Supernowa Rakowi Wspak

Czas na sanatorium – tylko, że nam niewolno. Co mam zrobić?

Fragment wpisu córki z zakładki: Poradnik dla rodziny – rak oczami córki

V chemia – Czas na sanatorium – tylko, że nam niewolno. Co mam zrobić?

Kolejna wizyta w szpitalu, kolejna już przed ostatnią chemią mamy. Uczucia mam mieszane, tak naprawdę nie wiem, czego się spodziewać po wizycie, ale idę. Trochę się boję tego, co mogę zastać w sali i czy dam radę stanąć na wysokości zadania. Moje przeczucia się sprawdziły – mama znowu rozbita,  płacze.

Szybko pozbierałam się w sobie i próbuję dowiedzieć się, co się stało. Od płaczącej rozhisteryzowanej osoby trudno coś sensownego wyciągnąć. Najważniejsze to to, że wyniki są dobre mama czuje się przy najmniej fizycznie w porządku, bardzo dobrze zniosła kroplówkę – na tyle dobrze, że zaczęła nawet podejrzewać, że to nie cytostatyki,  tylko zwykła glukoza. Przestraszyła się, że nie chcą już jej leczyć, a może fundusz już nie ma pieniędzy i Rakowców już nie leczą. Obawy mamy oczywiście były bez podstawne, po prostu w porównaniu do innych chorych, co wymiotowali, czuli ogromne osłabienie, mama czuła się rewelacyjnie, nie odczuła żadnych negatywnych skutków kroplówki. Racjonalnie rzecz biorąc powinna je odczuwać, a nie czuła. Czy nasza służba zdrowia jak kończą się pieniądze to przestaje leczyć? Czy praca nad sobą i to, co robiła mama na tyle wzmocniła jej organizm, że nie odczuła skutków chemii? Tak naprawdę nie wiem, lekarze zapewniali nas, że wszystko jest w porządku. Faktem jest, że dwie ostatnie chemie przeszła mama rewelacyjnie, nie odczuła nawet osłabienia.

Na domiar złego, mama dostała skierowanie do sanatorium do Ciechocinka. Podanie do tego sanatorium złożyła dwa lata wcześniej z powodu rehabilitacji kręgosłupa. Wyjazd miała mieć dwa tygodnie po ostatniej VI chemii. Myślę sobie to super – wakacje jej się należą, tyle przeszła, przecież będzie już po chemii.

Powiedziałam mamie: To, czemu płaczesz to świetna wiadomość. Okazało się, że Pani Doktor zabroniła mamie jechać do tego sanatorium. Powiedziała do niej: „W Pani stanie jest to kategorycznie zabronione. Jest Pani za słaba, podróż tylko pogłębi wyniszczenie organizmu. Te zabiegi mogą Pani zaszkodzić, proszę o tym zapomnieć. Odpoczywać po prostu w domu. Powtarzam nie wolno Pani jechać do sanatorium to dla Pani dobra. Zrozumiała mnie Pani, lepiej wiem, co w Pani stanie jest dla Pani dobre, a co nie.”

No nie, jeszcze tego brakowało. To może chory ma tylko leżeć na leżance i czekać na kostuchę, nic już się mu od życia nie należy. Byłam wściekła na tą lekarkę, pomyślałam sobie, nawet, jeśli to będą ostatnie wakacje, na jakie mama będzie mogła pojechać, to niech jedzie. Już choremu na raka nic od życia się nie należy. Zresztą na badania, konsultacje, wizyty w szpitalu to nie jest za słaba by jechać 150 km do Szczecina, i osłabiona chemią wracać tą samą drogą. Nikogo nie obchodzi jak ona dojedzie i czym wróci. Ciekawe, że taką samą drogą w stronę sanatorium to ma niby ją wykończyć.

Powiedziałam do mamy: A właśnie, że pojedziesz do tego sanatorium. Już ja tego dopilnuję. Nie obchodzi mnie, co mówiła twoja lekarka, zazdrości ci wyjazdu i tyle. Robią wszystko by na twoje miejsce bez kolejki wcisnąć kogoś znajomego. Pojedziesz i już. Tylko nic tu nie mów ani lekarzom ani pielęgniarką, przecież nie zabrali ci skierowania, nic nie muszą wiedzieć.  Powiesz Pani doktor, że ją zrozumiałaś, jest ci przykro, a zrobimy i tak po swojemu. Nie martw się tam też są lekarze i pielęgniarki, to sanatorium nie hotel. Jeśli będziesz się źle czuła to po ciebie przyjedziemy i już.  Nie chce więcej nic słyszeć na ten temat – postanowione jedziesz i już.

Mama zaczęła się uśmiechać przez łzy, ale bała się, że ten wyjazd jej zaszkodzi. Trochę na przekór jej samej, lekarzom,  postanowiłam, że pojedzie do tego sanatorium.

Jak myślisz czytelniku, czy moje oburzenie było słuszne? Czy mam prawo wbrew lekarce zabrać mamę do sanatorium? Czy chory na raka ma prawo do rehabilitacji i wakacji?

Dalszy wątek dotyczący mamy wyjazdu do sanatorium w następnych wpisach.

Córka Ireny – Agnieszka

” Emocji – tropem”

/absurdów życia dalszy ciąg/

Przed diagnozą śmierci się nie bałam, tylko panicznie unikałam tego tematu. Po diagnozie ogarnął mnie strach, ale nadal unikałam tematu tabu,  tłumacząc sobie i innym, że lubię myśleć i rozmawiać o miłych sprawach,  dodawałam – no co przecież jeszcze nie umieram. Naiwnie okłamując siebie i bliskich co chciałam zyskać? – nie pamiętam, ale tak było. Rozmowa z córką, a właściwie córki monolog na temat życia  po życiu motywował mnie do MODLITWY sercem i z całej duszy, kiedy traciłam wiarę.  Przyznaję, że w tym czasie z córką dochodziło do konfliktów , między innymi miałam jej za złe, o te rozmowy tabu. Myślałam raczej aby pomogła mi zapomnieć o strachu czymś miłym i przyjemnym, a ona taka bez serca rozmawia z umierającą o życiu po życiu. Po wysłuchanych modlitwach do MATKI BOSKIEJ zrozumiałam córki intencje i byłam jej wdzięczna,/wpis- modlitwy wysłuchane/. Jak przestałam się bać śmierci, chciałam  dowiedzieć się co było przyczyną mojego strachu. Znów moje kochana Agniesia podpowiedziała mi, że będąc w odmiennym stanie świadomości zapamiętała, że wykrzykiwałam często imię Edzio. Idąc tym tropem jak detektyw swojego strachu, świadomie przypomniałam sobie parę scen z różnymi osobami o imieniu Edek. Szarpały mną związku z tym imieniem różne skrajne emocje, złości i dobroci. Na tym etapie  dwie skrajne emocje były za trudne do ogarnięcia. Poprosiłam znów  terapeutkę Alę o pomoc. Na moje szczęście przyjęła mnie od razu na następny dzień. Byłam pewna, że jestem na tropie przyczyny swojego strachu przed śmiercią.  Byłam ciekawa co za absurd życiowy ukryłam w swojej podświadomości, bo żadnej traumy nie przechodziłam, i jak wcześniej pisałam miałam kochanych Rodziców i spokojne dzieciństwo.

Terapia z Alą zaczęła się standardowo; muzyka relaksacyjna, świeczki, medytacja i krótkie pytania. Kogo znasz o imieniu Edek? Co czujesz do 1- go Edka ? ; co czujesz do 2-go Edka ; co czujesz do 3- go i 4- go Edka? Czułam do nich złość i za tą złość  miałam poczucie winy bo byli dobrymi ludźmi, zachowywali się wobec mnie tak złośliwie bo mnie nie lubili. Ala pytaniami, koncentrując mnie na moim poczuciu winy,  przeniosła mnie do wczesnego dzieciństwa jak miałam 3 lata. W naszym domu przebywał między innymi około 8- letni Edek , sierota powojenny, który pilnował mnie, popychając, bijąc , abym nie przeszkadzała mamie. Według niego przeszkadzałam, jak wołałam do mamy o jedzenie i picie, krzyczał do mnie nie przeszkadzaj! Jesteś niedobra, przeszkadzasz! Mama moja na mój płacz reagowała , bądź cicho nie przeszkadzaj , malutki Fredzio śpi/mój miesięczny braciszek/. Chowałam się przed nim w dużym nie zamieszkałym pokoju przejściowym w drewnianym kuferku. Przez szpary desek oglądałam jego długie przebiegające nogi, bojąc się, że mnie znajdzie. Czułam się w kuferku bezpiecznie, ale chciało mi się pić i był kurz. Zaczęłam mocno kaszleć, wówczas Ala wzięła za rękę małą Irenkę i wyprowadziła z kuferka, przemawiając do mnie  uświadamiając mi,  że nie ma już Edka , jestem duża i bezpieczna. Ja naprawdę złapałam oddech, poczułam się lekko. Niestety na „złość” do Edka otrzymałam pracę domową do przerobienia w domu. Po terapii do samochodu szłam tak lekko, że nie zauważyłam , że weszłam pod górę bez zadyszki. Niesamowite było to, że do wszystkich Edków o różnych zawodach i osobowościach miałam wobec nich te same emocje. Od starszej cioci, później usłyszałam historię, która wyjaśniła zachowanie wobec mnie,  sieroty Edka. Mając 5 lat wołał jeść, opiekunka jego, zaganiała w tym czasie bydło, poprosiła go pomóż, to szybciej jeść dostaniesz. Jeden z jego starszych braci przełożył opiekunkę batem /jak to sierotę nie nakarmisz?/ i była awantura, bo inni opiekunkę obronili, karcąc małego Edzia, że przez niego jego ulubiona  została skrzywdzona, bo się wydzierał jak by mu kto robił krzywdę, tą opiekunką była moja mama. Do  późnych lat ją lubił i szanował , a mnie okazywał tyle dobroci, dlatego ukryłam przykre zdarzenie w podświadomości. Co prawda na razie nie dotarłam co było powodem strachu przed śmiercią, ale i tak poczułam wielką ulgę i następny dowód, że terapia działa.   Irena

„Co nie jest uświadomione staje się naszym przeznaczeniem” – Jung

„Strach zabija” – Bruce Lipton

Dziękuje – ci

 

Dziękuję ci córko, że po diagnozie  podjęłaś ze mną trudną rozmowę o śmierci , bo  w ten sposób nie zostałam sam na sam ze strasznym strachem nie do wyobrażenia. Z perspektywy czasu zastanawiam się, czy to nie było otwarcie drogi do wyleczenia. Według Totalnej Biologii powodem raka płuc jest lęk przed śmiercią, a jeśli jest to coś na rzeczy? …….więcej w tym temacie dokonam wpisu później.  Irena

Rozmowa o śmierci

Fragment wpisu córki z zakładki: Poradnik dla rodziny – rak oczami córki

IV Chemia – rozmowa  o śmierci

Odwiedziłam mamę w szpitalu. Mama miała dobre wyniki krwi,  przyjmowała IV wlew tzw. chemię. Przyszłam i zobaczyłam mamę w opłakanym stanie. Płakała,  była przygnębiona.Właśnie się dowiedziała, że jej towarzyszka z sali,  Pani Stasia przegrała swoją walkę – już jej więcej nie zobaczy, bo niestety nie żyje. Mama bardzo to przeżyła. Co myśli w takich chwilach chory?

Jej się nie udało, o Boże ja będę następny!!!

Potrząsnęłam mamą, spojrzałam głęboko w oczy i powiedziałam: Mamo bardzo mi przykro z powodu pani Stasi, ale ty nie jesteś nią. Może i miałyście takie same rozpoznanie. Wiem, że ona była młodsza od Ciebie. Pamiętaj ty nie jesteś nią, każda z Was ma całkowite inne podejście do leczenia, ona nie pracowała nad sobą, nie korzystała z alternatywnych metod leczenia, miała bardzo złe wyniki krwi, przerwali jej chemię, bo była za słaba by ją przyjąć. Jej świeczka się wypaliła, trudno, ale Twoja nie, ty nadal jesteś z nami i bardzo się z tego cieszę. Twoje wyniki są bardzo dobre, może nie mamy najlepszych rokowań, ale wciąż mamy szanse. Damy radę zobaczysz.

Do tych myśli trzeba się ustosunkować i porozmawiać o tym z chorym. Tak, trzeba z nim rozmawiać o śmierci. Nawet jak będziemy unikać tego tematu on (ten temat) sam nas dopadnie. Mama w tej chwili jest jedyną osobą w zachodniopomorskim, jaką znam z tym rozpoznaniem,  tzn. drobnokomórkowym rakiem płuc. Choć na początku naszej drogi było ich kilkoro. Każde odejście znajomego chorego na raka, jest dla chorego kolejną traumą. Trzeba go do tego przygotować i zminimalizować stres. Chory jak każdy z nas boi się śmierci, sama myśl o niej go przeraża. Świadomość, że kostucha się zbliża, zabrała już wszystkich moich towarzyszy zostałam tylko ja, jest paraliżująca.

Co możemy zrobić w tej sytuacji dla chorego? Wbrew pozorom bardzo wiele. To od rodziny zależy,  czy chory wyrwie się z tego letargu.

Jeśli chory zacznie rozmawiać z Tobą o jego ostatniej drodze  nie unikaj tematu,  podejmij go. To dla chorego bardzo ważne. Trzeba mu uświadomić, że jest wyjątkowy i bardzo ważny dla nas. Że go potrzebujemy, będziemy z nim walczyć do końca. Dobrze jest też pozałatwiać sprawy spadkowe, na wszelki wypadek.  Porozmawiać, jaka jest ostatnia wola chorego co do pochówku. Nie chodzi o to by na siłę z nim na ten temat rozmawiać. Chodzi o to, że jak chory sam podejmie ten temat nie zbywać go, mówiąc a przestań, no co ty na razie ciebie ten temat nie dotyczy.

Generalnie rozmowy o śmierci, ostatniej woli chorego są w domach tematem tabu. Tak naprawdę trzeba o tym rozmawiać, nie tylko, gdy dopadnie nas choroba nieuleczalna, ale i na co dzień. Nawet z dziećmi trzeba rozmawiać o śmierci. O tym, że każdemu z nas został dany czas na tej ziemi, byśmy przeżywali własny los doświadczali emocji radości i smutku. Dziecku trzeba wytłumaczyć, gdy przychodzi na nas czas, nie zależy to od nas, wtedy anioły schodzą po nas i zabierają nas do nieba. Ja z moimi dziećmi przeprowadzam takie rozmowy najczęściej w okolicach 1 listopada. Opowiadam im w tedy historyjki z życia moich dziadków, którzy od dawna już nie żyją. Tak naprawdę każdy z nas musi przyjść na ten świat i musi umrzeć. Nie wiemy, kiedy nasza świeczka się wypali. Jedni przychodzą i żyją bardzo długo,  inni odchodzą w bardzo młodym wieku. Niektórzy z nas odchodzą nagle niczego się nie spodziewając,  a innym jest dany czas na poukładanie swoich spraw, na zwrot w życiu, mogą przeżyć traumę,  odbić się od dna i zacząć wszystko od nowa, inni poodkładają swoje sprawy i odchodzą. Dlaczego się tak dzieje – nie wiem? Wiem za to,  że niechętnie rozmawiamy o śmierci. Jakby sama rozmowa o niej spowodowała, że ona zagości w naszym domu. Czego się tak naprawdę boimy? Nieznanego? Przejścia na drugą stronę? Sądu ostatecznego? Tak naprawdę nie wiemy  czego – ale lęk jest. Choroba zmusza nas, aby stanąć z tym problemem w oko w oko. Tak naprawdę czy mamy się czego bać? Nasz lęk jest irracjonalny, niczym niewyjaśniony. Jeśli po tamtej stronie czeka na nas coś bardzo miłego, a to, co najgorsze ból,  strach, wstyd,  doświadczyliśmy na ziemi by po drugiej stronie spotkało nas coś bardzo  miłego? Tu muszę przyznać wierzącym łatwiej jest umierać.

Jestem dość młodą osobą, ale jeśli chodzi o temat śmierci i przejścia na drugą stronę, przeżyłam dwa niesamowite doświadczenia. Dobrze jest o takich rzeczach porozmawiać z chorym,  by ten lęk przed śmiercią, nieznanym zminimalizować:

Zdarzenie 1:

Na praktykach w szpitalu będąc jeszcze nastolatką byłam świadkiem, jak ciężko chore dziecko bardzo cierpiące umarło na rękach u matki. Widok ten mam cały czas przed oczyma. Dziecko to bardzo cierpiało, w pewnej chwili jego oczy rozbłysły, twarz pojaśniała, na twarzy pojawił się uśmiech,  zdążył jeszcze wyszeptać: jak tu pięknie. Zastygł z tym uśmiechem na ustach. Po chwili dopiero jego mama się zorientowała, że to dziecko odeszło: popatrzyła na mnie i powiedziała: Słyszałaś powiedział, że jest tam pięknie, już go nic nie boli. Obie się popłakałyśmy był to płacz podszyty radością, że to dziecko poszło do lepszego piękniejszego świata już nie cierpi.

Było to bardzo dawno temu, ale cały czas mam przed sobą ten anielski pogodny uśmiech tego dziecka w momencie przejścia na drugą stronę.

Zdarzenie 2:

 

Wiele lat później już, jako matka dwójki dzieci miałam wypadek samochodowy. Wpadłam w poślizg i dachowałam. W trakcie tego wypadku przeżyłam coś niesamowitego. Po pierwsze życie zwolniło bieg, zobaczyłam jak moje ręce podnoszą się do góry bardzo wolno, zdążyłam jeszcze pomyśleć, dlaczego je podnoszę. Za chwilę znalazłam się w bardzo dziwnym miejscu. Była to przepiękna łąka usiana kwiatami, panował tam spokój radość i ciepło, które trudno opisać, wszechogarniająca mnie miłość. Poczułam się szczęśliwa i spełniona. Na tą chwilę nie pamiętałam jak się tu znalazłam, nie myślałam o dzieciach, po prostu było mi dobrze i błogo tu i teraz. Po chwili spostrzegłam na tej łące jeszcze jedną osobę, czułam, że to ktoś z mojej rodziny, ale nie mogłam sobie przypomnieć, kto to taki. Ta osoba z wyglądu bardzo mnie przypominała była ode mnie trochę młodsza, kwitnąca,  śliczna,  uśmiechnięta. Pomyślałam, kim jesteś. Natychmiast otrzymałam odpowiedź: jestem twoją babcią, zobacz, jakie jesteśmy do siebie podobne. Moja babcia jest o wiele starsza i od dawna nie żyje. Pomyślałam,  jak widzisz żyję i mam się całkiem dobrze, ty mnie inaczej pamiętasz? Kiedyś też byłam młoda i wtedy właśnie tak wyglądałam. Wyglądała przepięknie. Następnie powiedziała do mnie:, Co tu robisz? To jeszcze nie twój czas i miejsce? Nie chcę wracać tu jest tak błogo pomyślałam. Idź, nie martw się,  ja tu na ciebie poczekam! – Odpowiedziała mi moja młoda babcia. Ocknęłam się w samochodzie, a raczej we wraku, ktoś wezwał pogotowie, okazało się, że byłam 20 minut nieprzytomna. Po wypadku miałam wstrząs mózgu i złamaną nogę w kolanie.

Czy mi się to śniło czy nie, nie wiem? Od tamtej pory nie boję się śmierci. Wiem, że tam czeka na nas ktoś, kto też nas kocha, jest tam pięknie i wszędzie czuć spokój i wszechogarniającą miłość. Wiem też, że tu na ziemi każdy z nas ma jakieś zadanie do wypełnienia i określony na to czas. Trzeba się postarać by wykorzystać ten czas jak najlepiej. Głęboko wierzę, że choroba też zdarza się nam po coś, jest traumą by nam uświadomić, że idziemy złą drogą. Dopiero choroba zmusza nas do wyrwania się z biegu codzienności: praca, dom, obiad, dzieci, porządki – a gdzie w tym wszystkim miejsce dla mnie?  Choroba to neon mrugający na czerwono  wołający STOP. Kiedy każdy z nas ostatnio się zatrzymał? Zapytał sam siebie – czy jestem szczęśliwy? Czego ja chcę? Nie, moje dzieci, nie,  mój mąż/żona,  tylko ja. Czego ja chcę? W tej gonitwie często zapominamy o sobie. Choroba jest dzwonkiem alarmowym bijącym na alarm, jest drogowskazem byśmy w końcu zaczęli robić coś dla siebie. Czas przepływa nam przez palce, a my wszystko chcemy zrobić jutro. Ważne jest tylko tu i teraz. Istnieje tylko ta chwila, nie ma niczego innego.

Ja miałam to szczęście, że traumę związaną z chorobą w mojej rodzinie przeszła mama, a ja razem z nią. Dzięki temu zmieniło się moje podejście do życia, postrzegania świata, tego, co jest dla mnie ważne. Wszystko się zmieniło, z biegiem czasu muszę  przyznać, że na leprze- wszystko dzięki chorobie mamy.

 

Moja rada:, Gdy chory chce porozmawiać o ostatniej drodze, śmierci, swoim pochówku,  nie unikaj tematu podejmij go. Ten temat i tak Cię dopadnie i to w najmniej odpowiednim momencie. Postaraj się wykreować w chorym obraz przejścia na drugą stronę,  jak przejścia do bram raju. Dużo jest opowieści ludzi, którzy przeżyli śmierć kliniczną i wrócili z stamtąd w ostatniej chwili – te opowieści są pełne miłości światła i spokoju. Pamiętajmy, że w końcu przyjdzie taki czas, że wszyscy spotkamy się po drugiej stronie. Tak naprawdę nikt z nas nie wie, kiedy nadejdzie ten czas, a lekarz nie jest żadną wyrocznią w tej kwestii. To tylko ludzie wykonujący swój zawód – też się mylą. Moja mama żyje już 10 lat od diagnozy i z rokowań lekarzy nic sobie nie robi. Nie lekarz zdecyduje, kiedy przyjdzie na każdego czas. Tak naprawdę wszystko zależy od  Boga i od nas samych.

Agnieszka

Dobry raczek – niedobre raczysko

Emocjami  po nitce do kłębka,  w poszukiwaniu destruktywnych przekonań , niczym detektyw  śledczy zaczęłam  odkrywać ukryte zakamarki swojej podświadomości. Zdarzenia przyczynowo skutkowe prawie zawsze odnajdywane są  w dzieciństwie, a tym samym zdarzenia związane z Rodzicami miały kluczowe znaczenie w tworzeniu przekonań.  Aby dojść do źródła chorób  muszę uchylać rąbki tajemnic ze zdarzeń  domu rodzinnego  z punktu patrzenia i odczuwania  małego dziecka.  Zaskoczyło mnie to , że  Rodzice nie wiem jak mądrze i słusznie by nie postępowali , to i tak nie mają możliwości,  uchronić  całkowicie swoje  dziecko przed negatywnym programem w podświadomości.  Uświadamiając  to sobie podczas terapii  zaowocowało u mnie  jako matki,  automatyczne   uwolnienie  się z poczucia winy wobec błędów  wychowawczych swoich dzieci, jakich się sporo dopatrywałam. Potężny zastrzyk energii , dało  mi nowe pozytywne przekonanie, że Wybaczając innym czynimy to przede wszystkim  dla dobra swego. Akcentuję fakt, że moje dzieci są ułożone, dobre , zaradne  , a mimo to uważałam , że w wychowaniu popełniłam wiele błędów – oczywiście  nie wiedziałam jakich. Przypisywałam sobie podświadomie winę ,  że dzieci za ciężko pracują, dają się wykorzystywać bo są za dobre i że mogłyby więcej zarabiać, a mają  tak dlatego, że popełniłam gdzieś błędy wychowawcze . Z tego powodu zamartwiałam się co źle zrobiłam, co jeszcze mogłam zrobić? Tylko po co tyle zmartwień? – jak by to w czymś miało pomóc .  Podświadomie zaprogramowałam się, że nie dość , że byłam zła córką, to jeszcze złą matką – u mnie był wewnętrzny konflikt, bo świadomie  czasem się usprawiedliwiałam, czasem robiłam projekcje jak większość na innych . Po Radykalnym Wybaczaniu z  modlitwą  i medytacją dowartościowując się , jednocześnie inaczej spojrzałam na swojego raka. A może ten rak chciał mi coś powiedzieć? , a może ten rak chce mi coś przekazać ?, a może mówi i przekazuje coś przez moje ciało?.   Do Modlitwy , takiej od serca ,  Radykalnego Wybaczania i  medytacji  nikt by mnie wołami nie zaciągnął , ale rak i owszem zmusił mnie, dając popalić okrutnie . Dzięki temu  poczułam,  że  BÓG MNIE KOCHA /wpis ” modlitwy wysłuchane”/ , dowiedziałam  się , że  byłam całkiem  dobrą  córką i dobrą  matką . Sami powiedzcie, czy rak nie zmusił  mnie  by się dowartościować?  Przede mną jeszcze dwa cykle chemii, aż żal za tyle zasług   byłoby  go wykańczać,  gdyby to był  „miły raczek”, a nie   „raczysko”.

Przykre jest, że dopiero choroba, jakieś nieszczęście skłania do zastanowienia się nad sobą, czy ta droga , na której jestem jest w porządku , czy na pewno chcę na niej być? , czy nie ma innej lepszej dla mnie? Czy raz z obranej drogi muszę nią kroczyć do upadłego? Myślę, że choroby to na naszej drodze dziury i kamienie o które się potykamy. Tak bardzo wpatrzeni pod stopy, obolali z upadków, że nie zauważa się , że to nawet już nie droga, tylko jakiś ślepy zaułek , a obok  są  fajne inne , o wiele lepsze .  Z doświadczenia swego wiem, że to nie jest proste, bo przed tym wszystkim powstrzymuje lęk – a skąd mogę wiedzieć , że nie będzie gorsza? Nie chciałam pamiętać , ze jeśli będzie zła, to zgodnie z wolną  wolą daną  od BOGA  mogę zmieniać , aż poczuję, że to jest to. Od takich decyzji powstrzymuje mniejszy lub większy  lęk przed zmianą. Aby cokolwiek w sobie zmienić , trzeba te lęki  pokonywać.  Gdyby nie  te  okropnie męczące  lęki,   to być może  choroby  miałyby problem aby się do kogoś wcisnąć.  Irena

 

„TO NIE NASZE GENY, LECZ  NASZE  PRZEKONANIA  KONTROLUJĄ  NASZE ŻYCIE”….  –Bruce Lipton

Mahatma Gandhi :

Twoje przekonania stają się twoimi myślami,

Twoje myśli staja się twoimi słowami,

Twoje słowa staja się twoimi czynami,

Twoje czyny staja się twoimi zwyczajami,

Twoje zwyczaje staja się twoimi wartościami,

A twoje wartości staja się twoim przeznaczeniem.

„CO NIE ZOSTAJE  UŚWIADOMIONE  STAJE SIĘ NASZYM PRZEZNACZENIEM” – Jung

„PRZEKONANIA TO MYŚLI  KTÓRE  UZNAJEMY  ZA  PRAWDĘ” – Louise L.Hay

Matki prawo do błędu

Matka ,  czy  ojciec  wychowując swoje dzieci w MIŁOŚCI według swojej wiedzy  i doświadczenia , nie są winni popełnianych błędów  wychowawczych. Jeśli kierowali się słuszną intencją , mimo popełnianych błędów są w porządku wobec swojego dziecka , siebie i świata. Oczywiście nie dotyczy to rodziców pozbawionych wyższych uczuć , w tym temacie nie mam swojego doświadczenia , aczkolwiek swoje zdanie mam. Dane mi było mieć kochanych Rodziców , którzy dla nas dzieci ciężko pracowali. W swoim życiu kierowali się naszym dobrem , za co im serdecznie dziękuję, bardzo ich kocham i nie zamieniłabym na innych za żadne skarby świata. Tak jak każdy popełniali błędy, za które  nie mam żadnych  do nich pretensji . Absolutnie za nic  swoich kochanych rodziców nie obwiniam i nie obarczam żadną odpowiedzialnością za swoje życiowe niepowodzenia , czy choroby. / Co nie znaczy, że nie mam co wybaczać/.  Na ogół słyszy się , szczególnie  o matkach, że  nie dają swoim dzieciom prawa do własnych błędów. Natomiast nie mówi się o swoich kochających matkach, że mieli prawo wobec nas  popełniać  błędy. Mają  prawo i każda kochająca matka nie jest winna , że  popełnia  błędy  wobec swych kochanych dzieci. Natomiast dzieci nie mają prawa obwiniać swoich rodziców , że są takimi jakimi są , a woleli by być kimś innym. Prawdopodobnie ,  gdyby ktoś zmienił swoich rodziców, to i tak nie zostałby innym człowiekiem. Nie mówię o osobach które się do swoich błędów nie przyznają , bo chcą uchodzić za chodzące ideały , albo zwyczajnie za każdy błąd tak się obwiniają, że już nie mogą udźwignąć ciężaru winy? Matka to też człowiek  i może się pomylić  , chociaż bardzo chce jak najlepiej dla swojego dziecka. Może ktoś zna idealną  matkę,  która nigdy w życiu nie popełniła błędu?  Irena

„Ludzie nie mogą zrobić nic więcej, niż im pozwala ich zrozumienie, świadomość  i wiedza.” L.L. Hay

 

„Uznałem, że los rozdał mi niedobre karty, a ja powinienem uczynić  z nich najlepszy możliwy pożytek” – Bruce Lipton

Absurdy życia

Warto dać dużo wysiłku i próbować  aż  do skutku  usunąć /czy wyłączyć/ zaprogramowany  destruktywny program w naszej głowie,  niczym na dysku komputerowym.

„Wiele osób żyje z ukrytym, zaprogramowanym schematem, który sprawia, że  nieświadomie przez cały czas sabotują siebie. Nie rozumieją, że głęboko w nich samych ukryte są zaprogramowane schematy, które powstały już w okresie dzieciństwa i które leżą tuż pod  powierzchnią podświadomości, czekając na okazję, dzięki której mogą stać się rzeczywistością”  Autor  -Vianna  Stibal.

odwiedziny-u-mamy-017              odwiedziny-u-mamy-003

U Mamy z Mamą

Parę tygodni  przed chemią u mnie nasiliło się duże poczucie winy i coś z tyłu głowy cicho mówiło – „muszę odwdzięczyć się Mamie”.    Wydawało mi  się,  jak bym nie wiem co strasznego  uczyniła!

Dlaczego tak bardzo  to poczucie winy nasiliło się przed diagnozą ? – nie wiem.

Nie do uwierzenia,  że było spowodowane  taką błahostką!  Pomijając  błędne spojrzenie  11 letniej Irenki,  a faktyczny powód łez matki,  to przecież była tylko poplamiona sukieneczka ! ! !

Mój  umysł uznał, aby zdarzenie z poplamioną sukieneczką przed świadomością całkowicie ukryć,   dlatego nic z tego zdarzenia nie pamiętałam.

Dopiero podczas terapii wizualnie zobaczyłam, że najlepsza sukieneczka małej siostrzyczki jest  zniszczona sokiem z jagód ! I to  z mojej winy!

Moja mama  wzięła sukieneczkę, przytuliła do buzi i rozpłakała się rzewnymi łzami, a mnie nic nie powiedziała, chociaż była to ewidentnie moja wina.

To było okropne uczucie,  zobaczyć Mamę,   jak   płacze przeze mnie  rzewnymi łzami.

Matki płacz odebrałam jako  wielką krzywdę  którą jej wyrządziłam. Bez pozwolenia,  ubrałam siostrzyczkę  w jedyną świąteczną sukieneczkę taką,  przeznaczoną tylko do kościoła!

Wolałabym,  żeby  mnie skrzyczała, czy zbiła, ale nie płakała!

Poczułam pod wpływem wybudzonego zdarzenia destruktywne przekonania ;

– Wielkie poczucie winy,  mama cierpi z mojej winy  , /jestem zła, niedobra/ .

– Wstyd , jak mogłam być aż tak niedobrą córką !  Jestem nieusłuchana !/bez pozwolenia wzięłam sukieneczkę/

– Nic nie potrafię dobrze zrobić / nie upilnowałam siostrzyczki/, jestem złą, niedobrą córką.

Moje ciało zareagowało mocnym bólem pod prawym bokiem i nie mogłam opanować płaczu.

Po terapii  i wypłakaniu się spojrzałam na zdarzenie już zupełnie inaczej. Zablokowane emocje ulotniły się i  poczułam się lekko i tak jak by Świat nabrał pięknych barw.

Jako dziewczynka miałam prawo chcieć ładnie ubrać swoja siostrzyczkę  i tak naprawdę nic się nie stało! Najlepsze, że pamiętałam jak matka opowiadała innym z radością, że ja lubię  siostrzyczkę ładnie ubraną  i to jej się podoba.  Świadomie pamiętałam nawet,  że  była ubierana według mojego gustu. Ojciec czasem żartował, że takie wymyśliłam  siostrzyczce imię, które dla niego było trudne do zapamiętania.

W rzeczywistości matka nie miała o to do mnie pretensji, rozpłakała się zupełnie z innego powodu, a sukieneczką tylko ukrywała swój płacz.

To niewiarygodne, jakie niedorzeczne absurdy w podświadomości się  programują i to na całe długie życie!

Dawno już udowodniono naukowo,  że podświadomość  nie słucha świadomości  i kieruje naszym życiem. Jest to za mądre dla mnie, aby zrozumieć.  Wystarczy mi moje własne doświadczenie.

Warto dać dużo wysiłku i próbować  aż  do skutku  usunąć /czy wyłączyć/ zaprogramowany  destruktywny program w naszej głowie,  niczym na dysku komputerowym.

Ciekawi  mnie,  co  moja podświadomość  jeszcze  za absurdy ukrywa. Przekonałam  się, że jest to możliwe i nie powiem, że było łatwo, ale za to co za ulga!!!   Do tego dochodzi ciekawość,   co z tego wyniknie?  …….Oj!!  będzie się działo!!   Nawet  jeszcze dwa cykle chemie przestały mnie absorbować .

Irena

 

„Co nie jest uświadomione jest naszym  przeznaczeniem” – Jung

„Podświadomość nie umie myśleć logicznie” ; „Podświadomość  nie jest wstanie rozważać żadnych za i przeciw” – Joseph Murphy

 

Program destruktywny wyłączony

Poprzednio pisałam o swoim emocjonalnym,  męczącym problemie –  „ nie mogę odwdzięczyć  się swojej mamie” ,  okazał  się   poważnym programem,  zapisanym  w podświadomości.  Jaki to program? I  w jaki sposób to sobie uświadomiłam?

Włączyłam muzykę relaksacyjną ;  wygodnie  usiadłam , przy mnie na stoliku ;  Arkusze Radykalnego Wybaczania,  długopis , książka i zapalona  świeczka .  Medytacja  nad swoim problemem  i  modlitwa , ujawniła mi emocję  – duże poczucie winy wobec Matki. Idąc za tą  emocją , wczuwając się w nią ,  zadałam sobie pytanie? – co ja takiego złego zrobiłam?

Wizualna odpowiedź  przyszła sama. Zobaczyłam siebie jak miałam 11 lat i odkopało się pewne zdarzenie . Miałam 11 lat , opiekowałam się swoją 1,5 roczną kochaną siostrzyczką. Ubrałam ślicznie  bez pozwolenia  mamy,  w świąteczną sukieneczkę, wsadziłam do wózka i poszłam z nią do swoich koleżanek nad jezioro, blisko lasu. Dumnie kroczyłam z nią idąc drogą przez wieś , cieszyłam się, jak mijające kobiety oglądając ją podziwiały , komplementując , jaka śliczna dziewczynka ! Wyglądała jak śliczna żywa laleczka. Na miejscu, w cieniu pod lasem posadziłam na kocyku , dałam coś do zabawy i poszłam do koleżanek moczyć nogi w jeziorze. Siostrzyczkę obserwowałam , nie spuszczałam ją z oka,  czasem ktoś do niej się zbliżał, zagadywał, jak to koło małego dziecka, trudno przejść obojętnie. Zaciekawiona,  dlaczego  tak grzecznie siedzi, podeszłam zobaczyć i się przeraziłam, była cała usmarowana czarnymi jagodami. Jakimś cudem miała na kocyku krzaczek z jagodami i się nimi bawiła. Najlepsza sukieneczka zniszczona sokiem z jagód ! Co na to już w domu moja mama?  Wzięła sukieneczkę, przytuliła do buzi i rozpłakała się rzewnymi łzami, a mnie nic nie powiedziała. To było okropne, zawsze uśmiechnięta, teraz  płacze przeze mnie  rzewnymi łzami. Matki płacz odebrałam,  jak wielką krzywdę jej wyrządziłam, ubierając bez pozwolenia w jedyną świąteczną sukieneczkę taką,  przeznaczoną tylko do kościoła! Wolałabym,  żeby  mnie skrzyczała, czy zbiła, ale nie płakała.

Poczułam pod wpływem wybudzonego zdarzenia destruktywne przekonania ;

–  Wielkie poczucie winy,  mama cierpi z mojej winy  , /jestem zła, niedobra/ .

– Wstyd , jak mogłam być aż tak niedobrą córką ! , jestem nieusłuchana /bez pozwolenia wzięłam sukieneczkę/

– nic nie potrafię dobrze zrobić / nie upilnowałam siostrzyczki/ , jestem złą, niedobrą córką.

Moje ciało zareagowało mocnym bólem pod prawym bokiem i nie mogłam opanować płaczu .

Po chwili ukazało  mi się zdarzenie , że sukieneczka czysta, wyprana w kwaśnym mleku, została oddana wraz z innymi rzeczami mamy znajomej, która miała dziewczynkę trochę mniejszą.  Wraz z mamą u tej znajomej zobaczyłyśmy jak w tej sukieneczce,  dziecko  jest całe oblane sokiem z wiśni. Wracając zapytałam się mamy , czy jej nie było żal tej wybrudzonej wiśniami sukieneczki. Ku mojemu zdziwieniu , z uśmiechem odpowiedziała, ach! ,  dzieci tak mają, że się brudzą . To dlaczego tak płakałaś,  jak ja nie upilnowałam ?  – Jak sukieneczka została zniszczona jagodami?  Ach Ircia /tak mnie zdrobniale nazywała/, to mi się tak coś wspomniało przykrego, jak zobaczyłam jagodowe  plamy , ty tego nie zrozumiesz i nie myśl już o tym, odpowiedziała.

Dopiero teraz uświadomiłam sobie , po tylu latach, że miałam w podświadomości  przez tyle lat, poczucie winy / jak wina, to i kara/,  bo miałam program , że  przeze mnie mama  płakała, całkowicie  niepotrzebnie .  Dlaczego program w podświadomości nie odblokował tej winy  od razu, po wyjaśnieniu  mamy?  Tak naprawdę , nie rozumiem   umysłu działania. Tłumaczę to sobie tym, że wyjaśnienie trafiło tylko do mojej wiadomości, ale nie dotarło do mojej podświadomości, w którym poczucie winy pod wpływem stresu zostało zaprogramowane. Poczułam wielką radość! , ulgę i euforię nie do opisania. Zrobiłam wybaczanie według Arkuszy Radykalnego Wybaczania , ale nie było już co wybaczać ani sobie, ani mamie.

„To  tak, jakby umysł dosłownie wybudował twierdzę wokół pewnych wspomnień. A wszystko po to , by uchronić nas przed cierpieniem” –  Alexander  Loyd

Chaos emocji

 

Przepraszam, że piszę chaotycznie , ale moja terapia walki z rakiem też była chaotyczna. Racjonalne podejście do leczenia,  przeplatało się z intuicyjnymi wyborami różnych terapii jednocześnie. Moja  wiara w moc modlitwy,  wielokrotnie była zachwiana. Stosowałam jednocześnie kilka terapii na raz , łącząc z sześcioma cyklami chemii. Przerwy w niektórych terapiach następowały, podczas trzech dni, kiedy byłam w szpitalu na chemii np.;  nie mogłam prowadzić medytacji,  w pobliskiej miejscowości pod piramidą , z której korzystałam codziennie,  mimo zimna i śniegu. Poduszka i koc  były zabezpieczeniem od zimna. Do akupresury stóp  przychodził masażysta, czasem syn mnie podwoził do gabinetu. Wałki do masażu stóp  często używałam w ciągu dnia w miarę możliwości, bo  zawsze  leżały na widoku. W pokoju słuchałam z płyt;  muzyki relaksacyjnej , medytacji , zabawne anegdoty . Oglądałam  krótkie filmy o cudownych wyleczeniach i samowyleczeniach. Zmuszałam się do picia świeżych soków , dietetycznego jedzenia. Lekarze ostrzegali, nie torturować się sokami i jedzeniem. Ja mimo wszystko nie byłam posłuszna. Wielu chorych przed śmiercią nie zmusza się do jedzenia , picia i ruchu . Po co twierdzili? Jest 21 wiek, w kroplówce dożywią , dadzą środek przeciwbólowy i można spokojnie leżeć , ewentualnie cichutko się modlić , póki się nie zaśnie. Po co do wszystkiego się zmuszałam? , do picia soków, jedzenia /jadłam nawet tartą surową wątrobę-okropność/ , nie chciało mi się w ogóle ruszać. Wyjście z domu było masakrą , ale się zmuszałam. Pilnowanie brania leków homeopatycznych , przed jedzeniem, po jedzeniu, przed piciem ,po piciu –okropnie uciążliwe, zapominałam, myliłam się, ale brałam. Telewizji prze 8 miesięcy w ogóle nie oglądałam, w moim pokoju TV nie było. Korzystałam też z energii REIKI z dobrym skutkiem, ale nie trwałym.  Do terapii z Arkuszami Radykalnego Wybaczania „ ego” ma swoje sposoby by zniechęcić , mój upór i wola walki, wrodzona ciekawość ? co z tego wyniknie?. To wszystko przezwyciężało sztuczki zniechęcające „ego”. Tak mówiąc szczerze, to nie wierzyłam, że TRW  dla mnie będzie skuteczne . Mówiłam wówczas sobie,  jak się nie przekonasz Irena, to nie będziesz wiedzieć , dlaczego bałam się śmierci?, dlaczego odeszłam od kościoła? –  biorąc pod uwagę , że  spędzałam  dzieciństwo na plebani. Z uporem maniaka szukałam, drążyłam różne terapie . Uwaga – odstępowałam od wszystkiego jak wyczułam, że  coś mnie osłabia, nawet jeśli było polecane przez wielkie autorytety. Obserwowałam chorych,  którzy  chcieli podejmować się różnych terapii, ale po kolei. Np.; jak wypiję ten sok to , to spróbuje ten drugi, jak skończę chemię to skorzystam z energii REIKI, jak skorzystam z energii REIKI to skorzystam z piramidy, itp. Nie oceniam, czy robili dobrze , czy źle. Ja tylko mówię, postępowałam inaczej, niż większość chorych, zrobiłam rakowi taki „kogiel mogiel” że nie mógł przetrwać . I po co to wszystko? , Czy warto było? – zapewniam, że mój trud został wynagrodzony . Dalszy ciąg terapii TRW napiszę  później….  Irena

„Dwadzieścia lat minęło od tej chwili, gdy w końcu dotarła do mnie rada Irva Koenigsbergu, by najpierw  wziąć pod uwagę środowisko, gdy komórki chorują. Tak jak ty i ja , komórki są ukształtowane przez miejsce , w którym żyją. Innymi słowy : Środowisko, głupcze!” – Bruce Lipton

 

Retrospekcja – dziwne zachowanie

 

/ dziwne zachowania  3 – miesiące przed chemią/

Chwilowe zaniki pamięci były dla mnie czymś okropnym,  nie wspomnę, że problemem wstydliwym. Czuję się jeszcze młoda, dopiero co poszłam na wcześniejszą emeryturę, a już dopadła mnie demencja starcza,  bardzo się przejmowałam. Dusiłam w sobie,  nic nikomu o wstydliwej przypadłości nie powiedziałam .  Nie musiałam,  było to  dla rodziny  bardzo  denerwujące , jak ciągle coś wkładałam w dziwne miejsca , a potem wszyscy pomagali mi szukać. Pod wpływem bliskich,  na tą  przypadłość,   na specjalistyczne badania zarejestrowano mnie do rocznej kolejki. Z dnia na dzień,  czułam się coraz gorzej. Miałam nawet problemy, na wyjeździe z pobliskiego miasteczka, jak wrócić do domu. Nie pamiętałam,  gdzie mieszkam i dokąd kupić bilet. Na szczęście w zamian wyostrzyła mi się pamięć wizualna , rozpoznawałam  znajomych  i kupowałam bilet  tam,  gdzie oni. Zaniki pamięci były chwilowe, szybko w autobusie pamięć  odzyskiwałam. Udawało mi się wracać  do domu bez problemów.

Zdarzyło mi się, że nie wiedziałam,  jak wyjść z trochę większego sklepu odzieżowego. Po chwili znalazłam aż trzy wyjścia .Pospiesznie skierowałam się do pierwszego wyjścia i wówczas z naprzeciwka,  stanęła mi na wejściu elegancka pani , obydwie naraz chciałyśmy sobie dać pierwszeństwo i obydwie naraz ustępowałyśmy sobie miejsca,  usuwając się w tym samym kierunku, kiedy poszłam do drugiego wyjścia ta miła uśmiechnięta  pani też wpadła na taki sam pomysł i znów ona wchodziła, a ja wychodziłam. Przystanęłam przepraszając  i przyglądając  się jej zauważyłam, że ma taką samą kurtkę i tak samo charakterystycznie założoną jak ja. Uśmiechnęłam się do niej i postrzegłam, że jest dość ładną , gustowną, w dojrzałym wieku kobietą. Zrobiło mi się głupio, nie byłam tak gustowna i ładna jak ona. Pomyślałam sobie , że taka sama kurtka wygląda na tej pani ładnie , a na mnie wygląda brzydko. Szybko ustąpiłam  jej miejsce , wycofując się z powrotem do sklepu. Znów nie mogąc znaleźć  drzwi wyjściowych, poprosiłam Panią sprzedawczynię ,o wskazanie drzwi wyjściowych, zdziwiło mnie, że wskazane drzwi,  nie były na fotokomórkę i w sklepie nie było tej pani,  z którą się  spotkałam w przejsciu . O tym zdarzeniu w sklepie opowiadałam wszystkim znajomym i rodzinie , ale nikt nie widział w tym nic dziwnego.

Po czwartej chemii, jak czułam się lepiej ,weszłam do tego sklepu zobaczyć jakie są drzwi. Ku mojemu zdumieniu,  było tylko jedno wyjście i nie było fotokomórki.  Pani sklepowa poznała mnie , myśląc, że choruję na chorobę Alzhaimera , wyjaśniła,  że rozmawiałam do luster. Nigdy się sobie  nie podobałam, nieświadoma, że to ja w lustrze, uważałam siebie za ładną i nawet gustowną. Było to dla mnie niesamowite odkrycie.

Zaniki pamięci i ataki  utraty kontaktu z rzeczywistością , ustąpiły całkowicie już po trzeciej chemii i do dnia dzisiejszego nie powróciły i nie powrócą .Dowodzi to, że modlitwa została wysłuchana i chemia zadziałała.  Irena

Terapia

Muzyka relaksacyjna, świeczki, piętnastominutowa medytacja  z  terapeutką  Alą,   pozwoliła mi dość fajnie się wyciszyć . Po krótkim rozeznaniu co wiem o terapii, a co bym chciała wiedzieć, zadała   pytanie  – opowiedz,  co czujesz ? Opowieść była krótka; czuję  ból, żal za troski i zmartwienia jakie przysporzyłam swojej mamie. Ala –  to zaczniemy od wybaczania mamie. Prawie krzyknęłam –  mamie?  Chyba sobie, bo moja mama to niesamowicie była i jest najlepszą matką na świecie , taka MAMA POLKA. Zawsze ciężko pracowała, dwoiła się i troiła z całego serca i duszy,  robiła  wszystko dla dzieci  z  „Anielską” cierpliwością i  nie tylko dla swoich.  Nigdy nie krzyczała , nie biła, dziecko miało prawo wybierać sobie z jedzenia najlepsze kąski, zjadała to, co mała Irenka zjeść nie chciała, na ogół zawsze miła, uśmiechnięta. Co można wybaczyć takiej Mamie?.   Ala – czyżby? , na pewno? , czy nigdy nie przerwała ci  w najlepszym momencie zabawy wołając do kościoła? , na obiad? , nie ściągała rano z łózka, że czas już wstawać?  Mimo zapracowania zawsze miała czas dla małej Irenki? , czy zawsze broniła małą Irenkę przed innymi , szczególnie starszymi dziećmi?  Pomyśl,  co wówczas czułaś do swojej Mamy jak miałaś  cztery latka, czy  jako paroletnia dziewczynka?.  Medytacją, oraz tymi i podobnymi pytaniami otworzyła mi oczy, jakby ściągnęła zasłonę dymną z pamięci. Pomału,  zaczęłam sobie przypominać  niektóre  zdarzenia, kiedy byłam dzieckiem. Ciekawe jest to, że kiedy traciłam pamięć , zatrzymywałam się w okresie dzieciństwa, zapominając  bliską przeszłość i teraźniejszość.  Kiedy pamięć wracała  do obecnej  rzeczywistości, zapominałam  okresy  dzieciństwa. Przypominające się zdarzenia pokazały mi, że moja kochana Mama , mimo swej dobroci , jak kazdy człowiek popełniała błędy wobec małej Irenki, raniąc ją okrutnie. Zapomina się, że małe dziecko kocha matkę bezinteresowną czystą miłością. Matka na dziecko działa na otwarte serce.  Za każdym bólem,  dziecka serduszko na   miłość  za każdym razem  się przymyka. Przy częstych dużych urazach,  może zamknąć się na miłość całkowicie i to nie tylko do matki. Zapewniam, że stosując Arkusze Radykalnego Wybaczania odsłaniałam coraz to więcej zadanych mi nieświadomie ran prze moją kochana Mamę i proszę mi wierzyć , miałam co wybaczać. Po udzieleniu przez wspaniałą terapeutkę Alę wskazówek ,  mogłam dalszą terapię stosować już  sama w domu. O  bólu z powodu zadanych ran i wybaczaniu dalszy ciąg nastąpi….

Niesamowita jest różnica między terapią przeprowadzoną przez terapeutkę Radykalnego Wybaczania, a terapią przeprowadzoną przez lekarza psychologa.

Przy terapii przez  psychologa ja odpowiedziałam tylko na jedno  pytanie; jaki ma Pani problem? Mam problem ,  że już  swojej Mamie nie mogę  odwdzięczyć  się za troski, zmartwienia z powodu mojego raka. Po tym krótkim zdaniu lekarz wiedział;  co ja czuję, co dla mnie  jest nieważne. Mam teraz skoncentrować się na chorobie i o Mamie nie myśleć,  powiedział. Wystarczy, że ona myśli o mnie  i zapewnił mnie, że Matka bardziej w tej sytuacji martwi się o mnie niż ja o nią, przecież ma dobrą opiekę to co się Pani przejmuje, skwitował. Krótko i węzłowato opowiedział mi co ja czuję i co powinnam czuć i wypisał skierowanie do psychiatry po receptę na leki – wyszłam wydołowana. Terapeutka Ala po zadaniu pytania słuchała mnie, a ja jej opowiadałam,  co czuję i jak się czuję. Krótko mówiąc  zręcznymi pytaniami wyciągała ode mnie ukryte emocje i to ja jej mówiłam, a ona wczuwając się  słuchała – wyszłam lekka jak na skrzydłach.   Irena

Emocje

Po burzliwej dyskusji z córką na temat wspólnie przeczytanej książki Radykalnego Wybaczania, doszłam do wniosku, że nie będę się zagłębiać  w temacie duchowym, wystarczy mi kościół i modlitwa i nie ważne co broni dostępu do podświadomości?  własne ego?  czy jakaś wyższa świadomość? ,  nie będę  zgłębiać. Poznanie siebie zaczęłam od wsłuchiwania się w swoje wewnętrzne organy jak ; bicie serca , ukłuciach , oddechu  i różnych szmerach, co właściwie już robiłam wsłuchując się w raka. Podczas medytacji koncentrując się na emocjach,  wyraźnie poczułam jak moje ciało reaguje np.; na smutek, żal i jak inaczej, kiedy śmieję się  wspominając np.;  zabawną historię. Podczas medytacji poczułam winę za zmartwienia i troski jakie przysporzyłam swojej mamie. Wiem,  że moja kochana MAMA niczego mi nigdy nie zarzuciła, wszystko puściła w niepamięć , tylko żal, że już nie będę mogła jej tego wynagrodzić . Miałam  gorycz z żalem , że swoim dzieciom nie mogę już pomóc , a do tego przez chorobę przysporzyłam problemów i jestem dla nich ciężarem. Te żale z goryczą nie do zniesienia moje ciało zareagowało mocnymi ukłuciami pod prawym bokiem,  jakby wątroba dawała znać o sobie. Absolutnie nie  miałam nikomu  co wybaczać, wszystko puściłam w niepamięć. Colin.C.Tipping pisze , aby najpierw wybaczyć innym , bo wybaczenie sobie może przyjść samoistnie , pozatym wybaczenie sobie jest o wiele trudniejsze. W temacie „wybaczyć” nie poradziłam sobie absolutnie.  Córka poprosiła o pomoc terapeutkę  Radykalnego Wybaczania  Alę  i już za dwa  dni miałyśmy umówioną wizytę .  Obydwie czekałyśmy na tą wizytę z niecierpliwością. Irena

„ ..Odkryłem, że niemal wszyscy chorzy na raka przez całe życie tłumią emocje i znani są z wyraźnej nieumiejętności wybaczania”  C.C.Tipping

Zdruzgotana

Filozofia Radykalnego Wybaczania ujęła mnie  tym, że pomaga człowiekowi zmienić punkt widzenia, oparty na własnych przemyśleniach. Dzięki temu jest możliwość łączenia z praktycznym zastosowaniem najnowszych odkryć  z dziedziny medycyny , fizyki  i nie koliduje z żadną religią. Ucieszyłam się,  że mogę być twórcą własnego nowego życia nieświadoma jak ciężkie i trudne wytyczyłam sobie zadanie pozornie niby proste i fajne.

Nasze emocje nie uległy ewolucji na przestrzeni dziejów człowieka,  dzięki temu są szeroką otwartą  bramą , przez którą można dotrzeć do naszej potężnej podświadomości.

Moje emocje związane z rakiem, strumieniem  wylewające się ze mnie na zewnątrz,  łatwo rozpoznawalne  , bo widać, słychać i czuć , wydawało by się prostą drogą do podświadomości. Szybko doświadczyłam  jakiego podświadomość ma potężnego strażnika, którym jest nasze własne „ego” które żywi się  naszymi  emocjami , im emocja silniejsza tym silniejsze „ego”, według mojego zrozumienia.

By dotrzeć do podświadomości,  wyrzucić  raka,   muszę stoczyć walkę z własnym „ego”? czyli sama z sobą ,  a nie jak myślałam  z rakiem.  I znów by zacząć walkę muszę poznać wroga,  swoje „ego”czyli    samą siebie, przecież wydawało mi się , że znam siebie,  nawet byłam pewna , to niemożliwe aby aż tak  się mylić ,  ja chce tylko wybaczać i prosić o wybaczenie. Walczyć z sobą? Wykluczone!  co innego z rakiem !  Całkowita załomka, zostałam zdruzgotana, czy zdołam się pozbierać?  Niedługo się okaże. Irena

Ego  jak wszystkie systemy przekonań – jest niezwykle odporne na zmiany.  Ma niewiarygodną  władzę nad naszą  podświadomością i silnie wpływa na nasz wizerunek własny. Jest tak potężne,  że wydaje się stanowić odrębną istotę, dlatego nazwaliśmy        je  ego . – Colin C. Tipping

 

Wiara to moc

Opisany wcześniej entuzjazm  po modlitwach szybko został zweryfikowany  wróconym  złym  samopoczuciem.  Na zawsze pozostała radość z wiary , że MATKA BOSKA mnie kocha  , a tym samym przestałam panicznie bać się śmierci, tak naprawdę o to się właśnie modliłam i to otrzymałam. Zamiast uzdrowienia  dostałam  coś cenniejszego  , każdy zrozumie to na swój sposób. Przywrócona wiara w daną mi własną wolę od BOGA  mimo osłabienia dała dużą siłę psychiczną do dalszej  z nim walki . Usłyszałam , ja  wyraźnie   poczułam jak rak bardzo boi się  ŚWIATŁA   MIŁOŚCI  , tego dnia zyskałam na raka potężną dodatkową broń. Zaczęłam  podczas medytacji każdą komórkę swego ciała odżywiać i naświetlać ŚWIATŁEM  PANA JEZUSA  I MATKI BOSKIEJ ,  zawsze po takim seansie stawałam się silniejsza. To nie oznaczało , że zaniechałam leczenie i inne sposoby walki znane i wypróbowane , to dawało mi potężną siłę do dalszego unicestwiania raka z wcześniej ustalonym planem ; walczyć z lądu,  morza , powietrza i czym tylko się da .  Irena

Modlitwy wysłuchane

 

Prosząc o wybaczenie, ciągle wpatruję się w obraz: W twarz Matki Boskiej. W pewnej chwili wydaje  mi się, że twarz matki boskiej się rozjaśnia. Zdaję  sobie sprawę, że to mi się wydaje. Żałuję, że nic nie mogę poradzić by Matkę Boską już nie zasmucać. Tak po paru godzinach, nie wiem dokładnie kiedy zasypiam. Ten schemat moich rozterek, modlitw, prośby o przebaczenie powtarzam przez kilka dni. Za każdym razem wydaje mi się, że twarz Matki boskiej coraz bardziej jaśnieje. Jednak ciągle uważam, że to mi się wydaje, lub, że mam przed śmiercią jakieś omamy. Za którymś razem Obraz Matki Boskiej rozbłysnął cały żółtym światłem . W tym momencie przestraszyłam się i uciekłam z tego pokoju. Byłam pewna, że rak wdarł mi się do głowy i coś mi się stało. Poszłam do kuchni i nic nie mówiąc dzieciom cicho siedziałam medytując: czego się boję? Przecież ten obraz jest święcony. Nawet jeśli mam omamy, ten obraz nie może mi zrobić nic złego. Przecież przedstawia Matkę Boską i jest poświęcony. W ten sposób dodając sobie otuchy, nabrałam odwagi by wejść do swojej sypialni ponownie. Gdy wróciłam przeprosiłam Matkę Boską, że uciekłam i znów prosiłam o wybaczenie. Gdy ponownie mi się obraz zaświecił tylko się cofnęłam, napominając siebie,  przecież to Matka Boska Licheńska najwyżej mi nie pomoże, nie wybaczy, ale nie skrzywdzi, obraz jest święcony, a zło święconego się nie ima. Tej nocy kładąc się spać prosiłam Matkę Boską by mi dała znak, że mi wybacza, żebym się nie musiała bać przechodząc na drugą stronę żadnych demonów. Z tą myślą zasnęłam.

Gdy się przebudziłam, a raczej ocknęłam zobaczyłam siebie  w bezpiecznym przepięknym miejscu, towarzyszył mi anioł ubrany cały na biało bez skrzydeł. Przedstawił mi się , powiedział,  że jest moim opiekunem i z nim jestem bezpieczna. Czułam wszechogarniającą radość i spokój, nie miałam ochoty nigdzie z stamtąd się ruszać. Anioł mi powiedział, że już czas bym wracała do siebie i że nie muszę się bać żółtego światła, bo to światło miłości. Gdy się ocknęłam z tej jawy, pół snu spojrzałam na obraz Matki Boskiej, który znów zajaśniał żółtym światłem. Już wiedziałam, że to światło miłości, że to oznacza , że Matka Boska mnie KOCHA. Zaczęłam płakać i szlochać, ale to był płacz radości, że takiego niedowiarka, takiego byle kogo jak ja Matka Boska też KOCHA. Poczułam , że nie tylko mnie KOCHA , ale także mi WYBACZYŁA. Ciągle płacząc poczułam w okolicy splotu słonecznego niesamowity odgłos wycia, jęczenia, nie tylko czułam ale i słyszałam to bardzo wyraźnie. Nie wiedziałam co się dzieje, ale ciągle czułam w sercu miłość Matki Boskiej i przepełniającą mnie wdzięczność, że mi wybaczyła, już nie bałam się śmierci, więc te odgłosy i jęki nie zrobiły na mnie wrażenia. Nagle poczułam jak coś wyrywa się ze mnie, jakby uciekało poparzone, próbowało zostać , jeszcze walczyło, ale tak go parzyło że z hukiem wyrwało się ze mnie i poleciało w przestrzeń. Przez jakiś czas znieruchomiałam, jednocześnie czując wielką ulgę. Od teraz wiedziałam, że będę żyła. Zrozumiałam, że to rak, ten „demon” pod wpływem światła miłości nie wytrzymał i uciekł. Mimo płaczu i nie przespanej nocy czułam się lekko jak nowo naradzona. Poszłam do pokoju córki, oznajmiając jej że będę żyła. Radośnie wykrzykując córeczko będę żyła! powiadom telefonicznie  wszystkich bliskich niech się już o mnie nie martwią – będę żyła!!!!.

Jednocześnie wiedziałam, że moje życie już nie będzie takie jak do tej pory. Gdy wróciłam  s powrotem do pokoju, dziękując Matce Boskiej za wybaczenie, za tą ulgę jakiej doznałam, poczułam że muszę również wybaczyć swojej chorobie, demonowi rakowi że stanął mi na ścieżce życia niczym znak zakazu oznajmiający koniec drogi. Zrozumiałam, że na tej dotychczasowej drodze już niczego nie zaznam, ani radości , ani spokoju, to życie dotychczasowe się dla mnie skończyło. Muszę wejść na inną ścieżkę życia, nie mam wyboru. Dzięki tej decyzji  troszeczkę poszłam w bok , i w  tym momencie stanęłam na nowej ścieżce życia, o której nic nie wiem, jakie będzie moje życie? Wiem, że będę czujna i miłość  MATKI BOSKIEJ będę w sercu pielęgnować i już nigdy się nie oddalę i będę wybaczać sobie, innym i prosić o wybaczenie . Tak naprawdę Matka Boska nigdy mnie nie odsunęła od siebie , to ja oddaliłam się od Boga.

Nie ustawałam w modlitwie do Matki Boskiej. Powiedziałam całej rodzinie o mojej potrzebie wybaczania. Nieoczekiwanie moja córka podarowała mi książkę Colina Tippinga ” Radykalne wybaczanie”. Wiedziałam że to coś dla mnie. Tak się zaczęła moja przygoda z radykalnym wybaczaniem, później okazało się, że trochę swoim sposobem . Irena

 

NIEWIERNYM TRUDNO UMIERAĆ

 

 

Teraz żałuję, że nie jestem osobą głęboko wierzącą, nie pamiętam kiedy ostatnio byłam u spowiedzi, w kościele bywam rzadko, nawet nie od święta. Te myśli spowodowały jeszcze większy strach. Błądząc po ścianie spojrzałam na obraz Matki Boskiej Licheńskiej. Przypomniałam sobie, że przed chemią w bólu i cierpieniu prosiłam ją o ulgę i po krótkim czasie tą ulgę doznawałam. Uznawałam jednak, że to zbieg okoliczności. Ból rządzi się swoimi prawami przychodzi i odchodzi kiedy chce. Nie wierzę w żadne cuda. Stanęłam przed obrazem i zaczęłam się przyglądać Matce Boskiej Licheńskiej, dopiero zobaczyłam, że ma smutna twarz pełną troski. Do tej smutnej twarzy i do jej zmartwienia z pewnością ja też się przyczyniłam. Teraz jestem samotna, jak mnie porwą demony nikt po tamtej stronie się za mną nie stawi. Zaczęłam się gorliwie modlić, przepraszać Matkę Boską, prosić o wybaczenie, że zobaczyłam ją dopiero teraz w obliczu ogromnego strachu przed śmiercią i bólu. Przysporzyłam jej w swoim życiu tyle zmartwień i trosk i nigdy jej za to nie przeprosiłam. Nie chciałam by z mojego powodu była smutna i miała ze smutku ciemną twarz. Nieustannie prosiłam o wybaczenie. Tak naprawdę wierzyłam, że Matka Boska, Pan Jezus, Bóg istnieją. Przecież to wszystko co nas otacza to jest wielki cud. Całe życie jest wielkim cudem. Co naukowcy mogą stworzyć, nic w porównaniu z Bożym dziełem. Nieśmiało z pokorą zwróciłam się do Matki Boskiej Licheńskiej, nie tyle o uzdrowienie, co złagodzenie bólu wywołane tym strachem. Wiedziałam, że nie jestem godna prosić Matkę Boską Licheńską o pomoc. Przypomniałam sobie jak ten Obraz trafił do mnie do domu na ścianę…

A JA POKONAŁAM RAKA PłUC BEZ WZNOWY

Dzisiaj czuję się zdrowa, ale czy jestem wolna od wszelkich chorób?  Zdecydowanie nie, wiem tylko że dolegliwości spowodowane rakiem płuc minęły bezpowrotnie.

sycylia-etna-170 sycylia-etna-215

 

Pewność o swoim życiu bez lęku o wznowę raka płuc potwierdza moja  kondycja fizyczna ciała i umysłu lepsza  niż przed 20-stu laty.

Dowodem tego jest chociażby prowadzenie tego bloga, co wymaga większej  znajomości komputera niż pisania i co prawda mam z tym duży problem, tylko biorąc pod uwagę fakt, że moje pierwsze kroki z komputerem stawiałam rok temu. Uważam bez fałszywej skromności, że  idzie mi nieźle jak na kogoś kto miał duże zaniki pamięci.

Od paru miesięcy jestem słuchaczem wydziału elektroniki w grupie dla początkujących  UNIWERSYTETU TRZECIEGO WIEKU.

Osoby odwiedzające moja stronę proszę o wyrozumiałość dla początkującej brokerki nie znającej obsługi komputera, uczę się pilnie /przy sposobności odkryłam przyjemność z nauki/,  mimo wszystko prowadzenie bloga jest dla mnie bardzo trudne,  jednocześnie  przyjemne i nareszcie robię to co lubię,  a nie muszę.

Na swoje życie bez lęku o wznowę nie otrzymałam żadnej cudownej tabletki, dokonałam tego co prawda prostą, ale  ciężką i trudną pracą .

Z całym szacunkiem wobec dobrych terapeutów i szamanów , ale jestem bardzo oburzona na tych którzy bez obiekcji zapewniają wyleczenie chorego , kierując  się dobrem chorego dają  mu fałszywą nadzieję, że go wyleczą i nic nie musi robić tylko poddać się terapeucie, czy szamanowi. Ci  to  jeszcze dodatkowo  ogałacają z niemałych często pieniędzy, niestety na swej drodze do uzdrowienia też takich poznałam. Odporni są na wyrzuty sumienia , nie obchodzi  ich to, że gdyby nie ich zapewnienia chory poszukał by dla siebie sposób na wyleczenie,  a tak to zawierzył niewłaściwej osobie i z tego powodu umarł  , bo na inne skuteczne  leczenie zabrakło   cennego czasu .

Najgorsze jest to, że medycyna konwencjonalna mocno krytykuje medycynę niekonwencjonalną i wice versa . Jedni i drudzy widzą wady wszędzie tylko nie u siebie.

Prawda jest taka, że różne osoby  leczą chorych w medycynie konwencjonalnej jak i niekonwencjonalnej  , są dobrzy i źli  po jednej i po drugiej stronie.

Dotyczy też obydwu stron co do skuteczności leczenia, jedni i drudzy maja swoje  w leczeniu sukcesy i porażki.

W tych skłóconych z sobą stronach tylko pacjent jest zagubiony  i  nie wie u kogo można skutecznie się leczyć. Trudno  mnie się wypowiadać za innych, ale myślę,  że tak jak dla mnie, moich bliskich i znajomych nieważne kto leczy,  tylko jak leczy, ważne by był miły, uczciwy,  przede wszystkim skuteczny, czy ktoś wie jak takich znaleźć i gdzie?

Nie pokonałabym  swego  raka  tylko metodą akademicką,  bo  lekarze nie wierzą że można zaawansowanego raka płuc wyleczyć.

Czy może wyleczyć ktoś nawet najlepszy kto nie wierzy w wyleczenie i nie zna leków na wyleczenie ? Wypisują leki na leczenie , bez szansy na wyleczenie.

Niestety z całym szacunkiem do leczenia niekonwencjonalnego, ale jest to leczenie powolne (rak drobnokomórkowy atakuje błyskawicznie), wymagające wiele wiary, zmian  przekonań , co prawda skuteczne, tylko wymagające długiego czasu (ja tego czasu nie miałam-bez chemii rokowano mi 6 tygodni życia). Metoda ta to tez praca z umysłem, jak miałam pracować z umysłem jak  traciłam kontakt z rzeczywistością ?.

Pokonałam raka płuc drobnokomórkowego  metodą konwencjonalną połączoną z metodą niekonwencjonalną jednocześnie.

Doświadczyłam  na sobie,  że te dwie metody   niby przeciwstawne w śmiertelnej chorobie bardzo fajnie się uzupełniają.

Leczenia tymi  dwoma  metodami dokonywałam   samotnie między dwoma skłóconymi stronami.

Różnica polega na tym że część terapeutów krytykuje leczenie chemią, natomiast większość lekarzy  krytykuje leczenie niekonwencjonalne,  nie uznają faktu że wyszłam z choroby nieuleczalnej,  a dobre wyniki interpretują,  jako długą remisję u mnie trwającą  9 lat. /Obecnie już 12 lat/

Lekarze naukowcy wmawiają mi, że wznowa raka musi nastąpić,  na wszelkie sposoby  przekonują  w formie ostrzegania, że wznowa nastąpi.

Nie rozumiem  dlaczego to robią ? w moim odczuciu to w ten sposób przekonują  siebie i chorego o swojej racji,  chorego wpędzając w lęki przed wznową.

Najgorsze,  że nawołując do badań kontrolnych strasząc, zniechęcają  do tych badań.

Przy wznowie raka  chory  wg  lekarzy nie  ma szansy na wyleczenie bo rak na chemię się uodpornił, a chorego chemia bardzo   osłabiła,  po wznowie nie dają nadziei.

Naukowcy mają   wiedzę, naukowe udowodnienia , ale na raka płuc  skutecznego leku nie znaleźli,  smutne jest to,  że ci co im uwierzą   szybko potwierdzają ich naukową tezę  i umierają .

Lękami przed wznową  wprowadzają  w  stres  wielkiego sprzymierzeńca nie tylko raka,  ale wszystkich chorób.

Lekarze, naukowcy wymądrzają,  ostrzegają, ale to ja prosta kobieta znalazłam u siebie przyczynę raka, usunęłam tą  przyczynę metodą rozwoju osobistego   i żadne lęki  przed  wznową  mnie nie dotyczą,  Na  badania kontrolne chodzę bez lęku, potwierdzić swój coraz lepszy stan zdrowia.

Uważam , że leczenie w połączeniu tych dwóch metod jest dla chorego bezpieczna  i daje 100% szans na wyleczenie najbardziej złośliwego raka.

Irena

„Nie ma nieuleczlnych chorób są tylko nieuleczlni ludzie”-L .Hay

Nieszczęścia chodzą parami

Nawet umierającym życie nie skąpi zmartwień i problemów , moje życie to był ciąg problemów rozwiązanych lub nie rozwiązanych. W drugim dniu brania chemii  moja córka odwiedziła mnie, przy pomocy mojego syna  poruszając się o dwóch kulach . Obydwoje pocieszali , że to nic poważnego, samo coś jej strzyknęło w kolanie i trzeba zoperować , wyjdzie po dwóch dniach , ale o dwóch kulach będzie musiała chodzić około 8 tygodni. Wyjaśnili że jest przygotowywana w drugim szpitalu do operacji, teraz wyszła tylko na przepustkę i zaraz s powrotem wraca do szpitala. Razem będziemy wychodzili do domu , ja po trzecim dniu chemii ,  córka zaraz po operacji i obydwie nie będziemy zdolne do samodzielnego poruszania się. Martwiłam się kto nami się zaopiekuje , mąż pracuje za granicą, rodzina daleko żyje  swoimi problemami , a syn jest żołnierzem zawodowym ,  otrzymał trochę wolnego ale służba nie drużba  i będzie musiał wracać. Gdyby chodziło tylko o mnie to najlepszym rozwiązaniem dla mnie byłoby pójście do ‘’hospicjum” ale co z córką? Kto nią się zaopiekuje? Lekarze mówili  że muszę mieć całodobową opiekę , ale i sama zdawałam sobie sprawę że muszę mieć nie tylko opiekę ale i kontrolę, w sytuacjach kiedy traciłam świadomość nic nie pamiętałam , ale ponoć zachowywałam przytomność. Taką zmianę mojej świadomości lekarze diagnozowali, że przeżuty poszły do głowy. Moje dzieci i sąsiadka pobliskiego łóżka opowiadali mi że kiedy traciłam świadomość to nie tylko że dziwnie  się zachowywałam, ale też nabierałam sił fizycznych. Wiedziałam że jest  cos na rzeczy , bo były momenty że czułam jak moja słabiutka ręka , nagle z dużą siłą bierze kubek i rzuca  nim na oślep. Ta sytuacja przerażała mnie, nie miałam nad sobą kontroli  , a najgorsze nie rozumiałam  co się dzieje z moim ciałem i moja psychiką, czułam się całkowicie ubezwłasnowolniona, to było straszne, o wiele  gorsze od bólu fizycznego. Z przerażeniem odkryłam że rak chce zawładnąć moim umysłem, bo wytoczyłam mu walkę ? czyżby to oznaczało że ta bestia tez się boi? A może jest to zwyczajny przebieg choroby nowotworowej ? Tak czy siak muszę wykorzystać na walkę każdą chwilę kiedy jestem świadoma, związku z tym postanowiłam nie przyjmować leków przeciwbólowych,  aby się nie przymulać , na tyle ile wytrzymam, na tyle ile dam radę. Słuchając z boku może się komuś wydawać, że z jakiegoś powodu chcę być cierpiętnicą, prawdą jest to, że nie lubię cierpieć ale potworny strach przed śmiercią jest gorszy od bólu fizycznego. Przypominam sobie z filmów , różnych opowiadań że potworny ból fizyczny był powodem proszenia o śmierć. Zadawałam sobie  pytanie  dlaczego ja tak panicznie boję się śmierci? Przecież przez całe już niemałe życie starałam się żyć w taki sposób, by nikomu świadomie krzywdy nie czynić. Znalazłam się w sytuacji tragicznej i bez wyjścia chyba może mi pomóc tylko cud , tylko czy cuda istnieją?  Rozglądając się wokół siebie  spojrzałam na afirmacje L.Hay, czytelnie wypisane  na kartkach papieru  leżące obok  mnie na łóżku. Od razu jedną z nich zaczęłam powtarzać i w trudnych chwilach powtarzam do dnia dzisiejszego :

„Cuda zdarzają się codziennie. Wchodzę do swego wnętrza by skasować wzorzec odpowiedzialny za ten stan i przyjmuję BOSKIE uzdrowienie. I też tak jest”  L.Hay

NA CHŁOPSKI ROZUM W RAKA

 

„Rozbierając swoją historię na części mamy okazję  poznać prawdę o sobie i przypomnieć sobie , kim w istocie jesteśmy „ – C.Tipping

 

W szpitalu po wieczornej wizycie starałam się ochłonąć, tylko jak pozbierać myśli nieposkładane? Towarzyszący  strach przed śmiercią  nie pozwolił tych myśli  złożyć  w logiczną całość.  W pewnym momencie samoistnie w głowie zaczęło mi się wyświetlać całe moje życie . Umysł mój  z uporem maniaka  wyświetlał mi  okresy mojego  dzieciństwa  o których  przed diagnozą nie pamiętałam.  Całkowicie poddana tym myślą widziałam  siebie  jak byłam małą dziewczynką,  początkowo  było to  nawet miłe . Umierając  dano by  mi jeszcze odrobinę przyjemności , gdyby nie były to wybrane   same przykre sytuacje, przecież  byłam wesołą dziewczynką , tylko  nie mogłam sobie przypomnieć miłych zdarzeń. Trudno , jak się nie ma co się lubi , to się lubi co się ma , nie mam wyboru, nie stawiałam  przepływającym myślą  oporu . We wspomnieniach widziałam wyraźnie , że  mając siedem lat  moim  autorytetem  był  ojciec. Lubiłam obserwować z boku jak  z chłopami dyskutował ,  jak  w trudnych życiowych sytuacjach  chłopi głośno dyskutowali co zrobić ?   jak ugryźć problem ?  jak przepędzić biedę?  Na wszystko mieli swoje wypróbowane sposoby , ale na „kostuchę” czyli śmierć  zgodnie bez dyskusji twierdzili że nie da się jej przechytrzyć, tym postrzeżeniem  zostałam potwierdzona że muszę umrzeć.  Nieoczekiwanie  zobaczyłam   jak  mając 9 lat w domu  rodzinnym  pewnego dnia wzdęło nam  dwie krowy,  jedna  po drugiej. Mama  moja płakała , lamentowała ,  mój młodszy brat szlochał , ja patrzyłam co się dzieje , sąsiadki  współczuły , tylko ojciec  z sąsiadami  z zimną  krwią głośno  rozważał co zrobić?  Szybko wysłał młodego sąsiada po chłopa weterynarza , który nie miał żadnej szkoły skończonej , ale znał się na zwierzętach lepiej niż nie jeden weterynarz po studiach. Sam w międzyczasie poszedł na pocztę zadzwonić do powiatu , by załatwić  odebranie  mięsa wołowego  do rzeźni  . Krowy  były zdrowe  , tylko najadły się czegoś , dostały wzdęcia  przez co były nie do uratowania , ale szybka interwencja  ojca spowodowała,  że krowy poszły na mięso pierwszego gatunku , przestały cierpieć  i    zostały pokryte wszystkie straty finansowe . Mimo tego mama ciągle lamentowała , braciszek szlochał,  a ojciec się cieszył,  że dobrze wszystko zorganizował pozałatwiał. Gdyby ojciec lamentował jak mama , to krowy by dłużej cierpiały i w końcu padły i na mięso by  nie zostały sprzedane .To prawda,  że szkoda było zwierząt , ale lament i płacz zwierzętom  nie pomógł , a straty spowodowały by w domu dużą biedę,  a nawet  w naszej sytuacji głód .Pod wpływem tych myśli, zaczęłam zastanawiać się  jak sobie pomóc kierując się chłopskim rozumem zapamiętaną lekcją z domu rodzinnego. Podjęłam decyzję, że tak jak ojciec nie mam co użalać się nad tym co mnie spotkało, tylko pomyśleć co  zrobić by sobie pomóc?  W myślach zaczęłam tworzyć sobie plan działania;  Po pierwsze – muszę dowiedzieć się co rak lubi,  a co mu szkodzi,  Po drugie – dowiedzieć się jak wspomóc swój układ odpornościowy.  Po swoim planie  spontanicznie wykonałam telefon do swojej siostry i córki  z prośbą o listę  co rak lubi , a czego się boi.  Moi bliscy zareagowali natychmiast , jeszcze tego samego dnia późnym wieczorem miałam żądaną listę  na wydruku z komputera, oraz przekazywane od nich informacje na żądany  temat telefonicznie , były to nakazy, polecenia i zakazy . Dowiedziałam się że;  żadnych soków z kartonu , dużo pić wody niegazowanej, jeść  dużo warzyw , mięsa z drobiu najlepiej z gospodarstw ekologicznych , dużo ruchu ,bo każda choroba boi się ruchu,  myśleć w sposób przyjemny , pozytywnie , niby takie oczywiste a jednak  te potwierdzenia były mi potrzebne.  Otrzymałam  parę  krótkich afirmacji L. Hay . Kochana siostra wpadła na pomysł  i zaczęła  skutecznie uczyć mnie tych afirmacji przez telefon, a raczej powtarzając po niej wymuszała na mnie mówienie pozytywnie  wiedząc , że umieram  i zapewniam że nie było to łatwe ani zabawne tak dla mnie jak i dla siostry. W ten sposób małym kroczkiem ,  z dużym wysiłkiem zaczęłam zmieniać swoje myśli, na razie tylko trochę,  najważniejsze , że poczułam , że jest to możliwe , zgodnie z tym co L.Hay pisze w swoich książkach : ‘’TO SĄ TYLKO MYSLI, A MYŚLI MOŻNA ZMIENIĆ’’  Po skończonej telefonicznej pozytywnej afirmacji, podjęłam  wysiłek  , by zrobić parę kroków po sali .  Zaczęłam spacerować opierając się o łóżko i ściany pokonując zawroty głowy, osłabienie.  Przed snem pierwszą  chemię po pierwszym dniu zakończyłam mówiąc do raka „ty raku masz pecha ,że jesteś u mnie „będę ciebie atakować z „lądu ,morza , powietrza i  czym tylko się da aż do skutku bo co mi może już zaszkodzić? Czym ja już ryzykuję ?  Jeszcze nie wiem czym i jak,  ale będę  walczyć . Chodziło mi o to że ja zanim umrę to raka wykończę, bym  nie musiała w jego towarzystwie przechodzić  na tą druga stronę.  Zasypiając po ciężkim dniu byłam z siebie i ze swojego planu działania zadowolona,  jak kiedyś mój ojciec.

O PRZEMIANIE

Witam

Choroba spowodowała, że narodziłam się na nowo – jestem teraz nową gwiazda świecącą na firmamencie życia jaśniej niż kiedykolwiek,  jestem Super Nową. Chcę  dać nadzieję tym co tej nadziei potrzebują w walce z nowotworem. Wygrałam walkę  ze złośliwym rakiem płuc – 9 lat temu. Jeśli mnie się udało to i komuś też może się udać. Swoim przykładem chcę przekazać, że raka płuc można pokonać. Chcę podzielić się swoim doświadczeniem ze spotkaniem z  nieuleczalną chorobą i tym co wniosła w moje życie tzn:   wybaczaniem, nowym  podejściem do siebie i świata. Wiąże się to z pokochaniem siebie, swoich prawdziwych i wymyślonych wrogów i choroby byłego raka. Zaraz po diagnozie na słowo rak truchlałam ze strachu, już nie ze słyszenia wiedziałam, że to ‘’demon’ ’śmierci i cierpienia doświadczyłam to na własnej skórze i umyśle. Unikanie tematu o nowotworach żadnej ulgi mi  nie przynosiło. Wmawianie sobie’ ’jestem zdrowa’’, ‘’będzie dobrze‘’ też mnie nic nie dawało, bo cierpienie czułam coraz większe. Jest takie przysłowie ludowe: „nie taki diabeł straszny jak go malują”. Ja tego doświadczyłam przyglądając się bliżej rakowi w swoim wnętrzu tak bardzo, że aż go słyszałam jak dobrze mu było na początku i później jak opadał z sił i jak zdychał. Te wszystkie doświadczenia skrupulatnie zapisywałam bo miałam potrzebę z kimś się podzielić, a wstydziłam się, krępowałam najbliższych, a papier wszystko przyjmuje i przez  moje nieudolne bazgroły  pamiętnik stał się w tym okresie moim przyjacielem, przyjaciółką, a teraz na tym blogu chcę to wszystko przekazać.
Kiedyś czytałam, że jeśli coś zrobił chociaż jeden człowiek, to tego samego może dokonać  inny. Pokonałam złośliwego raka płuc z przerzutem do węzłów chłonnych, lekarze nie rokowali żadnych szans na życie dłuższe niż pół roku, a ja żyję 9 lat i mam się dobrze. Zabrzmi to niewiarygodnie ale ja poprzez emocje, wybaczanie znalazłam u siebie przyczynę raka co zaowocowało rozstaniem z nim i dało mi pewność że już nigdy nie powróci. Doświadczenie to, tak jak potrafię  szczerze z pamiętników przepiszę, bieżące opiszę, bo może ktoś z mojego doświadczenia skorzysta w pokonaniu lęku przed życiowymi zmianami, w pokonaniu raka, czy innej choroby.  Chcę też przekazać swoim doświadczeniem, że rak to nie tylko demon śmierci i cierpienia, ale wnosi też coś pozytywnego do życia. Na blogu chcę  się skupiać, na tym co pozytywne, co rak płuc wniósł w moje życie. Opowiem jak go polubiłam, nasze rozstanie, na swojej nowej ścieżce życia i cudownych różnych przemianach jakich doświadczyłam. Brzmi to niewiarygodnie i słusznie bo rak tylko zmusił mnie do wewnętrznej pracy nad sobą. Sama od siebie na tą nową ścieżkę życia bym nie weszła i nie doświadczyła tych nowych cudownych przygód. Zmieniając w swojej świadomości destruktywne przekonania, uwalniając się od lęków doświadczam ciągle nowych cudownych przemian i chyba się od nich pozytywnie  uzależniłam, polubiłam. Cieszę się, że to trwa, bo dzięki temu jestem coraz zdrowsza, silniejsza mimo spustoszeń które uczynił rak, chemia, radioterapia  i  upływ  czasu, czuję się zdrowsza i młodsza. Życzę tego wszystkim i trzymam za was kciuki, jeśli mi się udało, to znaczy że i wam może.   Irena

 

 

 

Przemyślenia

SZOK  I PIERWSZY KROK

Bardzo złych rokowań w leczeniu wykrytego u mnie raka na moje szczęście lekarze nie ukrywali. Przykre jest to,  że wyrok  oznajmiono mnie podobnie jak na filmach oznajmia się złoczyńcom  karę śmierci  bez prawa do apelacji, bez prawa  do wyjaśnień i odpowiedzi na dręczące pytania. W chwili szczerości Pani ordynator powiedziała, że rokowań  nic już nie zmieni, a na zbędne  dyskusje lekarze nie mają  czasu, a ja jako chora otrzymuję wszystko zgodnie z procedurą przy moim zaawansowanym raku, a jaka procedura ?  i tak się na tym  Pani nie zna, a  należne  informacje otrzymuje się przy   wypisie .Obecny lekarz z Panią  ordynator dodał w  telegraficznym skrócie: Procedura  przewiduje sześć cykli chemii co trzy tygodnie , każdy cykl wlewów będzie trwał trzy dni,  w najlepszym wypadku może   podana chemia  przedłużyć życie około 6 miesięcy , biorąc pod uwagę jeśli Pani  wyniszczony organizm rakiem, wytrzyma wszystkie cykle chemii w przewidywanej procedurze przy tym typie raka  , przy tak wyniszczonym organizmie proszę nie robić  sobie nadziei. W ten sposób nagle zostałam ogołocona z przyszłości. W mojej sytuacji psycholog  był mi bardzo potrzebny , mimo tego nie zaproponowano mi tej formy pomocy, z kamienną twarzą zostawiono mnie samą z wyrokiem i związanymi  z  nim myślami. Na prośbę  o psychologa zaaplikowano mi środek uspakajający. Moje życie raptownie zostało pozbawione przyszłości, zastanawiam się czy życie bez przyszłości można nazwać życiem?  Lekarze nie chcą, czy  nie mają czasu na wyjaśnienia , wytłumaczenie  mnie  co do mojego raka i walki z nim. Przecież  walka z rakiem to nie tylko aplikowana  chemia w kroplówce, to również wiara,  nadzieja , sposób odżywiania , sposób myślenia, wiedza co rakowi sprzyja , a co mu szkodzi. I tak  miałam szczęście , że nie trafiłam na tych lekarzy co to dla dobra pacjenta tylko bliskiej rodzinie przekazują o bardzo złym stanie zdrowia, jednocześnie ostrzegając by chory nie mógł się o tym dowiedzieć . Bezczelnie okłamują  go w rokowaniach przebiegu leczenia choroby skazując go na nieświadome  resztki życie bez przyszłości jak by nic się nie stało .  To powinno być karalne , nie dać  szansy  wyboru na ostatnie dni życia!!! .Świadome życie bez przyszłości jest  życiem   i to ważnym  bo można cos ważnego jeszcze zrobić , można przygotować się na śmierć , można komuś cos ważnego przekazać  , można żyć  jak  przed diagnozą, lub cieszyć się życiem póki trwa , ale te wybory są każdego kogo dotyczą i nikt nie ma prawa tych ostatnich wyborów nikomu  przez oszukiwanie diagnozy  i rokowań  zabierać, czy  wszyscy  lekarze o tych podstawowych prawach każdego człowieka nie wiedzą, czy nie chcą wiedzieć  ? Jak śmiertelna choroba to można od razu ubezwłasnowolnić, ogołocić z podstawowych praw? .  Podczas  szczerego chociaż oschłego ogłoszonego  przez lekarzy  wyroku spowodowało  to u mnie szok,  następstwem czego było uświadomienie  sobie,  że strasznie boję się śmierci. I pomyśleć że gdybym nie wiedziała o wyroku mogłabym umrzeć  nie wiedząc na co i dlaczego boję się śmierci. To zastanawianie się dlaczego panicznie boję się śmierci było moim pierwszym krokiem na drodze do poznania przyczyny raka wg filozofii RADYKALNEGO WYBACZANIA  C.C.TIPPINGA  i innych które  niebawem  poznam.

„ŚWIADOMOŚĆ DECYDUJE O TYM CO SIĘ NAM PRZYDARZA” – C.C.TIPPING  „ CO  NIE  ZOSTAJE  UŚWIADOMIONE  STAJE  SIĘ  MOIM  PRZEZNACZENIEM”.-JUNG        „TWOJE PRZEKONANIA MOGĄ CIĘ  UZDROWIĆ LUB ZABIĆ” – A.LOYD     „ZAWSZE  ROBIMY  TO ,  W  CO  WIERZYMY” – A.LOYD

Licznik odwiedzin

0191432
Visit Today : 112
Total Visit : 191432
Hits Today : 818
Total Hits : 1286242