Archiwa autora: Iren

Jak mała dziewczynka zaprogramowała sobie raka płuc

Przykład Ireny pokazuje, jak  dodarła do źródła raka  i jak jego sobie zaprogramowała.

Irena dała świadectwo, jaki bieg można nadać procesowi leczenia przez spojrzenie w głąb siebie i uwolnienie się od sznura przeszłości.

Była  troskliwą matką i oddaną nauczycielką, a jej życie wydawało się spokojne i ustabilizowane. Jednak, kiedy zdiagnozowano u niej raka płuc, świat, który znała, runął. Chemioterapia, radioterapia i seanse terapeutyczne wypełniały jej dni, ale pomimo medycznej batalii, coś głęboko w niej  krzyczało: to nie wystarczy.

Lekarze czynili, co w ich mocy, lecz po wyczerpaniu dostępnych im środków powiadomili, że przedłużyli jej życie tylko o parę miesięcy. Mimo dużej remisji, raka nie udało się  zupełnie usunąć.  Zaproponowano chorej  leczenie paliatywne, czyli starania o utrzymanie jak najlepszej jakości życia w danym stadium choroby. Na koniec dodali, że powinna załatwić swoje ziemskie życiowe sprawy, bo ma przed sobą tylko osiem miesięcy życia.

Teraz sama biedna bez lekarzy, musiała zmierzyć się z trudnym przeciwnikiem. Biedna się nie poddała,  postanowiła, że będzie walczyć z nim różnymi sposobami, z lądu, morza i powietrza.

Przypomniała sobie, jak  leżała pod szpitalną kroplówką,   to pewnego razu  nagle wyświetliło się jej całe dzieciństwo ze szczegółami o których dawno zapomniała.

Zastanowił ją fakt, dlaczego wyświetliło jej się dzieciństwo i to z drobnymi detalami,  a nie całe życie?  Na odpowiedź nie musiała długo czekać, nocami kiedy w samotności  płakała, to emocjonalny ból, był dokładnie taki sam,  jakiego   doświadczała w dzieciństwie, był  równie realny, co ten fizyczny,  wywołany chorobą.

Poddana powyższym  myślom, pewnej nocy zobaczyła siebie jako małą dziewczynkę najpierw było to nawet miłe. Lecz większość tych scen stanowiły przykre sytuacje, wręcz traumatyczne. Wyraźnie  poczuła, jak okropnie doświadczyła horroru spowodowanego kradzieżą gruszki.

Postanowiła w tym temacie skonsultować się z psychologiem lub terapeutą.

Wybór padł na terapeutę,  pierwsze sesje z nim  były trudne. Rozmowy o przejściach z dzieciństwa sprowadzały lawinę łez i bólu. Ale mimo niechęci do ponownych traumatycznych przeżyć,  nie uciekała, tylko tym bolesnym uczuciom się poddała.

Z każdą wyłonioną z okresu dzieciństwa  opowieścią, z każdym wydobytym wspomnieniem, czuła, jak murek wokół jej serca kruszeje. Trauma sięgała głębiej, niż kiedykolwiek mogła przypuszczać.

Terapeuta usilnie wracał do Ireny wizji, a może raczej koszmarów sennych, tych z soczystą gruszką.

Trudno jej było zrazu uwierzyć, że ta piękna gruszka była pierwotną przyczyną cierpienia i umierania.

Wszystko ma swój sens i tak samo było w przypadku Ireny; przez niewinny, malutki epizod z soczystą gruszką, szła przez życie pełne bólu i niepowodzeń.

Bardzo pomocne okazały się trzy pytania, które zadał  jej terapeuta:

  1. Dlaczego tak panicznie boisz się śmierci?
  2. Co złego wydarzyło się w Twoim życiu?
  3. Pochodzisz z rodziny katolickiej, dlaczego odeszłaś od wiary?

Oto jak zdrowa, pyszna gruszka stała się u  małej Irenki zalążkiem raka płuc:

Po krótkiej medytacji i na prośbę terapeuty, bohaterka stała się detektywem swoich uczuć i podążała za pojawiającymi się pytaniami:

Co takiego zrobiłaś w swoim życiu, że tak bardzo boisz się śmierci oraz czy aby ten rak płuc nie informuje ciebie o czymś ważnym, może o problemie do rozwiązania?

Wszystko co mówił terapeuta wydawało jej się niedorzeczne. Tylko jedno pytanie  nie dawało jej spokoju, – „a co jeśli mogę rozwiązać zapomniany problem z dzieciństwa i wpłynie to korzystnie na moją odporność? W końcu co mam do stracenia”

Podczas dalszej sesji emocjonalnej Irena przenosiła  się w czasie do swojego wczesnego dzieciństwa, najbardziej zaciekawiło ją zdarzenie o którym nie pamiętała, a podczas sesji ujawniło się wydarzenie tak wyraźne jak by to działo się tu i teraz, a nie sześćdziesiąt lat temu.

Zobaczyła siebie jako  sześciolatkę, uczestniczącą w pewnym zdarzeniu, niby mało istotnym, a niebawem okazało się, że zaważyło to na całym jej życiu.

Poczuła się tak, jak gdyby  ponownie została  wcielona w sześcioletnią małą dziewczynkę w momencie, gdy jej kotek uciekał z rodzinnego  strychu, na strych sąsiadów przez ukrytą dziurę w ścianie.

Wyraźnie zobaczyła siebie jako małą dziewczynkę która  spontanicznie przecisnęła się przez kotka odkrytą dziurą  i nie zważając na nic pobiegła za nim. Zatrzymała się dopiero w kuchni sąsiadów, chociaż kotek poszedł dalej do ich pokoju. Myśląc, że może ktoś jest w mieszkaniu, głośno zawołała:

–   „Proszę pani, kotek uciekł do was”.

Skoro na  jej wołanie nikt się nie odezwał, zorientowała się,  że jest  sama w cudzym mieszkaniu i to ją mocno przestraszyło. Jej myśli zostały ukierunkowane, aby  natychmiast   z tego mieszkania  wyjść. Pospiesznie kierując się do wyjścia zobaczyła na stole przepyszną dużą gruszkę. Nie mogła oprzeć się pokusie i szybko wsadziła ją  do  swojego  fartuszka, mimo że  czuła wyraźnie, jak parzy ją w rączce i  w fartuszku, nie odstawiła na miejsce, tylko uciekając szybko jak złodziej zabrała gruszkę z sobą.

Połączone łakomstwo ze strachem dawało emocje podobne do złodzieja okradającego cudzy sejf ze złotem.

Z gruszką w rączce, będąc ukrytą na strychu sąsiadów trochę ochłonęła i wówczas dotarło do niej, że ona grzeczna dziewczynka została złodziejką. Próbowała ponownie położyć gruszkę na miejsce skąd wzięła, ale niestety było za późno, bo z korytarza sąsiadów usłyszała kroki, a to oznaczało, że sąsiad   wrócił do domu.

Łakomstwo doprowadziło do kradzieży a to wywołało   w małej dziewczynce  potężny strach. Targały  nią  emocje podobne do złodzieja okradającego cudzy sejf ze złotem.

Siedząc w ukryciu zaczęła się jej prawdziwa gehenna, bo ze skradzioną gruszką nie mogła przejść na swój strych z powodu młodszego braciszka, który zawsze jak cień chodził za nią.  Za ścianą przez szpary zobaczyła, jak czegoś szuka myszkując blisko wyjściowej dziury, a jego ulubionym zajęciem było skarżenie do Rodziców na nią.  Będąc w pułapce musiała się pozbyć dowodu kradzieży, zanim braciszek doniesie o tym Rodzicom.

Trzęsąc się ze strachu i trochę z zimna, płacząc na siłę połykała każdego gryza gruszki w pośpiechu razem ze łzami, aby po niej  nie było śladu. Gruszka w ogóle jej nie smakowała, była gorzka i zimna, nie mogła przełknąć żadnego gryza, ale jakoś na siłę  ją zjadła  z obrzydzeniem. Po cichu mówiła do siebie;

– Jaka  ona ohydna!!!! Po co ja ją z sobą zabrałam! Trudno, stało się!

Z kryjówki wyszła jak kochany braciszek sobie poszedł.   Kochała go nad życie, dlatego tolerowała jego skargi na nią. Nawet było jej przykro, że nie mogła z nim  tą gruszką  się podzielić, wyobrażała sobie, jak apetycznie by ją wcinał, nie to co ona z obrzydzeniem.

     Zawsze bardzo starała się udowodnić swoim kochanym Rodzicom i całemu światu, że jest dobrą, mądrą i grzeczną dziewczynką, a teraz ta gruszka wszystko zniszczyła.

Nie bała się kary, wiedziała, że otrzymałaby lanie i tego się nie bała. Martwiło ją to, że kradzież u  jej  Rodziców była bardzo mocno piętnowana.

Nauczono ją, że piętno złodzieja nie wymaże żadna kara do końca życia!

Po wydostaniu się ze strychu natychmiast uciekła za stodołę do kryjówki pod ulubiony jej krzaczek. Upewniając się, że nikt ją nie widzi, złapała się za głowę i mocno zaczęła siebie karcić i krytykować;

– „Co ja narobiłam! Przecież ja cały czas udowadniałam Rodzicom, że jestem dobra i że jestem jednak mimo wszystko coś „ warta”. Teraz wszystko poszło na marne, już zostanę najgorsza do końca życia!!!  Jestem złodziejką i tego nie można już zmienić“.

Kradzież gruszki się nie wydała, ale dla małej  Agatki  ukryty wstyd bardzo doskwierał. Próbowała o tym co zrobiła przyznać się zaufanej cioci, później zakonnej siostrze na religii oraz Mamie. Niestety, nie do końca w swych zwierzeniach była szczera, nie dopowiadała skąd tą gruszkę ukradła, a  nikt o to się nie dopytywał.

Problem małej dziewczynki z uśmiechem ignorowano, kończyli rozmowę regułką, którą dobrze znała – jak się coś wzięło to trzeba znów położyć na miejsce. Sęk w tym, że skąd po sezonie miała wziąć gruszkę i jak ją położyć na miejsce, skoro dziurę na strychu już ktoś załatał.

Po paru miesiącach problem kradzieży gruszki powrócił,  przy spowiedzi przed Pierwszą Komunią Świętą. Ksiądz dając rozgrzeszenie nakazał jej oddać gruszkę i położyć na miejsce, ale już pod rygorem, że inaczej spowiedź będzie nieważna, a tym samym rozgrzeszenie.

Księdza nie obchodziło, że gruszek w maju nie zdobędzie, a dziura na strychu u sąsiadów jest od dawna porządnie  zabita deskami. Nie przyszło jej do głowy, że oddać może już wchodząc normalnie drzwiami, ale to było mało istotne, bo w maju gruszki były nie do zdobycia. /W czasach Irenki dzieciństwa owoców po sezonie nie było w żadnym sklepie/

Irenka nie miała wyjścia, komunię przyjęła, a według niej bez wypełnionej pokuty oznaczało,  że popełniła ogromny grzech. Po komunii    sama sobie wmówiła  że popełniła „świętokractwo”.

Teraz z perspektywy czasu wie, że ksiądz zwyczajnie zbagatelizował problem Irenki, a prawdopodobnie straszył wszystkie dzieci  przy spowiedzi jedną regułką, tylko ona biedna wzięła zbyt dosadnie do siebie i sama karała się okrutniej niż gdyby była złapana na gorącym uczynku.  Prawdopodobnie pogrożono by jej palcem i  to wszystko.

Zawsze starała się być ukochanym dzieckiem, rodziców i całego świata; dobrą, mądrą i grzeczną dziewczynką. Według niej ta kradzież wszystko zniszczyła i zapoczątkowało w jej życiu zło.    Zaprogramowała się, a raczej weszła w życiowy schemat, że zasłużyła na porządną karę.

Irena owe zdarzenie z przeszłości z kradzieżą gruszki odkryła sama przed sobą i przeżyła tak,  jak by to działo się teraz, a nie pięćdziesiąt lat temu.

Pierwsza kradzież i jej fatalne następstwa: brak zadość uczynienia po pierwszej spowiedzi a po niej ta pierwsza komunia, świadomość świętokradztwa, utkwiły w jej umyśle, czy gdzieś tam, głęboko i karma wróciła po latach w postaci tego raka.

Te fakty z emocjami zostały z czasem wymazane z codzienności, świadomej pamięci, co nie oznacza, że przestały istnieć. Wręcz przeciwnie, rosły one razem z nią. W dorosłym życiu przejawiało się to tym, że pomału oddalała się od kościoła. W kościele czuła, jakby postacie ze świętych obrazów wciąż jej groziły, bo nie jest godna uczestniczyć w nabożeństwach, choć już nie pamiętała, z jakiego to powodu.

Nie wiedziała, że w niej rośnie lęk przed śmiercią a ten, według totalnej biologii, jest  przyczyną raka.

Ekspedycja do przeszłości uświadomiła jej, że ten skrywany problem, nie do końca ujawniona prawda, dziecinny brak odwagi emocje małej dziewczynki   stały się  zarodkiem  choroby.

Irena wróciła do przeszłości, uświadomiła sobie owe przewinienie, przeszła proces wybaczenia wszystkim i sobie,  wówczas   ciało zostało oczyszczone  a   rak w nowym czystym środowisku  pozbawiony pożywienia,  pewnej pamiętnej nocy opuścił jej ciało.

Najdziwniejsze w tym momencie było  to, że Irena nie chciała go z siebie wypuścić. Nie wie, czemu. By nie czynić tego przedwcześnie, chciała najpierw odcierpieć należycie za swoje przewinienia? Czy dlatego, że będąc po drugiej stronie, było tam jej całkiem dobrze?

Niemniej, ten rak, jak się jej wydawało, uciekł szybko i z hukiem. Była w pokoju sama, więc nikt nie mógł usłyszeć jego głośnej ucieczki. Ona słyszała. Słyszała jego krzyki, jakby coś parzyło go w jej ciele.

Teraz wiemy, że to możliwe, już udowodniono: komórki rakowe potrzebują toksycznego środowiska, w czystym środowisku giną tumor to wirus.

J.Murphy pisze, że „Twoja podświadomość steruje wszystkimi żywotnymi procesami w organizmie i zna odpowiedź na wszystkie pytania.”

Dyplomowany terapeuta pomógł Irenie opanować techniki, które pozwoliły jej odblokować i przetworzyć emocje. Wkrótce kontynuowała już samodzielnie to, czego się nauczyła. Ta praca nad sobą zaowocowała wyraźną poprawą kondycją ciała, podniosła swoją odporność, natomiast całkowicie była zaskoczona że to również  przełożyło się na młodszy wygląd, nie tylko uzyskała młodszy wygląd twarzy, lecz całe ciało  się odmłodziło, pomału zaczęły regenerować  się  zwiotczałe mięśnie jej ciała.

Stała się dowodem dla siebie samej, że jeśli chce się odmłodzić  o parę lat, to  różne zabiegi kosmetyczne, dają efekt tylko krótkotrwały, bo przewlekłe choroby szybko niszczą wraz z ciałem największy organ człowieka, jego skórę. Wnet się też zmienił jej stosunek do leczenia przewlekłych chorób. Przestała traktować chorobę jak bitwę z wrogiem, zaczęła postrzegać ją jako informację, że ma nierozwiązany problem.

Lekarze stwierdzili ze zdziwieniem, absolutny brak owego raka. Wprawdzie uprzednio, po chemio- i radioterapii nastąpiła znaczna remisja, to guz i tak pozostał, dość spory, bo o wymiarach 1 cm na 3 cm i dawał przerzuty. Nie potrafili wytłumaczyć, jak to możliwe, że pozostawiony guz, po sześciu miesiącach, bez aplikowania jakichkolwiek leków tak sam zniknął. Co miała Agata lekarzom powiedzieć, jak im wytłumaczyć, że  rak sam nie zniknął, aby tak się stało musiała wykonać pewną pracę sama z sobą.

Jeszcze większym niedowierzaniem przyjmowali ten fakt wszyscy z jej otoczenia; Irena odmłodniała o parę lat,  stała się jak  za młodu pełna energii, dostała w oczach blask, a twarz rozjaśniała, nabierając koloru brzoskwini,  jakby nigdy  nie miała raka, tylko przeszła jakąś odnowę biologiczną, zamiast  leczenia agresywną chemio- i radioterapią. Ten efekt to nie tylko sama poprawa kondycji fizycznej, ale też projekcja przemiany wewnętrznej, która dokonała się, na skutek podjętej samo terapii.

Historia bohaterki dowodzi, że walkę z tumorem należy toczyć nie tylko w ciele, ale i umyśle. Umysł i ciało oraz dusza i emocje tworzą jedną całość – między tymi elementami musi panować harmonia. Stała się dowodem, że pełne uzdrowienie można osiągnąć dopiero po dotarciu do źródła, a za starzenie się ciała błędnie uważała ilość przeżytych lat, tymczasem prawdziwym sprawcą starzenia okazały się przewlekłe choroby.

Irena, jako mała dziewczynka nie poradziła sobie z rzeczywistością w jakiej się znalazła, a jej umysł, ratując małą dziewczynkę przed skutkami które ją  przerastały zakopał zdarzenie głęboko w niepamięć. Emocje zostały wymazane tylko z pamięci, niestety zostały zachowane w pewnych komórkach ciała, czyli  podświadomości. Skąd  mogła wiedzieć, że podświadomość  nie słucha świadomości, a kieruje naszym  życiem.

Po terapii długo nie mogła uwierzyć, że z punktu widzenia dorosłej, to tak absurdalne, ukryte wydarzenie emocjonalne z dzieciństwa poczyniły w jej życiu tyle  cierpienia.

Przecież tak naprawdę jako mała dziewczynka nie poczyniła nic aż takiego złego – w porównaniu do kary, która na nią spadła, a raczej wymierzyła sama sobie, z powodu ogromnego poczucia winy – a jak wina to i kara.

Ogarnęło ją ogromne poczucie winy połączone ze wstydem.

Jeszcze nieświadoma zaprogramowała sobie lęk przed śmiercią.

Co nas uczy historia Ireny? – Irena dała świadectwo, jaki bieg można nadać procesowi leczenia przez spojrzenie w głąb siebie i uwolnienie się od sznura przeszłości, oraz nieuleczalnego wyleczyć.

c.d.n

 

Diagnoza i nadzieja

Diagnoza i Nadzieja

Naukowo dawno udowodniono, mimo tego  ludzie nadal nie  wiedzą, że nie  rozwiązane problemy z okresu wczesnego dzieciństwa, podobnie  jak okropne traumy,  są zalążkiem śmiertelnej choroby.

Choroba kojarzy się zwykle z obciążeniem fizycznym. Medycy leczą medykamentami i skalpelem – tego się uczyli. A przecież człowiek to konglomerat fizycznego ciała i uczuć, nieraz jakże ulotnych. Sfera mentalna uczestniczy, więc i odgrywa znaczącą rolę, w procesie starzenia oraz zdrowienia, lecz bywa często zaniedbywana. Skupmy się na niej, rozważmy, dlaczego i jak zmiana wzorców myślenia nabytych już w okresie wczesnego dzieciństwa, może pomóc w procesie wracania do zdrowia i odmłodzenia.

Proces starzenia należy traktować również jako postępującą  chorobę ciała, której co prawda na dzień dzisiejszy nie  można całkowicie wyleczyć, lecz w znaczącym stopniu można spowolnić, a nawet cofnąć o parę lat  objawy.

Jeszcze niedawno, kiedy słowo „nieuleczalny” padło, większość z nas przyjmowała to jak wyrok. Lecz historia Agaty, kobiety w zaawansowanym wieku, zmagającej się z rakiem płuc, otwiera przed nami zupełnie nowy rozdział w książce  „Tumor”

Tutaj nie chodzi o cudowne uleczenie ciała, lecz o coś znacznie ważniejszego – o uzdrawianie duszy i serca, które w konsekwencji wpływa na cudowne wyleczenie ciała.

Irena miała sześćdziesiąt pięć lat, kiedy usłyszała diagnozę, która zdawała się zatrzymać w niej wszystko, co w niej żywe. Rak płuc, odkryty zbyt późno, pozostawia niewiele pola do manewru. Lecz seniorka nie potraktowała tej informacji jako koniec, ale jako sygnał, dzwonek do rozpoczęcia najważniejszego wyzwania swojego życia. Zapytała się siebie: co ja sama mogę zrobić, jak ja mam tu z tym tumorem walczyć? Lekarze robią swoje. Jaka w tym moja rola?

Wnet doświadczyła, że nie jedna droga prowadzi do uzdrowienia a czasem najpotężniejsze transformacje są niewidoczne dla oka i dokonują się tam, gdzie mieszka esencja naszej istoty.

Życie to jakby podróż, odkrywanie świata wokół nas i w sobie. Od dziecka idziemy różnymi drogami opatrzonymi epizodami, które nas ukształtowały. One kreują nas i my kreujemy siebie. Nasze obecne „ja” jest ich wypadkową i zwykle ma wpływ na nasze reakcje i interakcje z otoczeniem. Wszyscy mamy poczucie własnej wartości, lepsze lub gorsze, nasze przekonania i sposoby postępowania, radzenia sobie z trudnościami.

Cdn. nastąpi

Zapraszam Irena

 

Od autora

Nikt nie umiera na ilość przeżytych lat, tylko na choroby, bez względu na to ile przeżył lat. Jeśli  nasza skóra jest blada, zwiotczała, pojawiają się zmarszczki, to znaczy, że skóra  choruje z różnych przyczyn,  a najczęściej  powodem są  nie domagające  organy, ciało i umysł. Z całą pewnością nie jest temu  winna  ilość przeżytych lat, tylko jakość przeżytych lat, a za jakość życia odpowiadają emocje, przekonania, życiowe schematy.

Na świecie znane są przypadki, że  dzieciom w wieku siedmiu, a nawet pięciu lat skóra  się pomarszczyła i wyglądają jak stu letni staruszkowie,  niestety  umierają nim skończą dziesięć lat.

Zaznaczam, że każda osoba jest jedyną w swoim rodzaju a zawarte tu informacje, oparte na solidnych faktach, nie zastąpią fachowej porady medycznej.

Wierzę głęboko, że ta książka pomoże zrozumieć relacje między życiem emocjonalnym a życiową energią, dobrym samopoczuciem, aby jak najdłużej zachować siły witalne.

Naukowo już udowodniono,  że winowajcą za powszechnie uznawane symptomy starzenia widoczne na twarzy i na zwiotczałych mięśniach są przewlekłe choroby, a nie tylko ilość lat.

Chcesz odzyskać witalne siły młodości, mieć gładką skórę, piękny oczu blask to na nic się zdadzą drogie zabiegi kosmetyczne, na krótko też zadziała interwencja chirurga plastycznego i to w minimalnym zakresie, jeśli nie pozbędziesz się przewlekłych chorób. Nie ma innej opcji, skuteczne odmładzanie należy zaczynać od uwolnienia się od wszelakich chorób, a nie w gabinetach kosmetycznych.

Historie naszych bohaterów  są przykładem, że jest to możliwe.

 

 

 

 

Cdn – Narodziny tumor

Cdn. Narodziny tumor

Ilekroć słyszę lub czytam, że ktoś walczy z rakiem, lub oznakami starzenia ciała,  to zastanawiam się, co dana osoba konkretnie robi, jak z tym tumorem  się zmaga. Lekarze, wiadomo, robią to, o czym ich uczono. Ale, co robi pacjent? Co, w ogóle może zrobić?

Trafiłam na literaturę naukową o zaskakujących powiązaniach między traumami z dzieciństwa a tendencją do rozwoju chorób, a procesem starzenia. Zastanawiałam się, w jakiej formie te wszystkie moje wiadomości przekazać, pomoc ludziom, których ten los wszystkich spotyka bez wyjątku.

Pisząc o traumach dzieciństwa, mam na myśli nie tylko szokujące epizody, ale także permanentny stres: zaniedbanie, przemoc domową czy nadmiernie wymagania rodzicielskie.

Okazuje się, że takie i podobne przeżycia powodują zapakowania „cichego bagażu”, który niesiemy przez życie. Tkwi on w komórkach ciała, w naszej psychice i wpływa na… Wszystko.

W niniejszej książce staram się przedstawić, co nauka  ma do powiedzenia na temat  przeżyć  traum z dzieciństwa, które mogą mieć istotny wpływ na nasze zdrowie i starzenie się,  na przykładzie seniorek które proces zdrowienia, oraz odmłodzenia przerobiły ze spektakularnym efektem.  Diagnoza, tak druzgocąca, jak tumor, stawia przed nami zadanie konfrontacji z naszymi wewnętrznymi demonami, pogłębionej pracy nad własnym samopoczuciem, co może wpłynąć na proces starzenia, a tym samym utraty zdrowia i odwrotnie utrata zdrowia powoduje proces starzenia skóry i całego ciała.

Nikt nie umiera na ilość przeżytych lat, tylko na choroby, bez względu na to ile przeżył lat. Jeśli  nasza skóra jest blada, zwiotczała, pojawiają się zmarszczki, to znaczy, że skóra  choruje z różnych przyczyn,  a najczęściej  powodem są  nie domagające  organy, ciało i umysł. Z całą pewnością nie jest temu  winna  ilość przeżytych lat, tylko jakość przeżytych lat, a za jakość życia odpowiadają emocje, przekonania, życiowe schematy.

Cdn. w dalszych częściach

Irena Danielak

 

Cdn – Narodziny tumor

Cdn.  – Narodziny tumor

Proszę pani, kotek uciekł do was! Zawołała głośno.

Kiedy na  jej wołanie nie było odezwy, zorientowała się, że jest  sama w cudzym mieszkaniu i to ją mocno przeraziło.  Myśli natychmiast ukierunkowały ją, aby szybko z tego mieszkania uciec. Biegnąc do wyjścia na strych tak samo jak weszła, kątem oka zobaczyła na stoliku przepyszną dużą gruszkę. Nie mogła oprzeć się pokusie w biegu szybko wsadziła ją do swojego fartuszka, mimo że czuła wyraźnie, jak parzy ją w rączce, które nie ustąpiło również w fartuszku, a serduszko waliło jej bum, bum, bum, niczym jak u uciekającego złodzieja.

Połączone łakomstwo ze strachem dawało emocje podobne do złodzieja okradającego cudzy sejf ze złotem.

Siedząc w ukryciu na strychu sąsiada zaczęła się jej prawdziwa gehenna, bo ze skradzioną gruszką nie mogła przejść na swój strych z powodu młodszego braciszka, który zawsze jak cień chodził za nią. Musiał chyba dostrzec, że wbiegła na strych i ją szukał domyślając się słusznie, że się przed nim schowała, tylko nie wiedział, że ukryta dziurą schowała się na strychu sąsiada. Za ścianą przez szpary zobaczyła, jak jej szuka myszkując blisko ukrytej dziury zasłoniętą luźną deską. Jego ulubionym zajęciem było skarżenie na nią do Rodziców, dlatego ciągle ją śledził. Będąc w pułapce musiała się pozbyć dowodu kradzieży, zanim braciszek doniesie o tym rodzicom, już słyszy jak z satysfakcją krzyczy – „Mamusia! Irka sąsiadom ukradła gruszkę!

Trzęsąc się ze strachu i trochę z zimna, płacząc na siłę połykała każdego gryza gruszki w pośpiechu razem ze    łzami, aby po niej  nie było śladu. Gruszka w ogóle jej nie smakowała, była gorzka i zimna, nie mogła przełknąć żadnego gryza, ale jakoś na siłę  ją zjadła  z obrzydzeniem. Po cichu mówiła do siebie;

– Jaka  ona ohydna!!!! Po co ja ją z sobą zabrałam! Trudno, stało się!

Z kryjówki wyszła jak kochany braciszek sobie poszedł.   Kochała go nad życie, dlatego tolerowała jego    skargi na nią.

Nawet było jej przykro, że nie mogła z nim  tą gruszką  się podzielić, wyobrażała sobie, jak apetycznie by ją wcinał, nie to co ona z obrzydzeniem.

           Zawsze bardzo starała się udowodnić swoim kochanym Rodzicom i całemu światu, że jest dobrą, mądrą i grzeczną dziewczynką, a teraz ta gruszka wszystko zniszczyła.

Nie bała się kary, wiedziała, że otrzymałaby lanie i tego się nie bała. Martwiło ją to, że kradzież u  jej  Rodziców była bardzo mocno piętnowana.

Nauczono ją, że piętno złodzieja nie wymaże żadna kara do końca życia!

Po wydostaniu się ze strychu natychmiast uciekła za stodołę do kryjówki pod ulubiony jej krzaczek. Upewniając się, że nikt ją nie widzi, z lęku, że kradzież się wyda, złapała się za głowę i mocno zaczęła siebie karcić i krytykować;

– „Co ja narobiłam! Przecież ja cały czas udowadniałam Rodzicom, że jestem dobra i że jestem jednak mimo wszystko coś „ warta”. Teraz wszystko poszło na marne, już zostanę najgorsza do końca życia!  Jestem złodziejką i tego nie można już zmienić“

Kradzież się nie wydała, a Irenka pomału zaczynała o niefortunnym przewinieniu zapominać, lecz po paru miesiącach problem gruszki powrócił, przy spowiedzi przed Pierwszą Komunią Świętą. Ksiądz dając rozgrzeszenie nakazał jej oddać gruszkę i położyć na miejsce, ale już pod rygorem, że inaczej spowiedź będzie nieważna, a tym samym rozgrzeszenie.

Księdza nie obchodziło, że gruszek w maju nie zdobędzie, a dziura na strychu u sąsiadów jest od dawna porządnie zabita deskami. Nie przyszło jej do głowy, że oddać może już wchodząc normalnie drzwiami, ale to było mało istotne, bo w maju gruszki były nie do zdobycia. /W czasach Irenki dzieciństwa owoców po sezonie nie było w żadnym sklepie/

Irenka nie miała wyjścia, komunię przyjęła, a według niej bez wypełnionej pokuty oznaczało, że popełniła ogromny grzech. Nie miała wyjścia, komunię przyjęła z ogromnym poczuciem winy, bo sama sobie wmówiła, że popełniła „świętokradztwo”, dobrze pamiętała z lekcji religii, że świętokradztwo jest ciężkim śmiertelnym grzechem.

Biedna po pierwszej spowiedzi o swoim problemie próbowała radzić się, co zrobić jak spełnienie pokuty jest niemożliwe? Pytała ojca swego, matki, ciotki, a nawet księdza wikarego z innej parafii, lecz wszyscy jej problem ignorowali – niektórzy mówili – „nie przejmuj się i tak by pod drzewem zgniła”. Nigdy nikomu nie zdążyła dopowiedzieć, że ukradła ze stolika z obcego mieszkania i to było bardziej karygodne, niż sama gruszka.

Od teraz po komunii będąc w kościele widziała, jak ze świętych obrazów grożą jej wszyscy święci, lub groźnie na nią patrzą, jak by mówili – „nie jesteś godna w kościele przebywać”. Wydawało się jej nawet, że sąsiadka wie, że to ona tą gruszkę ukradła i tylko patrzy na nią podejrzanie i nic nie mówi, z braku dowodu.

Z perspektywy czasu zrozumiała, że tak naprawdę to nikt ją dobrze do pierwszej komunii nie przygotował. Od wczesnego dzieciństwa całe dnie spędzała na plebanii, dużo czasu przebywała z gospodynią plebanii, która jednocześnie była pracującą nauczycielką, wiele dawała jej nauk różnych, dużo razem rozmawiały, lecz nigdy o biblii i nigdy o Bogu. Pewnie nie chciała wchodzić w kompetencje księdza dający lekcje na religii w których mała Irenka uczestniczyła od piątego roku życia a może i wcześniej. Miała też spory kontakt z siostrami zakonnymi które mieszkały w pięknym pałacyku po sąsiedzku z plebanią, lecz również nie pamięta, aby kiedykolwiek rozmawiały z nią o Bogu. Z jakiegoś też powodu na lekcjach religii ksiądz nigdy ją z niczego nie pytał. Jej Mama pilnowała tylko, aby przed spaniem odmawiała wieczorny paciorek. Ojciec w ogóle przeciwnikiem był  pracy jej mamy a swojej żony, aby pracowała na plebanii, jak również może nie zagorzałym, lecz był przeciwnikiem nauk religijnych.

Kradzież gruszki nigdy  się nie wydała, lecz mimo tego Irenka szła przez życie obwiniając się i karząc siebie przez to okrutnie. Z czasem o wszystkim zapomniała, lecz to okropne „Poczucie Winy” bez jej świadomości rosło wraz nią do niebotycznych rozmiarów.

Leżąc w szpitalnym łóżku gapiła się w sufit  jak by na nim szukała odpowiedzi, po co jej umysł wyciągnął  na wierzch mały epizod z życia związanego z  kradzieżą gruszki o którym w ogóle nie pamiętała? Słyszała, że umierającym na koniec wyświetla się całe życie, może właśnie teraz umieram,  pomyślała z okropnym strachem.

Nie było jej żal pozostawienie życia, bo sporo lat przeżyła i nie było to życie łatwe, tylko przerażało ją to, co po tamtej stronie ją spotka. Przecież wyraźnie czuje, a nawet słyszy, że w niej w środku coś siedzi i pożera od środka. Zdała sobie sprawę, że to co słyszała o ateistach, że im umiera się trudniej, jest prawdą, o czym właśnie przekonuje się osobiście. Pomyślała, że gdyby nie odeszła od kościoła, to chociaż  ksiądz byłby  teraz przy niej, a tak jest sam na sam z jakimś „demonem” w sobie.

W narastającym strachu, wiele pytań nasuwa się jej bez odpowiedzi;

– Po co to tumor robi?

–  Dlaczego uśmierca tak szybko?

– Czyżby nie wiedział, że uśmiercając mnie on też wraz ze mną pójdzie do piachu?

–  Co to za stwór mnie dopadł?

Zgodnie z powiedzeniem, że jak trwoga to do Boga, zaczęła się modlić intensywnie do Matki Boskiej, bo tylko to jej zostało.

W odpowiedzi zobaczyła ponownie na obrazie  żółte światło, a w głowie wyświetliło się znów  zapomniana historia z kradzieżą gruszki.

Po krótkiej chwili, samoistnie bez proszenia pojawiły się seniorce następne pytania;

– Tylko dlaczego cicho siedział przez pięćdziesiąt lat?

–  Co jego właśnie teraz po tylu latach uaktywniło?

Nie daje jej spokoju fakt,  dlaczego wyświetla  jej się ten fragment dzieciństwa i to z drobnymi detalami,  a nie inne rozdziały  życia?

Na odpowiedź nie musiała długo czekać, nocami kiedy w samotności  płakała skojarzyła, że ten niezapomniany emocjonalny ból umiejscowiony w komórkach ciała, jest dokładnie taki sam, jakiego  doświadczała będąc dzieckiem z kradzieżą nieszczęsnej gruszki. Cierpienie wówczas było też takie samo, co ten fizyczny teraz, wywołany chorobą.

Niebawem tajemnica została odkryta, że epizod z kradzioną gruszką, to był tylko zalążek horroru który dopiero zaczął się małej Irence po kradzieży, a umysł małej dziewczynki nie mogąc wszystkiego udźwignąć schował traumę do ciemnych zakątków podświadomości, aż do teraz.

Niebawem Irena zrozumiała i wszystko poukładało się w całość, dlaczego na każdą modlitwę, oraz  na pytania w głębokiej medytacji, zawsze w odpowiedzi otrzymywała mały urywek z przeszłości związanej z kradzieżą gruszki.

Lekarze czynili, co w ich mocy, lecz po wyczerpaniu dostępnych im środków powiadomili, że przedłużyli jej życie tylko o parę miesięcy. Mimo dużej remisji, raka nie udało się usunąć.  Zaproponowano chorej  leczenie paliatywne, czyli starania o utrzymanie jak najlepszej jakości życia w danym stadium choroby. Na koniec dodali, że powinna załatwić swoje ziemskie życiowe sprawy, bo ma przed sobą tylko najwyżej osiem miesięcy życia.

Teraz Irena sama biedna w domu, bez lekarzy, musi zmierzyć się z trudnym przeciwnikiem. Lecz ona się nie poddała,  postanowiła, że będzie walczyć z nim różnymi sposobami, z lądu, morza i powietrza. Już nie myślała o tym, aby walczyć o swoje życie, tylko zależało jej aby uśmiercić w niej to coś, co ją pożera od środka i być może dlatego, że chce po śmierci przejąć jej duszę? Doszła do wniosku, że ten stwór w niej musi być inteligentny, skoro naukowcy w dwudziestym pierwszym wieku nie mogą go pokonać, a skoro tak to wie że uśmiercając ją uśmierca również siebie. To dlaczego tak szybko, prawie błyskawicznie atakuje?

Przestała zastanawiać się, co jej może pomóc, lub zaszkodzić, tylko czym może zaszkodzić temu co siedzi w niej w środku. Zapragnęła jego jak najlepiej poznać, nie tylko z wiedzy akademickiej co może jemu zaszkodzić, zaczęła wsłuchiwać się w siebie, obserwować jak to coś w nie zachowuje się  w środku w różnych sytuacjach nastrojowych. Wsłuchiwała się w siebie podobnie jak kiedyś kiedy była w ciąży. W efekcie słyszała jego w chwilach ciszy, kiedy przestawał zadawać ból to chyba był zmęczony bo wyraźnie słyszała jak ciężko sapie.

Pocieszała się tym, że po tej drugiej stronie już nie będzie sama, bo modlitwy zostały wysłuchane i na pomoc przyjdzie do niej Anioł, więc już przestała się bać śmierci. Zauważyła, że jak ona się pociesza to, to coś w niej mocniej dyszy, prawie że jęczy i to bardziej niż podczas kroplówki z chemią. Pomyślała – a tu cię mam!

Bardziej szkodzi ci potworze jak się pocieszam tak prawdziwie, a każde moje zamartwianie  cię wzmacnia, bo wtedy siedzisz cicho.

Po takich wnioskach starała się skupiać myśli miłe, przyjemne, a nawet radosne kiedy kierunkowała myśli na tym, że jest kochana i już nie musi się bać śmierci.

Tego wieczoru jak ułożyła się do spania, szczęśliwa, że może spokojnie umierać stał się cud – nagle przeniosła się do innego wymiaru gdzie nie zatraciła swojej świadomości. Po tej drugiej stronie spotkała swojego przewodnika,  okazał się nim młody mężczyzna cały w bieli i przekazał jej, że ją chroni i jest bezpieczna, lecz teraz musi wracać z powrotem do życia. Bardzo prosiła, aby pozwolił jej zostać tutaj gdzie się znalazła, bo jest cudownie miło, lekko, ciepło i otoczona miłością. Niestety na każdą jej prośbę aby mogła tutaj zostać, powtarzał idź  i zrób to co do ciebie należy

Jeszcze nie wiedziała, że z każdym dniem wraz z rakiem  rósł  w niej  lęk przed śmiercią a ten, według totalnej biologii, jest  przyczyną raka płuc.

Obecnie Ireny promienny uśmiech, energia do działania i klarowność umysłu – to teraz jej codzienność.

Niektórzy znajomi ją pytają, powiedz proszę;

–  W jakim byłaś SPA na odnowie biologicznej?

–  Co robiłaś, jakie kremy i cudowną dietę stosujesz?

–  Jakie uprawiasz ćwiczenia, po których  chodzisz lekko jak młoda dziewczyna?

Irena tylko się uśmiecha życzliwie, bo co ma powiedzieć? Nic z tego o co ją pytają nie robi, a jednym zdaniem nie sposób powiedzieć przez co przeszła i  jakie wykonywała działania.

Pozdrawiam serdecznie

Irena Czekaj

 

 

 

Narodziny tumor – to początek rozdziału mojej nowej książki nigdzie nie publikowanej. Dalszy ciąg nastąpi.

Pozdrawiam

Irena Czekaj

NARODZINY TUMOR

Narodziny tumor

Laboratoria na całym świecie, oświetlone silnie od zarania świtu, budzą się wcześnie do kolejnego dnia nieustających poszukiwań. Każdego poranka, podobnie jak słońce, naukowcy wyłaniają się z cienia, by rzucić wyzwanie chorobom, największym przeciwnościom ludzkiego życia.

Rak, czy inna  nieuchwytna, nieprzewidywalna i często okrutna choroba, od lat stawia badaczom przeszkody, które wydawały się nie do pokonania. A jednak, wytrwałość i nieustająca chęć poznania przyniosły światu nową erę w medycynie – erę, w której udało się pokonać wiele uznawanych za nieuleczalne. Jednak nowotworu drobnokomórkowego płuc nie udało się całkowicie pokonać.

Po zastosowaniu wszystkich możliwych sposobów leczenia, mimo pięknej remisji, zakończono leczenie   pozostawiając guza rakowego w płucach. Irena nawet nie dowiedziała się, co jest z przerzutami, które szły węzłami chłonnymi, przy diagnozie – zostało Pani sześć miesięcy życia, może nawet osiem, resztę już chyba nie miało znaczenia.  W zaleceniach miała  kontrolę lekarską oraz domową cało dobową opiekę.

Leżąc  sama w swojej sypialni  nasunęły się jej myśli i pytania bez odpowiedzi.

Jednak nie wszystkie pytania zostały bez odpowiedzi, na jedno pytanie coś w głowie jej podpowiadało – „ z pewnością ten rak siedzący w twoich  płucach  musi być inteligentny, skoro sztab naukowców na całym świecie tego typa raka nie może pokonać. Skoro tak,  to jaki ma on interes aby ciebie w tak szybkim tempie uśmiercić?

Resztę dopowiedziała sobie sama –  „ no tak, przecież wie, że razem ze mną zostanie uśmiercony, a może chodzi jemu o zupełnie coś innego”

Wyciągnęła wniosek, że chce ją przejąć po tej drugiej stronie i to ją przeraziło okropnie, bo  w swoim  dorosłym życiu odsunęła się od kościoła i teraz dla  demonicznego raka jest łatwym kąskiem, by ją przechwycić na wieczne czasy.

Struchlała ze strachu, zaczęła się modlić  błądząc mętnie oczyma po ścianie zauważyła obraz Matki Boskiej Licheńskiej, którego dawno temu powiesiła na ścianę z szacunku, bo był poświęcony, więc nie chciała, by gdzieś leżał zakurzony. Jakżeż teraz jej się przydał, w tej okrutnej beznadziei zobaczyła w tunelu światełko nadziei. Aż krzyknęła głośno sama do siebie – ten poświęcony wiszący obraz jest dowodem, że tak całkiem od  Boga się nie odwróciłam, tylko odeszłam od kościoła z jakiegoś nieznanego mnie powodu. Zaczęła jeszcze bardziej gorliwie się modlić bo już nikt na ziemi nie był w stanie jej pomóc. Nie żal jej było zostawiać ziemskiego życia, tylko ten okropny strach, że tam po drugiej stronie nikogo życzliwego przy niej  nie będzie. W modlitwach  prosiła o wybaczenie za wszystko co złego uczyniła, oraz  nieśmiało wysyłała prośbę o Anioła aby był przy niej jak  przejdzie na drugą stronę.

Nie wie jak długo się modliła, lecz kiedy nieoczekiwanie otrzymała odpowiedź, to było bardzo niesamowite i realne. Z tyłu głowy coś jej mówiło – „Matka Boska cię kocha” i w tym samym momencie  nagle obraz zaświecił się cały żółtym światłem. Przestraszyła się tak bardzo, że szybko uciekła ze swojej sypialni w którym wisiał obraz.  Nic domownikom nie mówiąc po cichu szybko wróciła, dając sobie odwagę tym, że obraz był poświęcony prawdziwie po trzykrotnym przejściu na kolanach wokół ołtarza z Matką Boską Licheńską w Licheniu, więc nie może być zły.  Dokładnie to zapamiętała, bo kolana bolały ją okropnie, tak że prawie się czołgała w trzecim okrążeniu i była wówczas z tego dumna, że dała radę. Za to wrócił strach, że przerzut do głowy zamanifestował swoją obecność i daje jej zwidy, a może już majaczy. Przetarła oczy, przyjrzała się badawczym wzrokiem sobie w lustrze, nie dostrzegając nic dziwnego jeszcze raz postanowiła przyjrzeć się wizerunkowi Matki Boskiej na wiszącym obrazie w jej sypialni. Może jestem osłabiona i coś mi się wydaje pomyślała.

Po powrocie do swej sypialni zobaczyła, że  obraz ponownie zaświecił się jej cały żółtym światłem i ponownie usłyszała głos w głowie, że Matka Boska ją kocha.

Z niewiadomego jej powodu uważała że jest zła, niedobra i na miłość nie zasługuje, a kogoś taką jak ona Matka Boska jednak kocha?  Wydawało jej się, że to niemożliwe, a jednocześnie czuła że naprawdę ją kocha.

Cudowny obraz z wizerunkiem Matki Boskiej  sprawił, że po raz pierwszy od bardzo dawna poczuła się kochana, to było uczucie niewiarygodnie tak silne, że łzy popłynęły z jej oczu strumieniem. Nie przestały lecieć, kiedy do pokoju weszła córka, nadal szlochała, nie mogła zatrzymać  płaczu, ani powiedzieć prawdę. Córka pomyślała by, że jej odbiło, a tak po przytuleniu zostawiła ją płaczącą i milcząc wyszła.

Nie pamięta kiedy zasnęła płacząc, lecz zaraz po przebudzeniu ponownie wpatrzona w obraz modliła się, a jak ponownie zaświecił żółtym światłem i  usłyszała gdzieś z tyłu głowy, że jest kochana to nie mogła opanować wodospadu łez. To były łzy radości że jest kochana i że nareszcie przestała się bać śmierci.

Od zawsze naturalna jej ciekawość przybrała na sile, ponownie coś z tyłu głowy jej podpowiadało,  dowiedz się dlaczego odeszłaś od kościoła?

Tego nie mogła sobie przypomnieć,  nie pamiętała nawet od kiedy, a wychowała się w katolickiej rodzinie i tak naprawdę to na plebanii. Czas spędzony na plebanii był to piękny okres jej życia, bo tam czuła się lubiana i bezpieczna bardziej niż w rodzinnym domu. Na plebanii nikt nawet na nią nie krzyczał, za przewinienia po których spodziewała się kary otrzymywała pocieszenie, a nawet ksiądz którego wszyscy się bali głaskał ją w takich chwilach po głowie życzliwie mówiąc że każdemu takie coś mogło się przytrafić. Tym bardziej starała się być dobrą i grzeczną dziewczynką. To była duża plebania, kuchnia połączona z dużą jadalnią, a pośrodku stał  duży okrągły stół, przy którym wszyscy wraz z proboszczem siadali do obiadu oraz kolacji. Wszystkim zarządzała Pani która była też nauczycielką w szkole, a ponoć przed wojną była hrabianką. Poza tym była przemiła pani kucharka, oraz moja mama sprzątaczka. Do księdza apartamentów zabronione było każdemu wejście, ten przywilej należał tylko do mojej Mamy, nawet Pani była hrabianka zarządzająca plebanią też miała zakaz wejścia.  Dzieci na religii mówili na gospodynię zarządzającą plebanią że jest księdza Panią. Ksiądz woził ją bryczką osobiście do szkoły odległej dwa kilometry w której uczyła, oraz do pobliskiego miasteczka na zakupy. Według Irenki była elegancka, piękna, oraz  wobec innych zawsze  miła i skromna, jedynie tylko przestrzegała nas dzieci prawidłowego siedzenia przy stole, nie wolno się było podpierać na stole rękoma, nie mlaskać, oraz prawidłowo posługiwać się nożem i widelcem, pamiętam, jak mówiła, nóż nie jest  od nakładania potraw na widelec, tylko od podtrzymania potrawy na widelcu. Wobec niej i jej braciszka nie  stosowano żadnych kar, tylko były nagrody w postaci pysznych deserów, a czasem od święta bywały czekoladki. Poza nią na plebani przebywał jej braciszek, oraz dwaj bratanki księdza w jej wieku. Do szkoły chodzili innej, bo do pobliskiej wioski, tam gdzie uczyła nauczycielka księdza Pani, jak mawiały dzieci. Irenka nie pamięta aby kiedykolwiek ominęły ją smakołyki, lub spotkała ją jakaś kara na plebani, czuła się bardziej bezpieczna niż w rodzinnym domu z ojcem, który za  wszystko groził jej pasem, bez względu na to czy zawiniła, czy tylko ktoś niesłusznie naskarżył.

Z pewnością siebie doszła do wniosku, że nie możliwe, aby przebywanie na plebanii miało wpływ na odejście jej w późniejszym okresie od kościoła. Jednak niebawem przekonała się, że jak bardzo się myliła.

W okresie, kiedy już od przedszkola, aż do ukończenia szkoły podstawowej przebywała całe dnie na plebanii, pewnego dnia będąc sama w domu z braciszkiem przytrafiło się wydarzenie, które zaważyło na całym jej dorosłym życiu.

Całe wydarzenie zaczęło się niewinnie, a było to tak:

Bramka do lepszego Świata

Poznaj bramkę do lepszego Świata

Może to ciebie nie dotyczy, ale co byś zrobiła, kiedy nagle dowiadujesz się, że zostało ci cztery tygodnie życia i jak to zwykle bywa w ogóle nie byłaś na to gotowa. Jesteś  w bardzo trudnej sytuacji, bo  właśnie twoja bliska osoba potrzebuje pilnie pomocy, a ty mając przy tym wszystkim   ogromny deficyt finansowy, otrzymujesz wyrok śmierci, ewentualnie z możliwością przedłużenia cierpienia o sześć miesięcy.

Co w takiej sytuacji robić?

Odpowiedź znajdziesz w  książce  „Przemiana” Od beznadziei do sukcesu. Dramatyczna  historia kończy się  z rewelacyjnym  sukcesem, tak ogromnym, że każdego może oszołomić, tym bardziej, że opisane są życiowe fakty. Ta książka może pomóc nie jednej osobie bo:

  1. Po przeczytaniu jej już nic nie będzie ci straszne

2.Dowiesz się, że w każdej sytuacji są ukryte uchylone wyjściowe  drzwi, wystarczy  tylko dobrze się rozejrzeć, aby je dostrzec i wejść  przez nie  do lepszego świata

3.Będziesz gotowa na trudności, a to oznacza, że możesz pozbyć się strachu w trudnych czasach pandemii jakich przyszło ci się zmierzyć.

Nazywam się Irena Czekaj i pokazuję na własnym przykładzie, jak  będąc w beznadziejnej sytuacji sobie poradziłam, lecz niestety, dopóki nie wiedziałam, że wyjście jest możliwe,   doświadczałam długo  ogromnego strachu i cierpienia.

Na podstawie swoich pamiętników książkę napisałam właśnie po to, abyś ty drogi czytelniku, lub ktoś ci znany w podobnej sytuacji prze taki strach przechodzić już nie musiał, przez co ja przejść  byłam zmuszona.

Nawet w czasach pandemii, które pogorszyło ci sytuację we wszystkich aspektach życia, to będziesz mógł  znaleźć wyjście, bo się dowiesz, że jest to możliwe.

Zobaczysz, że   kiedy zamykają  się jedne drzwi, to automatycznie uchylają się drugie, a jeśli ja prosta kobieta zdołałam wyrwać się ze szponów śmierci i biedy finansowej, to dla Ciebie  też wszystko stanie się  możliwe.

Zapraszam do lektury – „Przemiana”   Od beznadziei do sukcesu.

www.przemiana2020.pl

 

Moja pierwsza książka

 

 

Hurra!! Nareszcie otrzymałam swoje książki.

Książka „Przemiana” jest o tym, jak ukryty stres niewidoczny dla ludzkiego oka podstępnie wpędził mnie w „ kozi róg” bez żadnej szansy na wyjście.

Witam serdecznie, nazywam się Irena Czekaj, jestem autorką książki „Przemiana” oraz bloga „Supernowa rakowi wspak”

Dzięki Agnieszce Waga mojej kochanej córce wydostałam się z tej czarnej dziury, w której byłam ugrzęźnięta na amen. Odnalazłam sekretne wyjście, a wychodząc poznałam tajemnicę jak zostać twórcą swojego życia.

Cudowne doświadczenie wypraktykowałam na sobie, następnie na bliskich i znajomych i myśmy już poznali, że tworzenie swojego życia jest proste, jeśli się wie jak?

Aby tobie drogi czytelniku pokazać, że ty też możesz wieść radosne szczęśliwe życie według swoich marzeń, napisałam tą książkę wiernie na podstawie swoich pamiętników.

Nie wierzysz? To przekonaj się sam.

Zapraszam do lektury książki na stronie;

www.przemiana2020.pl

www.AgaWaga.pl

 

 

Zabójczy stres

dig

Zabójczy  stres

Lepiej  przed złem się chronić niż później z nim walczyć

Jak skutecznie się chronić?

Zło które ci spędza sen z oczu,  a  cichaczem wkradło się do Twojego życia jak najszybciej go przegoń, jeśli ci życie miłe.

Metod i różnych cudownych środków na szczęśliwe życie nie sposób zliczyć, wiele z nich próbowałeś i teraz sam przyznasz, że jakoś to nie idzie w parze  z lepszymi finansami, dobrymi relacjami z bliskimi i poprawą  zdrowia.

Tak się dzieje dlatego, że przyczyną wszystkiego jest stres, z którego zamiast się uwolnić, starasz się o nim zapomnieć swoim wypróbowanym sposobem i myślisz, że masz go z głowy. Nic bardziej mylnego, bo on zapomniany bez przeszkód rośnie w siłę.

Co w takiej sytuacji robić?

Od  stresu też nie jestem wolna,  kiedy mnie dopada, to moje lata praktyki z emocjami bardzo są mi przydatne i nie pozwalam aby stres zbyt długo mnie gnębił, tym bardziej obecnie w warunkach szerzącej się pandemii, bo każdy stres obniża odporność organizmu.

Są naukowcy, którzy udowodnili, że nie należy szukać cudownych metod  rozwiązania trudnych  problemów na zewnątrz, tylko w swoim umyśle.

Praktykując rozwój osobisty przekonałam się, że nawet w najgorszej sytuacji życiowej, należy zadawać sobie pytanie, co mogę zrobić, aby pozbyć się problemu, który mnie stresuje?

Odpowiedź przychodzi na różne sposoby, dlatego należy być czujnym i reagować na nadarzające się okazje.

I tak na przykład brakuje Ci pieniędzy, bo coraz mniej przychodów, a wydatków coraz więcej?

Oto cztery małe kroki do poprawy sytuacji:

1/.  Zrób listę rzeczy pilnych i takich, przez których możesz się obejść

2/. Zobacz co masz w domu, lub w garażu niepotrzebnego, lecz trzymasz, bo kiedyś może się przydać, a ktoś inny właśnie tego bardzo potrzebuje i chętnie by od Ciebie odkupił.

3/. Potrzebne rzeczy postaraj się kupować na wyprzedaży. Uwaga! – Absolutnie przestań kupować tylko dlatego, że są tanie. Przed każdym zakupem zastanów się, czy ta rzecz, którą masz zamiar kupić jest ci na pewno niezbędna.

4/. Mądrze inwestuj odłożone pieniądze. Na pewno głupotą jest inwestowanie w elektronikę, która z miesiąca na miesiąc staje się przeterminowana, podobnie rzecz dotyczy samochodów, oraz modnych ubrań z wysokiej półki.

Wielokrotnie się przekonałam, że zgodnie z żelaznym prawem przyciągania, to nad czym skupiamy uwagę, przyciągamy tego więcej. Pomna żelaznego prawa,  zmusiłam siebie do zmiany nawyków, aby dać sobie szansę na skupieniu uwagi na tym, co mnie rozwija, a nie na tym co mnie niszczy. W działaniu okazało się, że to nie  jest tak trudne jak  początkowo mi  się wydawało. Aby zapomnieć w obecnej sytuacji o potrzebie  wyjścia  do restauracji, kina czy teatru, teraz stosuję zamiennik, traktując go jako nowe wyzwanie.

Oto moje zamienniki:

1/ Zamiast spacerów, wykonuję więcej ćwiczeń

2/ Z córką angażujemy domowników do swobodnego tańca przy  wesołej muzyce

3/ Dużo medytuję

4/ Wytyczam sobie nowe cele  i  tworzę nowe plany w nowej rzeczywistości

5/ Stosuję wizualizację  nowych celów

6/ Codziennie uwalniam zablokowane emocje – w ten sposób podnoszę swoją odporność

7/ Czytam wartościowe książki

8/ Oglądam filmy motywujące do szukania radości życia  w trudnych warunkach

9/Odkrywam radość w przelewaniu swoich myśli na papier, chociaż nie jest to takie proste pisać tak, aby ktoś inny zrozumiał co chciałam powiedzieć.

10/ Dużo radości daje  nam wspólne rodzinne gotowanie

Ograniczenia z powodu pandemii potraktowałam jako szansę na robienie  wszystko to, na co wcześniej brakowało mi czasu.

Nigdy nie zapomnę, że kiedy umierałam, to najbardziej żałowałam  tego, czego nie zrobiłam, a mogłam zrobić.

Badania naukowe dowiodły, że zablokowane emocje blokują normalne funkcje komórek i w tych miejscach nasze ciało choruje. Podczas uwalniania emocji odzyskasz  energię, która była zamknięta  przez blokadę, i  po każdej terapii odczujesz   duży zastrzyk energii, poza tym odzyskana energia wzmocni Twój  układ odpornościowy.

Możesz o tym się przekonać,  a przy sposobności przeżyć wspaniałe uczucie. Zablokowane emocje kumulują się i jeśli ich nie uwolnisz, to zaczną rozsadzać cię od   środka, niszcząc zdrowe komórki.

U mnie problem polegał na tym, że kiedy byłam przestraszona i zalękniona życiem, które mnie otaczało, bałam się tak bardzo swoich uczuć, że za żadne skarby świata nie chciałam się im przyjrzeć, a co dopiero uwolnić.

Dopiero w determinacji, jak zaatakowała mnie śmiertelna choroba, nabrałam odwagi na przyjrzeniu się swoim emocjom. A przecież tak być nie musiało, mogłam wcześniej uwolnić niechciane emocje, aby zapobiec cierpieniu, a nie dopiero jak byłam na wykończeniu.

Możesz dowiedzieć się więcej na stronie:

Zapraszam serdecznie;

www.Sztukazarządzaniapodświadomością.pl

 

 

ŻYCZENIA ŚWIĄTECZNE

 

Nadchodzące Święta Bożego Narodzenia
niosą ze sobą wiele radości
oraz refleksji dotyczących
minionego okresu i planów
na nadchodzący Nowy Rok.

Aby wszyscy z Was znaleźli swoje
miejsce przy świątecznym stole,
by spełniły się Wasze najskrytsze
marzenia, aby każdy kolejny
dzień był jeszcze lepszy od poprzedniego,
bądźmy dla siebie bardziej
serdeczni, patrzmy na
to co dobre a nie na to
co nasz dzieli.
Wszystkiego najlepszego
na święta i Nowy Rok.

Irena

Życzenia Świąteczno-Noworoczne

 

Nadchodzące Święta Bożego Narodzenia
niosą ze sobą wiele radości
oraz refleksji dotyczących
minionego okresu i planów
na nadchodzący Nowy Rok.

Aby wszyscy z Was znaleźli swoje
miejsce przy świątecznym stole,
by spełniły się Wasze najskrytsze
marzenia, aby każdy kolejny
dzień był jeszcze lepszy od poprzedniego,
bądźmy dla siebie bardziej
serdeczni, patrzmy na
to co dobre a nie na to
co nasz dzieli.
Wszystkiego najlepszego
na święta i Nowy Rok.

Irena

Promocja książki przesunięta

Promocja książki odbędzie się dopiero w roku 2021

         Korona wirus pośrednio  wtargnął również  i do mojego życia. U wydawcy  mojej książki doszło do dramatu, bo Szefowa mojej Pani  Redaktor  walkę z korona wirusem przegrała. Przesyłam Pani Redaktor, oraz wszystkim współpracownikom wyrazy głębokiego współczucia.

Kiedyś czytałam, że wszystko, co jest wartościowe rodzi się w bólach, to tylko potwierdza, że  książka  „Przemiana” ma dużą wartość.

Związku z powyższym promocja książki możliwa będzie dopiero w roku 2021 i proszę wszystkich o wyrozumiałość.

Pozdrawiam serdecznie

Irena

Spełnione marzenie

 

Spełniam swoje  marzenie, dzięki mojej mapie nawigacyjnej na pokazanym zdjęciu,  napisałam swoją książkę i szukam odpowiedniego wydawcę.

W książce swoim szesnastoletnim doświadczeniem dzielę się co osiągnęłam na swojej drodze zdrowia i przemiany życiowej z intencją, że może zainspiruję kogoś do zawalczenia o swoje lepsze życie.

Moim celem jest pomagać chętnym  polepszyć  swoje życie na bardziej radosne i szczęśliwe. Wielu tego pragnie, tylko nie wiedzą, że jest to możliwe, a ja wiem, że to jest możliwe dla każdego i wiem jak tego dokonać bo tego doświadczyłam i u mnie nadal to się dzieje.

Podaję streszczenie książki z prośbą o Waszą drodzy czytelnicy bloga opinię, czy moja  książka może kogoś zainspirować?

Oto streszczenie mojej  książki:

Moja przygoda zaczęła się, jak umierając  przeniosłam się do swojego dzieciństwa, bo jeszcze nim odejdę z tego świata chciałam wybaczyć i prosić o  wybaczenie i wówczas zobaczyłam, że nie było co wybaczać. Z perspektywy dorosłej wydarzenie  obwiniające nie pokrywało się z prawdą. Po mentalnym sprostowaniu faktów od razu poczułam niesamowitość lekkość, co było motywacją do następnych podróży, a  skutki okazały się niewiarygodne i niesamowite nie tylko dla mnie.

Jeślibym ja miała tą książkę 16 lat temu, to mój proces zdrowia oraz naprawa życia byłyby skrócone wielokrotnie i zamiast  wieloletniego stresu doświadczałabym w tym czasie radosnego, szczęśliwego życia.

Swoją praktykę opisuję, jak naprawiając mentalnie swoje dzieciństwo, można stać się zdrowym, szczęśliwym  człowiekiem bez względu na życiową sytuację.

Pokazuje jak przebiega proces zdrowia poprzez zmianę siebie. Na drodze przemian  doznałam niezwykłych przeżyć, naprawiło się moje  życie i pozbyłam się dolegliwości z wszystkich  przewlekłych chorób, a według dokumentacji medycznej miałam ich 21.

Podsumowując fakty ze swojego życia wyszło na jaw, jak szkodliwe było moje pozytywne myślenie w kwestii  zdrowia. Pewnego dnia, jak  przeanalizowałam swoją całą dokumentację medyczną z ostatnich 20 lat przed diagnozą raka płuc, to przeraziłam się.

Co mnie tak przeraziło?

Przenosząc się mentalnie do  okresu wczesnego dzieciństwa dokonywałam niewiarygodnych odkryć, jak później się okazało były one zgodne z  badaniami wielu naukowców.

Co takiego niesamowitego odkryłam?

Tajemnice wyjaśniam  w  rozdziałach książki, zapraszam do lektury,  za dwa miesiące powinna już być wydrukowana i od razu na blogu  tą wiadomością się podzielę.

Irena

Kochamy choroby

 

 Każdy chce być zdrowy, szczęśliwy, jednak każdy podąża swoją utartą ścieżką cierpienia i chorób. A jeśli to samo dotyczy koronawirusa? Może warto zweryfikować co ciebie powstrzymuje przed ochroną koronawirusa?

Co jest tego powodem?

Jeśli mnie moje szesnastoletnie doświadczenie pozbywania się przewlekłych chorób czegoś nauczyło, to tego, że chorujemy bo;

– Kurczowo trzymamy się tego, to co jest znane mimo cierpienia, zamiast poznania czegoś nowego wspaniałego.

– Zabija nas łatwe dawanie wiary kłamstwu.

–  Wobec prawdy żądamy dowodów, a kłamstwa połykamy jak ciepłe bułeczki.

Napisałam o tym, jeszcze w nie wydanej książce – „Pokonaj swoje demony”, że zabija nas ludzka słabość,  a jest nią szybkie dawanie wiary kłamstwu bez zastrzeżeń, natomiast w kwestii  prawdy,  żądamy dowodów, bo się boimy prawdy.

W śród ludzi, na temat zdrowych osób funkcjonują stereotypy, nad których logiką nikt się nie zastanawia, bo w pewnym wieku prawie każdy choruje i szuka na nią usprawiedliwienia, aby nie było, że to z jego winy. Jeśli pojawi się jakiś wyjątkowy człowiek, który mając już swoje lata, nie wie co to choroba, to wzbudza u zainfekowanych chorobą podejrzliwość i zaraz dociekają, co z nim nie tak.

Nie interesuje prawie nikogo, co robi, jakie prowadzi życie, jakie ma nawyki, że choroby go omijają? Czasem ktoś zapyta, czy może ma  jakiś cudowny eliksir, a jeśli by skłamał, to wielu by w to uwierzyło, a jeśli nie ma eliksiru zdrowia,  to zaraz zakładają, że to musi być jakiś cwaniak, bo jeśli nie choruje, to nic go nie obchodzi, wykorzystuje innych, jest leniwy i nie zna prawdziwego życia.

Często się słyszy jak o zdrowych, mówi się z pogardą, ona to była rozpieszczana i nie musiała, jak inni ciężko pracować, od razu jest sugestia, że jest zdrowa dlatego, bo jest leniwa. Lub, że jest zdrowa, bo ma dobrego męża lub bogatych Rodziców, którzy za nią rozwiązują trudne problemy i co taka osoba może wiedzieć o życiu?

O zdrowych osobach mówi się z pogardą, bo powszechnie uważa się, że tacy przeżyli dużo lat, ale nie znają życia. Lubimy karmić się kłamstwem, że porządną lekcję życia daje tylko cierpienie i ból, tylko ktoś, kto ciężko choruje, lub doznał ciężkiego wypadku, z dużym uszczerbkiem na zdrowiu, jest godny szacunku i zaufania.

Natomiast kto ciężko pracuje, uczy się, jest zaradny, ale w ogóle nie chorował i nie choruje, nic złego jemu się nie przytrafiło, nie cierpiał z powodu wypadku, czy z innego powodu, to zamiast szacunku, to często rzuca się takiej osobie bez żadnej obiekcji przysłowiowe kłody pod nogi. Otoczenie się cieszy, jak taki ktoś nabije sobie guza, bo jak nie cierpi, to nie wiele jest wart, stereotypowo mówi się o takim, co on może wiedzieć o życiu?

Niestety kłamstwo jest słodkie, a prawda boli i nie chcemy wiedzieć, że ktoś dlatego jest zdrowy, bo wypracował swoje zdrowie ciężką pracą i dlatego, że każdą zdobytą wiedzę wdrażał w życie, a nie jak inni zdobywają wiedzę dla papierka, by się móc chwalić i budować swoje wydumane ‘ego’.

Prawda jest taka, że osoba, która ma wiele lat i jest zdrowa, to na pewno jest bardzo pracowita, rzetelna, uczciwa i zna prawdziwe życie, polegające na prawdzie, oraz przestrzeganiu zasad natury. Nie jest łatwo poznać praw natury, a jeszcze trudniej je przestrzegać, wymaga to dużego wysiłku, skupienia, nauki, mądrości i odwagi, aby żyć w prawdzie pośród zakłamanych osób.

Nikt nie będzie zdrowy, jeśli nie kocha ludzi i nie ma dla nich dużej empatii. Każdy z nas, który się rodzi, otrzymuje to samo powietrze, słońce, wiatr i obowiązują go, te same zasady i prawa natury.

Osoby chore również niejednokrotnie ciężko pracują, ale bez wysiłku umysłu, dlatego nie zdają sobie sprawy, że okłamują siebie, przez co mają wewnętrzny stres, który jest zabójcą życia. Nie jest groźny stres z powodu kłótliwego sąsiada, ale ten wywołany przez dwa sprzeczne z sobą przekonania. Na przykład mam przekonanie, że pieniądze są złe, doprowadzają do ludzkiej zawiści, złodziejstwa, a nawet morderstwa, a z drugiej strony mam przekonanie, że pieniądze dają bezpieczeństwo, chronią przed biedą finansową, dają bilet do lepszego życia, więc pragnę pieniędzy i nie chcę ich.

To na nic, że oddają innym swoje serce, jeśli przekładają dobro innych nad własne, to szybko się ich energia wyczerpuje, chorują i stają się ciężarem dla innych. Aby uzupełniać energię, należy kochać, szanować siebie i zawsze pamiętać, kto jest najważniejszy w życiu? Oczywiście – Ja!  Tak niestety działają prawa natury, czy chcemy o tym wiedzieć czy nie, te prawa tak funkcjonują. Ktoś kto siebie nienawidzi nie tylko, że nie jest zdolny, aby kochać innego, ale tak samo podświadomie nienawidzi innych ludzi.

Może narażę się na gniew wiele osób, ale tylko zdrowy jest zdolny prawdziwie kochać ludzi i naturę. To nie znaczy, że chorzy nie chcą kochać prawdziwie, większość zdecydowanie nawet bardzo chce, tylko ich czakra miłości jest wyczerpana.

Najlepiej o tym wiedzą osoby opiekujące się chorymi, jak chorzy potrafią być niewdzięczni i złośliwi.

Każdy bez wyjątku chce być dobry, tylko nie zawsze możemy, bo mamy takie, a nie inne przekonania i takie, a nie inne życiowe schematy.

Malutki Heniu już w kołysce zauważył, że jak chce przytulić się do Mamy, to krzyk nie zawsze skutkuje, ale jak zwymiotuje, lub zagorączkuje, to od razu nie tylko Mama, ale i cała rodzina go tuli i głaska. Jego podświadomość już zarejestrowała, jak być zauważonym. Później w szkole paluszek i główka też była wymówką jak nie chciało się odrabiać lekcji, lub czegoś nudnego uczyć. W dorosłym życiu, kiedy doszła duma, to już ona przejęła władzę nad Heniem i pilnowała, aby się nie przepracował, tylko chwalił się tym czego nie zrobił lub dodawał blasku błahostkom.

Ogromna duma, absolutnie nie pozwoli przyznawać się do słabości, błędów ani do czegoś co nie potrafi się zrobić. Ktoś taki owładnięty dumą, nikogo nie poprosi o pomoc, o rozwiązanie problemu, bo tym samym musiałby się przyznać do swoich słabości. Co innego jak by poważnie zachorował, lub   jeśliby złamał kręgosłup, czy przeszedł zawał, to słabości z automatu są usprawiedliwiane. Wówczas wszystkiemu jest winna choroba, a on bohatersko znosi konsekwencje i ma się czym chwalić, aby go podziwiano, jak dzielnie znosi ból, oraz utratę pracy, w której tak naprawdę już absolutnie sobie nie radził, ale o tym cicho, bo nikt nie może się dowiedzieć.

Henio bardzo chciał się leczyć, ale tylko u tych lekarzy i w taki sposób, aby się nie wyleczyć. Dlatego choroba dla niego była zbawieniem, bo przykryła wszystkie jego nieudolności, a on z czasem opowiadał jaki to nie był z niego niebywały fachowiec i dokonałby czegoś wyjątkowego tak wielkiego, że cały Świat by zadziwił. Gdyby nie choroba, on dzisiaj dokonywałby, niebywałych bohaterskich czynów, dlatego, tym bardziej cierpi przez chorobę. Prawda jest taka, że Henio bez swojej okropnej choroby nie potrafiłby już żyć, woli z fałszywą godnością umrzeć, niż ponownie być silnym i zdrowym i wszyscy by się dowiedzieli, że nie potrafi nic konkretnego zrobić, tylko robił wszystko na aby, jak te w wierszyku żaby, a takiego wstydu by nie przeżył, dla Henia choroba przyszła w sama porę i była wielkim zbawieniem.

Tak kochani, dla wielu choroba jest usprawiedliwieniem i zbawieniem dla ludzkich słabości. W firmie Franka fachowców zaczęły zastępować komputery, elektronika, a On na elektronice mało się znał. Miał w tym kierunku wykształcenie, ale ponieważ przestał się rozwijać, to po 20 latach okazało się, że jest daleko w tyle i już niewiele ogarnia, natomiast męskie „ego” nie pozwalało mu się do tego przyznać. Przy nadchodzącej redukcji pracowników, groziło mu zwolnienie. Aby jego dumne ego nie ucierpiało miał dwie możliwości, albo zachorować, lub podnieść swoje kompetencje, ale to wymagało wytężonego wysiłku umysłu i wiary, że poradzi sobie. Absolutnie w siebie nie wierzył, brakowało mu samodyscypliny, tak że zawładnęło nim lenistwo. W jego sytuacji wyjściem awaryjnym okazał się rak i dzięki temu otrzymał rentę. Czy Franek w tej sytuacji będzie robił wszystko, aby pokonać raka? No nie! Będzie, co prawda, usilnie mówił, jak bardzo chce być zdrowy, ale tak po cichu to boi się wyleczenia.

Czy związku z tym ściągnął na siebie śmiertelną chorobę? Świadomie na pewno nie, ale tak zarządziła jego podświadomość w trybie awaryjnym. Frankowi choroba  ukryła brak kompetencji i jego dumne ego nie doznało uszczerbku. On chciał się leczyć i żyć, ale absolutnie nie było w jego interesie, aby całkowicie się wyleczyć. Przecież straciłby rentę, a do żadnej pracy się nie nadawał, bo nic nie umiał, a fizycznie był słaby i leniwy, aby chcieć regenerować fizyczne siły. Wolał umrzeć, niż się przyznać, że przez arogancję i lenistwo, utracił swoje kompetencje i już nic w obecnym świecie nie potrafi robić.

Rodzina powiedziała, że stracił wolę życia, a tak naprawdę, to stracił tylko swoje kompetencje, bo się nie rozwijał. Miał wszystko, kochaną żonę, rodzinę, ale to praca nadawała jego życiu sens.

Czasem uczymy się przez całe życie, ale mamy inny cel, a inne zdobywamy kompetencje, na zasadzie chybił, trafił i najczęściej jest chybił, niż trafił, wówczas kręcimy się w kółko jak chomik w kołowrotku.

Aby nie zostać po latach przeterminowanym, należy pamiętać, że zdobyte kompetencje nie aktualizowane, po paru latach tracą na swojej wartości i mogą stać się nie aktualne.

Chcąc żyć pełnią życia musimy ciągle się rozwijać i uczyć się od osób którzy są kompetentni, zdrowi, radośni i szczęśliwi.

Irena

 

 

Pogrążeni w bólu

Jeśli nie jesteśmy gotowi, aby ulepszyć swoje życie, to otwieramy się na wkroczenie do naszego życia zła tego świata,  ze zwyczajnego lenistwa.

Tak kochani, czasem należy powiedzieć sobie prawdę, że aby budować idealną przyszłość, realizować marzenia, trzeba wyznaczać sobie cele, planować, obmyślać strategie działania, a co robić aby przyciągnąć zło?  Nic!

Ono samo przychodzi, czy tego chcemy, czy nie. Instrukcja, aby źle się działo jest łatwa, potocznie akceptowana i chętnie realizowana. Wystarczy nie robić nic.

Dlaczego tak się dzieje?

Kiedy naszym mózgiem zaczyna rządzić zło, to ono lubi, jak ulegamy podszeptom i kierunkuje myśli, tylko jak spędzić wygodnie i miło czas.

Osiem prawd, które przyciąga zło;

– absolutnie unikać większy wysiłek,

–  trudne sprawy odkładać na potem,

-jeść  i pić to co lubię, /na początku wszyscy alkoholicy piją bo lubią, a nie że muszą, tak samo mówią otyli/

-oglądać ciągle  ulubione seriale,

-oglądać horrory,

-słuchać i oglądać dramatyczne informacje,

-grillować  często ze znajomymi,

-palić papierosy i zapijać piwem lub alkoholem,

Lubimy czasem pół żartem, pół serio tłumaczyć sobie, że jeśli to co robimy jest niezdrowe, to na coś trzeba umrzeć, nie zastanawiają się nad jakością życia i co jest wartością i sensem życia.

Nie urodziliśmy się po to by z chipsami z piwem oglądać seriale TV.

Na cierpienia i bóle fizyczne pod ręką są tabletki, antybiotyk, a na ból psychiczny z pomocą przychodzą media, w których łatwo się sprzedają horrory i tragiczne informacje.

Dla chwilowej ulgi trujemy się i zaśmiecamy mózg, bez zatrzymania, po co?

Tak robimy, dopóki nie dopadnie nas choroba na przykład nieuleczalny  rak płuc, lub utrata pieniędzy. Dopóki jest fajnie, to nie chcę żadnych zmian- twierdzimy.

Prawda jest taka,  że zmiany i tak bardzo szybko zachodzą, tylko już nie tak jak byśmy chcieli. Wówczas   jak coś się złego wydarzy, to narzekamy, że taki mój zły los, że życie niesprawiedliwe, bo żyłem uczciwie, pracowałem i za co mnie to spotkało!

Może żyłeś uczciwie wobec innych, ale nie wobec siebie, każda choroba i każde cierpienie jest dowodem, że nie szanowaliśmy swojego zdrowia i nie chcieliśmy być świadomi, że popełnialiśmy karygodny błąd wobec  żelaznego prawa przyciągania – podobne przyciąga podobne.

Ajnsztajn udowodnił matematycznie, że wszystko jest energią E=mc², a to oznacza, że nasze myśli, uczucia również są energią i podlegają temu żelaznemu prawu przyciągania. Karmiąc umysł tragicznymi informacjami, oglądając horrory, przeżywając cierpienia bohaterów filmowych, skupiając nasze myśli nad tym co nas boli, przyciągamy wszystko  to do swojego życia!

Póki co, to się jeszcze pocieszamy, że każdy ból kiedyś przeminie, bo nic nie jest trwałe i wszystko się zmienia. Zapominamy, że tak samo przemijają miłe chwile, nasza wygoda i chwilowe przyjemności. O których w bólu i cierpieniu się nawet nie pamięta, bo wówczas już nie są istotne. Tak już jest, że wspomina się miłe chwile, ale bardziej zapada w pamięć czas niedostatku i choroby, rozpamiętujemy raz za razem zło i urazy, które nas dotknęły.

Co zrobić, aby nasze życie było radosne, przyjemne i piękne?

Wystarczy mieć marzenia, skupiać się na nich, wyznaczyć cel, zaplanować i zacząć realizować, bez odkładania na później, bo potem może już nie być.

Co zrobić jak:

– W głowie gromadzą się myśli niechciane?

– Jak poskładać myśli rozbiegane?

– Jak  opanować złe emocje, a zatrzymać tylko dobre?

Wystarczy zabrać się za swój rozwój osobisty, by zapanować nad swoimi emocjami i myślami. Nie wiesz jak?

Odpowiedź jest prosta, kluczem są nasze emocje dzięki którym możemy kierować swoją podświadomością i ukierunkować ją na tworzenie naszego życia jak chcemy, według wyobrażeń, czy marzeń.

Specjalnie dla Was, Agnieszka Waga niedawno wydała swoją książkę, którą napisało życie – Sztuka zarządzania podświadomością – Emocje.

Zawarte w niej jest  szesnastoletnie doświadczenie z praktykowania rozwoju osobistego z rewelacyjnymi skutkami.

Dzięki metodom zawartym w tej książce Agnieszka dokonała u mnie i setek innych osób, wiele cudów dotyczących zdrowia i życia. Pokonałyśmy u mnie nieuleczalnego raka płuc, alergię, astmę, dyskopatię, cofnęły się zaniki pamięci i polepszyłam całe życie.

Znajomi, rodzina, oraz setki innych osób zachęceni naszymi efektami prosili o pomoc w różnych życiowych sytuacjach, okazało się, że metody zastosowane zadziałały na innych tak samo rewelacyjnie.

Nie mogło być inaczej, bo na drodze ewolucji wszystko się zmieniało, tylko emocje od zarania dziejów pozostały takie same niezmienne. Wszyscy jesteśmy zbudowani w różnych %  z wielu składników, tylko  z emocji  100%.

Emocje u każdej osoby są  takie same, tylko  pod ich wpływem zachowujemy się różnie w zależności jak mamy ich opanowane. Naukowo stwierdzono, że nikt nie odniesie sukcesu, jeśli nie potrafi panować nad emocjami!

Mówiąc prosto ta książka to poradnik,  opisujący krok po kroku jak radzić sobie z niechcianymi myślami, emocjami, a tym samym z problemami.

Na taką książkę  długo czekałam i obecnie ciągle z niej korzystam, na zasadzie, że lepiej zapobiegać chorobie, niż później ją leczyć, dotyczy to samo życiowych problemów. Kiedyś, jak ja zaczynałam swój rozwój osobisty 16 lat temu, to czerpałam potrzebną wiedzę z różnych źródeł i książek, a teraz dzięki tej książce jest to duże dla mnie ułatwienie.

Wiem, że kiedyś  sama bym sobie nie poradziła ze swoimi wewnętrznymi podszeptami – po co ci to! Jesteś śmiertelnie chora! Masz już swoje lata więc resztę dni które Ci zostały spędź w sposób miły i godnie umieraj, a nie jako nawiedzona!

Bez Agnieszki, jako mojego nauczyciela,  mentora nie dała bym sobie rady. Początkowo RO praktykowałam w determinacji, pod ścisłą jej opieką. Po pewnym okresie dodatkowo motywowały mnie zauważalne cudowne efekty. Były tym bardziej dla mnie widoczne, bo prowadziłam każdego dnia ze swojego życia pamiętnik. Dzięki temu łatwiej zauważałam, jak zmieniają się moje myśli, moje przekonania i życie. Podszepty złego, że to i tak by się tak zadziało, niepotrzebny ci był taki trud i wysiłek, puszczam mimo uszu, bo zaraz sobie przypominam, że chorzy na raka co tak mówili nie żyją, a inni wiodą życie w bólu i cierpieniu.

Kiedy odzyskałam zdrowie, diagnoza i tragiczne rokowania lekarzy zostały tylko mglistym wspomnieniem. Jestem dowodem niezaprzeczalnym że dostałam drugie życie, do tego lepsze. Związku z tym miałam  wewnętrzną potrzebę pomóc innym, którzy nawet nie wiedzą, że można być twórcą swojego życia!

Jedyne co mogłam zrobić, to ludziom dawać nadzieję, aby nawet w trudnych sytuacjach się nie poddawali. Dla niesienia nadziei założyłam ten blog i on swoja rolę spełnił.

Terapia emocjonalna i praca nad podświadomością pod okiem Terapeutki Agnieszki pozwoli wyzwolić w sobie moc do pokonania problemów i uzyskać  lepsze życie.

Bardzo dziękuję Ci kochana Agniesiu- za to, że dzięki tobie zyskałam nie tylko drugie życie, ale do tego lepsze.

Czego wszystkim serdecznie życzę i książkę Agnieszki Waga serdecznie polecam, można ją kupić pod poniższym adresem;

Sklep on-line:

https://www.sztukazarzadzaniapodswiadomoscia.pl

https://www.AgaWaga.pl

 

 

Biegusiem za Darusiem

To miłe, że seniorzy chcą poznawać piękno naszego świata, chętnie uczestniczą w różnych wycieczkach mimo swoich lat i niejednokrotnie zaawansowanych wiele chorób. Udowadniają sobie, że jeszcze potrafią i dają radę znieść wiele niewygodnych przejść, aby dotrzeć do  wytyczonego przez organizatorów atrakcyjnego celu.

Seniorzy pragną zwiedzić jak najwięcej w krótkim danym im czasie, bo obawiają się, że następny raz może już nigdy nie nastąpić. Co mają robić?  Trochę z obawami, ale na wszystko wyrażają zgodę, bo nie widzą innej alternatywy, albo akceptują warunki, albo nie pojadą nigdzie i wcale.

Aby na rynku być atrakcyjnym, organizatorzy starają się w swoich projektach wycieczkowych sprostać wymaganiom i oferują tak dużą ilość atrakcyjnych miejsc do zwiedzania, że doby by zabrakło aby to wszystko w normalnym rytmie stosownym do wieku była możliwość tego zrealizowania. Więc ambitny  przewodnik młody wysportowany gna przed siebie, a za nim zdyscyplinowani  seniorzy którzy też mają ambicję, że jeszcze dają radę mimo zaawansowanego wieku. Wszyscy są zadowoleni i wszyscy się cieszą, dopóki nie odzywa się zbuntowany nadwyrężony organizm. Wówczas wielu zaczyna narzekać i przelewają projekcję na przewodnika lub innych.

Wielu seniorów wyuczonym nawykiem pod wpływem wcześniejszych życiowych przeżyć, chcą na wycieczkach  w bardzo krótkim czasie zwiedzić jak najwięcej, w efekcie czego przemieniają się w antylopy i gnają przed siebie na oślep niby w dobrym kierunku, bo za przewodnikiem, ale nie wiedzą, że niebawem może pożreć ich tygrys……/uaktywnić się śmiertelna choroba/

Prawa natury są bezwzględne i nie ma co się łudzić, nie zdajemy sobie sprawę, że tak naprawdę to łamiąc prawa  łamiemy siebie i pogarszamy swoje życie. Możemy odczuwać tylko jedną dużą emocję, jeśli przeważa zmęczenie, to nie jesteśmy wstanie odczuwać otaczającego piękna. Biorąc pod uwagę żelazne zasady natury,  według których  podobne przyciąga podobne – to oczywiste, że im więcej zmęczenia to przyciągamy okoliczności dające więcej zmęczenia i odwrotnie, jeśli podziwiamy piękno dające czystą radość i przyjemność,  to przyciągamy do swojego życia więcej radości i przyjemności.

 

Na wycieczce na Sardynii było inaczej, bo był wybór i  dlatego  była bardzo udana. Kto chciał mógł się zmienić w antylopę, a kto chciał mógł odkrywać piękno życia na swój sposób.

Ja dawniej za młodu, też starałam się w coraz krótszym czasie robić coraz więcej i więcej aż pewnego dnia na mojej drodze rak płuc postawił znak STOP! Wówczas u mnie przed laty nastąpił całkowity zwrot w sposobie myślenia, przy pomocy przestudiowanych dziesiątek, a nawet setek odpowiednich książek  o tematyce lepszego życia, zaczęłam swoje życie małymi kroczkami ulepszać.

Już niczego nie muszę udowadniać, ani sobie, ani innym, ja po prostu wiem, że jestem szybka i dałabym radę, ale nie chcę by mój umysł został pożarty przez chorobę Alzheimera lub ciało przez jakiegoś potwora jak rak, dlatego staram się nie uczestniczyć w żadnym wyścigu szczurów, ani  przemieniać w antylopę. Pamiętam, że życie mam tylko jedno i że łatwo je zniszczyć, a tak trudno ulepszyć.

Wyruszyłam w podróż na Sardynię z grupą przyjaciół, celem odkrycia piękno życia i cel został zrealizowany w 100%.

Czułam się bezpiecznie, bo wycieczka była zorganizowana przez Uniwersytet Trzeciego Wieku, nie mniej było to dla wszystkich seniorów wyzwanie, bo nasza podróż, to  30 godzin jazdy w autokarze i 12 godzin płynięcia promem z Włoch na Sardynię. 20 lat temu ze względu na sfatygowany kręgosłup w życiu bym się nie odważyła na tak długą podróż. Obecnie ze zdziwieniem stwierdziłam, że daję radę, chociaż trochę się denerwowałam, czy zbytnio organizmu nie przeforsuję,  zresztą tak jak wszyscy uczestnicy wycieczki. Wszystkie obawy minęły jak tylko weszłam  do autokaru i poznałam wiele miłych osób.

Tak naprawdę, to mimo niewygody podróżowania kręgosłup odpoczywał, bo bagaż problemów  dnia codziennego zostały w tyle  i bolączki w moim bagażu życia przestały na ten moment istnieć,  stąd moje poczucie ulgi.

 

Po usadowieniu się w autokarze i przywitaniu z  uczestnikami  wycieczki, od pierwszych godzin  podróży z przyjemnością oddałam się całkowicie  podziwianiu  piękna naszego świata już z okna autokaru. W miłym gronie przyjaciół było wesoło, łączył nas jeden cel – poznać Sardynię, czy naprawdę jest taka wyjątkowa jak piszą i mówią? Jak jest naprawdę, niedługo każdy z nas przekonał się osobiście.

Proszę mi nie zazdrościć, bo taka wycieczka jest  możliwa prawie dla każdego, wystarczy tylko chcieć. Dla mnie nie jest przeszkodą niska emeryturka, bo rok wcześniej co miesiąc odkładałam sobie 200 zł kosztem  słodyczy i rezygnacji kupna nowej bluzeczki, ale za to po roku miałam za co pojechać na wymarzoną podróż.

Każdą  wymarzoną wycieczką  resetuje się mój organizm i w konsekwencji mniej wydaję na recepturowe leki. Aby tak się stało, należy doświadczyć wiele miłych doznań i radości, niestety samemu trzeba dokonywać wyboru, między  zobaczeniem dużej ilości  nowych ciekawych miejsc w pobliżu zakwaterowania, a dalekimi odległościami skutkującymi  dużym zmęczeniem.

Podczas wycieczki w miarę możliwości  dbam o umiar, po to aby więcej doświadczać  radości, nie mogę  forsować organizmu dużym zmęczeniem, bo chcę aby zgodnie z  prawem przyciągania do swojego życia przyciągnęła  się  radość, zamiast zmęczenia i bólu.

Związku z powyższym, na każdej wycieczce będąc już w miejscu docelowym,  jeśli czuję się zmęczona, to rezygnuję z niektórych  objazdowych poznawczych wycieczek, tylko wypoczywam i poznaję bliskie miejsca w pobliżu  zakwaterowania, które zawsze  okazują się również  piękne i bardzo ciekawe. Będąc wypoczęta  odbieram poznane piękno każdą komórką swojego ciała i cała kipię radością życia i to są te chwile, kiedy by się chciało zatrzymać czas.

Czego wszystkim z całego serca życzę samych pięknych udanych wycieczek.

Irena

 

 

Nie musisz cierpieć

Fragment książki Agnieszki Waga

www.SztukaZarzadzaniaPodświadomoscią.pl 

 

   

 

Jak to, ja mam raka? Dlaczego? To niemożliwe! Dlaczego ja? – to pierwsze pytania, jakie rodzą się w głowie większości ludzi, którzy usłyszeli diagnozę. Ta choroba to wielki napis STOP, to krzyk naszego organizmu, byśmy go wysłuchali.

 Drogi są dwie. Jedna prowadzi z górki i na jej końcu jest śmierć – to łatwa droga, nic nie musisz robić, wózek już jest rozpędzony, inni cię pokierują, wybiorą za ciebie. Dokładnie jak do tej pory, nic się nie zmieniło, tylko teraz z powodu choroby już nie musisz czuć się winny, że czegoś nie dopełniłeś, że nie zarabiasz więcej, że działka leży odłogiem, że nie zajmujesz się po pracy z dziećmi itp. Druga ścieżka jest inna, a na jej końcu jest życie – ta wiedzie pod górę, musisz wyskoczyć z wózka i zacząć się wspinać, nie możesz już słuchać innych, musisz zacząć słuchać tylko siebie, tego, co twoja podświadomość chce ci powiedzieć. Jest to droga nie dość, że pod górę, to do tego wyboista, ale za to na szczycie czeka na ciebie piękny widok i gdy spojrzysz w dół, już zawsze będziesz miał inną perspektywę……………więcej w książce –www.SztukaZarzadzaniaPodświadomoscią.pl 

               Książka opisuje emocje i życiowe schematy  wzięte z faktycznych przeżyć różnych osób będących w trudnych życiowych sytuacjach. Dowiadujemy się jak często niepotrzebnie cierpimy tylko dlatego, że błędnie coś interpretujemy.

Chorzy na raka to zacni ludzie, którzy dobro innych przekładają nad własne, przez to bardzo łatwo przyjmują czyjeś winy na siebie, jednocześnie boją się, aby czasem ze swojej winy nie popełnić jakiegoś błędu. Autorka książki podaje przykład, że chorzy tak bardzo za wszystko obwiniają siebie, aż uwierzyli, że myślą i robią wszystko źle, dlatego boją się samodzielnie poruszać. Swojej postawy bardzo się wstydzą, a duma nie pozwala, aby do tego przyznać się przed samym sobą. 

Skąd o tym wszystkim wiem, bo byłam jedną z tych osób i w rozmowach między sobą byłyśmy bardziej szczere niż wobec bliskich.

Zadano mi pytanie, jak to się stało, że poszłam inną drogą niż wszyscy znane mi chore osoby?

Nie ufałam nikomu, a najbardziej sobie, a mimo tego poszłam nieznaną drogą na swoją odpowiedzialność.   Wybrać właściwą drogę do zdrowia pomogły mi proste ćwiczenia zadane przez autorkę książki Aga Waga. Można powiedzieć, że wymusiła na mnie pod rygorem, że mnie pozostawi samej sobie, jeśli nie wykonam na piśmie pewnych ćwiczeń, między innymi za co lubię siebie, co jest we mnie dobrego, co dobrego wniósł rak w moje życie. W pamiętnikach swoich wyczytałam, że byłam zła na Agę, że tych ćwiczeń nie chciała wykonać za mnie, bo ona by to zrobiła w ciągu paru minut, a mnie to zajęło parę dni, takie to dla mnie było trudne. Kiedy już napisałam parę zdań w pocie czoła, to ona ciągle mi mówiła, że za mało, że mam za co dziękować Bogu, tylko muszę lepiej przyjrzeć się sobie.

Niebawem przekonałam się jak bardzo mnie te ćwiczenia były potrzebne. Dzięki nim zobaczyłam siebie w innym świetle, przejrzałam na oczy i odkryłam, że może nie jestem taka zła jak myślałam wcześniej. Najbardziej zaskoczyło mnie, że wiele win cudzych przyjmowałam jako swoje. Zrozumiałam, że tak naprawdę to nie znam siebie i niepotrzebnie bałam się poznanie prawdy. Im więcej odkrywałam prawdziwych faktów ze swojego życia, tym bardziej zaczynałam siebie lubić.

Agnieszka podczas terapii udowodniła, że tak naprawdę rak powstał z tego, w czym oszukiwałam siebie, dlatego taki nacisk kładła, na proste, ale niezbędne ćwiczenia, bo ona wiedziała, że to zapoczątkuje okres mojego zdrowienia i wszystko się potwierdziło w praktyce.

Z czasem odkrywanie prawdy o sobie stało się dla mnie fascynującą przygodą, a książka Agnieszki Waga – Sztuka zarządzania podświadomością jest moją wspaniałą mapą nawigacyjną na drodze do lepszego życia.

Książkę z czystym sercem każdemu polecam kto chce u siebie zamknąć bramę, przez którą wciska się wszelakie zło tego świata.

Najlepszym okresem na zabicie „potwora” jest czas, gdy jest on jeszcze mały – Autor A.Robbins.

Nie czekaj aż cierpienie urośnie do niebotycznych rozmiarów jak u mnie rak płuc, od razu wyrzuć zło które się zakradło i zamknij bramę, przez które wlazło, a książka Agnieszki Waga krok po kroku mówi, jak tego dokonać, skoro ja tego dokonałam, to każdy potrafi.

Pozdrawiam

Irena

 

Po nowe życie

 

 

Kto wie dlaczego bardziej kochamy negatywne emocje niż pozytywne?

Wiele osób jest chętnych do pomagania i pocieszania w cierpieniu, ale niewielu do dzielenia radości z osiągniętych sukcesów. To jak to jest? Czy naprawdę przyjaciół poznaje się w biedzie?

Dlaczego jakaś osoba nie potrafi cieszyć się radością przyjaciela, ale chętnie pomaga i zawsze pociesza w cierpieniu?

Czy znacie takie osoby w swoim otoczeniu?

Czternaście lat temu miałam wybór albo wstąpić na nową ścieżkę życia, albo z godnością umrzeć. Automatycznie przyszło mi na myśl pytanie – dlaczego nie zmieniłam swojego życia wcześniej?

Odpowiedź przyszła i to prosta jak budowa cepa, to moje przywiązanie do smutku, bólu, cierpienia, trzymały mnie mocno niczym w zamkniętym więzieniu bez wyjścia. Mało tego, to nawet byłam ze swojego życia zadowolona. Teraz kiedy otworzyłam sobie bramę do wolnych emocji i systematycznie uwalniam się od uwięzionych uczuć, zobaczyłam, że silnie związana byłam z grupa osób o podobnych emocjach, aby nie powiedzieć, że bardziej niż do swoich toksycznych uczuć. Związku z tym, nie byłam samotna, miałam z kim dzielić smutki, ale gorzej było z radością.

Niestety do dzielenia radości z osiągniętych sukcesów jest niewielu, podobnie jak chętnych do pracy nad zarządzaniem swoimi emocjami i swoim życiem. Kiedy zapraszam do wolności emocjonalnej, to większość odpowiada, że sobie radzą i zaraz opowiadają, jak dzielnie znoszą swój ból i cierpienie. Są ferm etycznie zamknięci na najmniejszą zmianę na lepsze. Ja też taka byłam, u mnie nastąpiło przebudzenie dopiero w determinacji, jak zachorowałam na nieuleczalnego raka, przecież tak być nie musiało, dlatego opowiadam swoją historię, aby ktoś mógł sobie zaoszczędzić traumatycznych przeżyć, przez które ja przechodziłam.

W świecie wolnym od wielu toksycznych uczuć jest nas tak bardzo mało. Jestem aktywna, wychodzę do ludzi, mam męża, dzieci, mimo tego czasem czuję się źle jak wokół mnie jest tyle bólu i cierpienia.

Kiedyś myślałam, że przyjaciół poznaje się w biedzie, moje życie zweryfikowało, że to nieprawda, bo o wiele trudniej podzielić się radością. Kiedy było mi źle, miałam wielu przyjaciół z którymi mogłam porozmawiać i było komu mnie pocieszyć.

Obecnie jak cieszę się z sukcesu pokonania problemu, to nie zawsze mam tą radość z kim dzielić.

Byłoby super, gdyby można było ukryć problemy tak, aby znikały z naszego życia, ale tak nie jest. Ukryte nadal rosną w siłę już bez żadnych przeszkód, dopóki nie ujrzą „światła dziennego”.

W takich chwilach przypominam sobie, co ja dawniej robiłam, jak nie radziłam sobie z problemami i smutkiem? Po prostu starałam się o nich nie myśleć tak długo, aż los zadecydował za mnie, najczęściej nie po mojej myśli. Z bólem fizycznym nie trzeba było sobie radzić, wystarczyło być obowiązkowym w przyjmowaniu leków i dzielnie cierpienie znosić i jeszcze bliscy   podziwiali jak dzielnie znoszę ból.

Obecnie nie przyjmuję żadnych leków, a ból wykorzystuję do rozwiązywania smutków i problemów i moim marzeniem jest, aby wszyscy byli szczęśliwi, wolni od bólu i cierpienia. Niestety, mogę pomóc tylko tym, którzy sami chcą dokonać w sobie zmian.

Nikt nie lubi świadomie cierpieć, te blokady są w naszej podświadomości i trzymają nas schematy życiowe, które przyjęliśmy, najczęściej we wczesnym dzieciństwie.

Po swojej odmianie inaczej do swojego bólu podchodzę.  Inni zadają pytanie, dlaczego? Lub są pogodzeni z bezsilnością, ja zadaję pytanie, jaką informację ten ból chce mi przekazać?

Kiedy ponownie widzę zdarzenie, to prawie zawsze okazuje się, że prawda tego zdarzenia jest inna niż ja kiedyś to sobie zaprogramowałam.

Tak np. było, jak wpadłam do kotła gotujących się obierków. Ojciec jak mnie wyciągnął, to byłam pewna przez 50 lat, że najpierw mnie zbił uderzając ręką w poparzone miejsca, denerwował się na mnie, położył nerwowo na łóżko i dopiero pobiegł zadzwonić po pogotowie.  Po wejściu do podświadomości z poczuciem winy, ponownie zobaczyłam to samo zdarzenie w innym świetle. Prawda okazała się inna, Ojciec otrzepywał ze mnie ręką gorące   obierki, przyklejone do mojej sukienki i ciała, a ja mylnie odebrałam jako dawanie mi klapsów.  Denerwował się tym, że ja cierpię, a On jest bezsilny, ale nie na mnie, jak do tej pory myślałam.

W okowach uczuciowej niewoli, już bym nie mogła przebywać, bo to nie byłam ja, dopiero tutaj na wolności mogę być sobą.

Na szczęście wiele osób już taką samą wolnością się cieszy, tylko po większej części są to osoby młode, a moje pokolenie na zmiany jest bardzo odporne.

Mało jest nas przeżywających trzecią młodość o pomysłach na siebie, jak się ma 60+ z watem. Trudno jest przełamać stereotyp, że pozostało nam już tylko zajmować się wnukami i chodzić do kościoła. Co wcale nie znaczy, że mam coś przeciwko, mam na uwadze tylko to, że myśmy już swoje zrobili, wypracowali i mamy prawo w końcu pomyśleć o sobie i coraz częściej mówić nie, by żyć z myślą o sobie.

Wierzę, że niebawem coraz więcej osób po 60+ zacznie się wyzwalać z uwięzionych uczuć podobnie jak tysiące młodych.

Młodzi mają inne priorytety i inne pomysły na swoje życie i zupełnie inaczej korzystają ze swojej wolności, po wyjściu z krainy ofiar. Cieszy mnie to, że co raz więcej młodych uwalnia swoje uwięzione emocje, biorą swoje życie na swoją odpowiedzialność, by żyć tak jak sami chcą, a nie tak, aby komuś to się podobało.

Będąc wolna z uwięzionych wielu emocji, czuję się tak, jak bym żyła w innym ogromnym świecie, rozglądam się po nim, który wydaje mi się większy, jak by normalnie się poszerzył, może dlatego, że dałam sobie więcej wyborów?

Tylko smuci mnie to, że tych z trzecią młodością w moim świecie jest tak ciągle niewielu.

Wiele osób zbliżonych wiekiem do mnie myśli jeszcze stereotypowo, co ktoś od życia może jeszcze   chcieć więcej jak swoje już przeżył i ma   60 + wat i jest po ciężkiej chorobie?

Co wy o tym myślicie?

Mimo ukończonych 70 lat ja idę nową wybraną ścieżką dla mnie nieznanym świecie, ale z wiarą, że życie pięknem jak zawsze, nieraz mnie zaskoczy, czego z całego serca tego wszystkim życzę.

Irena

 

Bez wsparcia lekarzy – kartka z pamiętnika

Wspaniała Pani Doktor zachowała się w moich oczach dziwnie. Ona po prostu nie wiedziała, jak zinterpretować poprawę wyników już bez przyjmowania leków recepturowych, a z pozostawionym rakiem. Nie miałam szansy jej wytłumaczyć, że wszystko jest w naszej głowie.

 

 

Ja 13 miesięcy po diagnozie raka płuc, już z nadzieją, że walkę wygram, chociaż lekarze postawili na mnie krzyżyk.

Oglądam swoje skierowanie na tomografię komputerową płuc.  Próbuję w nim doszukać się czegoś, co pozwoli wyciągnąć mi wniosek w temacie mojego zdrowia.  Od Pani doktor żadnych informacji nie udało mi się zdobyć.

Moje zdrowie wobec mnie lekarze owiewają tajemnicą, nie mogę pojąć, dlaczego?  Niestety na skierowaniu nic nie ma na co choruję, to nie wypis ze szpitala, na którym coś o stanie zdrowia muszą napisać.

Całą wizytę lekarską, jeszcze dzisiaj nie mogę ogarnąć, więc analizuję cały przebieg krok po kroku.

Przed gabinetem lekarskim, cierpliwie czekając na swoją kolejkę ściskając w rękach RTG płuc i ambulatoryjne badania krwi, czyniłam postanowienia, że swoimi pytaniami zmuszę Panią doktor do szczerego wyjaśnienia mojego stanu zdrowia.

Po wejściu do gabinetu, Pani doktor spojrzała na wyniki, oględnie przebadała mnie i nic nie mówiąc ciągle coś pisała. Na wspomnienie, jeszcze teraz czuję się nieswojo, jak w mojej obecności rozmawiała przez telefon o dość prywatnych swoich sprawach.

Słysząc, co mówi czułam się gorzej niż nieswojo. Mimo tego chcąc wykorzystać czas, kiedy coś pisała, starałam się zadawać jej pytania dotyczące zdrowia w taki sposób, by lekarka musiała odpowiedzieć. Niestety ten słowny pojedynek z lekarzem przegrałam. Dowiedziałam się o problemach lekarzy, ale nic na temat swojego zdrowia.

Teraz chyba już naprawdę umieram, dlatego na badaniach kontrolnych żadnych informacji nie mogę od lekarzy wydobyć. Zachowanie Pani doktor dobitnie świadczy o tym, że coś złego dzieje się w moich płucach. Wiadomo, dobre informacje przekazała by mnie chętnie i z jakąś „dumą” bo mnie prowadzi.

Z tego wszystkiego wychodząc nie zapytałam się, kiedy mam zgłosić się na następne badanie. Zastanawia mnie, jak niektórym pacjentom udaje się nawiązać kontakt z lekarzem?

Milcząco wręczono mi skierowanie na TK nie informując, gdzie z wynikiem po badaniu TK mam się zgłosić, skoro do końca roku limit przyjęć wyczerpany.

Przed wyjściem z przechodni poszłam do rejestracji, aby dowiedzieć się, gdzie mam z wynikiem TK iść na konsultację, jeśli do końca roku nie mam szans tutaj się zarejestrować. Odpowiedziano mi, że konsultacja lekarska to moja sprawa, ale wynik muszę do nich przynieść, jeśli nie chcę być obciążona kosztami.

Wniosek jest prosty, lekarze w moje wyleczenia absolutnie nie wierzą, i nic nie mówią, bo uważają, że lepiej dla mnie, abym prawdy nie znała.

Patrzę na skierowanie i zastanawiam się, czy w ogóle iść na te badania TK. W ogóle mam dość lekarzy i wszystkich badań. Jednak chyba pójdę na to chole…..TK, bo coś przypominam sobie, że po badaniach TK dają opis. Jednak mimo wszystko wolę wiedzieć, jaki jest stan moich zniszczonych płuc. Tylko w ten sposób dowiem się ile zostało mi życia, pod warunkiem, że zdążę przed śmiercią te badania zrobić.

Tak mnie traktują, jak by chcieli powiedzieć, po co do nas przychodzisz, przecież i tak umierasz i zajmujesz nam niepotrzebnie czas. Dlaczego tego nie powiedzą mi wprost, że niepotrzebnie lekarzom zajmuję cenny czas. Właściwie to mi już powiedziano, że w moim leczeniu wszystkie możliwe środki wyczerpano.

 Czyżby dlatego są źli na mnie, że nie chcę zaakceptować faktu, że umieram i lekarze są bezsilni? 

Służba medyczna z kolei nie chce zaakceptować faktu, że jak oni wyczerpali wszystkie swoje możliwości, to nie znaczy, że na świecie nie ma innych skutecznych metod leczenia. Przecież nie mogę im powiedzieć, jakimi metodami jeszcze się leczę, bo zabili by mnie śmiechem. Nie wiedzą, że badania są mi potrzebne do dalszego leczenia metodą niekonwencjonalną. Myślą, że upieram się do przeprowadzenia badań, bo mam do tego prawo i zabieram kolejkę tym, którym bardziej jest to potrzebne.

Zastanawiam się, czy mam moralne prawo robić badania w beznadziejnej sytuacji? Chorych coraz więcej, a możliwości do przeprowadzenia badań coraz mniej, nie mówiąc już o środkach leczniczych. Kiedyś lekarz bardzo mnie skrytykował, a wręcz nakrzyczał, jak opis badania TK głowy okazał się pozytywny. Ja drżałam ze strachu, czy rak nie opanowuje moją głowę, jak wskazywały na to okropne bóle, a lekarz przeciwnie, by się ucieszył.

Już nie boję się śmierci i trochę pożyłam, ale żal mi zostawić obecnego życia. Wszyscy zwątpili, ale ja mimo tego nadal walczę. Nie wiem, dlaczego dopiero teraz, ale zauważyłam, że tak naprawdę moje życie nie jest takie złe, jest całkiem fajne. Mam kochane dzieci, Mamę, męża, fajną siostrę i brata, z którym lubię pogadać na różne tematy.

Czuję okropne zmęczenie, przecieram oczy i na mojej półce widzę książkę Pana Durczoka. Książkę już czytałam szukając nadziei, ale po jej przeczytaniu wpadłam w beznadzieję. Automatycznie nasuwają mi się fakty, że zgodnie z prawem przyciągania, jak jestem w beznadziei to gdzie spojrzę, ściągam beznadzieję.

Z książki wynika, że Pan Redaktor Durczok nie miał takich problemów jak ja. Był wyjątkowym pacjentem i w szpitalu Pan profesor do niego zupełnie inaczej podchodził do leczenia raka. Dla mnie i wielu znanych mi chorych jest to nierealna bajka. Pan profesor mówił mu, że z raka można całkowicie się wyleczyć i komórki rakowe można z organizmu całkowicie wyeliminować. Każdego dnia bez jego pytań wiele mu wyjaśniał, tłumaczył na czym polega leczenie i jakie są tego skutki uboczne. Ciekawe, czy do innych pacjentów też tak samo podchodził?

O czym ja myślę, przecież wiadomo, że tacy zwykli pacjenci jak ja do niego nie mają szans się dostać na jednorazową konsultację, a co dopiero o prowadzeniu całego leczenia!

Pacząc na książkę Pana Durczoka wkurzam się i   nasuwają mi się myśli, że muszę radzić sobie sama. Ja nie mam wyjścia, muszę sobie postawić rokowania w samo leczeniu i leczeniu. Bez względu na to jakie mają co do mnie rokowania lekarze, ja z tego raka wyjdę!

No cóż muszę pokonać raka! Nie mogę ze służbą zdrowia, to pokonam go bez niej! Co wcale nie oznacza, że ze służby zdrowia nie będę korzystała. W końcu płaciłam dla nich składki przez 30 lat i ze zwolnień prawie nie korzystałam, w obawie o pracę. Wyciągnę ze służby zdrowia co się da i ile się da, czy im się to podoba, czy nie!

Właśnie dzisiaj 21.11.2005 roku o godzinie 23minut 45 pierwszy raz zbuntowałam się lekarzom i podejmuję bez ich konsultacji postanowienie!

Skoro lekarze nie mogą mnie już leczyć, to pokonam raka bez nich!

Dochodzi do mnie, że chyba podjęłam właśnie ważną decyzję. Od razu poczułam się lepiej mimo późnej godziny. To nasuwa postrzeżenie, że beznadzieja odbiera mi siłę, a decyzja ją przywraca.

To niesamowite, decyzją dałam sobie nadzieję i siłę!!!!

Znów się u mnie potwierdza, że Agnieszka Waga mówi prawdę, że siła i moc jest w nas, a teraz ją opisuje  w swojej  książce Sztuka Zarzadzania Podświadomością. 

Optymistyczne postrzeżenie daje mi niesamowitą radość, która trwa do dziś,  więc w radosnym nastroju mówię sobie na dobranoc- Kocham siebie Irenko i wszystkich ludzi.

Pozdrawiam serdecznie wszystkich

 

 

Książka którą piwinnam przeczytać 16 lat temu!

Często mnie pytacie jakie książki polecam, jakie książki czytałam gdy byłam w trakcie leczenia i chemioterapii. Zawsze miałam z tym problem, bo tak naprawdę korzystałam z wielu publikacji. Brakowało mi takiej jednej która opisywała by całą wiedze która była mi potrzebna w wyleczeniu.

Teraz już jest!!!!

Z czystym sercem polecam „Sztukę zarządzania podświadomością -emocje”.

Cała moja terapia opisana zrozumiałym językiem nawet dla dziecka.

Jeśli chcesz się dowiedzieć dlaczego zachorowałeś ?

Jeśli chcesz wiedzieć co zrobić by pozbyć się choroby?

Jeśli chcesz się dowiedzieć szczegółowo co ja innego robiłam od innych chorych że mimo rokowań nadal żyje?

-odpowiedź znajdziesz w tej książce.

 

 

Ja już czytam i jestem zachwycona, że można to przedstawić w tak prosty i zwięzły sposób.

Jest to poradnik, do którego cały czas będziesz wracał. Ta książka to zbiór narzędzi które ja do tej pory stosuje do polepszenia nie tylko mojego zdrowia ale i życia.

Książkę można zakupić na allegro-Link do zakupu: 

https://allegro.pl/oferta/sztuka-zarzadzania-podswiadomoscia-emocje-8322359788

Polecam gorąco

Irena

 

Byłam złym dzieckiem

Kartka z pamiętnika

Każda choroba zawsze najpierw ukazuje się mentalnie nim objawi się w naszym ciele fizycznym.

Poszukiwania broni na moje dolegliwości, okazały się bliżej niż sądziłam, bo winowajcą  okazały się moje zablokowane emocje. Tym razem przekonałam się na dobre, jak są szkodliwe blokady emocjonalne i jak wiele zależy ode mnie, kiedy uchroniłam swoją mocno poturbowaną wątrobę. /Prawdopodobnie uchroniłam się przed rakiem wątroby/

Ból rósł w siłę tak bardzo, że aż mentalnie czułam    atak raka na wątrobę, śledzionę, nerki i oskrzela. Rozsypałam się kompletnie i na pomoc wezwałam swoją córkę słowami – Agniesiu atakuje mnie rak wątroby.

Córka uspokoiła mnie mówiąc – spokojnie mamo!  Wychwyciłaś   stadium rozwoju raka w okresie mentalnym i na razie jeszcze nie uaktywnił się w ciele. Mówiąc mi damy radę, natychmiast przyjechała z odsieczą.

Pracując nad uwolnieniem się od bólu, wyszła mi na powierzchnię emocja żalu. Chcąc się z nią zmierzyć i dowiedzieć jakie wydarzenie za tym żalem się kryje, napotkałam emocjonalną ścianę twardą jak beton nie do przebicia.

Agnieszka zadała pytanie, dowiedz się czego ta twarda ściana broni?

Mając blisko siebie wsparcie nabrałam odwagi, by bliżej się jej przyjrzeć. Zadawałam sobie pytanie, jakie wydarzenie zostało ukryte? W odpowiedzi udało mi się zobaczyć zablokowany wstyd z powodu kochanej Mamy.  Im bardziej nacierałam na twardą ścianę napotkaną w tej podróży w głąb siebie uaktywniał się   tak duży stres, że nie byłam w stanie sama sobie poradzić, tak samo jak wówczas pięcioletnia Irenka.

Ciało na stres reagowało jako ból, który utknął we mnie niczym drzazga i najgorsze, że rósł w siłę. Takie zachowanie ciała jest dowodem jak duże jest zablokowane cierpienie emocjonalne, tylko pytanie jakie?

Wizualnie będąc pod ścianą emocjonalną, jak tylko próbowałam siłą woli przejść przez nią, fizycznie pojawiał się duszący kaszel z ostrym bólem w całej klatce piersiowej oraz wzdłuż okolic wątroby.

Córka już na od początku sesji rozpoznała w moim stresie dominujące uczucie żalu. Ostatnio przepracowana praca nad żalem to był wierzchołek góry lodowej, z którym sobie nie poradziłam.

Wchodząc w emocjonalny mur stało się jasne, dlaczego od wczesnego dzieciństwa miałam problemy z wątrobą. Powodem było nieustanne żałowanie Mamy za to, że ciężko pracuje, że ma słabe serce i często robi się jej słabo, a ja nie mogę jej pomóc, bo nic nie potrafię dobrze zrobić.  Stałam się bardzo nerwowa, anemiczna i żółta z nabytej żółtaczki.

Już jako pięciolatka sama   opiekowałam się młodszym braciszkiem, a rok później opiekując się nim pasłam krowy.  Dorastając sprzątałam dom i matkowałam swojej siostrzyczce, nie biorąc wolnego w niedzielę i święta. Mimo starań moja praca była nic warta, a ja coraz bardziej czułam się niepotrzebna.   Mama ciągle za nic mnie nie chwaliła, tylko krytykowała. Lęk przed odrzuceniem rósł w niebotyczną siłę, kierując mój wzrok coraz bardziej do ziemi, prawie przestałam patrzeć przed siebie.

Stało się dla mnie jasne z punktu widzenia energetycznego, dlaczego   w wieku pięciu lat chorowałam na żółtaczkę, miałam anemię, byłam chuda, blada i jak mówiono o mnie chorowita. Takie mówienie o mnie odbierałam jako pogardę o sobie, że jestem gorsza od tych tryskających zdrowiem silnych dzieci.

Mimo solidnie wypełnianych obowiązków jako mała Irenka myślałam o sobie jako złą, niedobra nikomu niepotrzebna. Nawet jak poszłam do szkoły i byłam najlepszą uczennicą i tak uważałam siebie za gorszą od innych.

Moje piątki i czwórki   były gorsze od piątek i czwórek moich koleżanek, bo piątka piątce nierówna kwitowała moje dobre oceny kochana Mama. W ten sposób chciała mnie motywować do lepszej nauki, nie zdając sobie sprawy, że na całe życie programowała mnie niskim poczuciem własnej wartości.

W pewnym momencie podczas sesji uświadomiłam sobie, że nadal tkwi we mnie gdzieś głęboko nabyte przekonanie, że; jestem chuda, brzydka, nikomu niepotrzebna, gorsza od innych, nic nie umiem, nic nie potrafię dobrze zrobić. Zauważyłam tkwiący we mnie konflikt.  Przecież teraz walczę z otyłością, a mimo tego tkwi we mnie przekonanie, że jestem chuda – wykrzyknęłam głośno, przecież to nieprawda!!!!!!!!!! Mam dużą nadwagę!!!!! Mam z nadmiaru tłuszczu otłuszczoną wątrobę!!!!! Co za absurdalne mam przekonanie!!!!!!!

Tym ponownym przeżyciom towarzyszył mi przeszywający ból pod lewą łopatką, czułam obolałą całą lewą stronę, ból w klatce piersiowej, duszący kaszel, ból w okolicy wątroby, odbijającą się gorycz, mdłości z tendencją wymiotną i oczywiście okropny ból głowy.

Podczas sesji chwilami myślałam, że nie przeżyję, ale na szczęście była przy mnie kochana córka, a jej spokojny głos uspakajał mnie; Już to przeżywałaś, jesteś w miejscu, w którym już byłaś i dałaś radę, to i teraz dasz radę nie bój się jestem przy Tobie, tym razem nie jesteś sama, ściskając moją rękę cicho dodawała – JESTEM Z TOBĄ. Łzy płynęły mi ciurkiem i mimo ostrego bólu czułam się przy niej bezpiecznie.

Podczas terapii ponownie przekonałam się o jej trafnym wyłapaniu zablokowanych emocji. Faktycznie   nie przyjmowałam MIŁOŚCI   nawet od kochanych dzieci, wszystko się potwierdziło, teraz jestem tego pewniejsza niż Ona sama, a tak długo miałam opory.

„Żal” nieodłączny towarzysz miłości zablokowany był tym samym przekonaniem co uczucie miłości.

W moim życiu objawiało się to tym, że zawsze żałowałam innych, ale nigdy nie siebie!!!!

Jak zachorowałam to jeszcze   bardziej żałowałam swoją kochaną Mamę, że ma taką chorą córkę   coraz bardziej nieudolną i do niczego.  Wówczas władzę nade mną przejął lęk przed odrzuceniem, a skutki tego okazały się dla mnie fatalne.

W miarę jak rosłam utrwalałam przekonanie, że wszystko co robię to takie nic.   Wypełniałam swoje obowiązki jak potrafiłam najlepiej, ale i tak byłam od innych najgorsza.

Nie przyjmowałam miłości, a do tego nie żałując siebie tylko innych moja” czakra uczuć” szybko wysychała i wątroba z woreczkiem żółciowym w wieku 27 lat przestała funkcjonować i woreczek musiał być usunięty.

Po wyciągnięciu na światło dzienne blokady żalu, poczucia winy i wstydu, zobaczyłam zdarzenie  zupełnie w innym świetle, tym samym automatycznie zmieniały się moje uczucia i zobaczyłam jak betonowa ściana rozsypuje się w pył.   Przekonanie” NIE ZASŁUGUJĘ NA MIŁOŚĆ” – rozpłynęło się jak we mgle.

W miejsce DESTRUKTYWNEGO nabyłam nowe przekonanie – „ZASŁUGUJĘ NA MIŁOŚĆ”

Mocne bóle ustępowały, a po paru dniach poczułam się jak” MŁODY BÓG”.

Do swojej Mamy nie miałam pretensji, bo wychowywała mnie tak, jak potrafiła najlepiej. Podczas terapii zobaczyłam w jej oczach miłość i strach o mnie, który rządził jej postępowaniem w moim wychowaniu.

Tak naprawdę świadomie zawsze wiedziałam, że mam kochaną mądrą Mamę całkowicie oddaną swoim dzieciom, to tylko podświadomość odbierała inaczej.  Nasza podświadomość nie słucha naszej świadomości, dlatego nie miałam pojęcia jaką mam blokadę.

Cieszę się, że moja Mama była taka jaka była   i nigdy w życiu za żadną cenę nie zamieniłabym ją na inną, kocham ją taką jaką była i będę kochała do końca życia.

Jestem córce wdzięczna, że skutecznie zmotywowała mnie do pracy z żalem, bo tym sposobem znów uratowała mnie przed śmiertelną chorobą, ale tym razem   przed rakiem wątroby. Biorąc pod uwagę od lat wątroby otłuszczenie, usunięty woreczek żółciowy i reakcję ciała przy odblokowywaniu stresu jest duże prawdopodobieństwo, że w niedługim czasie rak mógł się uaktywnić.

Było bardzo prawdopodobne, że gdybym nie uwolniła blokady żalu, wątroba pozbawiona swoich enzymów stałaby się łatwą pożywką dla raka. Po uaktywnieniu rak rozprzestrzeniał by się po całym ciele w  takiej  kolejności jak podczas terapii odczuwałam ból.

 Każda choroba zawsze najpierw ukazuje się mentalnie nim objawi się w naszym ciele fizycznym.

Prostując swoje przekonania nabyte przez złe spojrzenie na pewne zdarzenia, nie wiem, czy zmieniam nabyty swój program, ale wiem i widzę jak zmieniam w swojej podświadomości przekonania i jak zmienia się moje obecne zdrowie. Odczuwam to tak jakbym ciągle przeżywała w swoim życiu nowych zaskakujących cudów.

Uczucie żalu jest bardzo wskazane i potrzebne pod warunkiem, że zachowana jest równowaga. W sytuacji, gdy tylko daje się miłość i żałuje innych, nie zachowując nic dla siebie to w końcu choroba musi dać znać o sobie, że coś nie tak jest z naszymi emocjami i z naszym życiem, a w skrajnych przypadkach taką informację przekazuje nam rak.

Trzeba kochać siebie, by móc tą miłość przekazywać innym. Nie można dać czegoś, czego sami nie mamy.  Żałować od serca należy dobrą miarą dawać i szybko uzupełniać swoją czakrę miłości.

A czy Wy kochani czytelnicy czasem żałujecie siebie czy tylko innych?

Tylko proszę nie mylić z biadoleniem na swoje życie – to jest zupełnie coś innego i bardzo destruktywne!

„Podświadomość nie umie myśleć logicznie. Podświadomość nie jest wstanie rozważać  żadnych za i przeciw” – Joseph Murphy

Życie bez chorób

 

 

Chcesz być zdrowy, to odpowiedz na pytanie, jakie korzyści daje ci choroba?

Każda choroba daje jakieś korzyści, jeśli nawet nie rekompensuje cierpienia i strat, to skutecznie blokuje wyzdrowienie. Prawie już każde niemowlę potrafi zarejestrować, że jak krzyczy, to nie zawsze Mama zwróci na niego uwagę, ale jak gorączkuje to od razu jest reakcja. W dorosłym życiu, dopóki dopisuje zdrowie, to się nim nie interesujemy, a jak zachorujemy, to tematem choroby kierujemy się tym co jest dla nas wygodne, a choroba zawsze była i nadal jest dobrym usprawiedliwieniem na wszystko.

W śród ludzi, na temat zdrowych osób funkcjonują stereotypy, nad których logiką nikt się nie zastanawia, bo w pewnym wieku prawie każdy choruje i szuka na nią usprawiedliwienia, aby nie było, że to z jego winy. Jeśli pojawi się jakiś wyjątkowy człowiek, który mając już swoje lata, nie wie co to choroba, to wzbudza u zainfekowanych chorobą podejrzliwość.

Mało osób interesuje się, jak taki żyje bez chorób? Czasem ktoś zapyta, czy ma jakiś cudowny eliksir, a jeśli nie ma to sobie sam dodaje, że to musi być jakiś cwaniak, bo jeśli nie choruje, to nic go nie obchodzi, wykorzystuje innych, jest leniwy i nie zna prawdziwego życia.

Często się słyszy jak o zdrowych, mówi się z pogardą, ona to była rozpieszczana i nie musiała, jak inni ciężko pracować, od razu jest sugestia, że jest zdrowa dlatego, że jest leniwa. Jest zdrowa, bo ma dobrego męża lub bogatych Rodziców, którzy za nią rozwiązują trudne problemy i co taka osoba może wiedzieć o życiu?

O zdrowych osobach mówi się z pogardą, bo powszechnie uważa się, że tacy przeżyli dużo lat, ale nie znają życia. Wielu karmi się kłamstwem, że porządną lekcję życia daje tylko cierpienie i ból, tylko ktoś, kto ciężko choruje, lub doznał ciężkiego wypadku, z dużym uszczerbkiem na zdrowiu, jest godny szacunku. Natomiast kto ciężko pracuje, uczy się, jest zaradny, ale w ogóle nie chorował i nie choruje, nic złego jemu się nie przytrafiło, nie cierpiał z powodu wypadku, czy z innego powodu, to zamiast szacunku, to często rzuca się takiej osobie bez żadnej obiekcji przysłowiowe kłody pod nogi. Otoczenie się cieszy, jak taki ktoś nabije sobie guza, bo jak nie cierpi, to nie wiele jest wart, stereotypowo mówi się o takim, co on może wiedzieć o życiu?

Niestety kłamstwo jest słodkie, a prawda boli i nie chcemy wiedzieć, że ktoś dlatego jest zdrowy, bo wypracował swoje zdrowie ciężką pracą i dlatego, że każdą zdobytą wiedzę wdrażał w życie, a nie jak inni zdobywają wiedzę dla papierka, by się móc chwalić i budować swoje wydumane ‘ego’.

Prawda jest taka, że osoba, która ma wiele lat i jest zdrowa, to na pewno jest bardzo pracowita, rzetelna, uczciwa i zna prawdziwe życie, polegające na prawdzie, a nie na słodkim kłamstwie. Nie jest łatwo poznać prawa natury, a jeszcze trudniej je przestrzegać, wymaga to dużego wysiłku, skupienia, nauki, mądrości i odwagi, aby żyć w prawdzie pośród zakłamanych osób.  Nikt nie będzie zdrowy, jeśli nie kocha ludzi i nie ma dla nich dużej empatii. Każdy z nas, który się rodzi, otrzymuje to samo powietrze, słońce, wiatr i obowiązują go, te same prawa natury.

Osoby chore również niejednokrotnie ciężko pracują, tylko nie zdają sobie sprawy, że okłamują siebie. To na nic, że oddają innym swoje serce, jeśli przekładają dobro innych nad swoje, to szybko się wyczerpują, chorują i stają się ciężarem dla innych, tak niestety działają prawa natury, czy chcemy o tym wiedzieć czy nie, te prawa tak funkcjonują.

Może narażę się na gniew wiele osób, ale tylko zdrowy prawdziwie potrafi kochać ludzi i naturę. To nie znaczy, że chorzy nie chcą kochać prawdziwie, większość zdecydowanie nawet bardzo chce, tylko nie wiedzą jak, lub nazywają miłością coś co nią nie jest.

Każdy bez wyjątku chce być dobry, tylko nie zawsze możemy, bo mamy takie, a nie inne przekonania i takie, a nie inne życiowe schematy.

Malutki Heniu już w kołysce zauważył, że jak chce przytulić się do Mamy, to krzyk nie zawsze skutkuje, ale jak zwymiotuje, lub zagorączkuje, to od razu nie tylko Mama, ale i cała rodzina go tuli i głaska. Jego podświadomość już zarejestrowała, jak być zauważonym. Później w szkole paluszek i główka też była wymówką jak nie chciało się odrabiać lekcji, lub czegoś nudnego uczyć. W dorosłym życiu, kiedy doszła duma, to już ona przejęła władzę nad Heniem i pilnowała, aby się nie przepracował, tylko chwalił się tym czego nie zrobił lub dodawał blasku błahostkom.

Ogromna duma, absolutnie nie pozwoli przyznawać się do słabości, błędów ani do czegoś co nie potrafi się zrobić. Ktoś taki owładnięty dumą, nikogo nie poprosi o pomoc, o rozwiązanie problemu, bo tym samym musiałby się przyznać do swoich słabości. Co innego jak by poważnie zachorował, lub   jeśli by złamał kręgosłup, czy przeszedł zawał, to słabości z automatu są usprawiedliwiane. Wówczas wszystkiemu jest winna choroba, a on bohatersko znosi konsekwencje i  ma się czym chwalić, aby go podziwiano, jak dzielnie znosi ból, oraz utratę pracy, w której tak naprawdę już absolutnie sobie nie radził, ale o tym cicho, bo nikt nie może się dowiedzieć. Henio bardzo chciał się leczyć, ale tylko u tych i w taki sposób, aby się nie wyleczyć. Dla ‘ego’ choroba była zbawieniem, bo przykryła wszystkie jego nieudolności, a on z czasem opowiadał jaki to nie był z niego niebywały fachowiec i dokonałby czegoś wyjątkowego tak wielkiego, że cały Świat by zadziwił. Gdyby nie choroba, on dzisiaj dokonywałby, niebywałych bohaterskich czynów, dlatego, tym bardziej cierpi przez chorobę. Prawda jest taka, że Henio bez swojej okropnej choroby nie potrafiłby już żyć, woli z fałszywą godnością umrzeć, niż ponownie być silnym i zdrowym i wszyscy by się dowiedzieli, że nie potrafi nic konkretnego zrobić, tylko robił wszystko na aby, jak te w wierszyku żaby, a takiego wstydu by nie przeżył, dla Henia choroba przyszła w sama porę i była wielkim zbawieniem.

Tak kochani, dla wielu choroba jest usprawiedliwieniem i zbawieniem dla ludzkich słabości. W firmie Franka fachowców zaczęły zastępować komputery, elektronika, a On na elektronice mało się znał. Miał w tym kierunku wykształcenie, ale ponieważ przestał się rozwijać, to po 20 latach okazało się, że jest daleko w tyle i już niewiele ogarnia, natomiast męskie „ego” nie pozwalało mu się do tego przyznać. Przy nadchodzącej redukcji pracowników, groziło mu zwolnienie. Aby jego dumne ego nie ucierpiało miał dwie możliwości, albo podnosić swoje kompetencje, ale to wymagało wytężonego wysiłku, a on był leniwy, więc wyjściem awaryjnym okazał się rak i dzięki temu otrzymał rentę. Czy Franek ściągnął na siebie raka? Świadomie na pewno nie, ale tak zarządziła jego podświadomość w trybie awaryjnym. Najważniejsze, że rak ukrył brak kompetencji i jego dumne ego nie doznało uszczerbku. On chciał się leczyć i żyć, ale absolutnie nie było w jego interesie, aby całkowicie się wyleczyć. Przecież stracił by rentę, a do żadnej pracy się nie nadawał, bo nic nie umiał, a fizycznie był słaby i leniwy, aby chcieć regenerować fizyczne siły. Wolał by umrzeć, niż się przyznać, że przez arogancję i lenistwo, utracił swoje kompetencje i już nic w obecnym świecie nie potrafi robić. Rodzina powiedziała, że stracił wolę życia, a tak naprawdę, to stracił tylko swoje kompetencje, bo się nie rozwijał. Miał wszystko, kochaną żonę, rodzinę, ale to praca nadawała jego życiu sens.

Czasem uczymy się przez całe życie, ale mamy inny cel, a inne zdobywamy kompetencje, na zasadzie chybił, trafił i najczęściej jest chybił, niż trafił, wówczas kręcimy się w kółko jak chomik w kołowrotku.

Aby nie zostać po latach przeterminowanym, należy pamiętać, że zdobyte kompetencje nie aktualizowane, po paru latach tracą na swojej wartości i mogą stać się nie aktualne.

Chcąc żyć pełnią życia musimy ciągle się rozwijać i uczyć się od osób którzy są zdrowi, radośni i szczęśliwi.

Irena

 

PROFESJONALNY ROZWÓJ OSOBISTY

 

 

    To ja z certyfikatem i Fryderykiem

ZYSKAJ SUPERMOC – Twój Plan Rozwoju Osobistego.

„PRO rozkłada na części pierwsze Twoje kompetencje, potencjały i zasoby intelektualne.” – Fryderyk Karzełek

Zaplanuj idealną swoją przyszłość

 

Co robić, aby przyciągnąć zło?

Nic! –  Ono samo przychodzi, czy tego chcemy, czy nie?  A co Wy o tym kochani myślicie?

 

Czy myślisz czasem o tym, jaki będziesz za lat 15 i jak będzie wyglądało Twoje życie?

Proszę napisz, bez względu na wiek, jak siebie wyobrażasz za lat 15?

Jeśli nie masz na takie przemyślenia czasu i jeszcze nie jesteś gotowy, to czy będziesz gotowy jak dopadnie Cię śmiertelna choroba, lub utracisz dorobek swojego życia, czy aż dopadnie Cię starość?

Instrukcja, aby źle się działo jest łatwa, potocznie akceptowana i chętnie realizowana. Wystarczy nie robić nic.

Dlaczego?

Zło lubi, jak ulegamy podszeptom i myślimy tylko jak spędzić wygodnie i miło czas. Aby przyciągnąć zło, należy absolutnie unikać większego wysiłku, a trudne sprawy odkładać na później. Jeść to co lubię, oglądać swoje ulubione seriale, grillować ze znajomymi, a do tego palić papierosy i zapijać piwem lub alkoholem. Czasem pół żartem, pół serio tłumaczyć sobie, że jeśli to co robimy jest niezdrowe, to na coś trzeba umrzeć. Na cierpienia i bóle fizyczne pod ręką są tabletki, antybiotyk, a na ból psychiczny z pomocą przychodzą media, w których łatwo się sprzedają horrory i tragiczne informacje. Dla chwilowej ulgi trujemy się i zaśmiecamy mózg, bez zatrzymania, po co? –  Aby czasem czegoś sobie nie uświadomić?

Tak robimy, dopóki nie dopadnie nas choroba np. – jak w moim przypadku rak płuc, lub utrata pieniędzy. Dopóki jest fajnie, to nie chcę żadnych zmian- twierdzimy. Nie chcemy wiedzieć, że zmiany i tak bardzo szybko zachodzą, tylko już nie tak jak byśmy chcieli. Wówczas   jak coś się złego wydarzy, to narzekamy, że taki mój zły los, że życie niesprawiedliwe, bo żyłem uczciwie, pracowałem i za co mnie to spotkało!

Póki co, to się jeszcze pocieszamy, że każdy ból kiedyś przeminie, bo nic nie jest trwałe i wszystko się zmienia. Zapominamy, że tak samo przemijają miłe chwile, nasza wygoda i chwilowe przyjemności. O których w bólu i cierpieniu się nawet nie pamięta, bo wówczas już nie są istotne. Tak już jest, że wspomina się miłe chwile, ale bardziej zapada w pamięć czas niedostatku i choroby, rozpamiętujemy raz za razem zło i urazy, które nas dotknęły.

Co zrobić, aby nasze wyobrażenie według marzenia się spełniło? Wystarczy zaplanować swój rozwój osobisty. Nie wiesz jak?

Specjalnie dla Ciebie, Fryderyk Karzełek stworzył nowatorski projekt który polega na zdiagnozowaniu przyczyny Twoich niepowodzeń, przy pomocy  Twojego osobistego Doradcy i PLANU ROZWOJU OSOBISTEGO, aby pomóc  Ci krok po kroku zrealizować twoje marzenia.

Na taki projekt długo czekałam, bo jak ja zaczynałam swój rozwój osobisty 15 lat temu, to mówili o mnie, że jestem nawiedzona, że rak namieszał mi w głowie. Mimo to po cichu nic nie mówiąc nikomu, praktykowałam rozwój osobisty (RO) przy pomocy mnóstwa książek pozytywnego myślenia. Wspierała mnie moja córka Aga Waga (obecnie terapeutka www.terapiaemocjonalna.com), która też w tym czasie wyszukiwała odpowiednie książki po bibliotekach i księgarniach, jeździła na kursy i wszystkie zalecenia praktykowała na sobie, a potem na mnie. Teraz wiem, że ja sama bym sobie nie poradziła ze swoimi wewnętrznymi podszeptami – po co ci to! Jesteś śmiertelnie chora! Masz już swoje lata więc resztę dni które Ci zostały spędź w sposób miły i godnie umieraj, a nie jako nawiedzona!

Bez nauczyciela, własnego mentora nie dała bym sobie rady.

Początkowo RO praktykowałam w determinacji, pod ścisłą opieką mojej córki obecnie terapeutki Agnieszki. Po pewnym okresie dodatkowo motywowały mnie zauważalne cudowne efekty. Były tym bardziej dla mnie widoczne, bo prowadziłam każdego dnia ze swojego życia i swoich myśli pamiętnik. W krótkim czasie zauważyłam, jak zmieniają się moje myśli, moje nastawienie, a za nimi pomalutku niepostrzeżenie wkroczyło w moje życie zdrowie i lepsze życie.

Kiedy odzyskałam zdrowie, diagnoza i tragiczne rokowania lekarzy były tylko mglistym wspomnieniem, zrozumiałam, że dostałam drugie życie, do tego lepsze. Miałam wewnętrzną potrzebę pomóc innym, którzy nawet nie wiedzą, że można być twórcą swojego życia. Bywało, że słuchając człowieka narzekań i zwierzeń, w tym o chorobach to dokładnie rozpoznawałam jego blokady, ale nie miałam odpowiednich narzędzi, aby mu pomóc.

Jedyne co mogłam zrobić, to ludziom dawać nadzieję, aby nawet w trudnych sytuacjach się nie poddawali. Dla niesienia nadziei założyłam ten blog i on swoja rolę spełnił.

Terapia emocjonalna i praca nad podświadomością pod okiem Terapeutki Agnieszki pozwoliła mi wyzwolić w sobie moc do pokonania raka i odzyskania zdrowia i lepszego życia. To jednak było za mało, abym poczuła się w pełni szczęśliwa, brakowało mi misji życiowej i celu, do którego mogłam dążyć. Tym bardziej że byłam już na emeryturze, wycieczki i relaks przynosiły tylko chwilową radość.

Pewnego dnia córka dała mi książkę Fryderyka Karzełka „Pieniądze są Sexy” i idąc śladami książki poznałam wiele jego niesamowitych szkoleń, które dały mi nowe spojrzenie na moje życie i pozwoliły mi postawić sobie nowe cele. Zrozumiałam, że moją misją życiową jest pomaganie innym w rozpoznaniu swojej życiowej drogi.

Bardzo dziękuję Fryderyku- za to, że pokazałeś mi co jest moją misją życiową i jak można czerpać radość z pracy.

Niebawem pozytywna lawina ruszyła – moja córka z praktykowania terapii RO napisała instruktażową książkę „Sztuka zarządzania podświadomością” / jest w druku/, a ja w między czasie, zostałam Niezależnym Doradcą Rozwoju Osobistego w niesamowitym, nowatorskim projekcie Fryderyka Karzełek w Firmie „HEKSAGON” – „GRA O MILION”

Spełniło się moje marzenie, nareszcie są dostępne proste narzędzia dla każdego, które są rzetelne, proste i naprawdę skuteczne, wystarczy tylko chcieć. Więc na co czekasz? Możesz od razu  zwrócić  się do doświadczonego doradcy RO takiego jak ja i wykonać dla siebie swój indywidualny Plan Rozwoju Osobistego. Będąc Twoim osobistym doradcą będę GRATISOWO przez cały czas monitorować twoje postępy w pracy nad sobą i motywować cię do działania. Tak długo jak będzie trzeba. Zauważ, że jak chodzisz z kimś np. na bieganie masz większą szansę, że wytrwasz w postanowieniu, niż gdy robisz to samodzielnie. A jakie masz szanse, gdy robisz to z osobistym trenerem?

Wiem co mówię, bo praktykuję rozwój osobisty od 15 lat z niesamowitymi efektami, ale to dzięki dobremu i wzajemnemu wsparciu, na zasadzie – córka mnie, a ja córkę. Bez siebie nie pokonałybyśmy zła, które nam podsyłało myśli z racjonalnymi, ale toksycznymi argumentami, aby nic nie robić.

Dzięki praktykowaniu rozwojowi osobistemu, otrzymałam drugie lepsze życie; jestem zdrowa, pobudowałam wymarzony dom, jeżdżę samochodem, poznałam komputer i Internet. Nie do pomyślenia, że 15 lat temu, mieszkałam w małym mieszkaniu w bloku, z ciągłymi problemami finansowymi i zdrowotnymi. Byłam schorowaną starszą kobietą, na emeryturze, której od życia nic się już nie należało, która już tylko powinna zadbać o godne umieranie na nieuleczalnego raka płuc.

A wiecie co ja zrobiłam? – Zaczęłam praktykować RO i marzyłam, ale to tak na poważnie zapisując wszystko w zeszycie, oraz wielkimi literami na kartach papieru. – Dziękuję Ci za to moja kochana córko, że wyrwałaś mnie z czarnej „dziury” ze szponów okropnego zła.

A teraz jestem zdrowa w pełni sił i nadal mam czelność marzyć jaka będę wspaniała za następnych 15 lat.

Dzisiaj mając w zasięgu ręki fantastyczny PLAN ROZWOJU OSOBISTEGO wraz z diagnozą jest szansą dla każdego, jeśli tylko chcesz:

Pozbyć się swoich słabości; mieć lepszą pracę; lepsze zdrowie; lepsze finanse; odkryć swój talent, być szanowanym w środowisku; mieć dobre relacje w rodzinie.

Jest to realne i naprawdę możliwe, wystarczy u mnie za mówić dla siebie PLAN ROZWOJU OSOBISTEGO, a ja jako Twój Doradca PRO poprowadzę Ciebie do realizacji Twoich marzeń i planów całkowicie gratis.

W RO jestem naprawdę dobra, znam się na tym, po tym jak rozprawiłam się z rakiem płuc i innymi przeciwnościami już nic nie jest dla mnie trudne.

Może nie będę skromna, ale ile znasz osób, które pokonały zaawansowanego raka płuc? – zapewniam Was, że było to bardzo trudne i wydawało się wręcz niemożliwe.

Ze mną i z projektem PRO  pokonasz każde przeciwności życia, wszystko zacznie zależeć od Ciebie.

Nie wierzysz? To kliknij w poniższy link i napisz do mnie na mojego emaila, by zamówić  projekt PLANU ROZWOJU OSOBISTEGO.

czekajirena59@gmail.com

 

Bo jak inaczej się przekonasz, że to działa?

Kliknij teraz w poniższy link i zapisz się na  zmianę swojego życia na lepsze od dziś. czekajirena59@gmail.com  lub odezwij się do mnie na messengera na priv.

 

 

Nie zwlekaj, bo życie jest zbyt krótkie i piękne, by je marnować. Zostań TWÓRCĄ SWOJEGO ARCYDZIEŁA ŻYCIA już dziś!

Ja z PRO czekam na Ciebie.

Pozdrawiam serdecznie:)

 

 

Irena Danielak

Niezależny
Doradca Rozwoju Osobistego

W firmie HEKSAGON Fryderyka Karzełek
Irena Danielak – mój email  czekajirena59@gmail.com

tel.kom 512 443 120

 

 

Pamiętnik zranionej

 

 

Okropne chwile przeszłości nie ulegną zapomnieniu przez upływ czasu, jeśli zakotwiczone są w komórkach naszego ciała i w naszej podświadomości, one żyją w nas jako cierpienie i choroby.

Po zdradzie pierwszego męża, który wywiózł mnie z dziećmi z miasta na wieś daleko od mojej Rodziny i zostawił bez środków do życia, wydawało mi się, że kiedyś czas zagoi rany, jednak tak się nie stało.

Po wielu trudach, kiedy  wiodłam już spokojne drugie życie, dopadały mnie  coraz silniejsze   ataki okropnych bóli. Absolutnie nie kojarzyłam ich ze zdradą byłego męża.

Próbowałam różnych terapii, jeździłam na warsztaty terapeutyczne, ale pozbyć się cierpienia z swojego ciała nie mogłam. Dopiero córka jak się wzięła za mnie, to swoim sposobem pomogła mi dotrzeć do źródła bólu i było po sprawie i cierpieniu.

Okazało się, że moje ciało zamanifestowało cierpienie z zamierzchłej przeszłości, jak mąż mnie zdradził i zostawił z dwójką nieletnich dzieci bez środków do życia. Ponownie otworzyły mi się dawne rany, a może nie otworzyły, tylko przykryłam swoim innym pozytywnym życiem?

Jednak to nieprawda, że czas goi rany, tylko czas pozwala na zapomnienie, a do cierpiącego ciała się przyzwyczajamy, ale tylko do pewnych granic.

W pewnym momencie nie było wyjścia i poddałam się terapii, podczas której ponownie wróciłam do przeszłości odgrzebując zapomniane ropiejące rany.

Ponownie poczułam przerażenie, jak kiedyś, kiedy stało się w moim życiu coś strasznego, okropnego, czuję, że to już po mnie i moich kochanych dzieciach. Mój kochany mąż, któremu ufałam bezgranicznie, przy rozstaniu tak walnął mnie jeszcze po głowie, że się przewróciłam i jak się ocknęłam to stały nade mną przerażone dzieci, a ja nie mogłam się podnieść z powodu kręgosłupa. Z powodu kręgosłupa byłam na zwolnieniu przez trzy miesiące, tak był stłuczony dysk.

Do dnia dzisiejszego nikomu się ze wstydu nie przyznałam, że na pożegnanie tak były mąż mnie załatwił i to w obecności dzieci. Nigdy do tych dni z dziećmi nie wracałam czekając aż z czasem wszystko ulegnie zapomnieniu. Po tym wydarzeniu jeszcze o tego bydlaka walczyłam niczym „lwica” gotowa mu wszystko wybaczyć, oby tylko zechciał zostać z nami.

Na moje szczęście nie udało mi się bydlaka zatrzymać, z czasem umysł prawie wszystko wymazał z pamięci, ale ciało stojące na straży prawdy dawało o sobie znać dawnym cierpieniem. Nie tylko umysł zapamiętał te okropne dla mnie chwile, ale jak widać każda komórka ciała.

Świadomie wszystko bydlakowi wybaczyłam, aby o nim zapomnieć i myślałam, że tak się stało.

Umysł dał się zbałamucić, ale coś w środku i komórki ciała utrzymywały nadal moje okropne chwile przeszłości przy życiu, o czym nie miałam zielonego pojęcia.

Po odkryciu prawdy, zobaczyłam, że to nie ja grzebałam się w brudach przeszłości, to brudy przeszłości grzebały mnie, a ja do tego je dźwigałam, a one bruździły coraz bardziej i to tak, że już było nie do wytrzymania. Na moje szczęście udało mnie się bólu pozbyć, co prawda za cenę chwilowego mentalnego  przeżycia koszmaru, ale tak trzeba było, aby przeciąć swój podświadomy horror.

Nie ma się co dziwić, że po terapii czuję się lekko, jak zrzucam z siebie takie ogromne brzemię przeszłości, a radość rozpiera moje serce i ciało.

Teraz nie dziwi mnie, że ustąpiły wszystkie chroniczne bóle, bo już wiem skąd one się brały, to umierające komórki ciała gnijące w brudach przeszłości wołały o ratunek!

Dziękuję ci kochana córko za pomoc, nie zdajesz sobie sprawy, ile dla mnie zrobiłaś. Kocham Cię nad życie.

Życzę wszystkim samych radosnych dni.

Irena

 

 

Miłość w opałach

Dziewczyny marzą o „księciu na białym koniu”, zapominają, że chłopaki też marzą w ukryciu o swojej księżniczce, o którą zawalczą nie koniecznie „z ziejącym ogniem wawelskim smokiem”, ale pragną walczyć o jej względy, uznanie i miłość.

Wszystkie dla wybranego chcą być DAMĄ jego serca, tylko niektóre jak już trafią jak im się zdaje na tego jedynego, to szybko przeobrażają się w wierną służącą, dla której jego pragnienia są dla niej rozkazem. Przy takiej biedny chłopak nie ma szansy się wykazać swoją walecznością i męskością.

Dla niejednego szczęśliwca kończy się marzenie jak zobaczy swoją ukochaną w innym świetle. Niedawno poznał zaradną energiczną zadbaną dziewczynę i kiedy już myślał, że ma wymarzoną DAMĘ swojego serca, chce o nią walczyć, dbać, zabiegać, tymczasem ona okazuje się pospolitą niewolnicą służącą. Na nic się nie obraża, spełnia jego życzenia nim je wypowie, podaje wszystko pod nos i niczego od niego nie wymaga!
Rozczarowany, ale jak się nie ma co się lubi, to się lubi co się ma, nie ma wymarzonej dziewczyny, ale za to trafiła mu się niewolnica, która za darmo mu usługuje, a jego „ego” ma możliwość napawania się władzą nad nią i jej dziećmi, nic w zamian nie musi dawać, to dlaczego miałoby mu się nie podobać? Do tej pory był nic nie znaczącym, a teraz trafiła mu się taka władza!

Jako Pan i władca swoją zniewoloną pilnuje jak swojej własności, bo jak mu się wydaje, że ona to lubi, on to lubi więc w czym problem? Jak myślicie?
Według mnie problem w tym, że obydwoje coś nieznanego co ich trzyma z sobą, nazwali miłością coś co nią nie jest.
Truteń korzystając z danej mu władzy szybko włącza coraz większą kontrolę w każdej dziedzinie jej życia, nie interesuje go, że ich związek dla Rodziny staje się nie do zniesienia.
Skutkuje to zauważonym problemem, obydwoje obwiniają siebie nawzajem, zamiast szukać rozwiązań w sobie.
Zniewolona kobieta daje przyzwolenie na kontrolowanie swojego życia, bo czuje się pod jego kontrolą bezpieczna – czyżby?
W takich sytuacjach mówi się, że miłość jest ślepa – czyżby?
A może nazywamy miłością, co nią nie jest? A może tak się dzieje, bo mamy zablokowane uczucie miłości?
Jeśli nie wiemy, co jest miłością, należy kierować się szacunkiem, pod warunkiem, że zachowaliśmy szacunek dla siebie i nie oddaliśmy pod władanie trutniowi.

Uzależniona jest uzależnioną, bo ma wewnętrzny konflikt między świadomością, a nieświadomością.
W zawansowanym stadium uzależnienie przechodzi w nerwicę, a następnie w depresję. Zażywane antydepresanty absolutnie nie rozwiążą problemu, tylko trochę złagodzą skutki.
Z mojego doświadczenia wynika, że przyczynę należy szukać w zdarzeniach z dzieciństwa w złych relacjach z ojcem. Podstawą zawsze są zablokowane uczucia, które wystarczy uwolnić i uzdrowić siebie i swój związek nie zmieniając partnera, tylko swoje postępowanie.

Uwaga!! – W uzależnieniach zmiana partnera nic nie daje, jeśli nie zmienimy swoich nawyków w traktowaniu siebie.

Nie można być księżniczką, jednocześnie traktować siebie jak zniewoloną sługę.
Na początek należy dokonać wyboru jak siebie zaczniemy traktować; Czy jak Damę? ; Księżniczkę?; Czy zniewoloną służącą bez żadnych praw?

Po uwolnieniu toksycznych emocji, może się okazać, że zaczniemy siebie traktować z szacunkiem i partner znów zobaczy w nas swoją DAMĘ jaką poznał na pierwszym spotkaniu?
Zdarza się, że ten sam „truteń” z inną kobietą oddaje się całkowicie w jej władanie i role się odwracają.
Naszą rzeczywistość kreuje podświadomość, a niezgodność z świadomością stwarza konflikty które nie rozwiązane kończą się chorobami i często dramatem.

Na nic nie zda się zmiana partnerów, jeśli się jest w schematach uzależnienia.
Nauka z błędów życiowych polega na przeanalizowaniu swojego postępowania wobec partnerów, jeśli podobnie postępowałam wobec jednego i drugiego trutnia tak samo, to powinno nam trochę dać coś do myślenia, że kierują nami jakieś toksyczne schematy.

Niektóre zadowolone, że bohatersko uwalniają się z toksycznego partnera, nie zdają sobie sprawy, że partner odchodzi, ale program zniewalający ją, w podświadomości zostaje.

„W istocie jesteśmy zbiorem wielu jaźni. A te liczne jaźnie nie zawsze się ze sobą zgadzają. Mogą mieć inne plany, co znaczy, że w danej chwili będą podawać różne, a czasem nawet przeciwstawne argumenty. Wewnętrzny konflikt, który rozgrywa się w naszej głowie, może być przytłaczający” – Autor C.C. Tipping

Wielu osobom się wydaje, że jak poznają nowego partnera, zupełnie innego niż poprzedni truteń, to nowy związek będzie się rozwijał w zgodzie i miłości. Nic bardziej mylnego!
Jeśli nie wyciągnęliśmy odpowiedniej lekcji życia, to nadal będziemy ślepi na prawdę i nadal będziemy tworzyć coś toksycznego.

Kiedy kierujemy się wygodą, to nic nie chcemy widzieć, poza tym wyciąganie wniosków z lekcji życia jest bolesne, a każdy chce mieć trochę spokoju. Nie wiedzą, że i tak w najbardziej niedogodnym momencie o to się przewrócą, często mocno się raniąc. Najgorsze, że jak są małe dzieci, to przy tym wszystkim ponoszą zawsze największe szkody.

U młodej Kasi zauważyłam, że jej fajne dzieciaki obdzierane są z poczucia własnej wartości, przez nowego partnera.
Dała swojemu nowo poznanemu partnerowi całkowitą swobodę w ich traktowaniu i nazywa to wychowaniem, który zamiast miłości pokazuje im kto w ich domu jest panem i kto rządzi. Kasia pociesza się, że mówi dzieciom, że ich Mama jest najważniejsza. A co będzie jak on kiedyś wskaże im, że ktoś inny w ich domu jest najważniejszy?

Dzieci szybko zauważyły, że to on, a nie Mama jest w ich domu panem i władcą i starają się ze wszystkich sił jemu przypodobać.
Kasia chce widzieć w ich takim zachowaniu lubienie jego, ale niestety jest w błędzie. Nie chce zauważyć, że szczególnie synka nowy partner obdziera z poczucia własnej wartości. Jeszcze z nimi nie zamieszkał, a już zmienił w ich domu zasady funkcjonujące od lat. Dzieci są fajne, dobrze ułożone, radosne, więc, po co zmieniał funkcjonujące zasady?

Według mnie tylko po to, aby pokazać swoją władzę i upokorzyć Mamę i dzieci.
Kasia jako kochająca Mama swoim dzieciom brak dostatecznej uwagi rekompensuje im drogimi wyjazdami czy zabawkami.

Jeśli ktoś ma poczucie zagubienia i nie chce tego zauważać, to według mnie bliscy w takiej sytuacji muszą logicznie i racjonalnie reagować dość stanowczo. Najważniejsze by nie utwierdzać w błędnym przekonaniu, że nic się nie dzieje, że wszystko dobrze. Jak coś nie tak i serce boli, czasem trzeba o tym krzyczeć i tupać czy to się kochanej osobie podoba czy nie!!!!!!
Jeśli nawet krzyk Matki dorosłej córki w jej obronie nie odniesie skutku, to przynajmniej nie udziela wsparcia w budowaniu toksycznego związku.

Dowodem, na tworzenie toksycznego związku jest Kasia, bo widoczne są napięte u niej mięśnie, zmęczenie, do tego zaniedbana i utracony w oczach blask radości. Jeśli nic z sobą nie zrobi, to tylko patrzeć, jak zacznie chorować, tylko kto wówczas zajmie się jej małymi dziećmi? Ten truteń, który jest z nimi dla władzy i wygody zajmie się nią i dziećmi?

Kochana Kasia już zapomniała, że niedawno to już przerabiała i zna zdolności trutnia. To iluzja, że ten jest inny, truteń jest trutniem!

Na szczęście w porę przejrzała na oczy, wzięła parę terapii i dzisiaj jest zupełnie inną, jest szczęśliwą dziewczyną, żoną i matką radosnych dzieci.

Nie dajmy się zwieść iluzji, miejmy odwagę spojrzeć prawdzie w oczy, jeśli chcemy przeżyć życie w zdrowiu i radości, uwolnijmy uwięzione emocje, bo życie mamy tylko jedno!

Irena

Kiedy jesteśmy sobą?

 

 

Dla mnie pokonanie raka było dużym sukcesem, ale obecnie większą wartością jest to, że na drodze do wyzdrowienia odkrywałam lepszą wersję siebie.

Czy kiedyś byłam złym człowiekiem? Zdecydowanie nie! Ja tylko byłam przykryta warstwą kurzu i błota, przez co nie kochałam siebie, a nawet nienawidziłam.

Moja znajoma przyszła do mnie z prośbą, abym jej pomogła. W skrócie opowiedziała mnie jakie ma ciężkie i trudne życie. Znam ją i wiem, że jest wspaniałym człowiekiem, słuchałam ją ze łzami w oczach i bardzo jej współczułam.

Niestety nie mogłam pomóc, bo absolutnie znajoma nie chciała zmienić swoich toksycznych przekonań. Myślała, że robię zamach na jej tożsamość, długo musiałam tłumaczyć, że wręcz odwrotnie, jej wspaniała tożsamość ledwo jest widoczna pod warstwami błota, a że tak jest świadczy o tym jej ciężkie życie, a zasługuje na wspaniałe.

Tak uważa wiele osób, chcieliby coś zmienić w swoim życiu na lepsze, ale bez zmieniania siebie. Boją się, że utracą swoją dobroć, chęci niesienia pomocy innym, uczciwość i swoje dobre wychowanie.

Idąc takim tokiem rozumowania niektórzy chorzy nieuleczalnie nie chcą wyzdrowieć, jeśli muszą zmienić siebie, wolą umrzeć takimi jakimi są i się nie zmieniać. Niestety nie wiedzą, że zmieniając siebie, odkryliby lepszą swoją wersję.

Niedawno mój tok rozumowania był podobny, dopóki nie doświadczyłam, że zmieniając siebie poprzez uwalniane emocje i przekonania nie traci się swoich wartości składających się na tożsamość, tylko odkrywa się lepszą prawdę o sobie.

Naprawdę trzeba mieć dużo odwagi, by chcieć samym przed sobą poznać prawdę o sobie, coś na ten temat wiem.

Nie wiedziałam co znajduje się w mojej podświadomości. Lęki przykryte wstydem sugerowały, że znajduje się tam coś strasznego.

Po przełamaniu się, uwalniając uwięzione emocje odkryłam, że nie jestem taka zła. Zdziwiłam się, że jestem fajniejsza niż o sobie wcześniej myślałam. W ten sposób pomału odbudowywałam swoją zrujnowaną wewnętrzną wartość.

Prawda jest taka, że zablokowane emocje i przekonania ukrywają przed nami samymi prawdę o nas i tworzą wewnętrzny konflikt, który skutkuje w ciele chorobami i ciężkim życiem. W takich sytuacjach najczęściej zwalamy winę na „los” ; czy jakaś „karmę”.  W głębi duszy czujemy, że nie zasłużyliśmy na zło życia, które nas spotyka, ale nie chcemy wiedzieć, że wszystko jest w nas.

Niczego nowego nie piszę i nowego nie wynalazłam, ludzkość tą prawdę znała już od czasów starożytnych, a może już wcześniej.

Teoretycznie niby wcześniej wiedziałam, czytałam, ale jak na sobie doświadczyłam, to poczułam się tak, jak bym odkryła nową galaktykę lub przydatkowo znalazłam się w jakimś „MATRIX”.

Podążając   ciekawością, moja przygoda detektywa uwięzionych emocji i podróż nimi do ciemnych zakamarków swojej podświadomości z czasem okazała się fascynująca i wcale nie taka ciemna.

Kontynuując swoją przygodę emocjonalno- wizualną do podświadomości odnajduję siebie małymi kroczkami jaką naprawdę jestem.  To mnie uświadomiło, że nie wiadomo kiedy, przestawałam być sobą, bo w miarę jak rosłam zmieniałam się przede wszystkim pod wpływem zablokowanych lęków i przekonań. Z odważnej pewnej siebie dziewczynki stałam się nieśmiałą, zalęknioną  i bez pewności siebie kobietą. 

Kiedyś w przeszłości nieświadomie przestałam być tą prawdziwą Ireną i pomyśleć, że od zawsze starałam się być sobą, nie wiedziałam, że nadaremny był mój trud.

Pomyślcie sami, kto cierpiący, oszukiwany, okłamywany jest sobą?

       Irena

KOCHANE MAMY I TEŚCIOWE

 

Nikt nie ma wątpliwości, że Matki MIŁOŚĆ jest kryształowo czysta i szczera, tylko dlaczego jest tyle konfliktów i nieporozumień między Matkami a dorosłymi dziećmi?

Mam partnera córki za to lubić, że zrobił z niej półtora nieszczęścia? 

W konfliktach narzekają dorosłe dzieci na swoje Mamy i odwrotnie Mamy narzekają na swoje dorosłe dzieci.

Jednak ich narzekania bardzo się różnią. Matka narzekając na swoje dziecko tak naprawdę żali się jak bardzo się o nie martwi. Natomiast dzieci narzekając opowiadają, jakie ze swoją Matką mają problemy i jak są nieznośne.

Mimo wielu szczerych życzeń, z powodu konfliktów nie dla wszystkich Mam Święto Matki jest dniem radosnym.

Jedna z mam pożaliła się, owszem złożono mi życzenia, ale radość przykrył ból, bo synowa nie pozwoliła synowi jeść mojego poczęstunku, powodem było jej dbanie, aby nie był tak gruby jak ona. W ich domu jest tak samo, sama je, a synowi nie pozwoli.  Żywi się tym, czego synowa zjeść już nie może. Syn ją kocha i jest ślepy, nie widzi jak jego poniża. Nie widzi też tego, jak jego poniżanie mnie boli, bo jeszcze dziwi się, że ich wizyta mnie zasmuciła.  Wyszłam z domu i nie chce mi się do niego wracać, bo co oczy nie widzą, to sercu lżej. Chcę sprzedać dom i wyjechać jak najdalej, bo moje serce tego nie wytrzymuje, a ja i tak w tym temacie jestem bezsilna.

Inna z mam żali się, że syn jej mówi, że jest z żoną szczęśliwy, ale w swoim związku niewiele ma dopowiedzenia. Jakie to szczęście? Jak na jego twarzy maluje się obraz nędzy i rozpatrzy, a mnie bardzo to boli i jestem bezsilna?

Przysłuchująca się żalom matka 40- letniej córki dodaje, to tak jak moja córka, szczęśliwa, radosna, pełna życia i energii, dopóki nie związała się z nowym partnerem. Wszystko w niej wygasło, został z niej tylko obraz nędzy i rozpatrzy. On natomiast ponoć rozkwitł, jego Rodzina wyznała, że teraz jest pełen życia i nawet przestał chorować. Nie dziwi mnie, że jego Rodzina ten związek błogosławi w przeciwieństwie do mnie. Przecież gdybym u córki widziała radość i szczęście to moje serce promieniało by z radości, a jego bym uwielbiała, że córkę tak uszczęśliwił. A tak to co!!!  Mam partnera córki za to lubić, że zrobił z niej półtora nieszczęścia? 

 

Żalące się Mamy zrozumiały, że pomagając dziecku dźwigać ciężar toksycznego związku tak naprawdę czynią więcej krzywdy niż pomocy. Pozwoliły swoim dzieciom rujnować swoje życie na ich sposób, by w konsekwencji mogły szybciej odnaleźć siebie na nowo.

„Kiedy uznajesz i akceptujesz fakty, zarazem w pewnym stopniu się od nich uwalniasz”. – Autor  Eckhrt Toll/światowej sławy nauczyciel duchowy/

Bruce Lipton mówi, że ślepa wiara zabija, niestety życie tą prawdę potwierdza w toksycznych związkach, które zarażają całą Rodzinę.

W podobnych sytuacjach jak opisane powyżej przykłady, Matce poza bólem zawsze towarzyszy poczucie winy. Zastanawia się, jaki popełniła błąd wychowawczy, że jej dziecko daje przyzwolenie na poniżające traktowanie.

Kiedy nas dotyka zło nie ma w tym niczyjej winy.  Źródłem wszystkiego zła które nas spotyka jest zablokowany lęk w naszej podświadomości. Nic nie pomorze „Mędrca szkiełko i oko” bo podświadomość ma sprawczą moc i rozumu nie słucha.

W takiej sytuacji terapia jest trudna, ale możliwa by zakończyła się sukcesem. Pierwszy krok żalące się mamy mają już za sobą, bo zaakceptowały swoją bezsilność wobec toksycznego związku swoich dzieci. To dobrze, że mogły się wzajemnie trochę pożalić, wesprzeć i wyrzucić ból z siebie.

Trzeba mieć siłę, aby pozwolić dzieciom rujnować swoje życie na ich sposób, by w konsekwencji mogły kiedyś odnaleźć siebie na nowo.       

      Iren