Cdn – Narodziny tumor

Cdn.  – Narodziny tumor

Proszę pani, kotek uciekł do was! Zawołała głośno.

Kiedy na  jej wołanie nie było odezwy, zorientowała się, że jest  sama w cudzym mieszkaniu i to ją mocno przeraziło.  Myśli natychmiast ukierunkowały ją, aby szybko z tego mieszkania uciec. Biegnąc do wyjścia na strych tak samo jak weszła, kątem oka zobaczyła na stoliku przepyszną dużą gruszkę. Nie mogła oprzeć się pokusie w biegu szybko wsadziła ją do swojego fartuszka, mimo że czuła wyraźnie, jak parzy ją w rączce, które nie ustąpiło również w fartuszku, a serduszko waliło jej bum, bum, bum, niczym jak u uciekającego złodzieja.

Połączone łakomstwo ze strachem dawało emocje podobne do złodzieja okradającego cudzy sejf ze złotem.

Siedząc w ukryciu na strychu sąsiada zaczęła się jej prawdziwa gehenna, bo ze skradzioną gruszką nie mogła przejść na swój strych z powodu młodszego braciszka, który zawsze jak cień chodził za nią. Musiał chyba dostrzec, że wbiegła na strych i ją szukał domyślając się słusznie, że się przed nim schowała, tylko nie wiedział, że ukryta dziurą schowała się na strychu sąsiada. Za ścianą przez szpary zobaczyła, jak jej szuka myszkując blisko ukrytej dziury zasłoniętą luźną deską. Jego ulubionym zajęciem było skarżenie na nią do Rodziców, dlatego ciągle ją śledził. Będąc w pułapce musiała się pozbyć dowodu kradzieży, zanim braciszek doniesie o tym rodzicom, już słyszy jak z satysfakcją krzyczy – „Mamusia! Irka sąsiadom ukradła gruszkę!

Trzęsąc się ze strachu i trochę z zimna, płacząc na siłę połykała każdego gryza gruszki w pośpiechu razem ze    łzami, aby po niej  nie było śladu. Gruszka w ogóle jej nie smakowała, była gorzka i zimna, nie mogła przełknąć żadnego gryza, ale jakoś na siłę  ją zjadła  z obrzydzeniem. Po cichu mówiła do siebie;

– Jaka  ona ohydna!!!! Po co ja ją z sobą zabrałam! Trudno, stało się!

Z kryjówki wyszła jak kochany braciszek sobie poszedł.   Kochała go nad życie, dlatego tolerowała jego    skargi na nią.

Nawet było jej przykro, że nie mogła z nim  tą gruszką  się podzielić, wyobrażała sobie, jak apetycznie by ją wcinał, nie to co ona z obrzydzeniem.

           Zawsze bardzo starała się udowodnić swoim kochanym Rodzicom i całemu światu, że jest dobrą, mądrą i grzeczną dziewczynką, a teraz ta gruszka wszystko zniszczyła.

Nie bała się kary, wiedziała, że otrzymałaby lanie i tego się nie bała. Martwiło ją to, że kradzież u  jej  Rodziców była bardzo mocno piętnowana.

Nauczono ją, że piętno złodzieja nie wymaże żadna kara do końca życia!

Po wydostaniu się ze strychu natychmiast uciekła za stodołę do kryjówki pod ulubiony jej krzaczek. Upewniając się, że nikt ją nie widzi, z lęku, że kradzież się wyda, złapała się za głowę i mocno zaczęła siebie karcić i krytykować;

– „Co ja narobiłam! Przecież ja cały czas udowadniałam Rodzicom, że jestem dobra i że jestem jednak mimo wszystko coś „ warta”. Teraz wszystko poszło na marne, już zostanę najgorsza do końca życia!  Jestem złodziejką i tego nie można już zmienić“

Kradzież się nie wydała, a Irenka pomału zaczynała o niefortunnym przewinieniu zapominać, lecz po paru miesiącach problem gruszki powrócił, przy spowiedzi przed Pierwszą Komunią Świętą. Ksiądz dając rozgrzeszenie nakazał jej oddać gruszkę i położyć na miejsce, ale już pod rygorem, że inaczej spowiedź będzie nieważna, a tym samym rozgrzeszenie.

Księdza nie obchodziło, że gruszek w maju nie zdobędzie, a dziura na strychu u sąsiadów jest od dawna porządnie zabita deskami. Nie przyszło jej do głowy, że oddać może już wchodząc normalnie drzwiami, ale to było mało istotne, bo w maju gruszki były nie do zdobycia. /W czasach Irenki dzieciństwa owoców po sezonie nie było w żadnym sklepie/

Irenka nie miała wyjścia, komunię przyjęła, a według niej bez wypełnionej pokuty oznaczało, że popełniła ogromny grzech. Nie miała wyjścia, komunię przyjęła z ogromnym poczuciem winy, bo sama sobie wmówiła, że popełniła „świętokradztwo”, dobrze pamiętała z lekcji religii, że świętokradztwo jest ciężkim śmiertelnym grzechem.

Biedna po pierwszej spowiedzi o swoim problemie próbowała radzić się, co zrobić jak spełnienie pokuty jest niemożliwe? Pytała ojca swego, matki, ciotki, a nawet księdza wikarego z innej parafii, lecz wszyscy jej problem ignorowali – niektórzy mówili – „nie przejmuj się i tak by pod drzewem zgniła”. Nigdy nikomu nie zdążyła dopowiedzieć, że ukradła ze stolika z obcego mieszkania i to było bardziej karygodne, niż sama gruszka.

Od teraz po komunii będąc w kościele widziała, jak ze świętych obrazów grożą jej wszyscy święci, lub groźnie na nią patrzą, jak by mówili – „nie jesteś godna w kościele przebywać”. Wydawało się jej nawet, że sąsiadka wie, że to ona tą gruszkę ukradła i tylko patrzy na nią podejrzanie i nic nie mówi, z braku dowodu.

Z perspektywy czasu zrozumiała, że tak naprawdę to nikt ją dobrze do pierwszej komunii nie przygotował. Od wczesnego dzieciństwa całe dnie spędzała na plebanii, dużo czasu przebywała z gospodynią plebanii, która jednocześnie była pracującą nauczycielką, wiele dawała jej nauk różnych, dużo razem rozmawiały, lecz nigdy o biblii i nigdy o Bogu. Pewnie nie chciała wchodzić w kompetencje księdza dający lekcje na religii w których mała Irenka uczestniczyła od piątego roku życia a może i wcześniej. Miała też spory kontakt z siostrami zakonnymi które mieszkały w pięknym pałacyku po sąsiedzku z plebanią, lecz również nie pamięta, aby kiedykolwiek rozmawiały z nią o Bogu. Z jakiegoś też powodu na lekcjach religii ksiądz nigdy ją z niczego nie pytał. Jej Mama pilnowała tylko, aby przed spaniem odmawiała wieczorny paciorek. Ojciec w ogóle przeciwnikiem był  pracy jej mamy a swojej żony, aby pracowała na plebanii, jak również może nie zagorzałym, lecz był przeciwnikiem nauk religijnych.

Kradzież gruszki nigdy  się nie wydała, lecz mimo tego Irenka szła przez życie obwiniając się i karząc siebie przez to okrutnie. Z czasem o wszystkim zapomniała, lecz to okropne „Poczucie Winy” bez jej świadomości rosło wraz nią do niebotycznych rozmiarów.

Leżąc w szpitalnym łóżku gapiła się w sufit  jak by na nim szukała odpowiedzi, po co jej umysł wyciągnął  na wierzch mały epizod z życia związanego z  kradzieżą gruszki o którym w ogóle nie pamiętała? Słyszała, że umierającym na koniec wyświetla się całe życie, może właśnie teraz umieram,  pomyślała z okropnym strachem.

Nie było jej żal pozostawienie życia, bo sporo lat przeżyła i nie było to życie łatwe, tylko przerażało ją to, co po tamtej stronie ją spotka. Przecież wyraźnie czuje, a nawet słyszy, że w niej w środku coś siedzi i pożera od środka. Zdała sobie sprawę, że to co słyszała o ateistach, że im umiera się trudniej, jest prawdą, o czym właśnie przekonuje się osobiście. Pomyślała, że gdyby nie odeszła od kościoła, to chociaż  ksiądz byłby  teraz przy niej, a tak jest sam na sam z jakimś „demonem” w sobie.

W narastającym strachu, wiele pytań nasuwa się jej bez odpowiedzi;

– Po co to tumor robi?

–  Dlaczego uśmierca tak szybko?

– Czyżby nie wiedział, że uśmiercając mnie on też wraz ze mną pójdzie do piachu?

–  Co to za stwór mnie dopadł?

Zgodnie z powiedzeniem, że jak trwoga to do Boga, zaczęła się modlić intensywnie do Matki Boskiej, bo tylko to jej zostało.

W odpowiedzi zobaczyła ponownie na obrazie  żółte światło, a w głowie wyświetliło się znów  zapomniana historia z kradzieżą gruszki.

Po krótkiej chwili, samoistnie bez proszenia pojawiły się seniorce następne pytania;

– Tylko dlaczego cicho siedział przez pięćdziesiąt lat?

–  Co jego właśnie teraz po tylu latach uaktywniło?

Nie daje jej spokoju fakt,  dlaczego wyświetla  jej się ten fragment dzieciństwa i to z drobnymi detalami,  a nie inne rozdziały  życia?

Na odpowiedź nie musiała długo czekać, nocami kiedy w samotności  płakała skojarzyła, że ten niezapomniany emocjonalny ból umiejscowiony w komórkach ciała, jest dokładnie taki sam, jakiego  doświadczała będąc dzieckiem z kradzieżą nieszczęsnej gruszki. Cierpienie wówczas było też takie samo, co ten fizyczny teraz, wywołany chorobą.

Niebawem tajemnica została odkryta, że epizod z kradzioną gruszką, to był tylko zalążek horroru który dopiero zaczął się małej Irence po kradzieży, a umysł małej dziewczynki nie mogąc wszystkiego udźwignąć schował traumę do ciemnych zakątków podświadomości, aż do teraz.

Niebawem Irena zrozumiała i wszystko poukładało się w całość, dlaczego na każdą modlitwę, oraz  na pytania w głębokiej medytacji, zawsze w odpowiedzi otrzymywała mały urywek z przeszłości związanej z kradzieżą gruszki.

Lekarze czynili, co w ich mocy, lecz po wyczerpaniu dostępnych im środków powiadomili, że przedłużyli jej życie tylko o parę miesięcy. Mimo dużej remisji, raka nie udało się usunąć.  Zaproponowano chorej  leczenie paliatywne, czyli starania o utrzymanie jak najlepszej jakości życia w danym stadium choroby. Na koniec dodali, że powinna załatwić swoje ziemskie życiowe sprawy, bo ma przed sobą tylko najwyżej osiem miesięcy życia.

Teraz Irena sama biedna w domu, bez lekarzy, musi zmierzyć się z trudnym przeciwnikiem. Lecz ona się nie poddała,  postanowiła, że będzie walczyć z nim różnymi sposobami, z lądu, morza i powietrza. Już nie myślała o tym, aby walczyć o swoje życie, tylko zależało jej aby uśmiercić w niej to coś, co ją pożera od środka i być może dlatego, że chce po śmierci przejąć jej duszę? Doszła do wniosku, że ten stwór w niej musi być inteligentny, skoro naukowcy w dwudziestym pierwszym wieku nie mogą go pokonać, a skoro tak to wie że uśmiercając ją uśmierca również siebie. To dlaczego tak szybko, prawie błyskawicznie atakuje?

Przestała zastanawiać się, co jej może pomóc, lub zaszkodzić, tylko czym może zaszkodzić temu co siedzi w niej w środku. Zapragnęła jego jak najlepiej poznać, nie tylko z wiedzy akademickiej co może jemu zaszkodzić, zaczęła wsłuchiwać się w siebie, obserwować jak to coś w nie zachowuje się  w środku w różnych sytuacjach nastrojowych. Wsłuchiwała się w siebie podobnie jak kiedyś kiedy była w ciąży. W efekcie słyszała jego w chwilach ciszy, kiedy przestawał zadawać ból to chyba był zmęczony bo wyraźnie słyszała jak ciężko sapie.

Pocieszała się tym, że po tej drugiej stronie już nie będzie sama, bo modlitwy zostały wysłuchane i na pomoc przyjdzie do niej Anioł, więc już przestała się bać śmierci. Zauważyła, że jak ona się pociesza to, to coś w niej mocniej dyszy, prawie że jęczy i to bardziej niż podczas kroplówki z chemią. Pomyślała – a tu cię mam!

Bardziej szkodzi ci potworze jak się pocieszam tak prawdziwie, a każde moje zamartwianie  cię wzmacnia, bo wtedy siedzisz cicho.

Po takich wnioskach starała się skupiać myśli miłe, przyjemne, a nawet radosne kiedy kierunkowała myśli na tym, że jest kochana i już nie musi się bać śmierci.

Tego wieczoru jak ułożyła się do spania, szczęśliwa, że może spokojnie umierać stał się cud – nagle przeniosła się do innego wymiaru gdzie nie zatraciła swojej świadomości. Po tej drugiej stronie spotkała swojego przewodnika,  okazał się nim młody mężczyzna cały w bieli i przekazał jej, że ją chroni i jest bezpieczna, lecz teraz musi wracać z powrotem do życia. Bardzo prosiła, aby pozwolił jej zostać tutaj gdzie się znalazła, bo jest cudownie miło, lekko, ciepło i otoczona miłością. Niestety na każdą jej prośbę aby mogła tutaj zostać, powtarzał idź  i zrób to co do ciebie należy

Jeszcze nie wiedziała, że z każdym dniem wraz z rakiem  rósł  w niej  lęk przed śmiercią a ten, według totalnej biologii, jest  przyczyną raka płuc.

Obecnie Ireny promienny uśmiech, energia do działania i klarowność umysłu – to teraz jej codzienność.

Niektórzy znajomi ją pytają, powiedz proszę;

–  W jakim byłaś SPA na odnowie biologicznej?

–  Co robiłaś, jakie kremy i cudowną dietę stosujesz?

–  Jakie uprawiasz ćwiczenia, po których  chodzisz lekko jak młoda dziewczyna?

Irena tylko się uśmiecha życzliwie, bo co ma powiedzieć? Nic z tego o co ją pytają nie robi, a jednym zdaniem nie sposób powiedzieć przez co przeszła i  jakie wykonywała działania.

Pozdrawiam serdecznie

Irena Czekaj

 

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *