęło już tyle lat.

Kiedy przypadkiem coś nas zatrzyma, to dopiero zauważamy, że jesteśmy już dojrzali, ale jeszcze nie zawsze pogodzeni z upływem czasu, bo tak szybko to minęło. Czasem z uporem maniaka kombinujemy, jak odmłodzić twarz dając sobie złudzenie, że zatrzymamy czas który przeminął, a tu nagle już 70+ i znów nie wiadomo, kiedy tyle lat przybyło.

Po 60+ myśli przeplatają się wspomnieniami z młodości lub marzeniami o coraz krótszej przyszłości. Mnie czasem zdarza się zapomnieć, że tylko przez obecną chwilę można dostać się do wymarzonej i wyśnionej przyszłości, która coraz szybciej się kurczy. W takich chwilach zastanawiam się, czy w moim wieku marzenia mają jeszcze sens?

 Za młodu myślami uciekałam z teraźniejszości, bo nudziła mnie   codzienność i nużył trud ciężkiego życia jaki było dane doświadczać.  Dopiero jak zatrzymałam się na emeryturze, stwierdziłam, że byłabym szczęśliwa, gdyby nie fakt, że wiek młodości przeminął bezpowrotnie, a wraz z nim i zdrowie.

Marna pociecha, że nie tylko ja mam żal do minionej młodości, niektórym   trudno zaakceptować ten fakt  do tego stopnia, że  nie chcą wymawiać słowa „senior” jak by można było w ten sposób cofnąć czas. Łudzą się, że jak nie zaakceptują swojego wieku, to zatrzymają ten piękny okres młodego wieku.  Dopiero teraz się widzi, jaki to był piękny okres życia.

Dopiero będąc seniorem zauważa się, jak czas szybko przeminął. Z perspektywy czasu widać, że jeszcze nie tak dawno nie straszne nam były wichry burze i zamiecie, a mimo tego nie traciliśmy radości i pogody ducha. Pewnie byłoby tak i dzisiaj, gdyby nie ubywało sił i nie gnębiły choroby.

Czy seniorom pozostało już tylko wspominać dobre stare czasy i zajmować się wnukami i żyć życiem swoich dzieci śledząc, czy ich dzieciom  marzenia się spełniają?  Czy poza marzeniem o zdrowie innych swoich marzeń już nie mają?  O czym można marzyć, jak się ma 70 lat?

 Na marzenia, tak samo jak na naukę nigdy nie jest za późno, a alternatywą jest przebywanie w teraźniejszości i akceptacja siebie tu i teraz takim jakim się jest, bez potrzeby ujmowania sobie lat.

Dając pozwolenie myślą ciągle wspominać, wówczas tak naprawdę żyjemy przeszłością, a nie obecnością, więc nie dajemy sobie szansy na spełnienie naszych marzeń, bo realizują się tylko w obecności, tu i teraz.  Najgorsze, że w ten sposób nieświadomie wpędzamy siebie w wewnętrzny stres.

 „Stres spowodowany jest tym, że jesteśmy tutaj, a chciałbyś być gdzie indziej, albo jesteś tutaj, a chciałbyś być gdzieś w przyszłości.”   Autor –  Eckhart  Tolle .

Bardzo się chce wspominać, bo zauważamy, jak kiedyś były to niezapomniane piękne czasy, tylko szkoda, że zobaczyliśmy to wówczas, kiedy minęły bezpowrotnie i to bez względu na wiek. Może właśnie dlatego lubimy przebywać w przeszłości, nie zdając sobie sprawy, że marnujemy obecne życie, które się toczy tu i teraz. Nie wspomnę już o tym, kiedy ciągle na nowo roztrząsa się    chowane urazy z przeszłości i z tego powodu katuje cierpieniem.   

Wielu seniorów zamiast zajmować się sobą, to żyją życiem swoich dzieci, więc nie ma co się dziwić, że ciało i dusza czuje się zaniedbana i daje o sobie znać chorując.

Naukowo jest już udowodnione, że żyjąc przeszłością przyspieszamy proces starzenia się, bo wyłączamy umysł z twórczego myślenia, jak na przykład miło zagospodarować sobie obecny dzień. Niewykorzystany umysł zanika, jak wszystko, co nie jest potrzebne i naturalną rzeczą staje się, że stopniowo na starość przestajemy poznawać obecną rzeczywistość. Za to coraz bardziej pamięta się co było 30 lat temu niż co się działo przed trzema godzinami.

Paradoks polega na tym, że tylko wówczas czujemy się potrzebni swoim dzieciom, jeśli możemy im pomóc, więc staramy się pomagać na siłę, chociaż oni wcale nas o to nie proszą. Wówczas zaczyna się wpadać w schemat życia cudzego  życia, którego całkowicie nie rozumiemy i nie mamy żadnego wpływu na toczące się sprawy, co może  doprowadzić  do frustracji, stresu, a nawet depresji.

Człowiek jest potrzebny drugiemu, dopóki jest kochany. Czy jak małe dziecko w niczym nie pomaga, tylko płacze, to go Matka mniej kocha?  Czy jak dzieci pokonują trud życia samodzielnie, bez pomocy Rodziców, to swoich Rodziców już tak nie kochają?

Irena

 

Schemat uzależnienia

Jestem wolna, a byłam uzależniona od męża despoty,  jak się uwolniłam? ….

 

 

 

Każdy Rodzic chce mieć dobre  posłuszne  dziecko, a każde dziecko też chce być dobre  i kochane, to dlaczego tak nie jest?

Właśnie dlatego, że czasem takie  pragnienie  rodziców i dziecka doprowadza do  toksycznych przekonań i życiowych dramatów.

Tak było właśnie ze mną, podczas terapii byłam zszokowana jak zobaczyłam co było przyczyną mojego programu uzależnienia psychicznego.

Okazało się, że mając  niecałe trzy latka, poczułam się od Matki odpychana. Pewnego razu   usłyszałam, jak chwali moją kuzynkę Marysię, że jest taka usłuchana/czyli dobra/, cicha jak by jej prawie nie było, ciocia tylko przytaknęła, dodając, że jest cicha, ale bardzo kochana.

Malutka Irenka nie wiedziała, że powodem braku zainteresowania Mamy  jest urodzony mały braciszek, który był  słaby i chory. Podjęła walkę o miłość Matki postanowieniem bycia  posłuszną  i cichą.

Od tego momentu    w  okresie wczesnego dzieciństwa zaczęłam  realizować  pragnienie bycia kochaną,  słuchając  wszystkich dorosłych, nawet swojego 11 letniego  kuzyna sierotę  wojenną wziętego  na wychowanie.  On dla dobra Mamy  nie pozwalał mi się zbliżyć i  zwrócić się do Mamy o nic, nawet o podanie picia. Piłam i jadłam kiedy byłam zawołana, a  jak  leciałam do niej, to kuzyn mnie  odpychał,  podstawiał nogę, a nawet bił, krzycząc, bekso bądź cicho, bo przeszkadzasz Mamie.

Uważałam, ja i wszyscy,  że ma rację, nie wolno zachowywać się głośno, czyli ani płakać, ani się śmiać, skakać  i  tańczyć, bo obudzę chorego braciszka.  Podstawowe  potrzeby i prawa stały się w oczach małej Irenki  złe, a dla opiekunów niewygodne.

W takich chwilach  uciekałam do starego pokoju/nie zamieszkały/ i chowałam się w dużym kuferku, aby tam cichutko sobie popłakać i głaskać  obolałe miejsca.

Próbowałam później kuzynowi tłumaczyć, że nie chciałam Mamie przeszkadzać, tylko aby podała mi picie, albo że się skaleczyłam i by opatrzyła skaleczenie. Zawsze odpowiadał, że jestem  niezdarą i tylko przeszkadzam Mamie. Wpędzał mnie w poczucie winy i wstyd, jak mogłam się tak zachować. Tym bardziej, że zauważyłam, że jak krzyczał n „nie przeszkadzaj Mamie”, to rodzicom się jego zachowanie wobec mnie podobało.

Mnie było żal Mamy, bo nie ma na nic czasu, Ojca, że ciężko pracuje i kuzyna, bo wojenny sierota, tylko  ja miałam wszystko,  rzekomo nic mi nie brakowało, poza jednym faktem, czułam się  niepotrzebna, odepchnięta,  które z  czasem  urosło do bycia nieważną i nic wartaną.

Nikt nie zdawał sobie sprawy, ani z dorosłych, ani ja przez  50 lat, że właśnie w powyższy sposób programowałam sobie program uzależnienia psychicznego.

Kiedyś  pisałam w swoich pamiętnikach, że jak zachorowałam na raka, nie wiedziałam dlaczego prześladowały mnie słowa ” Nie przeszkadzaj Mamie”  i  przekonanie  „muszę odwdzięczyć się Mamie”.

Toksyczne podejście  moich opiekunów poskutkowało u mnie przekonaniem,  że muszę być wobec innych szczera do bólu, i o wszystko co chcę  zrobić muszę zabiegać o  akceptację kogoś innego. 

Z perspektywy czasu zauważyłam, że brałam za  mądrzejszego kogoś kto mówił pewnie i stanowczo,  niestety, nie zwracałam  uwagi czy na pewno mądrze i czy słuchając jego w swoich sprawach będzie to dla mnie dobre, bo się bałam, że być może będę musiała mu się sprzeciwić i dokonać wyboru w swoich sprawach po swojemu. 

Paradoks polega na tym, że moja Mama wspominając  nasze dzieciństwo, uważała mnie za trudne dziecko w wychowaniu, nawet  twierdziła, że sprawiałam więcej problemów, niż pięciu chłopaków. Nie wiem dlaczego pięciu, ale tak mówiła.

Do niedawna takie twierdzenie Matki sprawiało mi przykrość, bo pamiętam, że zawsze starałam się z całych sił być dobrą kochaną córką i kochałam swoją  Matkę nad życie.

Dzisiaj rozumiem dlaczego tak było, nie mogło być inaczej bo postępowałam  nie  tak,  jak podpowiadało mi moje serce i mój rozum, tylko słuchałam   zaufanych  osób wskazanych przez Rodziców jako mądrych.  Zawsze obrywało mi się, jak coś zrobiłam za radą mojej   przyjaciółki, którą moja Mama uważała  za najmądrzejszą na świecie,  ale moich tłumaczeń nikt nie słuchał.  Tak naprawdę nigdy żadnych decyzji nie podejmowałam sama, zawsze słuchałam  czyichś  poleceń  lub akceptacji, a dopiero później udowadniałam bezskutecznie swoje racje.

Tak również było w   dorosłym życiu, podobnie jak w dzieciństwie  nie broniłam swoich racji, tylko   słuchałam poleceń  osób  przez środowisko uznawanych jako mądrych. Zamiast w sobie,  szukałam też w nich akceptacji i bezpieczeństwa.

Skutkowało to tym, że trafiając  na fałszywych szefów i innych fałszywców udowadniałam im, że jestem lojalna i uczciwa. Oni bez żadnych skrupułów okradali mnie z  czasu wolnego, a nawet z pieniędzy  nic mi nie udowadniając, tylko wskazując  na mnie, że to moja wina, a temu dawałam wiarę./Jak wina to i kara/

Nic dziwnego, że trafiłam również  na despotycznego męża, bo uaktywniony  syndrom uzależniający przyciągnął do mojego życia despotę. Skąd miałam wiedzieć, że to odczuwane przeze mnie przyciąganie nie jest miłością jak   myślałam, tylko przyciąganie  toksycznego  uzależnienia. To tak, jak  pijak zawsze trafi do pijących  wódę nie wiedząc gdzie są, jak by  miał w sobie nawigację.

Dałam przyzwolenie byłemu mężowi  całkowicie kierować i rządzić  swoim  życiem, jak kiedyś w dzieciństwie  oddałam swoje prawa  starszemu kuzynowi, który  mnie szturchał, bił abym była cicho dla dobra Mamy.

Tak się działo w moim życiu, bo moi opiekunowie chcieli widzieć w małej Irence dobre  posłuszne dziecko, któremu w życiu będzie się szczęściło.

Paradoks polega na tym, że w schemat  uzależniający weszłam dlatego, że właśnie mała Irenka była bardzo posłuszna i bardzo chciała być kochana.

Po uświadomieniu sobie schematu i jego przyczyny stałam się wolna od despotów i decyzyjna. Nie mam wewnętrznego muszę, aby radzić się w swoich ważnych i mniej ważnych sprawach. Co nie znaczy, że rad nie wysłuchuję, owszem słucham, ale decyzję podejmuję według swojego uznania i już nie boję się popełnić błędu, bo to moje życie i mam prawo do swoich błędów.

Irena

 

 

 

Prawda o sobie boli?

Przed terapią nie miałam pojęcia co znajduje się w mojej podświadomości. Lęki przykryte wstydem sugerowały, że jestem zła i zasługuję na coś złego, które ciągnie mnie w swoją otchłań.

Naprawdę trzeba mieć dużo odwagi, by chcieć samym przed sobą poznać prawdę o sobie, dlatego wskazane, aby na początek poprowadziła zaufana terapeutka, poza tym z boku widzi się lepiej.

Uwalniając uwięzione lęki i inne emocje ze zdziwieniem odkrywałam, że nie jestem taka zła. Zdziwiłam się, że jestem fajniejsza niż o sobie wcześniej myślałam i takie odkrycie za każdym razem odbudowywało moją zrujnowaną wewnętrzną wartość.

Nie zdawałam sobie sprawy, że zablokowane emocje i przekonania, tworzą moje życie według najczarniejszego scenariusza, oczywiście podświadomie, bo świadomie przecież takiej krzywdy bym sobie nie czyniła.

Gdzieś w głębi duszy czułam, że nie zasłużyłam na zło życia które mnie spotyka i czułam, że niesprawiedliwie atakują mnie życiowe zła tego świata, tylko nie wiedziałam jak sobie pomóc. Nie wiedziałam, że wystarczyło się wyciszyć, zadawać sobie odpowiednie pytania, a na koniec zrobić wybaczenie lub uwolnienie i to jest właściwie sedno oktagonu mojego zdrowia.

Absolutnie nie dawałam wiary, że to ja sama przyciągnęłam wszystko co mnie spotkało. Przecież chciałam być zdrowa, radosna i bogata, a przez całe życie byłam schorowana, smutna i biedna.

Teoretycznie wcześniej coś słyszałam, czytałam, że wszystko niby jest w nas, ale jak wzięłam sobie na logikę, to pomyślałam, że to niemożliwe, skąd człowiek zwyczajny miałby mieć taką sprawczą siłę? A jeśli ją by miał, to nikt by sam siebie nie katował i to okrutnie.

Okazało się, że ja właśnie to czyniłam, oczywiście podświadomie, dlatego nie zdawałam sobie z tego sprawy. Tylko najpierw, nim to na sobie doświadczyłam, to poczułam się tak, jak bym odkryła nową galaktykę lub przydatkowo znalazłam się w jakimś „MATRIX”.

Podróżując w głąb siebie do ciemnych zakamarków podświadomości ze strachem, ale z ciekawością, moja przygoda uwalniania uwięzionych emocji z czasem okazała się fascynującą rzeczywistością. Pomału w moim ciele dokonywał się cud zdrowia, a życie zaczynało być bardziej fajne i o wiele lepsze. Co wcale nie znaczy, że teraz wiodę szczęśliwe i beztroskie życie, może by tak było, jakbym oczyściła się z wszystkich toksycznych emocji i przekonań gromadzonych przez 60 lat. Na tym poziomie energetycznym na którym jestem, to raczej jest niemożliwe, poza tym nie mam takich marzeń.

Moją pasją stały się emocjonalne – wizualne podróże z doskwierającej mnie obecności tu i teraz, do  przeszłości, nie po to aby w niej się babrać, tylko po to, aby  na zawsze wyrwać emocjonalne chwasty z korzeniami, które niszczą mi zdrowie i życie. Aby tak się stało, przełamuję lęk, chwytam wiodącą emocję i idę na niej w mroczną przeszłość aż do korzeni, które najczęściej sięgają wczesnego dzieciństwa. To bez znaczenia, że ja naprawdę miałam wspaniałych Rodziców i mam miłe wspomnienia od kiedy sięgam pamięcią od najmłodszych lat, zakorzenione chwasty i tak robią swoje.

Po wielu doświadczeniach pracy nad swoimi życiowymi schematami odkryłam, że tą nieświadomą mroczną przeszłością jest poczucie winy, które powstaje z brania odpowiedzialności za innych. Tak się dzieje, bo na poziomie podświadomym wchodzimy w pewne schematy, z których nie zdajemy sobie sprawy.

Małe dzieci mają to do siebie, że biorą odpowiedzialność za Rodziców, a po wielu latach Rodzice z kolei biorą odpowiedzialność za dorosłe już dzieci. Związku z tym wydawać by się mogło, że  poczucie winy krąży jak bumerang, tam i z powrotem, ale to nieprawda, to życiowe schematy mogą dawać takie wrażenie.

Irena