Iren

Była okradana

Dawała w szkole ściągać, przez co będąc dorosłą okradano ją z włożonej pracy.  Dla dzieci nauka jest pracą i ma to ogromne znaczenie na całe życie, czy mają uznanie i szacunek do włożonej pracy w nauczenie się czegoś, czy się tego wstydzą.

Pozornie wydaje się, że ściąganie w szkole nie powinno mieć nic wspólnego na późniejsze nasze zarobki.  Każdy się zgadza z przysłowiem – „czego Jaś się nie nauczy, Jan nie będzie umiał”. I z tym nikt nie ma wątpliwości, że taka jest prawda, nie zdajemy sobie sprawy, że dotyczy to również jakie mamy podejście do włożonej pracy w naszą naukę.

Emocje są niezmienne i tak jak dawniej, tak obecnie dzieci, aby nie uchodzić za kujona, to często wstydzą się tego, że dużo się uczą.

Mała Irenka będąc uczniem chciała   się dobrze uczyć, ale przede wszystkim zależało jej, aby być dobrą koleżanką dla swoich koleżanek i kolegów. Wśród dzieci panował osąd, że ci co się uczą, to kujony, zależy im na dobrych ocenach, aby pokazać innym, że są lepsi od pozostałych dzieci, czyli po to wkuwają, aby okazać innym pogardę i by rodzice mogli być z takiego kujona dumni.

Nikt jej nie wytłumaczył, jak pogodzić bardzo dobre przygotowanie się do lekcji i jednocześnie być dobrą koleżanką, której nie zależy na tym, aby mieć lepsze oceny od innych. Miała koleżankę, której starała się pomóc w nauce, ale ona naprawdę, mimo że dużo się uczyła, to niewiele z tej nauki pamiętała i łapała dwóje i było jej z tego powodu bardzo przykro i od rodziców otrzymywała lanie za to, że jest leniem. Więc jak miała jej Irenka nie dawać ściągać lekcji i nie pomagać na klasówkach ściągać?

W szkole to w zasadzie było tak, wspomina po latach Irena, że ci co otrzymywali za wiedzę bardzo dobre oceny, to twierdzili, że się w ogóle nie uczą, a ci co łapali dwóje, to wszyscy twierdzili, że się dużo uczyli tylko jakoś nic nie umieli, nauczyciele do takich tłumaczeń podchodzili różnie, ale wszyscy uczniowie wiedzieli, że to ściema.

Prawda była taka, że Irenka, aby otrzymać dobrą ocenę, to naprawdę musiała dużo się uczyć, ale do tego faktu się nie przyznawała. Z tego powodu wpadała w poczucie Winy, że okłamuje i tym bardziej udowadniała, że jej na piątkach nie zależy, tylko trochę się stara, aby nie łapać dwój i tak się jakoś składa, że od razu umie na piątki.

Jak klasie udowadniała? Oczywiście dawała odpisywać prace domowe, oraz na klasówkach podpowiadała i podawała ściągi z każdego zadania, czasem kosztem tego, że nie zdążyła napisać wszystkich zadań. Czasem z tego powodu otrzymywała słabszą ocenę, ale za to jakie miała uznanie w oczach klasy! Z takim podejściem klasy czuła się bardziej dumna, niżby otrzymała najlepszą ocenę i jak miała nie dawać ściągać?

Można zapytać, co to ma wspólnego z okradaniem w dorosłym życiu? A ma i to bardzo wiele! Przecież ona nie szanowałam swojej pracy, mało tego, Irenka swojej pracy się wstydziła! Ukrywała przed wszystkimi, nawet przed swoimi wujkami, że musi się dużo uczyć, aby w szkole wykazać się wiedzą, ale nie chciała być kujonem, bo być kujonem to był bardzo duży wstyd nie tylko w szkole, ale i przed kuzynami i dalszą rodziną.

W dorosłym życiu, podobnie jak kiedyś w szkole, tak samo w pracy starała się wykonywać powierzone zadania szybko i udawała, że nie kosztuje ją to dużo pracy. Udowadniała, że aby to zrobić, to robi to szybko, lekko i sprawnie. Najgorsze, to jest to, że jej przełożeni otrzymywali premię za oszczędzanie na etatach a Irenie doładowywali więcej pracy. Czasem po cichu siedziała po godzinach, bo w 8 godzinach się nie wyrabiała, ale tego przełożonym nie zgłaszała, bo podobnie jak w szkole wstydziła się tego, że musi długo pracować, aby się wyrobić z nałożonych obowiązków.

Z każdej pracy jak się zwalniała, to jej obowiązki przejmowało trzech pracowników. Tylko już nikt Irenie nie gratulował jak dawniej w szkole, tylko kiwali głowami, że dawała się tak okradać, bo pracowała za trzech, a otrzymywała pieniądze za jeden etat i to jeszcze premia   się nie należała, bo wmawiano jej, że może błędów nie popełnia, ale nie wykonuje obowiązki zbyt starannie. Bo przecież nie można robić za trzech i tak samo dobrze, nieważne, że wszystkie kontrole przechodziła bez zarzutów.

Starannością tłumaczyli się inni, którzy przyjmowali mniej obowiązków, czyli potrafili być asertywni i najważniejsze spotykali się ze zrozumieniem swoich przełożonych.

Myślę, że asertywnym potrafił być taki ktoś, który miał odwagę się przyznać, że musiał się dużo uczyć, aby umieć na pozytywną ocenę.

Irena nie potrafiła być wobec przełożonych asertywna, bo u niej zadziałały schematy zaprogramowane w okresie, kiedy była uczniem szkoły podstawowej.

Irena

 

 

By zdrowym być

 

O jakości życia i naszym zdrowiu decydują przede wszystkim emocje i na pewno bardziej niż najcudowniejsza dieta cud.

Nawet najbardziej dietetyczne danie spożywane ze łzami w oczach może przyprawić nas o niestrawność bardziej niż kawał smażonego boczku spożywanego z miłością i wdzięcznością wobec  wszystkich którzy przyczynili się do tego posiłku i dla tych którzy ten posiłek z nami spożywają.

Czy jesteśmy odpowiedzialni za swoje zdrowie? Dopóki nie zachorujemy, to nie zastanawiamy się nad tematem zdrowia, a jak coś w ciele zaczyna nam doskwierać, to początkowo nie chcemy zauważać, a później często na ratowanie życia może by nie było za późno, ale zmęczeni bólem i cierpieniem nie mamy już sił, by się zastanowić, co możemy dla polepszenia swojego zdrowia zrobić? Wówczas najczęściej o nasze zdrowie zabiegają najbliżsi, niestety oni chociaż bardzo chcą, ale bez naszej woli są bezskuteczni.

Od najmłodszych lat niszczymy sami siebie na wiele sposobów, ale najbardziej zabójcze są nasze ukryte emocje. Czasem jest tak, że najpierw doskwiera coś w   życiu, dopiero później ujawniają się dolegliwości w ciele, ale najczęściej zauważamy odwrotnie.

Mimo starań, to nie zawsze udaje się prowadzić zdrowy styl życia po względem emocjonalnym, a one dla zdrowia są najważniejsze.  Jeśli nawet wiele udało się zrealizować, to z innej strony spotykają nas rozczarowania za rozczarowaniem i najgorsze nie wiemy, dlaczego. Nasza z mozołem budowana fajna jakość życia, rozsypuje się i zostają   zdenerwowania i stresy. Jeśli nawet wiemy, że jakość życia jest bardzo ważna dla naszego zdrowia, to mimo starań, coś umyka i nagle z znienacka zaskakuje nas coś złego i często śmiertelna choroba.

Dopóki jesteśmy zdrowi to się nie zastanawiamy nad swoimi emocjami, najważniejsze by o naszych nie mile widzianych emocjach, jak złość, wstyd, żal, nikt się nie dowiedział. Im bardziej się złościmy, stresujemy, to tym bardziej często udajemy spokojnych, zrównoważonych, bo wówczas odbierają nas inni za zrównoważonych i mądrych, nie zdając sobie sprawy, że w tym najwięcej czynimy sobie krzywd.

Aby lepiej radzić sobie z emocjami, powinniśmy mniej interesować się co inni o nas myślą, a baczniej zwracać uwagę, jak reaguje na ukryte emocje nasz organizm i pomyśleć jak te niezdrowe nawyki   zmienić.

Nie zdajemy sobie sprawy, że zdrowie może być wskaźnikiem, czy prowadzimy właściwy dla nas styl życia.  Nasze ciało odpowiada na każdą emocję, mówi   o nas o naszych przeżyciach, tylko nie zawsze chcemy swojego ciała słuchać. Każdy gdzieś słyszał, że z powodu ogromnego przeżycia komuś serce nie wytrzymało, ktoś w ciągu jednej nocy cały posiwiał czy postradał zmysły. Myślimy, że nas to nie dotyczy, a przecież swoje ciało szpikujemy co dziennie pewną porcją toksycznych emocji. Najczęściej robimy to wówczas, kiedy ich z jakiegoś powodu nie chcemy pokazać na zewnątrz, bo np. się wstydzimy złości, bo chowamy urazę może nawet słuszną, ale chowamy, bo dusimy zbyt długo w sobie żal po bolesnej stracie. Magazynowane emocje w ciele muszą po jakimś czasie wszystkie wybuchnąć, niczym gaz nabijany w butelkę.

W każdej komórce naszego ciała uczucia odgrywają główną rolę i nasze ciało zawsze odpowiednio reaguje w zależności od naszego stanu emocjonalnego, ale zabójcze są tylko te, które ukrywamy, lub z którymi sobie nie radzimy np. złość, gniew, żal, a to one decydują o jakości naszego życia.

Choćbyśmy nie wiem jak bogato żyli, to przez zablokowane uczucie będziemy mieli nie tylko problemy zdrowotne, ale również fatalną jakość życia i to taką nie do pozazdroszczenia.

Felicja, która jest pełna żalu po stracie synka i która nigdy się z tym nie pogodziła, to po latach na wszystkich spotkaniach z bliskimi w radosnej atmosferze śmiała się przez łzy.  Uważam, że nie ma nic gorszego, jak dusić w sobie taki żal, bo czas takie duszone, przechowywane emocje nie leczy, tylko coraz bardziej jątrzy ranę i potęguje cierpienie. Felicja przez swój ból nieświadomie zaniedbała pozostałych dwóch synów i cierpieniem zarażała całą Rodzinę przez wiele lat.

Nie odkryłam „Ameryki” twierdząc, że jakość życia ma wpływ na nasze zdrowie. Wszystkim wiadomo, że dawniej, kiedy ludzie mieszkali w złych warunkach, to umierali na zakażenia i różne choroby zakaźne, nie wspominam już o niedożywieniach z powodu braku pożywienia.

Każdy w jakiś mniejszy czy większy sposób może wyobrazić sobie jaki stres dotyka człowieka, który ciągle boi się, że straci wszystko, bez względu na status materialny. Gorzka prawda jest taka, że tą stratę ściągnie, jeśli wcześniej się z tego lęku nie uwolni.  Przecież to dla emocji wchodzimy na mroźne szczyty, zabijamy z zazdrości i jak się rodzimy to pierwotną emocją, czyli krzykiem witamy świat, w którym przyszło nam żyć.

Pani Eugenia była radosną seniorką i prowadziła skromne, ale aktywne życie jak na swoje 90 lat. Jej radością były codzienne zakupy w osiedlowych sklepach oraz tworzenie codziennych jadłospisów dla siebie i córki, bo była przekonana, że bardzo córce pomaga.  Tak było, dopóki jej córka pragnąc lepszego zdrowia dla swojej kochanej Mamy nie wprowadziła cudownej diety, która miała ją jeszcze bardziej wzmocnić.  Z dietą wiązały się zakupy w sklepach ze zdrową żywnością oraz nowe przepisy potraw, które córka zaczęła dokonywać sama. Biedna Eugenia nie mogła już dokonywać zakupów  i nie potrafiła już po nowemu gotować. Córka nie chciała widzieć, że zabiera Matce jej największą radość z zakupów i gotowania. W krótkim czasie zgasła i mimo cudownej diety z każdym dniem była coraz słabsza, aż w krótce zachorowała i zmarła. Córka bardzo śmierć Matki przeżyła, ale nie skojarzyła, że cudowną dietą jej śmierć przyspieszyła. Nie zabiły jej dietetyczne potrawy, tylko zabrane emocje związane z przygotowywaniem posiłku. Jej Mama przestała być potrzebna, straciła radość i całkowitą wolę życia, jej jakość życia uległa całkowicie w gruzach.

Na jakość naszego życia składa się wiele, ale główną rolę odgrywają emocje.

Wszystko jest energią, są nią również nasze uczucia, myśli i emocje, a energia zablokowana rozsadza od środka i niszczy nas.

Irena

 

 

SAMIEC ALFA

Każde uzależnienie to niskie poczucie własnej wartości, zabijane przez” DUMĘ” dającą zadowolenie i satysfakcję, która koliduje z   uznaniem i szacunkiem do własnej pracy i siebie. 

Kiedy Rodzice chcą być „dumni” ze swojego dziecka, często czynią mu dużą krzywdę, nie zdając sobie sprawy, że wysokie mniemanie o sobie zabija szacunek do swojej pracy i siebie.

Romek z syndromem uzależnienia psychicznego miał bardzo kochanych Rodziców, którym nieźle się wiodło, ale nie należeli do tych w środowisku najbogatszych.  By należeć do kasty bogatych ich marzenie miał spełnić Romuś, który był chlubą i oczkiem w ich głowie. Zawsze w szkole podstawowej miał same piątki, /szóstek w tym okresie nie było/. Na podwórku w grupie podczas zabawy wymuszał te zabawy w których uważał, że jest dobry i morze się popisać przed kolegami. Jeśli mu się nie udawało, to na poczekaniu zmieniał zasady i z pretensjami do kolegów leciał o poparcie do Matki, lub Ojca, które oczywiście otrzymywał i z dumą ponawiał gry czy zabawy dostosowane do jego słabości tak, aby zawsze był najlepszy. W jego domu nie uznawano przegrania, błędów ani porażki. Do tego stopnia, że jak stracili firmę i samochody, to ogłosili wśród znajomych, że Romuś absolutnie o tym nie może się dowiedzieć. Natomiast koledze Romusia, którego Mama straciła pracę, pod zasłoną współczucia, w ich obecności okazywano mu pogardę, insynuując, że już się z tej biedy nie pozbierają.

Paradoks polega na tym, że ten pogardzany kolega po wielu latach jak się spotkali, podał mu pomocną dłoń i pomógł wyzwolić mu się z toksycznej partnerki, oraz pracodawcy, u którego tyrał po 16 godzin za parę groszy.

Dumni Rodzice, nie pomyśleli, że kiedyś w życiu ich synek jak każdy popełni jakieś błędy, spotkają go jakieś porażki, ale on nauczony, że zawsze musi być najlepszy, nie zniesie tego i dopadnie go ogromna pogarda do siebie, czyli zgodnie z prawami natury wróci do niego wszystko to, co okazywał innym.

W owym czasie rodzice nie myślą, że człowiek uczy się na własnych błędach, jeśli dali mu przekonanie, że nie wolno popełniać błędów, to jak miał się nauczyć życia?  Do tego zasiali w nim ziarno toksycznego przekonania, że nikt nie może być od niego w czymkolwiek lepszy. I w ten sposób wychowali swojego kochanego synka na obraz nędzy i rozpaczy. A teraz siedzą, żalą się i nad nim płaczą obwiniając wszystkich, tylko nie siebie.

Romek w dorosłym życiu nie potrafił się odnaleźć, z każdego życiowego małego błędu i małej porażki, nie wyciągał lekcji, tylko się obwiniał, że nie jest najlepszy i pogrążał coraz bardziej.   Zbawieniem dla niego stała się toksyczna partnerka, bo akceptowała jego takim jakim on jest, czyli z niskim poczuciem własnej wartości.  Nie widział, że tak naprawdę, to go wykorzystywała i że był dla niej workiem treningowym, na jej frustracje i porażki. Poniżając go, karmiła swoją toksyczną dumę. Natomiast dla pracodawcy był tanią, wykwalifikowaną siłą roboczą, którego można było tyrać przez 16 godzin na dobę. Romek na wspomnienie o własnej działalności z nerwów oblewał się potem, tyle go to kosztowało stresu zanim firma jego zbankrutowała, ale poza stresem, nie wyniósł z tej jednej porażki żadnej lekcji. Przyczyną tego było nabyte w dzieciństwie przekonanie, że każda porażka oznacza życiową katastrofę nie do przezwyciężenia. Jego rodzice byli wzorem do naśladowania, a oni nigdy według Romka nie popełniali błędów i na swoim koncie nie mieli żadnej porażki, bo swoje błędy i porażki ukrywali przed nim, a do tego siebie porównywali do gorzej radzących w swoim życiu od nich.

Każde uzależnienie zwykle tak się zaczyna, najpierw jest porównywanie i dążenie by był   najlepszy w klasie czy grupie dzieci i okazywanie satysfakcji i wytykanie, że inni są gorsi. Bez opamiętania serwują mu pochwały i pogardę dla słabszych tak, jak by od tego zależało życie. Niestety dziecko wówczas tak się programuje, jeśli ktoś w odpowiednim momencie zasianego ziarna nie wyrzuci.   W tym toksycznym pakiecie idzie w parze ocenianie i porównywanie rówieśników pod względem materialnym; jak mieszkają, jakie markowe mają ciuchy i gadżety. W ten sposób uczą swoje dziecko pogardę do innych, niby gorszych, jeśli mieszkają skromniej, mają gorsze samochody i ubierają się w ciuchy z sieciowych sklepów, a nie markowych.

Dla syndromu uzależniającego w powyższym pakiecie wewnętrzne wartości nie mają znaczenia, niebawem obrośniętego w dumę to poczucie wartości spadnie i tak do minimum bliskiemu „O”.

Rodzice zapominają, że prędzej, czy później kosa trafi na kamień i takie dumne wychwalone dziecko kiedyś spotka „mądrzejszego”, bogatszego, lub o silniejszej   osobowości i z dumnego ego spuści się powietrze, a wraz z nim zostanie odarte z wewnętrznego poczucia własnej wartości do minimum.

Pogarda, którą okazuje się innym, zgodnie z prawami natury zawsze wraca do każdego   wielokrotnie powiększona. Czasem „duma” powoduje stratę, czasem taki samiec alfa, jak oddaje pierwszeństwo innemu popada w finansową biedę i z dużą pogardą do siebie, a czasem popada w uzależnienie od innej osoby czy narkotyków.  Toksyczna duma dająca początkowo satysfakcję i zadowolenie prędzej, czy później doprowadza do bólu i cierpienia.

Pogarda nie dotyka osób, które zachowują uznanie i szacunek do swojej pracy i siebie i nie obchodzi ich co inni o nich myślą.

Z całą odpowiedzialnością uważam, że przez toksyczną „dumę” Rodzica,  dziecko wychowywane na „samca alfa” tak naprawdę  jest programowane w   syndrom uzależnienia psychicznego.

Pozdrawiam z szacunkiem

Irena

 

 

Dobry terapeuta

 

 

 

Na proste pytanie jaki jest dobry terapeuta? Jest prosta odpowiedź – skuteczny terapeuta.

Niestety najczęściej trafiamy na kogoś, kto deklaruje, że usunie z nas chorobę powodującą cierpienie i na deklaracji po terapii się kończy. Na składane zapewnienia o skutecznej terapii, poprzedzone piękną reklamą i przy naszej kulejącej Służbie Zdrowia ciągną do nich tłumy chorych i cierpiących, ze ślepą wiarą w cudowne wyleczenie. Nie ważne, że znamy przypadki nieskutecznego wyleczenia, chcemy wierzyć, że nam pomogą i idziemy jak owce za baranem na rzeź.

Przyznaję szczerze, że ja podobnie jak cała rzesza chorych z podobnymi terapeutami miałam do czynienia. Czasem po ich wizycie moje bóle na krótko łagodniały, ale szybko powracały z jeszcze większą siłą.

Miałam wiele przewlekłych chorób i można było łatwo trafić z diagnozą w jakąś już zdiagnozowaną chorobę, a nie wymyślać nową. Tak naprawdę nikt nie musiał z diagnozą zgadywać, bo każdy chory opowiadając o swoich dolegliwościach, opowiadał ze szczegółami o medycznych badaniach i diagnozach. Terapeuta nie mogąc tych zdiagnozowanych przez lekarzy swoimi cudownymi rękami usunąć, często diagnozował fikcyjną chorobę, którą automatycznie szybko   uzdrawiał. Mnie tak cudownie uzdrowiono guzy na jajnikach i mięśniaki, których nigdy nie miałam.  Sławnemu terapeucie bardzo chcemy wierzyć we wszystko w szczególności, kiedy medycyna akademicka jest bezsilna.

Wiele z tych znanych mi osób z ogromnych kolejek od znanych cudownych terapeutów powróciło do akademickiego leczenia, jeśli wcześniej nie zdążyli umrzeć.

Jestem bardzo oburzona, jeśli jakiś terapeuta zastrzega sobie, aby nie leczyć się u lekarzy chemią i antybiotykami. Mnie też tak mówili, ale na moje szczęście byłam nie usłuchana, nie tylko wobec lekarzy, ale i terapeutów. Owszem na krótko łagodzili mi bóle swoimi sposobami, aby uciszyć moją czujność i umocnić fałszywą nadzieję, bez niej nie ma wyleczenia, ale fałszywa nadzieja zabija i potęguje cierpienie.

Kiedy po terapiach przeszłam ponowne szczegółowe badania medyczne, to okazało się, że wiele przewlekłych chorób jeszcze bardziej się zaostrzyło i nie pomogły cudowne ręce, cudowny umysł, który miał wzmocnić mój układ odpornościowy, a stosowane zioła też bardziej zaszkodziły niż pomogły. Niebawem nie miałam  już wątpliwości, że rak płuc rozwijał się we mnie pod opieką jednych i drugich.

Przed takimi znanymi cudownymi terapeutami przestrzegam, oni tylko dają fałszywą nadzieję, ale za to wyciągają prawdziwe pieniądze i to wcale nie małe.

Kiedy w końcu wykończona fizycznie i finansowo, zmęczona leczeniem terapeutycznym i akademickim umierałam w bólach na raka płuc z przerzutami do głowy, kręgosłupa i rozsianym po całym organizmie, w chwilach ulgi zainteresowali mnie uzdrowieni z śmiertelnej choroby.

Podpatrując wśród innych śmiertelnie chorych jak radzą sobie z cierpieniem, spotkałam osobę, która pokonała nieuleczalnego raka płuc. Jej podejście do życia i choroby bardzo różniło się od mojego i mnie podobnych umierających. Mówiła, że pierwszą rzeczą jaką powinnam zrobić, to wybaczyć sobie, swoim Rodzicom i wszystkim którzy mnie skrzywdzili, ale tak z uczuciem, od serca.

W odruchu bezwarunkowym odpowiedziałam jej, że taka terapia nie dla mnie, bo miałam cudownych kochanych rodziców.

Czyżby? Odpowiedziała mi bez ogródek, przecież przede wszystkim ze względu na Rodziców   każdy potrzebuje terapii. Czy nigdy będąc dzieckiem, nie zezłościłaś się na Mamę lub Ojca, który zawołał cię na obiad przerywając w najlepszym momencie zabawę? I czy z tego powodu później nie byłaś na siebie zła?

Pod wpływem jej rozmów i przemyśleń, pomyślałam sobie, że przyda mi się taka terapia wybaczania, chociażby dlatego, aby póki życie trwa, uporządkować swoją sferę uczuciową i godnie przygotować się na śmierć.

Powiedziała mi jeszcze zdanie, które zapamiętałam do końca życia – „Nie można wyleczyć niczego co mamy w swoim ciele nikim i niczym z zewnątrz, rozwiązania należy szukać w swoim wnętrzu”. Absolutnie tych zacytowanych słów nie rozumiałam, ale zwróciłam na nie uwagę, bo powiedziała to osoba, która pozbyła się raka płuc.

Zasugerowana powyższymi słowami, szukałam osób którzy wyszli z raka. Poza tą jedną osobą nikogo kto wyszedł z raka płuc nie spotkałam, ale spotykałam chorych, którzy wyszli z nieuleczalnego raka chorób kobiecych i innych.

Zauważyłam, że każdy wyleczony, szukał sposobu na wyleczenie w sobie, czyli w swoim wnętrzu, jednocześnie korzystając z naukowych medycznych osiągnięć.

Słuchając wyleczonych wydaje się to takie proste, tylko dlaczego jest ich ciągle tak mało?  Czy dla pozostałych na pewno Bóg tak chciał? Przecież mamy wolną wolę i Bóg jest miłością, a miłość to radość, a nie cierpienie.

Niestety wszystko jest w nas i to od nas zależy nasze zdrowie, od naszych wyborów i każdy wybór jest właściwy i absolutnie nie jesteśmy winni, że chorujemy i cierpimy, tylko po prostu wybraliśmy drogę, na której jest cierpienie i dana choroba.

Kiedy wyleczony przychodził na badania lekarskie potwierdzający jego stan zdrowia zawsze był miły, uśmiechnięty i chętnie zapytany odpowiadał, jak zmienił swoje życie, jak swoje lektury zmienił na inne i w ogóle   co robił, aby pozbyć się choroby, lecz niestety kiedy go spotykałam zawsze siedział samotny.

Zdziwiło mnie, że poza mną inni chorzy od wyleczonego stronili, natomiast gromadzili się wokół rozgadanej osoby o swoich nieskutecznych zabiegach. Gromadzili się też wokół kogoś kto opowiadał o cudownym uzdrowicielu, ale jego rak jest taki twardy, że mimo wysiłku terapeuty rak stał się jeszcze agresywniejszy, dodawał na koniec jak pod rękoma cudotwórcy jego ciało podskakiwało prawie na metr, taką miał w rękach moc. Ten chory zmarł, a jego żona jeszcze długo po jego śmierci rozdawała chętnym namiary do tak cudownego terapeuty, posiadający tak niebywałą moc, nikomu to nie przeszkadzało, że była nie skuteczna.  Byłam bezsilna, chociaż to byli moi dobrzy znajomi.

Szybko się przekonałam, dlaczego chorzy stronili od wyleczonego, bo takie samoleczenie to naprawdę duży trud, ciężka praca i odwaga. Podczas terapii, często przychodziły mi myśli, że może lepiej byłoby się pomodlić o szybką śmierć, nic nie robić, brać leki przeciwbólowe i odejść szybko w spokoju.  Wówczas wkraczała moja kochana córka i jak widziałam w jej oczach, jak bardzo jej zależy abym jeszcze trochę z nimi pobyła, to ponownie podejmowałam się trudu, by wyrzucić toksyczne emocje, na ile dam radę.

Już wiedziałam jakiego terapeutę potrzebuję, przede wszystkim, aby mnie wspomagał w podróży do moich zablokowanych przekonań, czasem dodając otuchy, mówiąc nie masz się czego bać, już tam byłaś, dasz radę. I dawałam radę, a w odpowiednim momencie stwierdziła, że już bez pomocy terapeuty mogę być terapeutką sama dla siebie i tak jest do dnia dzisiejszego.

Oczywiście, absolutnie nie wierzyłam, że dzięki tej terapii będę tak długo żyła i wyglądała do tego młodziej, liczyłam tylko o przedłużenie życia o parę tygodni, a żyję już 14 lat i to wszystko zawdzięczam Bogu, córce i terapii dzięki jednej spotkanej wyleczonej kobiecie, która dała mi nadzieję i pokazała kierunek, gdzie szukać swojej ścieżki zdrowia.

Dobre jest to, że nie musimy czekać, jak dopadnie nas śmiertelna choroba, tylko możemy   terapią bazującą na naszych uczuciach zapobiec chorobie, usunąć nasze doskwierające życiowe problemy, by długo cieszyć się zdrowiem i radością życia, czego wszystkim serdecznie życzę.

Irena

 

 

Uzdrawiająca moc

 

 

Co powoduje, że niektórzy pokonują nieuleczalne choroby, a wielu bardzo wartościowych ludzi odchodzi w bólu i cierpieniu?

Nie wiem, dlaczego wartościowi ludzie odchodzą, ale mogę odpowiedzieć co powoduje, że niektórzy pokonują nieuleczalne choroby i prowadzą szczęśliwy tryb życia, bo przez piekło życia bólu i cierpienia przeszłam. Bez fałszywej skromności muszę powiedzieć, że mnie nie udało się pokonać nieuleczalne choroby, ja te choroby pokonałam, bo skorzystałam z pokładów   sił, które są w każdym z nas.

Jak odkryłam te niesamowite uzdrawiające siły?

To długa historia i wiele nałożyło się czynników, ale jedno spostrzeżenie wskazało mi jaką pójść ścieżką: Zdrowia? Czy śmierci?

Niestety większość chorych wybiera nieświadomie ścieżkę śmierci. Ja wcale nie przypadkowo wybrałam ścieżkę zdrowia, dokonałam takiego wyboru, bo krótko przed wyborem byłam obserwatorem napotkanych chorych na raka.   Na wybranej ścieżce nic wielkiego nie oczekiwałam, a była bardzo ciężką, trudną, czasem dopadały mnie zwątpienia po co zadałam sobie tyle trudu.  Tak było, dopóki po drodze nie dostrzegłam, że jest we mnie jakaś nieznana potężna siła i to mnie zaciekawiło.  Jeszcze nie wiedziałam, czy jest potężniejsza od raka, ale od razu jak tylko trochę z tej siły coś zaczerpnęłam, od razu poczułam ulgę, może nie dużą, ale byłam świadoma, że tylko troszeczkę zaczerpnęłam mocy z tej nieznanej mi siły, więc byłam ciekawa, co się stanie, jak pójdę dalej? Przyznam szczerze, że bałam się bardzo, czy przypadkiem czegoś okrutnego w sobie nie odnajdę, ale brnęłam dalej.

W takich chwilach przypominałam sobie, dlaczego tą ścieżkę wybrałam.  Oszołomiona po diagnozie zaczęłam obserwować chorych na raka, podpatrując, jak inni w takiej sytuacji sobie radzą.  Zauważyłam, że większość szuka ratunku u innych, jak np. w bliskiej osobie, Rodzinie, w lekarzach, terapeutach, ale byli nieliczni którzy ratunku szukali w sobie i to ci  pokonywali nieuleczalnego raka.

Ci nielicznie nie zadawali sobie pytania, dlaczego mnie to spotkało?  Tylko zadawali sobie pytania co ja sam mogę zrobić dla siebie, aby osłabić raka? Co ja sam mogę zrobić, aby podnieść swoją odporność?

W tym postrzeżeniu, wyodrębniły się dwie grupy chorych, Ci co umierają w cierpieniu, to wszyscy, którzy szukali ratunku u innych. Natomiast ci co doświadczali cudownego uzdrowienia, to wszyscy szukali ratunku w sobie, a nie jak by się zdawało u cudownych uzdrowicieli. Szukali tylko książek i  terapeutów, którzy prowadzili, podpowiadali, jak wykrzesać w sobie tą ogromną siłę, która leczy i uzdrawia.

O trafnym   wyborze potwierdziły mi zasłyszane słowa wielkiego światowego filozofa; że raka nie można pokonać z zewnątrz, tylko z wewnątrz, tam, gdzie są jego korzenie.

O. Carla Simontona słowa podpowiedziały mi, że w walce z chorobą można korzystać z wewnętrznej siły, nie wykluczając   korzystania z największych osiągnięć nauki medycyny akademickiej, tylko jeszcze tym można wzmocnić skuteczność.

Terapeutów, którzy zachęcali mnie abym zrezygnowała z leczenia akademickiego silną chemią na moje szczęście omijałam z daleka. Bo pomyślałam sobie, co by ten przemądrzały terapeuta zrobił, jak by był przy wypadku, a ofiara miała silny krwotok? Czy byłby w stanie zatrzymać krwotok rannemu z poważnego obrażenia? Czy odważyłby się nie dzwonić po ratunek po karetkę pogotowia?  Jestem pewna, że nie byłby wstanie pomóc, bo na naszym poziomie energetycznym z pewnością człowiek by się wykrwawił, mimo, że dobry terapeuta mógłby tego dokonać, ale jak będziemy na wyższym poziomie energetycznym czy duchowym, ale nie na dzień dzisiejszy. 

Obecnie mało osób wie, że duchowość to żywa ogromna energia, którą każdy z nas ją w sobie ma i ja mówiąc szczerze też o tym nie wiedziałam, dopóki tego na sobie nie doświadczyłam.

Naukowo już dawno udowodniono, że zdrowie jest stanem, w które angażuje się   ciało, umysł i duch. Lekarz onkolog naukowiec w swych książkach pisze, że duch otwiera na nas siły uzdrawiające, które daleko wykraczają poza naszą obecną zdolność pojmowania, ale możemy nauczyć się zastosowania ich we własnym życiu.

Mimo naukowych dowodów, nasi lekarze są sceptyczni do leczenia poza lekami farmaceutycznymi.  Tym samym chorzy wpatrzeni w lekarzy, reagują dokładnie tak samo jak oni na inne leczenie. Nie znam ani jednej osoby, która by się wyleczyła z nieuleczalnego raka płuc z przerzutami tylko lekami farmaceutycznymi. O tym się nie mówi ani nie pisze, ile osób odeszło z tego świata z powodu ubocznych skutków stosowanego akademickiego leczenia.

Natomiast dużo się robi negatywnego hałasu w temacie medycyny niekonwencjonalnej, chociaż nie znam nikogo kto z tego powodu zszedł by z tego świata, czasem tylko jest też zwyczajnie bezsilna na naszym poziomie energetycznym.

Tak na zdrowy rozum, czy może zaszkodzić podczas leczenia akademickiego siła modlitwy?  Jak może zaszkodzić Radykalne Wybaczanie, czyli takie od serca kierowane miłością? Jak mogą zaszkodzić medytacje?

Na wszystkie powyższe pytania, które ja zadawałam sobie może odpowiedzieć sobie każdy sam, bo ja nikomu nie mówię, co kto ma zrobić, bo każdy jest inny i każdy ma prawo wybrać swoją ścieżkę zdrowia. Ja tylko mówię co ja zrobiłam walcząc z chorobą, która została uwieńczona sukcesem i o związku z tym swoich spostrzeżeniach.

Irena

 

Jak posiałam raka płuc

 

To ja 62  lat temu w dniu komunii i sypania kwiatków

 

 

W dniu Święta Bożego Narodzenia na kazaniu usłyszałam, że nasze choroby to są nasze grzechy, to wprawiło mnie w zadumę i refleksje nad moimi chorobami, w tym raka płuc.

Moja historia jest prawdziwa oparta na moim życiu, począwszy od dzieciństwa, ale tej części zapomnianej i wypartej. Normalnie przez całe lata nic z tego okresu przeszłości z wczesnego dzieciństwa nie pamiętałam, została odgrzebana podczas terapii.

Teraz kiedy jestem pewna i świadoma, że początek raka stworzyłam jako niewinna mała dziewczynka, zastanowiło mnie jaki popełniłam grzech, który skutkował aż takim cierpieniem.

To zastanawiające, tym bardziej że tą część dzieciństwa spędziłam na plebanii, którą świadomie bardzo miło wspominam.

Moja Mama, wbrew mojemu Ojcu na plebanii pracowała jako sprzątaczka, a w tym biednym dla nas okresie mieliśmy na plebani utrzymanie i to całkiem niezłe. Z perspektywy czasu mogę powiedzieć, że nas tam dzieci rozpieszczano smakołykami, których w domu nigdy bym nie zasmakowała.  Na plebani Pani księdza gospodyni uczyła nas jeść nożem i widelcem i prawidłowo zachowywać się przy stole /60 lat temu na wsi jadło się tylko łyżką i widelcem bez użycia noża/.  Ponieważ z zawodu była nauczycielką, to uczyła nas czytać, pisać, liczyć i wiele innych przydatnych rzeczy.

Już od 6 roku życia chodziłam na religię, którą uczyły zakonne siostry, a i czasem sam ksiądz proboszcz, który bardzo był wymagający i bardzo srogi. Wszystkie dzieci się go bardzo bały, bo karał nas batem i ciągnął za uszy aż do krwi. Ja byłam dla księdza jak by niewidoczna, bo na pewno nie faworyzowana. Skutkiem tego był fakt, że nigdy mnie nie pytał i na jego polecenie do komunii poszłam o rok wcześniej niż inne dzieci. Ksiądz był pewny, że Pani na plebanii dobrze mnie przeszkoliła, a Pani uważała, że ksiądz przeszkolił mnie na religii i w ten sposób nikt niczego mnie nie uczył.

Ten strach i niezbyt dobre przygotowanie do pierwszej Komunii Świętej było podłożem do zasiania ziarenka raka płuc.

Dlaczego?  Bo wcześniej mała Irenka ukradła późną jesienią dwie gruszki z mieszkania znajomych Rodziców.

W maju przy pierwszej spowiedzi ksiądz nakazał mi ukradzione oddać, a jak miałam oddać gruszki w maju? /w 1956r.  Świeże owoce w sklepie były tylko sezonowo/. Przy spowiedzi tylko usłyszałam, że oddanie co ukradłam, to moja pokuta, jeśli jej nie spełnię, to spowiedź nieważna i nie wolno mi będzie przyjąć Komunię Świętą.

Zwracałam się do Ojca, który oddanie gruszek zbagatelizował i niczego mi nie wyjaśnił, zwracałam się do Matki, też mój problem bagatelizowała, jedynie siostra zakonna podpowiedziała mi, że mogę pokutę wypełnić po Komunii Świętej. Niestety wkrótce znajomi się wyprowadzili i im tych gruszek nie oddałam. Zwracałam się z prośbą o rozwiązanie problemu wiele razy do Rodziców, sióstr zakonnych, ale nikt mojego problemu do końca nie wysłuchał, tylko zawsze kończyło się dziwnym uśmieszkiem z ich strony. Mała Irenka te uśmieszki odbierała, że ukradłaś, nie oddałaś, pokuty nie wypełniłaś, więc popełniłaś „świętokradztwo” i teraz będziesz potępiona, tak kończą złodzieje i ci co nie wypełniają pokuty!

Kiedy się okazało, że tych gruszek oddać już nie mogę, był to tak duży stres, nie tyle z powodu kradzieży, ale z tego powodu, że nie wypełniłam pokuty, a Komunię Świętą musiałam przyjmować, bo jak bym inaczej mogła się pokazać na plebanii. Kiedy musiałam podejść do następnej spowiedzi, sparaliżowana strachem wszystkie zdarzenia wymazały mi się z pamięci. W zamian tego pojawił mi się ogromny strach przed śmiercią i przekonanie, że jestem bardzo niedobra.

W moim życiu przejawiało się to tym, że mnie okradano i nikt za to nie ponosił konsekwencji, chociaż łapałam złodziei na gorącym uczynku. Dzisiaj wiem, że Ci złodzieje pokazywali mnie, że mam w sobie nierozwiązany problem i nie muszę się go bać, bo nic mi za to nie grozi. Tych przesłanek złodziei nie rozumiałam i mój lęk rósł w niebotyczną siłę, a ja ciągle byłam niczego nieświadoma. Tylko tak jakoś chyłkiem boczkiem oddalałam się od kościoła, bo w nim źle się czułam. Racjonalnie tłumaczyłam to sobie tym, że kościół to omamia, a ja przecież w życiu nie czynię nikomu nic złego jak nie chodzę do kościoła.

Czasem czułam się wierząca, ale nie praktykująca, czasem nawet ateistką, ale tematu śmierci unikałam jak przysłowiowy „diabeł święconej wody”.

Tak było do momentu jak na moich oczach moja kochana Mama umierała i zdumiało mnie to, że mówiła o swoim umieraniu ze spokojem i miłym ciepłym uśmiechem na twarzy. Wówczas naszły mnie myśli, że ja na jej miejscu chyba bym ze strachu krzyczała, a Ona jest taka spokojna. Przypomniałam sobie, że Mama zawsze była chodzącą dobrocią i zawsze wierna swojej katolickiej wierze i kościołowi.

Tamtej pamiętnej nocy uświadomiłam sobie, że ja też umrę, tylko nie wiem, kiedy, a lęk przed śmiercią był już tak ogromny, że przemienił się w raka płuc. Miało to miejsce w lutym 2004r, a w październiku usłyszałam diagnozę – drobnokomórkowy rak płuc, już z idącym przerzutem i który atakuje ciało błyskawicznie.

Mama tej nocy nie umarła, żyła jeszcze 13 lat, a ja musiałam umierać, by ponownie nawrócić się do Boga, kościoła i odkryć błahy problem dziecka, który nie rozwiązany gnębił mnie okrutnie przez pięćdziesiąt lat. Jak rozwiązałam swój problem po 50 latach, pozbyłam się lęku przed śmiercią i rak ulotnił się bezpowrotnie.

To nieprawda, że rzekomo ateistą żyje się lepiej, tylko trudniej umiera, moje doświadczenie pokazało, że trudnej się żyje i jeszcze trudniej umiera.

Według mnie choroby, to nieuświadomione nie rozwiązane problemy przykryte wstydem i poczuciem winy, które mogą sprowadzić nas na złą drogę i tak naprawdę można powiedzieć, że jest to grzech, tylko czyj?

Mój życiowy przykład niech będzie przestroga dla opiekunów i rodziców, by nie bagatelizowali problemów emocjonalnych dzieci, bo to jakie nasze dziecko nabierze przekonanie w tym momencie będzie miało istotny wpływ na dalsze jego zdrowie i życie.

Mimo upływu lat emocje dzisiejszych dzieci są takie same jak te moje sprzed lat tylko zaszyte są w innych życiowych problemach.

Irena

 

 

Rany przeszłości

 

Okropne chwile przeszłości nie ulegną zapomnieniu przez upływ czasu, jeśli zakotwiczone są w komórkach naszego ciała i w naszej podświadomości, one żyją w nas jako cierpienie i choroby.

Po zdradzie pierwszego męża, który wywiózł mnie z dziećmi z miasta na wieś daleko od mojej Rodziny i zostawił bez środków do życia, wydawało mi się, że czas zagoił rany.  Pozostała tylko kobieca „duma”, że poradziłam sobie po tym jak były mąż i ojciec moich dzieci wywiózł mnie daleko od rodziny z miasta na wieś i na zatracenie nas zostawił.

Piszę o zatraceniu bez przesady, bo rzuciłam dla drania dobrze płatną pracę, mieszkanie w mieście i przyjaciół.  Poszłam za nim w obce miejsce na wieś, samotna jak palec. Zintegrować się ze środowiskiem utrudniał fakt, że mąż dzieciom i mnie nie pozwalał chodzić do kościoła, bo był ateistą, ale tak naprawdę był kimś pozbawionym wyższych uczuć.

Będąc samotną matką wychowałam dzieci na porządnych ludzi, wykształciłam, następnie po latach zakochałam się i wyszłam za mąż.

Kiedy myślałam, że nareszcie będę mogła wieść już spokojnie drugie życie na zasłużonej emeryturze zaczęły się coraz silniejsze   ataki okropnych bóli. Byłam już po walce z rakiem płuc, ale lekarze po badaniach zgodnie twierdzili, że one nie mają związku z rakiem.

Próbowałam sama terapii, jeździłam na warsztaty terapeutyczne, ale pozbyć się cierpienia z swojego ciała nie mogłam. Dopiero córka jak się wzięła za mnie i swoim sposobem pomogła mi dotrzeć do źródła bólu i było po sprawie i cierpieniu.

Okazało się, że moje ciało zamanifestowało cierpienie z zamierzchłej przeszłości, kiedy mąż mnie zdradził i zostawił z dwójką nieletnich dzieci bez środków do życia. Ponownie otworzyły mi się dawne rany, a może nie otworzyły, tylko przykryłam swoim innym pozytywnym życiem?

Jednak to nieprawda, że czas goi rany, tylko czas pozwala na zapomnienie, a do cierpiącego ciała się przyzwyczajamy?

Gdyby taki stan trwał dłużej musiałabym przyzwyczaić się do cierpiącego życia, bo scenariusz z drugim mężem by się powtórzył, jeśli bym nie usunęła przyczyny.

Aby dotrzeć do przyczyny ponownie wróciłam do przeszłości odgrzebując zapomniane ropiejące rany, grzebiąc się w dawnych brudach.  Ponownie przeżyłam przerażenie, wróciłam do okresu, kiedy stało się w moim życiu coś strasznego, okropnego, jak czułam, że to już po mnie i moich kochanych dzieciach. Mój kochany pierwszy mąż, któremu ufałam bezgranicznie, przy rozstaniu tak walnął mnie jeszcze po głowie, że się przewróciłam i jak się ocknęłam to stały nade mną przerażone dzieci, a ja nie mogłam się podnieść z powodu kręgosłupa, bo tak był stłuczony dysk.

Do dnia dzisiejszego nikomu się z powodu wstydu nie przyznałam, że na pożegnanie tak były mąż mnie załatwił i to w obecności dzieci. Nigdy do tych dni z dziećmi nie wracałam czekając aż z czasem wszystko ulegnie zapomnieniu. Po tym wydarzeniu jeszcze o tego bydlaka walczyłam niczym „lwica” gotowa mu wszystko wybaczyć, oby tylko zechciał zostać z nami.

Na moje szczęście nie udało mi się bydlaka zatrzymać, z czasem umysł prawie wszystko wymazał z pamięci, ale ciało stojące na straży prawdy dawało o sobie znać dawnym cierpieniem. Nie tylko umysł zapamiętał te okropne dla mnie chwile, ale jak widać każda komórka ciała.

Świadomie wszystko bydlakowi wybaczyłam, aby o nim zapomnieć i myślałam, że tak się stało.

Umysł dał się zbałamucić, ale coś w środku i komórki ciała utrzymywały nadal moje okropne chwile przeszłości przy życiu, o czym nie miałam zielonego pojęcia.

Po dotarciu do prawdy zobaczyłam, że to nie ja grzebałam się w brudach przeszłości, to brudy przeszłości grzebały mnie, ja je tylko dźwigałam, a one bruździły coraz bardziej i to tak, że już było nie do wytrzymania.

Nie ma się co dziwić, że po terapii czuję się lekko, jak zrzucam z siebie takie ogromne brzemię przeszłości, a radość rozpiera moje serce i ciało.

Teraz wiem, dlaczego ustąpiły wszystkie chroniczne bóle, bo poznałam źródło, skąd one się brały, a ból to jest wołanie o ratunek umierających komórek ciała gnijących w brudach przeszłości.

Dziękuję ci kochana córko za pomoc, nie zdajesz sobie sprawy, ile dla mnie zrobiłaś. Kocham Cię.

Życzę wszystkim samych radosnych d

 

Co rak może dać dobrego?

Lepiej, aby rak nas   omijał z daleka, ale jeśli już dopadnie, to może warto wiedzieć, czy może coś dobrego wnieść do naszego życia?

 

Choroba jako taka nic do naszego życia nie wnosi, ale za to przekierowuje nasze myśli na bardzo ważne sprawy, na które do czasu zachorowania nie zwracaliśmy uwagi, a nawet bagatelizowaliśmy. I tak na przykład, przy raz wytyczonych celach często już później nie zastanawiamy się nad nimi, czy są to na pewno nasze? A   czy one służą naszemu dobru? Czy zbyt wiele nie poświęcamy środków na niektóre cele?

Póki co choroba nie pozwala na dalsze realizacje celu, czy tego chcemy, czy nie, zostają zmienione na walkę z bólem i chorobą. W takich chwilach zadajemy Bogu i sobie wiele pytań, jeśli nawet nie otrzymujemy odpowiedzi, to dokonujemy innego spojrzenie na siebie i wokół siebie.

Do mnie szybko dotarło, że rak bez mojego pozwolenia dokonał radykalnych zmian, których już tak miałam dosyć i nic już nie chciałam w swoim życiu zmieniać, tylko on nic się mnie nie pytał, tylko czynił swoje.

Od zawsze moim dobrem były dzieci, mąż i Rodzina, a ja się nie liczyłam, pragnęłam tylko trochę spokoju i bym mogła jeszcze pomóc dzieciom i być potrzebna mężowi. Po latach rozczarowań bardzo bałam się zmian i żadne uświadamianie lepszym życiem nie było w stanie mnie przekonać do czegokolwiek bym w swoim życiu coś poprawiła, jeśli musiałabym w nim coś zmienić.

Siedziałam w domu i uważałam, że teraz nic od życia mnie się już nie należy, marzyłam tylko, oby dolegliwości zdrowotne nie uległy pogorszeniu. Najbardziej zależało mi na tym, aby dla nikogo nie być ciężarem.  Modliłam się już nie o siebie, tylko by dzieciom było lepiej niż mnie.

Kiedy już wiedziałam, że pokonałam raka, to pomyślałam sobie, dlaczego nie mogłabym spróbować pokonać inne przewlekłe choroby, które od dawna u mnie się rozpanoszyły. Nie było łatwo, każda inna choroba wydawała się przy raku łatwiejsza, jednak to nie prawda.  Toksyczne emocje przy innych chorobach są ukryte pod pozytywnymi uczuciami, przez to przy terapii emocjonalnej trudne do wykrycia.

Wraz z odejściem raka zobaczyłam jasno jak na talerzu, że gdzieś się ulotniły niektóre życiowe problemy, a przy tym jakbym stawała się młodsza.  Tłumaczyłam to tym, że dlatego tak się poczułam, bo choroba powodowała samopoczucie staruszki, a jak się jej pozbyłam, to lepiej wyglądam, to wszystko prawda, ale zadziałało jeszcze coś więcej, o czym również na blogu szczegółowo napiszę.

Gdyby nie pozbycie się raka, nie miałabym aż tyle motywacji do pozbycia się wielu innych nękających mnie chorób. Dzięki temu miałam też odwagę dokonać wiele pozytywnych zmian znacznie podnosząc jakość swojego życia.

Najbardziej cieszę się, że nabyłam odwagę do zmian, bo się przekonałam, że jak się samemu zmienia coś w swoim życiu, to jest lepsze niż dokona za mnie los, więc lepiej  go wyprzedzić.

Dzięki dokonywanym zmianom, zaczęłam zmieniać swoje życie na lepsze.

Dzisiaj siedzenie w domu i oglądanie seriali TV uważam za marnowanie czasu. W końcu nie wywalczyłam sobie drugiego życia dla „M jak miłość”, czy innych seriali, tylko staram się żyć dla siebie, uzyskując więcej energii. Łatwiej pomóc bliskim i innym, jak się ma więcej sił, a utracimy je całkowicie nie myśląc o sobie.

Dopiero teraz jak mam 60+ systematycznie chodzę na basen, otwieram się na różne możliwości, poszerzam swoją, systematycznie uczęszczam na zajęcia z informatyki, co jest mi potrzebne do prowadzenia tego bloga, który jest moją pasją.

Czasem też jeżdżę do kina i teatru, mieszkam na wsi i aby dać sobie możliwość korzystania z przyjemności kultury nauczyłam się    jeździć samochodem, niedawno było to dla mnie wyzwaniem, a teraz jazda samochodem jest przyjemnością.  Poza tym podróżuję spełniając swoje marzenie jeszcze z młodości.  

Lubię też w wolnych chwilach zajmować się wnukami, ale nie dlatego, że muszę, tylko dlatego, że mam taką potrzebę i z przyjemnością spędzam z nimi czas.

Na szczęście już nie muszę stać w kolejkach do lekarzy, bo musiałabym z czegoś zrezygnować, a to byłby trudny wybór.

A wszystko zaczęło się od pokonania nieuleczalnego raka płuc. Poza nielicznymi nikt mi nie uwierzył, że mój układ odpornościowy pokonał raka, tylko polemizowano, że to była błędna diagnoza, bo takie cuda się nie zdarzają. Tylko tak się jakoś złożyło, że do 57 lat zapadałam na różne przewlekłe choroby, by teraz jak mam 60 + od nich się uwalniać.

Przykre, że dopiero choroba nowotworowa dała mi determinację do pozytywnej zmiany swojego życia, a przecież tak być nie musi, do lepszego życia można się zmotywować przed zachorowaniem, tym samym      zapobiec chorobom.

Pozdrawiam serdecznie

Irena

 

 

Nie musisz cierpieć

 

 

 

BÓG jest dla mnie najwyższą wartością, tylko dlaczego mnie to spotkało? Czym aż tak zawiniłem, aby przeżywać aż taki ból nie do wytrzymania.  Całe życie byłem uczciwy, pracowałem z całych sił, wychowuję   dzieci na uczciwych ludzi. W miarę swoich możliwości pomagałem potrzebującym i po co to wszystko?

Gdy ja cierpiałam targały mną podobne myśli i podobne pytania, ale jak dotarłam do przyczyny bólu, wszystko okazało się proste i jasne jak przysłowiowa budowa cepa.

Prawda okazała się zaskakująca, jak zobaczyłam, że to nie Bóg zesłał na mnie raka płuc, ból i cierpienie, tylko to ja sama to wszystko przyciągnęłam do siebie.

Irena! Dość tego, przestań mnie wciskać takie głupoty, jestem poważanym wykształconym człowiekiem i jeszcze mi rak umysłu nie pożarł. Wiesz co, przez szacunek do siebie i Ciebie wytłumacz mi, dlaczego wciskasz mi taki kit. Przecież nikt normalny nie funduje sobie bólu i śmiertelnej choroby.

 Oczywiście, że świadomie tego nikt nie czyni, pozwól, że ci opowiem, jak ja doszłam do tej prawdy, z jednej strony okrutnej, ale z drugiej strony dającą nadzieję.

Jako katoliczka pamiętałam, że Pan Bóg pomaga nam dając różne narzędzia i pokazuje różne sposoby, nie koniecznie po naszemu i jak najchętniej byśmy sobie życzyli np. po wysłuchanych modlitwach oczekujemy cudownego wyzdrowienia, a jak nadal jesteśmy chorzy to myślimy, że nie zasługujemy.

Ja kiedy zachorowałam, absolutnie nie wiedziałam jeszcze, że Bóg na mnie raka nie zesłał, tylko  są to moje życiowe uczuciowe brudy, które skrzętnie zostały przechowane we mnie, w każdej komórce mojego ciała, aż w końcu przerodziły się w raka.

Pomyśl, zakładając, że sami zabrudziliśmy swoje wnętrze, to jak mamy śmiałość prosić Boga, aby za nas te brudy nasze posprzątał? To tak jak by dziecko nosiło błoto do pokoju i prosiło nas o sprzątanie. Czy my sprzątając za niego nauczylibyśmy dziecko, że błota do domu się nie wnosi?

Aby usunąć cierpienie musimy najpierw zaakceptować fakty  tu i teraz, wybaczyć i prosić o wybaczenie, bo tylko wówczas mamy szansę na podjęcie właściwych działań. Jeśli jesteśmy ślepi, to nie zauważymy, że jest brudno i należy coś z tym zrobić, aby uniknąć np.  bakterii  czy  jakichś insektów.

Po akceptacji i wybaczaniu miałam potrzebę przejść odpowiednią terapię.  Początkowo zapoznając się wybraną przez siebie terapią mówiącą o zablokowanych uczuciach, o toksycznych przekonaniach, których korzenie sięgają wczesnego dzieciństwa, ogromnie budziło we mnie sprzeciw, że muszę grzebać się w swoich zapomnianych brudach. Jak by tego było mało, to jeszcze myślałam, że grzebiąc się w przeszłości niechcący zmienię swoją osobowość, a tego bym nie zniosła. Nie zdawałam sobie sprawy, że te zablokowane uczucia rosły ze mną i żyły   tu i teraz, mimo, że o nich zapomniałam, one we mnie tkwiły, a tam, gdzie były korzenie ciało się psuło i dawało znać okrutnym bólem.

Jak poznałam terapię, a raczej doświadczyłam, to przekonałam się, że nikt mnie nie może zmienić, tylko ja sama. Moja córka jak się dowiedziała, że ja eliminując swoje toksyczne przekonania to się mogę zmienić, to nawet nie chciała już słuchać, że zmienię się pozytywnie, absolutnie mi zabroniła, dopóki sama na sobie nie przetestowała.

Dopiero po testach córki mogłam czytać terapeutyczne książki i terapie kontynuować, oczywiście w jej obecności. W konsekwencji skończyło się na tym, że została moją terapeutką i to bardzo skuteczną.

Pod kontrolą osobistej terapeutki doświadczyłam, jak wczuwając się w ból obecny i biorąc go za rogi wyrzucam go z korzeniami, które najczęściej były zakotwiczone w okresie dzieciństwa. Kiedy dotykam korzeni, to ponownie czując i patrząc z perspektywy czasu okazuje się, że zdarzenie naprawdę przebiegało inaczej niż zarejestrował umysł małej dziewczynki.

Tym sposobem przez wiele lat budowałam swoje przekonanie na mylnym spojrzeniu małej dziewczynki. W konsekwencji podczas terapii nie zmieniałam swojej osobowości, tylko prostowałam na prawdziwą mnie jaka jestem naprawdę.

Przy raku płuc, jak dotarłam do korzeni, to przyczyną okazały się ukradzione ze stolika znajomych dwie gruszki, jak miałam siedem lat. Przy spowiedzi ksiądz jako odpuszczenie grzechu nakazał gruszki oddać. Jak oddanie   okazało się niemożliwe, to poszłam do pierwszej komunii jako grzesznica. Z tego powodu mając 7-9 lat przeżyłam katusze i w konsekwencji nie chcąc tego pamiętać zepchnęłam do podświadomości, aby na zawsze zapomnieć, że kiedyś byłam złodziejką. Już nic nigdy świadomie nikomu nie ukradłam, ale i tak mocno zaniżone niskie poczucie wartości, ukryty wstyd, lęk, poczucie winy rosło przez lata w niebywałą siłę, aż w końcu po 50 latach zamanifestowało się jako rak płuc.

Ciało na moje prostowanie przekonań zareagowało remisją raka, prostowaniem kręgosłupa, lepszym trawieniem, odżyło moje niedotlenione serce, stawy przestały boleśnie skrzypieć, a na tarczycy zniknęły guzki.

Przyznaję, że to wcale nie było łatwo i moje ciało zanim nabrało sylwetki zdrowej i jak niektórzy twierdzą wysportowanej jak na 69 letnią kobietę.  Terapie robiłam przez wiele lat, ale już niekoniecznie w asyście terapeutki córki.

Co mi tam o wyprostowanej wysportowanej sylwetce, oby tylko ulżył mi ból, bo już tabletki przeciwbólowe nie pomagają, ale nie chciałbym zmieniać swoich przekonań, ani nawet prostować, ale jeśli to ja decyduję, to spróbuję tej terapii, chociaż uczciwie ci powiem, że jestem cyniczny. To nie to, że ci nie wierzę, przecież widzę przez co przeszłaś j jak wspaniale wyglądasz. Myślę tylko, że być może ty masz dużą wrażliwość, a moje uczucia stwardniały przez trudy życia, ja już nie mam żadnych uczuć, ja nic poza bólem nie czuję.

Jak zwykle odpowiedziałam tylko, że ja do niczego nawet nie zachęcam, a tym bardziej nie namawiam, ja tylko informuję, jak pozbyłam się cierpienia i polepszyłam sobie jakość życia.

Moja zwierzenia z rozmówcą skończyły się skuteczną terapią i jego przeprosinami za cynizm. Przeprosiny przyjęłam, pogratulowałam terapii, ale o wrażeniach terapeutycznych nie chciał mówić, ale widać po nim było euforię i zdziwienie.  Przypomniałam mu tylko, że terapia nie zwalnia od kontroli lekarskiej i przyjmowania, jeśli to konieczne zalecanych przez lekarza leków, uśmiechnął się dodając, że o tym wie od terapeutki.

Ogromnie się cieszę, że jeszcze jeden dał sobie szansę na polepszenie zdrowia i życia i tego dokonał i przekonał się, że Bóg na niego nic złego nie zesłał, bo to my sami się okaleczamy.

Serdecznie mu z całego serca gratuluję.

Irena

 

 

Koktajl mleczny- czyli jak zrobić w domu posiłek zastępczy.

Dieta podczas chemioterapii – czyli jak zrobić samemu w domu posiłek zastępczy.

W 2004 roku, gdy zaczęła się nasza przygoda z rakiem, na rynku nie było preparatów zastępujących posiłki. Teraz za to są dostępne, nawet je reklamują w telewizji. Za to ich cena nie zachęca do zakupu. Dlatego nawet i dziś warto pomyśleć o zrobieniu takiego posiłku samemu w domu.  Już wtedy miałam świadomość, że dieta i odżywianie się chorego ma bardzo istotny wpływ na jego kondycje fizyczną. Jak ma walczyć organizm z chorobą? Gdy sam ledwo funkcjonuje. Do tego w czasie choroby szczególnie takiej jak rak, chory boryka się z depresją, napadami lęku, jedzenie jest ostatnią rzeczą, o której pomyśli. Nie będzie miał na to ani ochoty, ani chęci. Na pewno nie skupi się na zrobieniu sobie wartościowego posiłku – to już rola rodziny. Mi nawet ciężko było namówić Mamę by cokolwiek zjadła. Łatwiej jej było coś wypić niż zjeść. Dlatego postawiłam na soki i koktajle.

O sokach z warzyw i buraka pisałam w poprzednim poście.

Dlaczego warzywa i owoce?

Męczenie chorego piciem soku, a nie tabletką z witaminami i minerałami? Tak łatwo dostępne na rynku, chętnie nam podawane i reklamowane przez przemysł farmaceutyczny polecane przez lekarzy.

Już zapomnieliśmy, że zanim na rynek weszły antybiotyki i preparaty chemiczne lekarze z powodzeniem leczyli choroby aktywując ludzki organizm do samodzielnej walki z chorobą.  Postęp techniczny spowodował to, że z jednej strony nieuleczalne stało się uleczalne, a z drugiej strony zachłyśniecie się tą wiedzą spowodowało, że zapomnieliśmy o zdolnościach samo leczenia naszego organizmu i tak dziecko zostało wylane razem z kąpielą. Zapomnieliśmy o samym chorym o jego zdolności do samo regeneracji, o naturalnych mechanizmach obronnych ludzkiego organizmu. Zamiast je stymulować i im pomagać zabijamy je, bo łatwiej podać tabletkę.

Umiejętnym odżywianiem można wpłynąć na działanie organów wewnętrznych, poprawić ich prace, ułatwić usuwanie toksyn z organizmu, stymulować nasz układ odpornościowy do walki. Na tych zasadach opiera się wiedza medycyny wschodu. Właściwe odżywianie powoduje, ze organizm zmobilizuje wewnętrzne rezerwy organizmu do walki z chorobą, włączając awaryjny system obronny.

Normalne funkcjonowanie układu immunologicznego człowieka zależy od ilości wolnych rodników w organizmie. Wolne rodniki są warunkiem procesów biochemicznych, a z drugiej strony, jeśli jest ich za dużo mogą działać destruktywnie na komórki. Najważniejsza jest równowaga, doprowadzenie wolnych rodników do poziomu niezbędnego do prawidłowego funkcjonowania organizmu, bez możliwości ich działania destrukcyjnego.

Z uwagi na to, że procesy destrukcyjne w komórkach mają charakter utleniania substancje, które hamują proces powstawania wolnych rodników i unieszkodliwiają je, nazywane są antyoksydantami (przeciwutleniaczami). Do tej grupy należą witaminy i minerały. Do najbardziej aktywnych antyoksydantów zalicza się Wit E (tokoferol), i oczywiście najbardziej znana Wit C.

To nasz organizm najlepiej wie ile potrzebuje pobrać ich z pożywienia, powinniśmy dać mu tą szansę i je dostarczyć razem z pokarmem. Dlaczego nie w tabletce?

  1. Bo po pierwsze podanie czegoś w łatwo przyswajalnej formie może spowodować, że nasz organizm pobierze tego więcej niż potrzebuje.
  2. Po drugie obok tych substancji tabletka zawiera środki zbędne, które obciążą nam nasze nerki i wątrobę. Gdy jesteśmy zdrowi nie ma to znaczenia, ale przy chemioterapii ma to ogromne znaczenie. Nasza wątroba i nerki już i tak są bardzo obciążone, muszą przerobić i wyrzucić z nas całą tą chemię, którą dostajemy w kroplówce. Dostarczanie jej jeszcze większej pracy z zewnątrz, może być przysłowiową kroplą, która spowoduje przelanie się dzbana.

Dlatego starałam się unikać w diecie wszystkiego, co mogło obciążać prace wątroby i nerek. Dodatkowo naczytałam się, że sztuczne witaminy i minerały dodatkowo karmią raka.

  1. Tabletki, nie wypełnią nam jelit treścią pokarmową. Praca jelit jest bardzo ważna i to od brzucha tak naprawdę zaczynamy zdrowieć. Soki trawienne, enzymy i tak organizm będzie produkował. Jeśli jelita będą puste to negatywnie odbije się to na całym organizmie. Enzymy zniszczą nam nasze kosmki jelitowe, jelita zaczną się zapadać i powrót do pełnej ich sprawności po okresie głodówki na pewno będzie długi. Jak to przecież głodówki są zalecane dla zdrowia? Może ktoś zapytać? Tak, ale przy przejedzeniu, gdy nasze jelita są zabite treścią tak, że nie mogą już przez naturalny ruch jelit przesuwać pokarmu. Wtedy oczyszczająca głodówka wpłynie na poprawę naszej kondycji. Przy wyniszczeniu organizmu przy raku nie jest to wskazane.

Kiedyś przeczytałam na jakieś ciężarówce takie mądre zdanie: Wszystko, co masz w domu zostało przywiezione ciężarówką.

Pamiętajmy, że wszystko, co dostarczyliśmy do naszego organizmu zostało przetransportowane przez nasze jelita. Jeśli zepsujemy naszą ciężarówkę, inna nie dowiezie nam niezbędnego towaru. My mamy do dyspozycji tylko jedną ciężarówkę dbajmy o nią. Pozostawienie jelit pustych wystawienie ich na działanie soków trawiennych jest jak jazda samochodem po bezdrożu. Może się uda, a może nie. Jeśli poprzecieramy opony już dalej nigdzie nie pojedziemy nawet z lekkim ładunkiem. Dbajmy o to by chory miał wypełnione jelita. Czym? Polecam koktajle mleczne, kisiel, zupkę.

Dlatego witaminą i minerałom w tabletkach powiedziałam – nie, dziękuje.

To spowodowało, że zaczęłam szukać innych możliwości dostarczenia witamin i minerałów dla organizmu bez obciążania wątroby, a z możliwością wypełnienia jelit treścią pokarmową. Tak wpadłam na pomysł, że najbardziej przebadane i pewne na rynku są produkty dla niemowląt.  Właśnie ze wglądu na to, że niemowlęta mają jeszcze niewykształcony do końca układ trawienny produkty przeznaczone dla nich są wolne od konserwantów i innych środków, które nie obciążałyby prace wątroby i nerek a stymulowały prace jelit. Tak wpadłam na pomysł by robić mamie koktajle mleczne z mleka modyfikowanego dla niemowląt do 1 roku życia.

Zawierają one wszystkie niezbędne witaminy i minerały. 100 ml tego mleka to około 70 Kcal. W zależności od producenta oczywiście. Zawartość soli i minerałów jest wypisana w tabelce z tyłu każdego opakowania. Łatwo możemy zwiększyć kaloryczność takiego posiłku zwiększając ilość miarek na 100 ml wody. Z tyłu opakowania też jest instrukcja jak przygotować mleko dla dziecka.

Przykładowa instrukcja z opakowania zawiera informacje np:

dziecko 7 m-cy  i powyżej – zaleca się 7 płaskich łyżek na porcje (210 ml).

100 ml =90 ml wody +3 płaskie łyżeczki miarki =68 kcal

1 płaska łyżeczka=23 kcal.

W każdym opakowaniu jest miarka.

Skoro 1 płaska łyżeczka zawiera 23 kcal – a my chcemy uzyskać posiłek zawierający 300 kcal,

(średnia ilość kaloryczna obiadu), obliczmy:

300/23=13

Wyszło mi że na szklankę (ciepłej przegotowanej) wody 200ml powinniśmy dodać 13 płaskich łyżek miarki.

Opakowanie 350g takiego mleka dla niemowląt kosztuje średnio 20 zł. Opakowanie wystarczy na przygotowanie około 5 posiłków zastępczych zawierających 300 kcal. Koszt jednego to około 4 zł.



Do dzieła. Jak to zrobić ?To bardzo proste:

 

Odmierz szklankę (ciepłej przegotowanej) wody 200ml. Wlej do słoika, do którego masz szczelną zakrętkę.

 

 

 

 

 

Do tak przygotowanej wody powinniśmy dodać 13 płaskich łyżek miarki proszku mlecznego, by uzyskać 300 kcal w koktajlu. W wersji odchudzonej dodajemy 7 miarek, wtedy posiłek będzie miał 150 kcal.

 

 

 

 

 

By nie mieć grudek ja wlewałam ciepłą przegotowana wodę i mleko modyfikowane dla niemowląt do słoika, zakręcałam go i trzęsę jak szeikerem. Minuta i koktajl gotowy i ani jednej grudki.

Tak uzyskamy koktajl, który z powodzeniem zastąpi posiłek choremu.

W wersji de lux możemy dodać do niego zmiksowane owoce np: truskawki, brzoskwinie, banany lub jeśli ktoś woli kakao. Wszystko zależy co lubi nasz chory. Bawiąc się smakami możemy urozmaicić dietę chorego by smak koktajlu mu się nie znudził.

 

 

 

 

 



Wersja de lux koktajlu:

 

 

Do tej wersji ja użyłam banana.

Potrzebny też będzie mikser.

Zmiksowałam kawałki banana z odrobiną wody, by gotowa masa nie była za gesta. Tak przygotowany mus dodajemy do wcześniej przygotowanego mleka. Uwaga: Przy innych owocach nie dodajemy wody.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Jeszcze raz trzęsiemy słoikiem by się wszystko wymieszało.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

I gotowe. Smacznego!



Możemy też pododawać tak przygotowane mleko do innych produktów np. do budyniu zamiast normalnego mleka.  Jeśli chory lubi budyń, a nie przepada za koktajlami to rozwiązanie gotowe. To świetny pomysł na wzbogacenie diety. Nasz chory zjada tylko budyń, a my jesteśmy spokojni, że dostarczyliśmy mu nie tyko odpowiedniej ilości kalorii, ale też witamin i minerałów w naturalnej przyswajalnej formie, bez obciążania wątroby.

Jak często? Taki koktajl chory powinien wypić, chociaż raz dziennie. Jeśli lubi i jest mocno wychudzony można mu podawać go dwa razy dziennie.

Tylko uwaga! Mama po wprowadzeniu posiłków zastępczych zaczęła tyć. Na początku to było nawet wskazane, bo choroba strasznie ją wyniszczyła i była bardzo wychudzona. Gdy zaczęła wracać do swojej wagi to się cieszyła, tym bardziej, że wszyscy jej znajomi ze szpitala, co też mieli raka chudli. Gdy uzyskała swoja normalną wagę, musiałam odchudzić koktajl by nie przesadzić w drugą stronę.

Wtedy wypijała już tylko jeden dziennie koktajl odchudzony o połowę. Ilość płynu dodatek owoców została bez zmian tylko ilość miarek mleka zmniejszyłam o połowę. Koktajle stosowaliśmy do momentu aż nie wrócił jej apetyt i nie zaczęła jadać normalnych posiłków, czyli w zasadzie przez cały okres chemioterapii. Te kroplówki odbierały mamie apetyt i chęć do jedzenia. Wszystko miało dla niej posmak chemiczny, sztuczny. Te koktajle w tym okresie bardzo nam pomogły.

Pozdrawiam wszystkich z miłością.

Aga

 

Moja dieta cz II-sok z buraka

Sok z surowych buraków – przy chemioterapii.

Tak, tak i jeszcze raz tak.

Cudze chwalicie a swojego nie znacie. Dlaczego burak? Przede wszystkim, dlatego, że jest tani i wpływa korzystnie na cały organizm. Zaraz przyjrzymy się burakowi bliżej.

Szklanka soku z surowych buraków potrafi zdziałać cuda: uchroni przed katarem, uwolni od zgagi, obniży ciśnienie krwi, działa antyrakowo i dodaje sił.
Dieta mamy poza wodą składała się z soku z surowych buraków. Szklankę wypijała rano w południe i wieczorem. Dzięki temu miała bardzo dobre wyniki krwi.

 Dlaczego? Co się kryje w buraku?

 Według przekonań naukowców czerwony burak ćwikłowy ma właściwości antynowotworowe, gdyż zawarte w nim barwniki zwane betacyjaninami mogą chronić przed rozwojem komórek rakowych, a przy okazji odgrywają znaczną rolę w zapobieganiu chorobom serca.

Buraki dostarczają mało kalorii (w 100 gramach jest ich zaledwie 42), za to są dobrym źródłem błonnika– z tych przyczyn warto po nie sięgać podczas diety redukcyjnej lub na co dzień, aby zachować szczupłą sylwetkę i zapobiegać zaparciom.

Co ważne,  buraki mają właściwości zasadotwórcze, dlatego wprowadź je do diety, jeśli gustujesz w zakwaszających produktach: mięsie, pieczywie, słodyczach, napojach alkoholowych, a także, gdy palisz papierosy.

Które buraki są najzdrowsze?

 Burak ćwikłowy musi być w dobrym gatunku, czyli mieć cienką skórkę, a w przekroju jednolitą barwę i błyszczący miąższ. Jego marmurkowata faktura świadczy o nadmiarze celulozy, która w żołądku fermentuje i jest ciężkostrawna. Najsmaczniejsze są buraki o średnicy nieprzekraczającej  8 cm. Jak wszystkie warzywa korzeniowe, im są większe, tym prawdopodobnie bardziej naszpikowane chemicznymi nawozami. Warto wiedzieć, że najwięcej walorów smakowych i zdrowotnych mają odmiany Czerwona Kula, Glob F1 i Burak Opolski.

Botwina a buraki

 Botwina, czyli niedojrzała postać buraka ćwikłowego, jest mniej kaloryczna od buraków i w 89 proc. składa się z wody. Zawiera mnóstwo potasu, trochę fosforu, sodu i żelaza oraz witaminy A, B1, B2, PP i E. Do tego jeszcze kwasu askorbinowego, czyli witaminy C, ma tyle, co sok z cytryny. Uwaga! Podobnie jak inne liściaste nowalijki, ma bardzo dużo kwasu szczawiowego, który wiąże w organizmie wapń w szczawiany wapnia. Są to nierozpuszczalne kryształki powodujące bóle stawów i mogące nawet sprowokować ataki kamicy nerkowej. Dlatego przy botwince jak przy szczawiu pamiętajmy o dodaniu jajka do dania. Przy buraku już nie musimy się o to martwić.

Buraki wzmacniają układ krwionośny

 Buraki ze względu na zawarte w nich  żelaza, to wspaniały środek krwiotwórczy, dawno uznany przez medycynę naturalną. Zapobiega anemii, co więcej, wspomaga leczenie białaczki. Zawarte w burakach barwniki należą do bardzo silnych przeciwutleniaczy i czterokrotnie zwiększają przyswajanie tlenu przez komórki. Wspomagają więc układ krwionośny.

Kwas foliowy, w który obfitują buraki, nie tylko warunkuje prawidłowy rozwój płodu, ale też pomaga usunąć z krwiobiegu homocysteinę – jej wysoki poziom może wywołać choroby serca. Buraki pomagają unormować poziom cholesterolu, przeciwdziałają też zwapnieniom naczyń krwionośnych.

Obniża ciśnienie krwi- badacze udowodnili, że azotany obecne w soku z buraków podnoszą we krwi stężenie regulującego ciśnienie tlenku azotu. Co ciekawe, im wyższe ciśnienie u pacjenta, tym silniejsze działanie azotanów.


Wartości odżywcze buraków (w 100 g)  surowych/ugotowanych

Wartość energetyczna – 43/44 kcal
Białko ogółem – 1.61/1.68 g
Tłuszcz – 0.17/0.18 g
Węglowodany – 9.56/9.96 g (w tym cukry proste 6.76/7.96)
Błonnik – 2.8/2.0 g

Witaminy

Witamina C – 4.9/3.6 mg
Tiamina – 0.031/0.027 mg
Ryboflawina – 0.040/0.040 mg
Niacyna – 0.334/0.331 mg
Witamina B6  – 0.067/0.067 mg
Kwas foliowy –  109/80 µg
Witamina A – 33/35 IU
Witamina E – 0.04/0.04 mg
Witamina K – 0.2/0.2 µg

Minerały

Wapń – 16/16 mg
Żelazo – 0.80/0.79 mg
Magnez – 23/23 mg
Fosfor – 40/38 mg
Potas – 325/305 mg
Sód – 78/77 mg
Cynk – 0.35/0.35 mg


Składniki mineralne zawarte w burakach rozpuszczają się w wodzie, dlatego lepiej nie gotować buraków, chyba że w zupie. Buraki będą bardziej wartościowe, jeśli zostaną upieczone w skórce i obrane dopiero przed jedzeniem. A jeśli ktoś chce w pełni skorzystać z ich bogactwa, niech pije surowy sok z buraków.
Buraki pomagają w walce z wirusami

 Burak w każdej postaci wzmacnia odporność organizmu na choroby, zwłaszcza wirusowe. Jeśli więc dopadnie nas grypa  pijmy sok z buraka. Może on złagodzić ich przebieg. Buraki mają też działanie wykrztuśne, pomagają więc przy kaszlu.

Działanie zasadotwórcze buraków

 Dzięki właściwościom zasadotwórczym buraki przywracają równowagę w żołądku po zakwaszających go mięsiwach i słodyczach. Tradycyjne zestawienie tej jarzynki z potrawami z królika czy dziczyzny ma bardzo głębokie uzasadnienie. Buraki łagodzą też skutki nadużycia alkoholu.

Działanie zasadotwórcze buraków Potrawy mięsne i słodycze zakwaszają organizm. Dlatego warto jeść(pić) buraki, ponieważ pozwalają zachować równowagę w żołądku, odkwaszając go. Dobrze oddziałują też na zgagę czy nadużycie alkoholu.

Buraki, jako Naturalny detoks organizmu

Buraki przyspieszają „wyrzucanie” toksyn z organizmu, poprzez usuwanie kwasu moczowego. Zawarta w nich pektyna odpowiada za wydalanie metali ciężkich i cholesterolu z organizmu. Przez co oczywiście obniża poziom cholesterolu i przeciwdziała miażdżycy.

Poprawią przepływ krwi w mózgu

Azotany zawarte w burakach mają wpływ na naczynia krwionośne – rozszerzają je, przez co poprawiają przepływ krwi i tlenu. Dlatego też zwiększa się przepływ krwi i tlenu w mózgu, co wpływa korzystnie na demencję.

Działają przeciwnowotworowo

Buraki wymiatają wolne rodniki z organizmu, co wpływa korzystnie na nasze DNA i działa przeciw nowotworowo.

Buraki na nerwice i bezsenność, depresje.

Występująca w burakach betanina wpływa nie tylko korzystnie na regulowanie pracy wątroby, ale też wykorzystywana jest w niektórych formach leczenia depresji. Oprócz tego buraki zawierają tryptofan, który daje poczucie zadowolenia. Zawarty w nich kwas foliowy działa uspokajająco, więc pomaga przy problemach ze snem czy stresem. Poza tym buraki wzmacniają koncentrację i refleks, za który odpowiedzialny jest lit i magnez w nich zawarty.

Regulują funkcje wątroby.

Regulowanie funkcji wątroby, przewodów żółciowych i woreczka żółciowego Buraki zawierają dużo betaniny, która wpływa na regulowanie pracy wątroby, przewodów żółciowych i woreczka żółciowego, zaleca się je osobom chorym na wątrobę lub przy chorobach, którym towarzyszy odmineralizowanie kości i zębów.

Mam nadzieje, że już wszystkich przekonałam, dlaczego warto pić sok z surowych buraków, nawet, jeśli nie przepadamy za jego smakiem.

Mama nie lubiła pić tego soku, ale już wolała cokolwiek pić niż jeść. Zresztą jak tylko przestawała pić od razu spadały jej wyniki krwi i to drastycznie. Wyniki miała robione, co tydzień. Chemie miała brać, co trzy tygodnie.  Od tych wyników zależało czy dostanie następna dawkę chemii w terminie czy zaprzestaną leczenia, wiec szybko wracała do soku. Tak przeszliśmy wszystkie cykle chemii codziennie pijąc po trzy szklaneczki surowego soku z buraków.




Podaje nasz przepis na:

Sok z surowych buraków i innych warzyw.

Dodawaliśmy inne warzywa by polepszyć smak, sam sok z buraka był dla mamy za mdły.

Potrzebne surowce:

0,5 kg surowych buraków

0,15 kg jabłek

0,15 kg marchwi

0,1 kg selera naciowego

i oczywiście sokowirówka.

Warzywa myjemy. Do pracy ubieramy rękawiczki gumowe, bo burak farbuje ręce.


Następnie obieramy buraki i marchew. Jabłka przecinamy na pół i pozbywamy je gniazd nasiennych.


Następnie, kroimy wszystkie warzywa na mniejsze kawałki, tak by zmieściły się w otworze naszej sokowirówki.


Do dzieła wyciskam sok.


Sok gotowy.


Podajemy  go w szklance i najlepiej pić zaraz po wyciśnięciu.

Można do 12 godzin przechowywać go w lodówce. Smacznego! Na zdrowie.




W następnej części opisującej dietę Mamy podczas chemioterapii, opiszę jak zrobić koktajl mleczny z mleka modyfikowanego, czyli tzw: posiłek zastępczy. Teraz są już na rynku suplementy diety spełniające tą funkcję, ale ze względu na ich cenę warto samemu go zrobić w domu.

Pozdrawiam wszystkich z miłością

Aga

Moja dieta cz I Woda

          

 

Woda – niezbędna jest do każdej przemiany nawet, gdy chcemy zmienić swoje życie na lepsze powinniśmy zacząć właśnie od wody.

Przemianę swojego życia na lepsze nawet moja córka zaczęła też od zwiększenia picia wody dziennie do 2 litrów.

Dlaczego?

Moja córka bagatelizowała tą ważną czynność z dwóch powodów: nie sądziła, że to aż tak ważne i dla własnego sumienia wliczała w bilans wodny kawę, herbatę, zupy. To podstawowy błąd. Po drugie, nie lubiła korzystać z publicznych toalet, potem jest problem gdzie tu pójść siku.  I tak piła wody drastycznie mało

Dopiero jak zaczęła mieć problem z nerkami, bóle przy wstawaniu rano w okolicy dołu pleców, pojawiły się worki pod oczami, skóra zrobiła się mało elastyczna i zaczęła wyglądać staro, dodatkowo miała uporczywe tzw.: migreny ostre bóle głowy z mdłościami i nadwrażliwością na światło.

Zaczęła szukać przyczyn wewnętrznych, stosując swoją terapie, dotarła najpierw do przekonań, które pokazały jej problem z wyrażaniem własnych potrzeb, a one doprowadziły ją do picia wody. A ja sobie przypomniałam jak instynktownie piłam ogromne ilości wody podczas chemioterapii.

Pozdrawiam Irena

Teraz pare mądrych słów od córki:

W końcu zainteresowałam się wodą na poważnie. A przecież

Woda – to symbol życia, płodności i oczyszczania. Jeden z czterech podstawowych żywiołów.

Według lekarzy, każdy z nas potrzebuje około 2,5 l wody dziennie.

Jak jest z tą ilością naprawdę? Jak to policzyć?

Jedną z zasad jest to, że im więcej pokarmów przyjmujemy, tym więcej będziemy musieli dostarczyć wody, aby odpowiednio nawodnić organizm. Zasada jest taka, że na 1 kalorię przypada 1 mililitr wody. Czyli więcej jesz, więcej pijesz. Innym podejściem jest uzależnienie ilości spożywanej wody od tego ile ważymy. Wzór jest tutaj odrobinę bardziej skomplikowany i przedstawia się następująco:

– 30 mililitrów wody na każdy kilogram masy ciała lub

– 1 litr wody na 30 kg masy ciała

Możesz też podzielić swoją aktualną wagę przez 30 wtedy dokładnie będziesz wiedzieć ile pić wody dziennie.

Przykład: jeśli ważysz 60 kg to „60 : 30 = 2”, czyli powinieneś pić 2 litry wody dziennie.

Bardzo ważne jest picie wody zaraz po przebudzeniu i to właśnie wtedy powinniśmy wypijać największą jej ilość w ciągu dnia. Aby wiedzieć dokładnie, jaka to ilość uzyskany wynik podziel jeszcze na 3

Przykład: 2 litry : 3 = prawie 0,7 litra po przebudzeniu.

 Przy dużym udziale błonnika w diecie również należy pić więcej wody, ponieważ jest ona wiązana i szybciej usuwana podczas wydalania z organizmu.

Wypicie naraz dużej ilości wody też jest nie wskazane, może  to spowodować szybsze wypłukiwanie soli mineralnych (sodu, potasu) z organizmu.

Słyszałaś kiedyś, że nie powinno się pić w trakcie posiłków? To prawda, ponieważ zmniejsza to stężenie enzymów trawiennych, a to utrudnia trawienie. Powoduje to również, że spożywany pokarm zlepia się z żołądku, a to z kolei sprawia, że aby się najeść trzeba zjeść więcej. Najlepiej wypić szklankę wody 10 minut przed i po jedzeniu.

Nie zalecam także picia wody gazowanej,  znajdujący się w niej dwutlenek węgla, uwalnia się w żołądku, przez co rozciąga jego ściany. Powoduje to pobudzenie zakończeń nerwowych w ścianie żołądka, skąd bodźce przechodzą do ośrodkowego układu nerwowego. Wynikiem tego jest zahamowanie pragnienia, a także często uczucia głodu. Jest to pozorne wyrównywanie utraty wody.

 

Wodę gazowaną zaleca się za to pić po zakończeniu pracy fizycznej czy wysiłku sportowym, gdyż wchłania się ona szybciej z przewodu pokarmowego i nasila wytwarzanie moczu. W ten sposób przyspiesza się wydalanie niepotrzebnych produktów przemiany materii, które powstają przy wzmożonym wysiłku fizycznym.

Nie należy pić większych ilości wody przegotowanej, która z zasady jest hipotoniczna i tym samym zwiększa wydalanie wody przez nerki, przyspieszając odwodnienie organizmu. Dlatego też picie kawy czy herbaty nie powinno się wliczać do bilansu wodnego.

 

Jeśli ktoś nie pije dostatecznej ilości płynów, zakwasza swój organizm. Niewłaściwe odżywianie, brak ruchu, palenie, stres,  zakłócają równowagę kwasowo-zasadową organizmu. Organizm zakwasza się i zatruwa. Kwasy odkładają się w stawach i tkankach w postaci soli niszcząc strukturę komórek. Inne trucizny – takie jak metale ciężkie – organizm magazynuje, ponieważ nie nadąża z ich rozkładem i usuwaniem. Zaczynając pić większe ilości wody usuwamy z organizmu wszystkie te uboczne produkty przemiany materii.

Woda, więc tak jakby wypłukuje toksyny z organizmu, wspomagając prace wszystkich układów i tkanek.

Sama woda nie neutralizuje toksyn, ale wspomaga pracę nerek, które przyczyniają się do oczyszczania naszego organizmu z odpadów metabolicznych. Brak odpowiedniej ilości wody w organizmie sprawia, że nerki nie mogą wykonywać swojej pracy prawidłowo, a toksyny zalegają w organizmie.
Z tego też powodu możemy częściej korzystać z toalety. Jednak wkrótce funkcje organizmu „dostosują się” i wraz z oczyszczaniem przerwy pomiędzy oddawaniem moczu staną się coraz dłuższe.

Już  10% ubytek wody z organizmu powoduje całkowitą  niezdolność do wykonywania jakiegokolwiek wysiłku fizycznego.

Organizm sygnalizuje to dręczącym pragnieniem, co odpowiada 6-7%masy ciała).
Gdy straty wody przekraczają 20-22% człowiek umiera.

CO DAJE PICIE DUŻEJ ILOŚCI WODY?

  • Powstrzymuje apetyt
  • Poprawia trawienie
  • Pobudza metabolizm
  • Pomaga w odróżnieniu głodu od pragnienia
  • Redukuje cholesterol
  • Poprawia funkcjonowanie wątroby
  • Wypłukuje z organizmu toksyny
  • Pomaga w pozbyciu się problemów jelitowych
  • Redukuje cellulit
  • Pomaga w rzeźbieniu mięśni
  • Nawilża skórę, przez co poprawia jej wygląd i elastyczność
  • Dotlenia organizm
  • Pomaga w dostarczaniu składników odżywczych do wszystkich narządów
  • Reguluje temperaturę organizmu
  • Zwalcza zmęczenie i dodaje energii
  • Pomaga we wzroście czerwonych krwinek
  • Poprawia „nasmarowanie” stawów
  • Poprawia wydolność organizmu w czasie ćwiczeń
  • Poprawia funkcjonowanie serca i minimalizuje ryzyko zawału o 41%
  • Redukuje bóle pleców
  • Redukuje bóle głowy
  • Redukuje bóle pleców
  • Poprawia pamięć oraz koncentrację
  • Utrzymuje w dobrym nastroju
  • Zwalcza skurcze
  • Pomaga zwalczyć gorączkę
  • Poprawia wzrok
  • Niweluje nieświeży oddech oraz dyskomfort spowodowany spierzchnięciem ust, suchością gardła oraz opuchnięcie języka
  • Poprawia funkcjonowanie nerek, zmniejsza infekcje dróg moczowych oraz kamicy nerkowej.

 

CO PIĆ? Co decyduje, jaką wodę wybieramy?

Często jest to cena, znana marka, dobra reklama w telewizji. O wiele rzadziej czytamy, co faktycznie siedzi w butelce. Wiele konsumentów zapomina, że na sklepowych półkach znaleźć można trzy główne gatunki wód – wody mineralne (z wysoką ilością cennych minerałów), wody źródlane oraz wody stołowe.

Podział wód pitnych, źródlanych i stołowych w zależności od zawartości soli mineralnych.

Rodzaj wody Zawartość soli mineralnych (mg/l  wody)
Bardzo niskozmineralizowana >50
Niskozmineralizowana 50-500
Średnio zmineralizowana 500-1500
Wysokozmineralizowana >1500

 

Pamiętaj, że prawdziwa naturalna woda mineralna powinna zwierać 1000 mg (1 g) minerałów w 1 litrze. Wody o niższej mineralizacji są wodami źródlanymi.

Najlepiej pić wodę mineralną. O wysokim stopniu nasycenia solami mineralnymi. Ważne jest nie tylko ile ma soli mineralnych, ale też, jakich: dla mnie najważniejszy jest magnez, wapń i potas. Pamiętaj, że sód i chlor (NACl) to składniki soli kuchennej, której mamy, aż nadmiar w diecie.

Jak sprawdzić ile czego zawiera nasza woda?

Przy wyborze wody najważniejsze jest zapoznanie się z jej składem chemicznym umieszczonym na etykiecie. Na podstawie ilości zawartych w wodzie kationów i anionów poszczególnych związków chemicznych (magnezu, wapnia, wodorowęglanów, sodu i siarczanów) dobieramy taką, która najbardziej odpowiada naszym potrzebom.

Oprócz magnezu i wapnia duże znaczenie dla organizmu człowieka mają wodorowęglany. Alkalizują one kwasy żołądkowe i są dobre dla osób cierpiących na nadkwasotę. Mają także korzystne działanie w początkowych stadiach cukrzycy – obniżają zawartość cukru we krwi i moczu.

Wodorowęglany w wodzie

Wód zawierających znaczne ilości wodorowęglanów (powyżej 600 mg/l) nie powinny pić w dużych ilościach osoby mające niedokwasotę, a ponad 2000 mg/l – ludzie zdrowi, bo to może zaburzyć ich procesy trawienne.

 

Siarczany w wodzie

Bardzo dobre działanie wykazują także siarczany, gdy ich zawartość wynosi co najmniej 250 mg/l. Wpływają one pozytywnie na przemianę materii, zwiększają wydzielanie żółci. Przy poziomie powyżej 600 mg/l mogą niekiedy powodować biegunki.

 

Sód w wodzie

Kontrowersyjnym składnikiem wód jest sód. Występuje on w wielu wodach mineralnych w ilościach powyżej minimalnej wymaganej – 200 mg/l. Zapobiega odwodnieniu organizmu i utrzymuje równowagę kwasowo-zasadową. Problem jednak w tym, że spożywamy go w nadmiernej ilości. Ale nie jest temu absolutnie winna woda, lecz inne produkty spożywcze. Dlatego zwracanie uwagę na sumę składników mineralnych,  może być błędne przy wyborze wody, bo znaczna ich cześć to Sód, którego i tak mamy w nadmiarze.

Potas w wodzie

Jest bardzo potrzebny organizmowi, zwłaszcza do prawidłowego funkcjonowania serca. Jednak należy pamiętać,  że  żadna woda nie dostarczy odpowiedniej ilości tego pierwiastka.

 

Aby woda nie straciła swoich właściwości, należy ją odpowiednio przechowywać.

Jak przechowywać wody butelkowe?

Wody butelkowane trzymaj w miejscu ciemnym i chłodnym. Wtedy zachowają pełnię swoich właściwości. Zapomnij o piciu prosto z butelki (chyba że jest to mała butelka z dzióbkiem), bo do wody trafia wówczas wiele bakterii.

 

Tyle z teorii. Tak, tak już samą siebie przekonałam, że to bardzo ważne pić te 2 litry wody dziennie. Tylko w praktyce to jest dużo gorzej to wykonać.

Jak tego dokonać? Oto 5 prostych zasad, które ja stosuję:

1.Kupuj wodę mineralną w zgrzewkach.

Zawsze będziesz mieć jej zapas w domu. Najlepiej niech to będą zgrzewki dużej 1,5l i małej 0,5l wody. W ten sposób zawsze będziesz mógł się jej napić, zabrać na trening, na rower, do pracy, zapakować dziecku do szkoły. Po prostu wrzucić do torebki lub plecaka.

2.Kontroluj ile dziennie wody wypijasz.

Polecam aplikację na telefony, lub notowanie w notesie i picie w szklankach. W ten sposób wiesz ile wypijasz. Dla mnie to było dość uciążliwe.

  1. Bilans wodny i butelkowy.

Ja stosuje BILANS BUTELKOWY tzn: podpisuje butelkę dużej wody mineralnej markerem swoim imieniem. Wszyscy domownicy wiedza, że to moja woda i nie mogą z niej pić. Po pierwsze wiem, ile dziś wypiłam. Po drugie jest to bardzo higieniczne, każdy pije tylko ze swojej podpisanej butelki. Kontrolujesz nie tylko siebie, ale i dzieci. Gdy pili z innego źródła to trudno, wypiją dziś więcej następnym razem będą się pilnować. Wieczorem, jeśli butelka nie jest pusta znaczy, że się opierdzielałam z piciem cały dzień i musze nadrobić i wypić całość przed pójściem spać.

Bilans wodny 2000l.

-Wypijaj 2 szklanki wody po przebudzeniu, 500 ml. Nie wlicza się do bilansu butelkowego. Zaczynamy od jednej, potem sam organizm będzie chciał więcej. Ja wypijam 1 szklankę po obudzeniu, a drugą po porannym prysznicu.

Bilans butelkowy 1500ml:

-szklanka wody przed każdym posiłkiem i może być po (3 posiłki dziennie 725 ml-1500ml). Staramy się nie pić wody w trakcie posiłków.

-1-2 szklanki wody w trakcie i po wyjściu z pracy lub w trakcie jazdy samochodem (500ml).

-jeśli nie pijemy wody po posiłku pijemy przed poranna i wieczorną toaleta i przed pójściem spać po szklance razem 750 ml.

Razem 1500 ml bilansu butelkowego + 500 ml nad czczo rano =2000l bilansu wodnego na dzień.

  1. Pamiętaj o dodatkowym uzupełnieniu płynów przy kawie i treningu.

-szklanka wody przed lub po wypiciu herbaty czy kawy, by uzupełnić sole mineralne i odwodnienie wywołane tą używka. Czasem się nawet kawy odechciewa J. Uwaga Nie wlicza się do bilansu butelkowego i wodnego, jest to woda, którą powinniśmy wypić dodatkowo.

-uzupełniane wody w trakcie ćwiczeń fizycznych, mała butelka wody 500ml. Nie wlicza się do ogólnego bilansu butelkowego i wodnego, jest to woda, którą powinniśmy wypić dodatkowo.

  1. Dodatkowe picie zup, soków, jedzenie owoców- nie wliczamy do bilansu wodnego. Tylko nie musimy uzupełniać tych płynów woda, jak w przypadku kawy i herbaty.

Pozdrawiam z  miłością

Aga

 

 

Co lubi mój rak?

 

Ludzie  po ciężkich wypadkach mają rehabilitację, aby zapomnieć o tym co przeszli i by móc życie zacząć  od nowa.  Mnie o raku do końca  życia nie wolno  zapomnieć,  jeśli nie chcę mieć jego wznowy, muszę  ciągle być czujna, bo on przy mnie jest tuż za rogiem, albo  jeszcze bliżej, a może już atakuje mnie.

Kartka z pamiętnika 14.10.2005r.

Już sporo czasu upłynęło od zakończenia mojego leczenia, ale moja walka z rakiem nadal trwa.  Niestety po leczeniu nie usłyszałam upragnionych słów  ” komórek rakowych nie stwierdzono”, najgorsze, że tych słów od lekarzy nie usłyszę już chyba nigdy.

Złości mnie to, że nie wiem kto z nas bardziej przetrzymał silnie trującą chemię, ja czy rak?  Czy ja się kiedyś  o tym dowiem?

Pomału dociera do mnie, że drobnokomórkowym rakiem zostałam naznaczona już do końca życia. Tak naprawdę dopiero teraz  moja walka się zaczyna, tylko już sam na sam z rakiem.  Lekarz  powiedział mi wprost, że u mnie wznowę  można rozpoznać tylko po objawach,  tylko zapomniał dodać, że nie wiadomo jakich.  Jak rozpoznać różnicę w  objawach  po skutkach dużej dawki chemii, a wznową raka, tego nie wie nikt.

Jeśli umrę, to też nikt nie będzie dochodził się w mojej sytuacji przyczyny, czy umarłam z powodu  zniszczenia dokonanego przez chemię, czy przez raka, czy może dlatego, że miałam dość życia z rakiem.

Nie wiem jak się z tym swoim rakiem i zdrowiem pozbierać, ale jakoś muszę, skoro już tyle przeszłam, to teraz się nie poddam, zastanawiam się tylko po co?

Lekarze radzą, że mam normalnie żyć  jak do tej pory, tylko zapomnieli już, że ja swoim dotychczasowym  normalnym życiem stworzyłam sprzyjające warunki do rozwoju raka, to rak ze wznową będzie miał jakieś problemy?

Zmiany w moim życiu już i tak zaszły, bo dokonał tego rak i  chemia, problem  polega na tym, że zmiany zaszły nie po mojej myśli. Moja pomniejszona pojemność  płuc i spalone  oskrzela chemią  i radioterapią  nie pozwalają być mi tak aktywną  jak  jeszcze niedawno.

Po reakcji innych zauważam, że leczenie chemią wielu uważa, że  w obecnych czasach to takie nic.  Szkoda, że   ja  nie mogę swojego leczenia  tak lekko  skwitować,  bardzo bym chciała,  aby  chemia którą przeszłam była sobie ot taka jak farbowanie włosów, ale tak nie jest, poczyniła w organizmie nieodwracalne spustoszenie nawet większe niż  zdążył poczynić rak.

Walkę z nim  zaczęłam od sporządzenia listy co rak lubi, a czego się boi. Teraz to porównuję i   powinnam  to co rak lubi wyrzucić  ze swojego życia i wprowadzić to czego się boi,  tylko jak to wcielić w życie?

Teoretycznie wszystko jest proste jak budowa cepa,  tylko z realizacją   mam teraz problem  prawie nie do pokonania.

Na liście którą mam przed sobą czerwoną kredką zaznaczone jest lubienie raka identyczne jak lubienie mojego „ego”.  Te  same myśli, przekonania, używki i dietę  lubi rak to samo,  co moje ego, czyli ja? Wychodzi na to,  że rak w moim własnym ego ma potężnego sprzymierzeńca – nie do wiary,  jest to moje własne ego!!!!!!

To oznacza tylko jedno,  muszę podjąć walkę   sama ze  sobą, a to o wiele trudniejsze niż walka z rakiem.   Nie mam wyjścia muszę zrobić listę dla swojego ego co chcę wyrzucić ze swojego życia i jednocześnie co chcę wprowadzić.

Moje ego jest dzielne,  nie daje się zastraszyć, zakrzyczeć, jest  mądre  i wydaje mu się, że  chroni słusznej sprawy.

Akceptację mam już za sobą, to teraz na początek  muszę  przekonać swoje ego, aby mnie nie przeszkadzało w wprowadzanych zmianach, bo jest to konieczne, jeśli żywcem nie chcemy być pożarte przez raka,  muszę stworzyć środowisko którego  on nie znosi.

Aby nie zwariować, czy zgłupieć  i jakoś się pozbierać i siebie ogarnąć,  na kartce papieru misternie nakreślam prosty  plan działania, który tak naprawdę  sprowadza się do tego, że zaczynam robić to  czego do tej pory  nie robiłam  i  zmieniam   swoją dietę ograniczającą  spożywanie  tłuszczów.  Jest to wbrew zaleceniom dietetyków, ale co ja mam do stracenia, wznowa jest tuż za rogiem, aby mnie dopaść  i zabić.

Jak się jest zdrowym, to wydaje się, że  nawet trujące substancje i niezdrowy tryb życia  jest nieszkodliwy, a jak się  umiera na śmiertelną chorobę,  to okazuje się, że  normalne jedzenie  może  być szkodliwe.

Irena

Jak oszukujemy siebie

 

Zrobimy  więcej  dla uniknięcia bólu  niż dla przyjemności  poza wyjątkiem,

kiedy chcemy czegoś udowodnić innym.

Chcąc polepszyć swój stan zdrowia, czy finanse  pozytywnym myśleniem,  często   wpadamy w spiralę nieświadomego  oszukiwania siebie,  dając  wiele rozpaczliwego wysiłku.

I tak  na przykład,  wielu myśli, że jak będą udawać silnych, zdrowych, czy bogatych,  to tak się stanie. Niestety,   często  zamiast pozytywnych zmian czynimy sobie krzywdę.   Takie postępowanie byłoby pozytywne,  jeśliby udawanie nie kosztowało   ogromnego wysiłku,  tylko czynione byłoby w sposób łatwy,  miły i przyjemny.

Przecież tak być nie musi, często dzieje się tak dlatego,   bo wiele osób nie zdaje sobie sprawy, że czasem pozytywne  myślenie   może być  nawet bardzo szkodliwe, jeśli mamy zablokowane  uczucia, bo  wówczas powodujemy konflikt między   rozumem, a sercem. Z  kolei przez   wewnętrzne konflikty  wpadamy w stres,  który  niszczy  naszą odporność.

Dzieje się tak przez  osoby, którzy  są słabi z powodu choroby  czy  wieku, ale  czynią ogromny wysiłek chodząc na długie spacery, czy wykonują męczące ćwiczenia ponad ich siły. Natomiast biedni udając bogatych    szpanują drogimi rzeczami na które często  muszą ciężko zapracować.

Czynią to wszystko  po to,  by się pochwalić  i udowodnić   innym, że  dają radę. Nie zdają sobie sprawy, że  w ten sposób oszukując siebie wpędzają się  w  wewnętrzny  stres, który niszczy ich  zdrowie i pieniądze.

Możemy  pieszo pokonywać wiele kilometrów, chodzić na basen,  uprawiać  sport w różnych dziedzinach i wszystko będzie  służyło zdrowiu, dopóki wykonujemy  łatwo, miło i robimy to z łatwością  i   dla  przyjemności, a nie  po to by się chwalić, że daję radę, lub co gorsze udowadniać  innym, że jeszcze mogę, tak jak za młodych lat.

Nie można czuć się dobrze, jeśli jesteśmy bardzo zmęczeni, czy odczuwamy jakiś ból. W takiej sytuacji tylko   egoistyczne wydumane ego może  być zadowolone, że daliśmy radę, nie bacząc na to, że ciało cierpi i krzyczy z bólu. To tak jak byśmy  się zmuszali odczuwać komfort czystości siedząc na stercie śmierdzących śmieci, udając, że jest czysto i żadne insekty nas nie dotyczą mimo widocznych dokuczliwych ukąszeń.

Im bardziej dajemy rozpaczliwy wysiłek, tym bardziej opadamy z sił, osłabiamy swoją odporność,  a tym samym umacniamy swoje choroby.

Przy  każdym większym wysiłku  dobrze by było zadać sobie pytanie, czy  naprawdę muszę?

W 90 % rozpaczliwego wysiłku nikt czynić  tego nie musi, wystarczy   powiedzieć  sobie  dość tego! Przecież ja nic  nie muszę!!!!!!

Takiej asertywności  wobec siebie serdecznie wszystkim życzę.

Irena

BRAMA DO PODŚWIADOMOŚCI

 

Bramę do podświadomości otworzyłam sobie   klasycznym pytaniem; kiedy Irena ostatnio czułaś się nieważna?

Wczuwając się w   uczucia wywołane byciem nieważną od nitki do kłębka weszłam  do źródła problemu.

Wizualnie zobaczyłam siebie jak miałam  dokładnie 3 latka i sześć miesięcy. Widzę siebie w lesie, a obok dość wysoko na hamaku zrobionego z płachty uwieszonej na drzewie śpi mój malutki braciszek. Wiem, że mam go pilnować, aby nie ukradli go „cyganie”. Próbuję  daremnie zobaczyć  czy czasem się nie obudził. Czuję przejmujący strach przed wilkami. Jako trzy letnia Irenka oceniłam błyskawicznie, że braciszek jest wysoko i  przed wilkami bezpieczny, ale ja wystawiona jestem wilkom na widok, a tym samym na pożarcie. Przerażona płaczę i szukam schronienia.  Szybkim ruchem znalazłam się w dołku pod krzakiem i z daleka przez łzy obserwuję hamak ze śpiącym braciszkiem.

Nie wiem jak znalazłam  się w domu z pytaniem, gdzie jest mój maleńki braciszek? Wszyscy pytani odpowiadali mi, że porwali go „cyganie”.

Od tak okropnej dla mnie wiadomości zamarłam i poczułam się winna.  Zrobiło mi się bardzo  smutno i  martwiłam się co mu tam porwani zrobią. Dotarło do mnie, że  straciłam braciszka, a bardzo go kochałam. Czułam się zła, niedobra bo  nie upilnowałam braciszka, nie ważne, że bałam się wilków, ja byłam już duża, miałam 3,5 roku, a on był taki malutki.

Widzę siebie jak chodzę  po całym domu smutna bez celu, bez chęci na zabawę. Ciągnięta przez  kolegę poszłam do sąsiadów idąc  za nim jak cień. Aż nagle, przez otwarte drzwi podejrzałam jak mój mały braciszek z gołym tyłeczkiem raczkuje sobie przy oknie przy ławie.

Ten widok bardzo mnie ucieszył,  zaskoczył i zdumiał,  że braciszek się odnalazł i nikt mnie  o tym nie powiedział, a ja tak  bardzo  o niego się martwiłam niepotrzebnie.

Nikogo nie obchodziło, że ja się martwiłam, nikt mnie o odnalezieniu braciszka nie powiadomił, ale ja z tego powodu na nikogo nie byłam zła.

Automatycznie za to zaprogramowało mi się przekonanie, że Rodzice, ciocie i wujkowie mnie kochają, ale nie jestem ważna dla nikogo i nikogo nie obchodzi, że ja za nim wylewam łzy. Nie upilnowałam go, to mam za swoje.

Przekonanie – „Jestem nieważna dla biskich, ale wiem, że mnie kochają”.

Mała  trzy letnia  Irenka nie zauważyła w tym przekonaniu sprzeczności, tak samo jak  nasza podświadomość nie ma funkcji logicznego myślenia. Wytłumaczyłam małej Irence, że jeśli jest się kochaną to jest się dla kochającej bardzo ważną.

Jako trzy latka zauważyłam, że moi bliscy porwaniem mojego braciszka wcale  się nie przejęli i tylko ja się o niego martwiłam. Tym spostrzeżeniem zaprogramowałam sobie przekonanie –  Dzieci nie są ważne, tylko dorośli”, dlatego nikt poza mną za nim nie płakał.

W dorosłym życiu skutkowało to tym, że zawsze w pierwszej kolejności otrzymywał np.  śniadanie mąż, chociaż małe dziecko płakało. Powstawały  u mnie wewnętrzne  konflikty, bo dzieci kochałam nad życie i nie mogłam pogodzić obsługę  despotycznego męża z  opieką nad dzieckiem. W owym czasie  początkowo nawet nie wymagałam, aby pomagał mi w opiece nad nowo narodzonymi dziećmi. Dziś nie dziwi mnie, że już za młodu  chorowałam, miałam usuwany pęcherzyk żółciowy i problemy z nerkami. Wraz ze zmianą świadomości,  toczyłam z mężem  walkę o zaspakajanie  w pierwszej kolejności potrzeb dzieci, aż skończyło się rozwodem.  Teraz wiem, że mój pierwszy mąż był projekcją moich destruktywnych przekonań.

Z tego też powodu, dopóki dzieci się nie usamodzielniły, nie chciałam z nikim wchodzić w związek.

Z perspektywy czasu uświadomiłam sobie, że mnie jako trzylatkę nastraszyli, abym pozostawiona już nigdy  nie oddalała się od braciszka, bo bali się o mnie , że mogę gdzieś zabłądzić, lub utopić  się w bagnach.

Nikt z dorosłych w owym czasie  nie przypuszczał, że z powodu nastraszenia uczynią mi taką krzywdę. Dzieci w powojennym  okresie były bardzo doceniane, kochane i ważne. Niestety to były czasy, kiedy małe dzieci na okres pilnych prac  zostawiano same w domu lub jakimś innym miejscu.  W tamtym okresie  nigdy nie słyszałam, o jakiejś tragedii z tego tytułu, że małe dzieci zostały same. Tylko kiedyś nawet nieznajomi byli dobrymi wujkami i ciotkami i w potrzebie jak byli w pobliżu to udzielali opieki.

Moja podświadomość nabyła nowe przekonanie,   że ja sama dla siebie mam prawo  być ważną, a nawet mam taki  obowiązek.

Teraz stałam się dla siebie ważna, a tym samym bardziej pokochałam siebie,   a moi bliscy  na tym  skorzystają, bo mam dla nich teraz więcej miłości.  Dolegliwości ciała zniknęły i poczułam wielką ulgę.

Im bardziej kochamy siebie, tym  więcej  możemy  ofiarować innym.

Życzę wszystkim dużo MIŁOŚCI.

Irena

 

 

Moja dieta

 

 

 

Każdy sposób odżywiania  jest nawykiem i uzależnieniem, ale każdą nazywamy dietą zdrową, normalną  lub  niezdrową.  Każda opracowana dieta naukowo  jest uzasadniana niezbitymi dowodami jako najzdrowsza.

Uważam, że odżywiam się zdrowo póki się nie dowiem o nowych odkryciach nauki,  może  niebawem się okazać, że obecnie polecana żywność jako zdrowa  jest  na przykład dobrą  pożywką dla jakiegoś wirusa śmiertelnej choroby.

Póki co jak większość staram się odżywiać w miarę zdrowo według swojej wiedzy,  a przede wszystkim dostępnej żywności w naszych sklepach  i marketach. W sklepach ze zdrową żywnością  raczej poszukuję suplementów diety niż żywności w codziennej diecie, bo mają mały wybór,   sklepów  jak na lekarstwo daleko od zamieszkania.

Nie dowierzam  żywności  na straganach i małych sklepach,  bo jest niewiadomego pochodzenia i przechowywania. Nikt tej żywności  nie  bada i nikt nie kontroluje, nie wiem czym ją posypują i  obmywają  w walce o  zachowanie  jak najdłuższej   świeżości  celem  zmylenia przeciwnika czyli nas potencjalnych klientów.

W dużych marketach  od czasu do czasu  przeprowadzają badania producentów żywności , a pewnie też przedłużają terminy ważności  dlatego trzeba być czujnym,  by   o  starej  żywności przekonywać się dopiero po dyskomforcie spożytego pożywienia.

Dbając o swoje zdrowie, nie byłabym sobą gdybym nie wypróbowała diety wegeteriańskiej do której podeszłam naprawdę z poważnym zamiarem kontynuowania takiego stylu odżywiania.

Po sześciu dniach bez cukru,  bez mięsa,  na warzywach  i  z chlebem mieszanym z niewielką ilością ryb  przez pierwsze trzy dni czułam się lekko.  Niestety  następnego czwartego dnia poczułam osłabienie,  a piątego i szóstego dnia  zaczął się  ból głowy.  W siódmym dniu mojej  diety dołączył już okropny   ból głowy.

Oczekując  wizyty   ukochanych wnuków   martwiłam się  swoją dokuczliwą  niedyspozycją,   która na pewno zakłóci radość  z tak miłego spotkania.

Tak naprawdę to nie wiedziałam co jest przyczyną dolegliwości,   ale było  to tak wkurzające, że bez względu na wszystko zjadłam schabowego z drobiu popijając słodką  herbatką  z cytrynką. Po paru minutach oczekując   gorszego samopoczucie nagle przeszedł mi ból głowy. Schabowy zadziałał u mnie lepiej niż  tabletka  przeciw bólowa.

Smażonego przez całe  życie  w swojej diecie wystrzegałam się jak diabeł święconej wody  i nie pamiętam kiedy ostatnio spożywałam tak niezdrowy posiłek chociażby  ze względu na swoją  wątrobę. Byłam bardzo zaskoczona reakcją mojego organizmu.

Dla mnie jest dowodem, że ustalane diety to stereotypy  i do końca niewiadomo jakie   dla kogo są  prozdrowotne.

Nie mam wątpliwości, że  żywność   ma wpływ na nasze zdrowie i  na dobre samopoczucie, tylko to co jednemu służy, to ta sama żywność drugiemu może zaszkodzić.

Przygodę ze swoim kotletem nie potrafię wyjaśnić  co wcale nie oznacza,  że  nabrałam nowego przekonania,  że smażone  jest  zdrowe, ale poskutkowało to przerwaniem diety.  Jednorazowe spożycie czegoś niezbyt zdrowego może czasem  jest wskazane?

Póki co, to  ja na wszelki wypadek  nadal zgodnie ze swoim przekonaniem  w swoim zdrowym odżywianiu  smażone wykluczam.  Nie będę eksperymentować ze swoim zdrowiem. Co do dalszej diety  wykluczającej cukier,  postanowiłam stopniowo ograniczać  i jak mam ochotę  to raz albo dwa razy dziennie  piję słodką czarną herbatkę z cytrynką  pamiętając, by za każdym razem mniej słodzić.

Samo ograniczenie spożycia  produktów  jest męczące,   wymaga przeorganizowanie nawyków gotowania,  szukania odpowiednich produktów  by jedzenie  urozmaicić.  Samo myślenie co na obiad, co kupić, a najważniejsze gdzie kupić / mieszkam na wsi daleko od aglomeracji/ przyprawia o zawrót głowy, a ja cenie sobie wygodę. Samo przyrządzanie diety jest  trudne ale możliwe, dla chcącego nie ma nic trudnego tylko ciągle to dręczące pytanie po co?  Skoro ja z urozmaiconym posiłkiem czuję się doskonale.

Czy na pewno te cudowne diety są cudowne dla zdrowia, a co z naszym samopoczuciem? Które też  ma bardzo duży wpływ na nasze zdrowie.

Należy jedynie przy nadmiernym spożyciu ulubionej potrawy zapytać siebie, czy jem dlatego, że muszę, czy dlatego, że lubię? Pamiętajmy, że  żywność  jest też uzależniająca, a każdy alkoholik pije według niego  bo lubi, a nie że musi, nie chcą się przed sobą przyznać, że jest  uzależniony.

Irena

 

Przemiana

 

Mnie udało się wyjść z zaawansowanego raka płuc,  dlaczego z takim samym typem raka tak wielu umiera?

Po diagnozie nastąpiła we mnie tak duża zmiana pod wieloma względami, że trudno nawet mnie uwierzyć, że ja to jestem ja z przed 13 – laty. I może w tym jest odpowiedź? W moich przemianach?

Może rakowi po przemianie na ofiarę już się nie nadawałam i poszedł sobie skąd przyszedł?

Jeszcze czasem wspomnę dawną siebie z małym sentymentem , ale szybko wracam do obecności,  jak przypomnę sobie jak cierpiałam z powodu wielu chorób i jak meczące były wizyty u lekarzy .

Zmieniając siebie  odkrywałam,  jakie przekonania i lęki kryją się za daną chorobą uwalniając  się od dolegliwości.

Przed rakiem ze swojego życia byłam zadowolona i nie widziałam powodu dlaczego miałabym siebie zmieniać i swoje życie. Owszem miałam pragnienia ale na zasadzie, aby one dołączyły dodatkowo do mojego życia i do mnie jaka byłam.  Nie zdawałam sobie sprawy, że w ten sposób tworzyłam wewnętrzne konflikty,  a tym samym choroby .

Nasz organizm, podobnie jak całe nasze życie , odzwierciedla ukryte myśli i przekonania” – Autor Luiza Hay

Do zmiany siebie i swojego życia zmusił mnie rak,  a ja tylko tym zmianom się poddałam w obliczu kończącego się mojego życia.

Wcześniej nigdy bym nie pomyślała, że na stare lata będę tak diametralnie zmieniała siebie i swoje przekonania. Wówczas mnie moje przekonania odpowiadały i broniłam ich z całych sił jako swoje dziedzictwo i swoją tożsamość.

Uczono mnie, że im człowiek starszy to tym trudniej zmienić jemu swoje nawyki, przyzwyczajenia, a o zmianie przekonań nie ma mowy , bo są już tak przez lata utwardzone, skamieniałe,  że nie do ruszenia.

Moje przekonania na miarę moich lat były dość mocno twarde i żadna siła nie zmusiłaby mnie do ich zmian,  które nikomu nie czyniły zła i nikomu nie przeszkadzały. Niestety dzisiaj wiem jak bardzo się myliłam i jak bardzo szkodziły mnie i moim bliskim.

Ten bezlitosny rak  przekazał mi informacje,  że na tych misternie,  z trudem,  ale z dumą budowanych przekonaniach moja ścieżka życia się kończy.

W obliczu śmierci olśniło mnie, że jeśli dotychczasowe moje nawyki,  przekonania są aż tak cenne to muszę oddać za nie życie. Zadałam sobie pytanie, czy warto za nie umierać?

Jeszcze  nie wiedziałam i jak bym umarła nigdy bym się nie dowiedziała,  że budowane były na złym spojrzeniu na życie, czyli tak naprawdę na kłamstwie.

Musiałam przełknąć tą czarę goryczy, że zbudowałam swoją tożsamość po dużej części na kłamstwie jeszcze we wczesnym dzieciństwie.

Uświadamiając sobie to wszystko wzbudziłam swoją  ciekawość dlaczego muszę cierpieć ? Muszę?  A może nie muszę  tylko dokonywałam złych wyborów?  I właśnie dlatego  rak mnie żywcem pożera i to tak nagle i w szybkim tempie.  Przecież tak bardzo się starałam dbać o swoje zdrowie!!!!!!!

Zgodnie z zasadą , że nie ma złych pytań, tylko są złe odpowiedzi w pierwszych dniach po diagnozie to dręczyło mnie pytanie dlaczego? Zadawałam sobie nieustannie, aż za którymś razem coś wewnętrznego powiedziało mi, że najpierw dowiedz się Irena KIM JESTEŚ ???? !!!!!!!!

Od zadania sobie pytanie kim jestem? Zaczęła się na dobre moja walka najpierw z rakiem, a później sama z sobą i to ostra!  bo na śmierć i życie,  ale małymi etapami i kroczkami.

  1. Pierwszy mój krok – zadałam sobie pytanie kim jestem? Ze wstydem przyznałam się przed sobą, że może nie odwróciłam się, ale oddaliłam od kościoła i Boga, więc kim ja teraz jestem?
  2. Drugi krok – z pokorą zwróciłam się do Matki Boskiej Licheńskiej z prośbą o wybaczenie mi, że oddaliłam się od BOGA . Modliłam się nie o zdrowie, tylko o wybaczenie i gorąco od serca prosiłam aby Anioł był przy mnie jak będę po tej drugiej stronie i nie pozwolił „demonowi” / dla mnie rak był demonem/ zawładnąć moją duszą.

Było mi wstyd, że dopiero teraz jak umieram to zwracam się o wstawiennictwo do Boga. „Jak trwoga to do Boga” Tak modliłam się długo ile starczało mi sił, aż  poczułam, że modlitwy zostały wysłuchane. /wpis na blogu „Modlitwy wysłuchane”/

To było niesamowite jak poczułam, że mimo wszystko mnie takiego niedowiarka Matka Boska też kocha. Po tym odkryciu łzy szczęścia lały mi się strumieniem, ilekroć sobie o tym przypomniałam.

Po tym wszystkim  zadawałam sobie pytanie dlaczego tak panicznie boję się śmierci ? Dlaczego oddaliłam się od kościoła?

Zastanawiałam się, czy dzieciństwo spędzone na plebanii miało na to jakiś wpływ. Co takiego zrobiłam? Co przeszkadzało mi  w chodzeniu  do kościoła.

  1. Trzeci krok – żałowałam, że nie byłam lepszym człowiekiem niż byłam , ale tak naprawdę nie mogłam sobie przypomnieć, abym coś aż tak bardzo złego w życiu zrobiła aby aż tak bać się śmierci.

Na tym etapie jeszcze mylnie uważałam,  że sobie to krzywdę mogłam robić, ważne aby innym nic złego nie czynić.

Efekty takiego myślenia programowałam sobie wiele chorób, w tym ten okropny nieuleczalny rak.

To, że nie czyniłam innym krzywdy to dobrze, ale za mało aby dobrym człowiekiem być. Nie zdawałam sobie sprawy, że czynienie sobie krzywdy, to jest okaleczanie swojego ciała i duszy, a to jest przecież grzech śmiertelny.

Jeśli po drodze gdzieś zgubiło się radość i szczęście to co drugiemu człowiekowi można dać jak zostały tylko lęki i cierpienie?

Następne etapy i kroki na swojej ścieżce do zdrowia niebawem na blogu opublikuję .

Irena

 

 

Akceptacja Matki i bezsilność

 

 

 

„Prawdziwa radość kwitnie na glebie miłości. Tam gdzie jest miłość, jest też radość. Brak miłości zawsze łączy się  z brakiem radości.” – Autor  A. Loyd.

Nikt nie ma wątpliwości, że Matki MIŁOŚĆ jest kryształowo  czysta i szczera, tylko  dlaczego jest tyle konfliktów i nieporozumień między Matkami a  dorosłymi dziećmi?

W konfliktach narzekają dorosłe dzieci na swoje Mamy i odwrotnie Mamy narzekają na swoje dorosłe dzieci.

Jednak ich narzekania bardzo się różnią. Matka narzekając na swoje dziecko tak naprawdę  żali  się  jak bardo się o nie  martwi. Natomiast dzieci narzekając opowiadają, jakie ze swoją Matką mają problemy i jak są nieznośne.

Mimo wielu  szczerych  życzeń,  z powodu konfliktów nie dla wszystkich Mam Święto Matki był dniem radosnym.

Jedna z mam pożaliła się, owszem złożono mi życzenia, ale radość przykrył ból, bo synowa  nie pozwoliła synowi jeść  mojego poczęstunku, powodem było jej dbanie, aby nie był tak gruby jak  ona. W ich domu jest tak samo, sama je, a synowi nie pozwoli.  Żywi się tym, czego  synowa zjeść już nie może. Syn ją kocha i jest ślepy, nie widzi jak  jego poniża. Nie widzi też tego, jak jego poniżanie mnie boli, bo jeszcze dziwi się, że ich wizyta mnie zasmuciła.  Wyszłam z domu i nie chce mi się do niego wracać, bo co oczy nie widzą, to sercu lżej. Chcę sprzedać dom  i wyjechać jak najdalej, bo moje serce  tego nie wytrzymuje, a ja i tak w tym temacie jestem bezsilna.

Inna z mam żali się, że Syn mówi, że jest z żoną szczęśliwy, ale  w swoim związku nie wiele ma dopowiedzenia. Jakie to szczęście? Jak na jego twarzy maluje się obraz nędzy i rozpatrzy, a mnie bardzo to boli i jestem bezsilna?

Przysłuchująca się żalom  Matka 40- letniej córki dodaje, to tak jak moja córka, szczęśliwa, radosna, pełna życia i energii dopóki nie związała się z nowym partnerem. Wszystko w niej wygasło, został z niej tylko obraz nędzy i rozpatrzy. On natomiast ponoć rozkwitł, jego Rodzina wyznała, że teraz jest pełen życia i nawet przestał chorować. Nie dziwi mnie, że jego Rodzina ten związek błogosławi w przeciwieństwie do mnie. Przecież gdybym u córki widziała radość i szczęście to moje serce promieniało by z radości, a jego bym uwielbiała, że córkę tak uszczęśliwił. A tak to co!!!  Mam partnera córki za to  lubić, że zrobił z niej półtora nieszczęścia?

  Zrozumiały bez terapii, że pomagając dziecku dźwigać ciężar  toksycznego związku tak naprawdę czynią więcej  krzywdy niż pomocy. Pozwólmy swoim dzieciom rujnować swoje życie na ich sposób , by w konsekwencji mogli szybciej odnaleźć siebie na nowo.

„Kiedy uznajesz i akceptujesz fakty, zarazem w pewnym stopniu się od nich uwalniasz”. –  Autor  Eckhrt Toll/światowej sławy nauczyciel duchowy/

Bruce Lipton mówi, że ślepa wiara zabija, niestety życie tą prawdę potwierdza  w toksycznych związkach, które zarażają całą Rodzinę.

W podobnych sytuacjach jak opisane powyżej  przykłady,  Matce poza bólem zawsze towarzyszy poczucie winy. Zastanawia się, jaki popełniła błąd wychowawczy, że jej dziecko daje przyzwolenie na poniżające traktowanie.

Kiedy nas dotyka zło nie ma w tym niczyjej  winy.  Źródłem wszystkiego zła które nas  spotyka jest zablokowany lęk w naszej podświadomości, czasem przekazywany w pamięci komórkowej z pokolenia na pokolenie. Nic nie pomorze „Mędrca szkiełko i oko” bo podświadomość ma sprawczą moc i rozumu nie słucha.

W takiej sytuacji terapia jest  trudna, ale możliwa by zakończyła się sukcesem. Pierwszy krok żalące się Mamy mają  już za sobą, bo zaakceptowały swoją bezsilność wobec toksycznego związku swoich dzieci. To dobrze, że mogły się wzajemnie  trochę pożalić, wesprzeć i wyrzucić ból z siebie.

„Żadne, prawdziwie pozytywne działanie nie może powstać, gdy nie ma poddania” – Autor Eckhrt Toll

Trzeba mieć siłę,  aby  pozwolić  dzieciom rujnować swoje życie na ich sposób,  by w konsekwencji mogli  kiedyś  odnaleźć siebie na nowo.             Irena

 

 

Uzależniona od despoty

Są takie dziewczyny, które każdego swojego chłopaka, przerobią na „trutnia”.

W każdym mężczyźnie  coś  z męskości  zostało i nie wolno go z tego odzierać!!!!!!!!!!!   – To  karygodne!!!!!!!!!!!!

Dziewczyny marzą o  „księciu na białym koniu”, zapominają, że chłopaki też marzą w ukryciu  o swojej księżniczce, o którą zawalczą  nie koniecznie  „z ziejącym ogniem wawelskim smokiem”, ale pragną walczyć  o jej względy, uznanie i miłość.

Wszystkie dla wybranego chcą być DAMĄ jego serca, tylko niektóre jak już trafią jak im się zdaje na tego jedynego, to  szybko przeobrażają się w  wierną służącą, dla której jego pragnienia są dla niej rozkazem. Przy takiej biedny chłopak nie ma szansy się wykazać swoją walecznością i męskością.

Dla niejednego szczęśliwca kończy się marzenie jak zobaczy swoją ukochaną w innym świetle. Poznał zaradną energiczną zadbaną dziewczynę i kiedy już myślał, że ma wymarzoną DAMĘ swojego serca okazuje się pospolitą niewolnicą służącą.

 Rozczarowany, ale nie głupi i nie rezygnuje z darmowych usług służebnej niewolnicy,  bo jego „ego” w zamian napawa się władzą nad nią i jej dziećmi,  nic w zamian nie dając.

Jako Pan  i władca swoją zniewoloną  pilnuje jak swojej własności, bo ona to lubi,  on to lubi więc w czym problem? Problem w toksyczności związku, który zawsze kończy się bólem i dramatem, bo minęli się z marzeniem.

Truteń korzystając z danej mu  władzy szybko włącza coraz większą kontrolę w każdej dziedzinie jej życia, nie interesuje go, że ich związek dla Rodziny staje się nie do zniesienia.

Skutkuje to zauważonym problemem, obydwoje obwiniają siebie nawzajem, zamiast szukać rozwiązań w sobie.

Zniewolona kobieta daje przyzwolenie na kontrolowanie swojego życia, bo czuje się pod jego kontrolą bezpieczna – czyżby?

W takich sytuacjach mówi się, że miłość jest ślepa –  czyżby?

A może nazywamy miłością, co nią nie jest?

Jeśli nie wiemy, co jest miłością, należy kierować się szacunkiem, pod warunkiem, że zachowaliśmy szacunek dla siebie i nie oddaliśmy pod władanie trutniowi.

Uzależniona jest uzależnioną, bo ma wewnętrzny konflikt między świadomością, a nieświadomością.

W zawansowanym stadium choroby uzależniająca leczy nerwicę, depresję.  Zażywa   antydepresanty zupełnie nieświadoma, że przyczyną jest jej uzależnienie.

Z mojego doświadczenia wynika, że przyczynę należy szukać w zdarzeniach z dzieciństwa w złych relacjach z ojcem. Podstawą zawsze  są zablokowane lęki, które wystarczy uwolnić  i uzdrowić siebie i swój związek bez konieczności zmiany partnera.

Uwaga!!!!!!!!!!!!  –   W uzależnieniach zmiana partnera nic nie daje, jeśli nie zmienimy swoich nawyków w traktowaniu siebie.

Nie można być księżniczką, jednocześnie traktować siebie jak  zniewoloną sługę.

Na początek  należy dokonać wyboru jak siebie zaczniemy traktować; Czy  jak Damę? ; Księżniczkę?; Czy zniewoloną służącą bez żadnych praw?

Po uwolnieniu lęków, może się okazać, że zaczniemy siebie traktować z szacunkiem i partner znów zobaczy w nas  swoją DAMĘ  jaką poznał na pierwszym spotkaniu. Zdarza się, że w innej  sytuacji  ten sam „truteń” oddaje się całkowicie we władanie swojej Pani. Ich relacje zaczynają się budować na zaufaniu, a nie kontrolowaniu!

Naszą rzeczywistość kreuje podświadomość, a niezgodność z świadomością stwarza konflikty które  nie rozwiązane kończą się chorobami i często dramatem.

Na nic nie zda się zmiana partnerów zupełnie różniących się z sobą.

Nauka z błędów życiowych polega na przeanalizowaniu swojego postępowania wobec partnerów, jeśli podobnie postępowałam wobec jednego i drugiego trutnia tak samo, to powinno nam trochę dać coś  do myślenia.

Niektóre zadowolone, że bohatersko uwalniają się z toksycznego partnera, nie zdają sobie sprawy, że partner odchodzi, ale program zniewalający ją, w podświadomości zostaje.

„W istocie jesteśmy zbiorem wielu jaźni. A te liczne jaźnie nie zawsze się ze sobą zgadzają. Mogą mieć inne plany, co znaczy, że w danej chwili będą podawać różne, a czasem nawet przeciwstawne argumenty. Wewnętrzny konflikt, który rozgrywa się w naszej głowie, może być przytłaczający” – Autor C.C. Tipping

Wielu osobom się wydaje, że jak  poznają nowego partnera, zupełnie innego niż poprzedni truteń, to nowy związek będzie sie rozwijał w zgodzie i miłości.  Nic bardziej mylnego!

Usilne   staranie   być  ślepym na prawdę, nie zmieni niezaprzeczalnych faktów, że tworzy się  coś toksycznego.

Na pewno  jest  tak wygodnie, bo  każdy chce mieć trochę spokoju. Nie chcą wiedzieć, że i  tak w najbardziej  niedogodnym momencie  o to się przewrócą, często mocno się raniąc. Najgorsze, że  małe dzieci  przy tym wszystkim ponoszą zawsze  największe szkody.

U młodej Kasi zauważyłam, że jej fajne dzieciaki obdzierane są z poczucia własnej wartości, przez nowego partnera.

Dała swojemu nowo poznanemu partnerowi całkowitą swobodę w ich traktowaniu i nazywa to wychowaniem, który zamiast miłości pokazuje im kto w ich domu jest panem i kto rządzi. Kasia pociesza się, że mówi dzieciom, że ich Mama jest najważniejsza. A co będzie jak on kiedyś wkaże im, że ktoś inny w ich domu jest najważniejszy?

Dzieci szybko zauważyły, że to on, a nie Mama jest w ich domu panem i władcą i starają się ze wszystkich sił jemu przypodobać.

Kasia chce widzieć w ich takim zachowaniu lubienie jego, ale niestety jest w błędzie. Nie chce zauważyć, że szczególnie synka nowy partner obdziera z poczucia własnej wartości. Jeszcze z nimi nie zamieszkał, a już zmienił w ich domu zasady funkcjonujące od lat. Dzieci są fajne, dobrze ułożone, radosne, więc, po co zmieniał funkcjonujące zasady? Według mnie tylko po to, aby pokazać swoją władzę i upokorzyć Mamę i dzieci.

Kochana Kasiu nie zrekompensujesz swoim dzieciom obdarte poczucie wartości drogimi wyjazdami, czy zabawkami.

Jeśli ktoś ma poczucie zagubienia i nie chce tego zauważać, to  według mnie bliscy w takiej sytuacji muszą logicznie i racjonalnie reagować dość stanowczo.  Najważniejsze by nie utwierdzać w błędnym przekonaniu, że nic się nie dzieje, że wszystko dobrze.  Jak coś nie tak i serce boli, czasem trzeba  o tym krzyczeć i tupać  czy to się kochanej osobie podoba czy nie!!!!!!

Jeśli nawet krzyk bólu Matki dorosłej córki nie odniesie wobec ukochanego  dziecka  skutku, to przynajmniej nie udzieli się wsparcia w budowaniu toksycznego związku.

Dowodem, na tworzenie toksycznego związku jest Kasia, bo widoczne są napięte u niej  mięśnie,  zmęczenie, do tego zaniedbana i utracony w oczach  blask radości.  Jeśli nic z sobą nie zrobi, to tylko patrzeć jak zacznie chorować, kto wówczas zajmie sie jej małymi dziećmi?  Następny truteń, który jest z nimi  dla władzy i wygody zajmie się nią i dziećmi?

Kochana Kasia już zapomniała, że niedawno to już przerabiała i zna zdolności trutnia. To iluzja, że ten jest inny, truteń jest trutniem!

Nie dajmy się zwieść iluzji, miejmy odwagę spojrzeć prawdzie w oczy, jeśli chcemy przeżyć życie w zdrowiu i radości, uwolnijmy uwięzione lęki!                   Irena

 

 

 

Moja walka z lękami

Z mojego  praktykowania nad uwalnianiem  ukrytych uczuć  zauważyłam, że z powodu lęku ukrywamy wiele uczuć powstałych w wyniku życiowych zdarzeń i z powodu lęku boimy się wejść ponownie w zablokowane emocje  aby  od nich  się uwolnić.

Po uwolnieniu wiele zablokowanych lęków i innych emocji na powierzchni moich uczuć pojawiło  się przekonanie – jestem  nieważną dla  bliskich których bardzo kocham.

Tak jak wszystkim  tak samo i mnie   na miłych spotkaniach  z  bliskimi   zależało mi  najbardziej na świecie.

Do spełnienia powyższych pragnień  blokowały  mnie  opory typu,  bo może  moi bliscy  przyjemniej spędzili by czas w inny sposób i  beze mnie? Jeśli łamałam opór, to okazywało się, że spotkania dla mnie były męczące. No nie!!! – wykrzyczałam sobie, to okazuje się, że  moi bliscy nieświadomie  mnie męczą!!!! Co za kara mnie spotkała!!!

Doprowadzało to do sytuacji, że tak było źle, a inaczej jeszcze gorzej. Moje serce o wewnętrznym konflikcie dawało znać bolesnym kłuciem, łącznie z trzustką i wątrobą. Szybko się zreflektowałam, że karę zadaję sobie sama.

Wiem, że kocham bliskich i jestem kochana więc przebywając razem z nimi  powinnam tryskać  energią zdrowia, a było odwrotnie. Każda MIŁOŚĆ  niesie radość i uzdrawianie, więc dlaczego tak się nie dzieje?

Stało się dla mnie jasne, że coś  nie tak jest z moimi przekonaniami.  Moje ciało też mi taką informację daje , bo  w  ostatnim  okresie  zaczęłam się czuć coraz gorzej.  Bywało, że musiałam  w ciągu dnia poleżeć  osłabiona i obolała.

Nie miałam wyjścia,  póki co zmuszona byłam  na te wakacje odmówić córce pilnowania moich kochanych wnuków. Na szczęście okazało się to dla nich korzystne, bo na wakacjach  korzystają z  mnóstwa  nowych  atrakcji. U mnie wszystkie atrakcje są  znane  i stały się nudne. Wszyscy są zadowoleni, tylko mnie pozostał smutek i jakiś nieokreślony za czymś żal.

Ponieważ nie lubię cierpieć i się męczyć, przełamałam lęk  i wczuwając się w siebie, usłyszałam, że moi bliscy są ważniejsi ode mnie. Nie widziałam w tym nic złego, wydawało mi się, że to normalne. Mimo tego kierując się intuicją zadałam sobie pytanie dlaczego bliscy są ważniejsi dla mnie niż ja dla siebie?

Od momentu zadania pytania zaczęłam z sobą wewnętrzną rozmowę;

Automatycznie   blokujący  lęk  włączył   mi wątpliwości, jak to!  Irena chcesz być taką  okrutną egoistką i być dla siebie ważną tak samo jak  twoi bliscy?  To po co żyć! – aż tak pomyślałam przez moment.

Rozsądek podpowiadał mi, że   moi bliscy tak samo będą dla mnie ważni, bez względu na to jaki ja mam stosunek do siebie. Jakiś inny głos  poddał w wątpliwość – czyżby?

Najgorsze, że ego podpowiadało mi walkę o ważność w Rodzinie, a taka walka byłaby toksyczna. Na szczęście  u mnie   przeważała świadomość, że wszystko jest we mnie i jak rozwiążę  zaistniały konflikt w sobie to  wszystko się poukłada.

Ego  standartowo  zaczęło  się bronić, abym nie doszła prawdy co za tym byciem „nieważną” się kryje. Związku z tym  jak  tylko zabieram się za terapię  z lękami, to od razu  dopada mnie senność. Dla mnie jest  to tylko znak, że moje myślenie wkroczyło  na właściwą  drogę  do odkrycia prawdy.

Dla dodania sobie otuchy powiedziałam sobie  ; Irena jesteś doświadczonym detektywem swoich emocji więc dlaczego nie miałabyś dowiedzieć się jakie zdarzenie, czy aspekty zdarzenia zostały przekłamane?

WEJŚCIE  DO  PODŚWIADOMOŚCI

Bramę do podświadomości otworzyłam sobie   klasycznym pytaniem; kiedy Irena ostatnio czułaś się nieważna?

Wczuwając się w   uczucia wywołane byciem nieważną od nitki do kłębka weszłam  do źródła problemu.

Wizualnie zobaczyłam siebie jak miałam  dokładnie 3 latka i sześć miesięcy. Widzę siebie w lesie, a obok dość wysoko na hamaku zrobionego z płachty uwieszonej na drzewie śpi mój malutki braciszek. Wiem, że mam go pilnować, aby nie ukradli go „cyganie”. Próbuję  daremnie zobaczyć  czy czasem się nie obudził. Czuję przejmujący strach przed wilkami. Jako trzy letnia Irenka oceniłam błyskawicznie, że braciszek jest wysoko i  przed wilkami bezpieczny, ale ja wystawiona jestem wilkom na widok, a tym samym na pożarcie. Przerażona płaczę i szukam schronienia.  Szybkim ruchem znalazłam się w dołku pod krzakiem i z daleka przez łzy obserwuję hamak ze śpiącym braciszkiem.

Nie wiem jak znalazłam  się w domu z pytaniem, gdzie jest mój maleńki braciszek? Wszyscy pytani odpowiadali mi, że porwali go „cyganie”.

Od tak okropnej dla mnie wiadomości zamarłam i poczułam się winna.  Zrobiło mi się bardzo  smutno i  martwiłam się co mu tam porwani zrobią. Dotarło do mnie, że  straciłam braciszka, a bardzo go kochałam. Czułam się zła, niedobra bo  nie upilnowałam braciszka, nie ważne, że bałam się wilków, ja byłam już duża, miałam 3,5 roku, a on był taki malutki.

Widzę siebie jak chodzę  po całym domu smutna bez celu, bez chęci na zabawę. Ciągnięta przez  kolegę poszłam do sąsiadów idąc  za nim jak cień. Aż nagle, przez otwarte drzwi podejrzałam jak mój mały braciszek z gołym tyłeczkiem raczkuje sobie przy oknie przy ławie.

Ten widok bardzo mnie ucieszył,  zaskoczył i zdumiał,  że braciszek się odnalazł i nikt mnie  o tym nie powiedział, a ja tak  bardzo  o niego się martwiłam niepotrzebnie.

Nikogo nie obchodziło, że ja się martwiłam, nikt mnie o odnalezieniu braciszka nie powiadomił, ale ja z tego powodu na nikogo nie byłam zła.

Automatycznie za to zaprogramowało mi się przekonanie, że Rodzice, ciocie i wujkowie mnie kochają, ale nie jestem ważna dla nikogo i nikogo nie obchodzi, że ja za nim wylewam łzy. Nie upilnowałam go, to mam za swoje.

Przekonanie – „Jestem nieważna dla biskich, ale wiem, że mnie kochają”.

Mała  trzy letnia  Irenka nie zauważyła w tym przekonaniu sprzeczności, tak samo jak  nasza podświadomość nie ma funkcji logicznego myślenia. Wytłumaczyłam małej Irence, że jeśli jest się kochaną to jest się dla kochającej bardzo ważną.

Jako trzy latka zauważyłam, że moi bliscy porwaniem mojego braciszka wcale  się nie przejęli i tylko ja się o niego martwiłam. Tym spostrzeżeniem zaprogramowałam sobie przekonanie –  Dzieci nie są ważne, tylko dorośli”, dlatego nikt poza mną za nim nie płakał.

W dorosłym życiu skutkowało to tym, że zawsze w pierwszej kolejności otrzymywał np.  śniadanie mąż, chociaż małe dziecko płakało. Powstawały  u mnie wewnętrzne  konflikty, bo dzieci kochałam nad życie i nie mogłam pogodzić obsługę  despotycznego męża z  opieką nad dzieckiem. W owym czasie  początkowo nawet nie wymagałam, aby pomagał mi w opiece nad nowo narodzonymi dziećmi. Dziś nie dziwi mnie, że już za młodu  chorowałam, miałam usuwany pęcherzyk żółciowy i problemy z nerkami. Wraz ze zmianą świadomości,  toczyłam z mężem  walkę o zaspakajanie  w pierwszej kolejności potrzeb dzieci, aż skończyło się rozwodem.  Teraz wiem, że mój pierwszy mąż był projekcją moich destruktywnych przekonań.

Z tego też powodu, dopóki dzieci się nie usamodzielniły, nie chciałam z nikim wchodzić w związek.

Z perspektywy czasu uświadomiłam sobie, że mnie jako trzylatkę nastraszyli, abym pozostawiona już nigdy  nie oddalała się od braciszka, bo bali się o mnie , że mogę gdzieś zabłądzić, lub utopić  się w bagnach.

Nikt z dorosłych w owym czasie  nie przypuszczał, że z powodu nastraszenia uczynią mi taką krzywdę. Dzieci w powojennym  okresie były bardzo doceniane, kochane i ważne. Niestety to były czasy, kiedy małe dzieci na okres pilnych prac  zostawiano same w domu lub jakimś innym miejscu.  W tamtym okresie  nigdy nie słyszałam, o jakiejś tragedii z tego tytułu, że małe dzieci zostały same. Tylko kiedyś nawet nieznajomi byli dobrymi wujkami i ciotkami i w potrzebie jak byli w pobliżu udzielali opieki.

Moja podświadomość nabyła nowe przekonanie,   że ja sama dla siebie mam prawo  być ważną, a nawet mam taki  obowiązek.

Teraz stałam się dla siebie ważna, a tym samym bardziej pokochałam siebie,   a moi bliscy  na tym  skorzystają, bo mam dla nich teraz więcej miłości.  Dolegliwości ciała zniknęły i poczułam wielką ulgę.

Im bardziej kochamy siebie, tym  więcej  możemy  ofiarować innym. Życzę wszystkim dużo MIŁOŚCI.

Irena

 

 

Demony przeszłości

 

„Kto powiedział, że sny i koszmary nie są tak samo rzeczywiste jak „tu i teraz” –  Autor John Lennon

Senne emocje to ważne dla nas informacje, co dzieje się obecnie w naszym życiu. Do treści snu nie przywiązuję większej uwagi, ważne są dla mnie zawarte w nich uczucia.  Zapisuję odczuwane we śnie emocje, np. lęki, wstyd, złość, radość i z tymi odczuciami przeprowadzam terapię emocjonalną. W ten sposób bezbłędnie trafiam do „demonicznych” zapomnianych zdarzeń z przeszłości.

Jeden ze snów, który odzwierciedlał moją emocjonalną obecną rzeczywistość.

Sen – jestem z byłym mężem i dbam o niego, aby się nie przeziębił. On leniwy, znudzony,  ja biorę to za przejaw choroby. Wmuszam w niego soki, witaminy i dbam by spokojnie wypoczywał. O siebie nie dbam, nie chcę zauważać, że bardzo źle się czuję, jestem osłabiona i coś złego dzieje się w moim ciele. Byłam przekonana, że jak mężowi jest dobrze, to i mnie musi być dobrze.  Mam w nim poczucie bezpieczeństwa.

Senne emocje uświadomiły mi, że swoje dobre samopoczucie uzależniam od osób, z którymi przebywam.

Lubię dobre samopoczucie innych, więc  kierując się tym lubieniem dbam o dobre samopoczucie innych  kosztem swojego zmęczenia i zdrowia. Niemożliwe jest dobrze się czuć jak się jest zmęczonym, osłabionym i doskwiera zdrowie. Zapominam, że może ktoś w mojej obecności też wolałby mnie z dobrym samopoczuciem, a nie zmęczoną.   Sen dał mi też informacje, że szukam bezpieczeństwa tam, gdzie go nie ma.

Z byłym mężem jestem po rozwodzie 26 lat, a od 10 lat on już nie żyje. Zdarzenie we śnie było iluzją, ale emocje senne  były realne  odzwierciedlające moje toksyczne przekonania.

Uświadomienie sobie jakie mam   blokady, to bardzo wiele, ale za mało aby  uzdrowić swoje życie i ciało.

Terapia była trudna, moje uzależniające przekonania przykryte były wieloma warstwami innych przekonań i wieloma warstwami destruktywnych emocji. Zmuszona byłam terapie prowadzić etapami przez  dwa tygodnie.

W tym czasie mocno odczuwałam bóle w okolicach serca, wątroby i stawów  palców u rąk. Ciągle chciało mi się płakać i chociaż powstrzymywałam płacz to i tak oczy mi piekły jak bym ciągle płakała. W końcu dałam sobie przyzwolenie na płacz i przepłakałam ile mi się chciało.

W terapii idąc  tropem piekących oczu,  od zdarzenia, do zdarzenia dotarłam do okresu jak miałam pięć lat. Zobaczyłam siebie w kościele wśród wielu dzieci i tłumu ludzi. W  kościele odbywało się przedstawienie z   życia  Pana Jezusa.

Zalana łzami,  przedstawienia nie widziałam, bo przeżywałam dramat  rozstania  moich Rodziców. Ja pięcioletnia  Irenka już w pustym kościele, płacząc składałam przysięgę Panu Jezusowi, że  jak dorosnę zawsze będę dbała i będę posłuszna swojemu kochanemu mężczyźnie i wszystkim zaufanym  osobom.  Czułam się  winna, że jestem samotna i nie mam  nikogo zaufanego, komu mogłabym się pożalić i  poradzić.

Kochałam swoją Mamę nad życie, ale myślałam, że rozwodzą się z winy Mamy. Podczas kłótni Mama nawet się nie broniła, tylko płakała, a Ojciec stanowczo pretensjonalnym tonem czynił jakieś pretensje.

Po przyjściu z kościoła zastałam pogodzonych Rodziców.  Ojciec tylko podkreślał, że zostaje ze względu na mnie i mojego braciszka.

Wydawało się, że wszystko wróciło do normy. Mała Irenka dopiero się uspokoiła, jak  automatycznie   przysięgę  kościelną  zakopała w ciemnym zakamarku swojej podświadomości. Nie chciała pamiętać, że przed ołtarzem oskarżała swoją kochaną Mamę, że przez nią traci kochanego Ojca, bo Mama za mało o niego dbała.

Podświadomie uzależniająca przysięga stała się moim przekonaniem, ale jednocześnie dorastając świadomie tworzyłam przeciwstawne przekonania kobiety wolnej i niezależnej, tworząc w sobie konflikty.

„Wiele osób, które żyją inaczej niż by chciały, ciągle czuje się zagubiona, co wynika z tego, że logiczny racjonalny umysł nie działa/lub działa słabo/, ponieważ dawne traumatyczne wspomnienia nieustannie się odnawiają pod wpływem obecnych okoliczności. Te wspomnienia i oparty na nich system przekonań stają się programem na twardym dysku naszego komputera. ”  – Autor  Alexander Loyd/ doktor medycyny naturopatycznej i psychologii/.

Teraz  po terapii stało się dla mnie jasne, dlaczego budowałam toksyczne związki. Miałam   wewnętrzne konflikty, które w dorosłym życiu sabotowały moje życie i zdrowie.

Irena

 

 

AKCEPTACJA DIAGNOZY

 

Pierwsze chwile, jak zaskoczona usłyszałam wyrok śmierci

(kartka z pamiętnika)

Dotarło do mnie, że mam nowotwór  i że  otrzymam chemię, poprosiłam, by mi powtórzono,  bo coś źle usłyszałam, coś niedorzecznego.

Znów usłyszałam, ma  pani nowotwór płuc  i jedyne leczenie go, to chemioterapia i dalej coś tam mówiła jaka chemia, ile, przez  jaki okres tego już nie kojarzyłam. Chyba płakałam, trzęsłam  się i prosiłam chociaż  o 1-dną godzinę  do przemyślenia nim podejmę decyzję. Otrzymałam zastrzyk uspakajający który sprawił mi ulgę i zaraz po 15 minutach znów weszłam z decyzją – wyrażam zgodę na chemioterapie. Dowiedziałam się, że nie mam wyboru i coś tam jeszcze mi mówiono, ale już nic do mnie nie docierało, nie chciałam już nic więcej słyszeć, jeśli szanse na życie to przedłużenie życia o 6-miesiecy, a bez chemii to będę żyła  około 3-tygodni –tak czy siak umieram i to w krótkim czasie.

Nigdy nie myślałam o śmierci, wiedziałam że to innych spotyka, nawet moich bliskich, ale ja tu i teraz umieram, co to jest ta śmierć?

Co to znaczy, że mam raka, to niemożliwe, to mnie nie mogło spotkać!

Zadałam sobie pytanie ? Czy jest coś gorszego, straszniejszego od raka?

Odpowiedź przyszła sama –tak  – to mój okropny lęk przed śmiercią. Umieranie, śmierć byłaby dla mnie zbawieniem przed okropnym rakiem uciekłabym  w nieznane, gdyby nie ten towarzyszący mi paniczny strach co mnie spotka po tej drugiej stronie?

W międzyczasie znalazłam się w izolatce, w której była już jedna pani. Jakoś sobie przedstawiłyśmy się, obydwie odetchnęłyśmy z ulgą, że jest nas dwie z tym samym problemem i że nie leżymy w izolatce  pojedynczej. Pielęgniarka podłączyła mnie i sąsiadkę do kroplówki, wręczyła dzwonek  i wyszła.

Tak się zaczęła walka, jeszcze nie wiedziałam z czym, czy z kim walczę, wiedziałam tylko że jest to coś cholernie inteligentne      cwane, silne, skoro na całym świecie sztab różnych mądrych, silnych, bogatych ludzi, naukowców, terapeutów  przegrywa z nim walkę i na tym moja wiedza o raku się kończyła.

Obydwie milczałyśmy wlepiając wzrok w kroplówkę  w przerażającej ciszy, nic nie słyszałam. Po jakimś czasie zauważyłam, że nie ma nawet brzęczącej muchy, uciekły przed oparami chemii, a może też ze strachu przed rakiem?  Nawet Pani salowa w masce zachowywała się cicho jak mysz pod miotłą.

Jestem tak sparaliżowana strachem śmierci, że nie czułam żadnego bólu fizycznego, a do tej pory żadne środki przeciwbólowe mi nie pomagały. Po paru godzinach  jak tylko Pani pielęgniarka odłączyła mi kroplówkę, od razu chciałam wstać, ale mi zabroniła kategorycznie wskazując  ” tron” – tak nazywano muszlę klozetową wmontowaną w krzesło postawione zaraz przy łóżku uprzedzając,  że nie wolno nam wstawać z łóżek, a tym bardziej wychodzić do łazienki.

Zaraz po wyjściu pielęgniarki, obydwie  jak na komendę usiadłyśmy na łóżku próbując  wstać, a tu „ubs”osłabienie  i zawroty  głowy  posłusznie ułożyły nas  powrotem  w łóżkach.

Dotarło do nas jak silną truciznę wpompowano nam do żył i jak szybko zadziałała na nasz cały organizm, ciekawe czy rak też to odczuł, miałam silną potrzebę porozmawiania z kimś kompetentnym w tym temacie, jeszcze się  łudziłam że przy wizycie nocnej porozmawiam o tym z lekarzem dyżurnym.

Na oczekiwanej  wizycie  lekarz się spieszył, po krótkim zdawkowym pytaniu co nas boli szybko wyszedł nie słysząc   naszych zadawanych  pytań.

Po tej wizycie wiedziałam że muszę szukać informacji na dręczące mnie pytania  poza szpitalem.

Irena

Krótka opowieść córki

 

 

 

Czy córka ma  coś do   wybaczenia   nieskazitelnej dobrej  Mamie?

Co mam zrobić, aby pozbyć się doskwierającego  bólu i żalu, że byłam dla  tak wspaniałej Mamy  niedobrą córką.

Nie mogąc sobie poradzić z  doskwierającymi  dolegliwościami  poprosiłam o  pomoc  terapeutkę Alę.

Muzyka relaksacyjna, świeczki, piętnastominutowa medytacja  z  terapeutką    pozwoliła mi dość fajnie się wyciszyć.

Po krótkim rozeznaniu co wiem o terapii, a co bym chciała wiedzieć,  Ala zadała   pytanie?  – opowiedz,  co czujesz ? Opowieść była krótka; czuję  ból, żal za troski i zmartwienia jakie przysporzyłam swojej mamie. Ala –  to zaczniemy od wybaczania mamie. Prawie krzyknęłam –  mamie?  Chyba sobie, bo moja mama to niesamowicie była i jest najlepszą matką na świecie,  taka MAMA POLKA!!!  Zawsze ciężko pracowała, dwoiła się i troiła z całego serca i duszy,  robiła  wszystko dla dzieci  z Anielską cierpliwością i  nie tylko dla swoich.  Nigdy nie krzyczała , nie biła,  jako dziecko miałam  prawo wybierać sobie z jedzenia najlepsze kąski, zjadała to, co mała Irenka zjeść nie chciała, na ogół zawsze miła, uśmiechnięta. Co można wybaczyć takiej Mamie?.

Ala – czyżby?  Na pewno?  Czy nigdy nie przerwała ci  w najlepszym momencie zabawy wołając do kościoła?  Nigdy w nieodpowiednim momencie nie zawołała  na obiad?  Nigdy nie ściągała rano z łóżka, że czas już wstawać? A czy ty w takich momentach nie byłaś na nią zła, by po chwili  za to mieć poczucie winy – jak mogłam być na Mamę zła!

Przypomniałam sobie, że podobnie bywało i że nie zawsze miała czas   dla małej Irenki.  Nie zawsze  broniła małą Irenkę przed innymi,  szczególnie starszymi dziećmi.

Za podpowiedzią  ARW  wczułam się,  co  czułam w takich chwilach  do swojej Mamy jak miałam  cztery, czy siedem lat.

Dalszą  terapię już prowadziłam sama w domu, pomału  ściągając  zasłonę dymną z pamięci. Zaczęłam sobie przypominać różne zdarzenia  kiedy byłam dzieckiem.

Przypominające się zdarzenia pokazały mi, że moja kochana Mama jak każdy dobry człowiek popełniała błędy, raniąc  mnie  okrutnie.

Zapewniam, że stosując Arkusze Radykalnego Wybaczania odsłaniałam coraz to więcej zadanych mi nieświadomie ran prze moją kochana Mamę i proszę mi wierzyć,  miałam jej co wybaczać.

Po terapii poczułam dużą ulgę i przypływ  energii, niebawem okazało się, że nastąpiła  duża poprawa mojego zdrowia, a  alergia na którą cierpiałam od lat odeszła w zapomnienie.

Dokonało się uzdrowienie za sprawą, że miłość  nie tylko do mojej kochanej  Matki popłynęła większym  strumieniem, ale również  zaczęłam kochać siebie i przyjęłam płynącą do mnie miłość.

Uważam, że łatwiej dokonuje się wybaczenia matce  złej, niedobrej, którą rodzina i środowisko za taka złą oceniło, niż uznawaną  za dobrą i cenioną kobietę Matkę – powszechnie uważa się, że wspaniałej Matce nie ma co wybaczać. Czyżby? 

Jakże często i dzisiaj  zapomina się, że małe dziecko kocha matkę bezinteresowną czystą miłością. Matka na dziecko działa na otwarte serce, za każdym zadanym  nieświadomym bólem  małe serduszko na  „ miłość „  się przymyka i przy częstych urazach może zamknąć się całkowicie i wówczas  po latach mówi się o niewdzięcznych dzieciach lub wyrodnych Matkach.

Irena

 

Dlaczego ja?

Siła medytacji i modlitwy.

Pytanie, który zadaje sobie każdy chory i jego rodzina. Dlaczego ja?

Dlaczego właśnie moją rodzinę to spotyka?

Piszemy tu dużo o medytacji,  kodzie uzdrawiania. Chcę podzielić się tu z wami refleksją dotyczącą choroby. Pracując nad sobą, stosując Kod uzdrawiania, dochodzę do takiego punktu, że wyobrażam sobie, że rozmawiam z Panem Jezusem. Mogę mu wtedy zadać pytania, co mnie boli  i nurtuje i otrzymuję odpowiedzi tak mądre, że niekiedy mnie samą zaskakują. Postanowiłam się z wami podzielić jednym z takich przeżyć dotyczących modlitwy. Moja rozmowa z Panem Jezusem w trakcie medytacji:

Ja pełna goryczy i żalu zadaję pytanie: Dlaczego muszę przez to przechodzić, dlaczego moja mama na raka cierpi, dlaczego nie wysłuchasz moich próśb i po prostu nie sprawisz, że będzie zdrowa?

Odpowiedź Pana Jezusa: To nie Bóg sprawia, że cierpisz i chorujesz. Każdą chorobę każdy z was sam zaprosił do swego życia. Bóg każdemu człowiekowi dał wolną wolę i czas by mógł z niej skorzystać. Każdy ma prawo do własnych błędów jak dziecko i każdy, kto zauważy, że zbłądzi ma prawo prosić o pomoc. Nie pytaj mnie, dlaczego ty, zapytaj o to siebie. Dlaczego zeszłaś z drogi miłości i zaczęłaś błądzić, za co tak nienawidzisz swojego ciała? Powinnaś  kochać każdą jego komórkę. Kiedy ostatnio powiedziałaś swojemu organizmowi, że go kochasz, każdej komórce z osobna? Kiedy twoja mama powiedziała ostatnio, że kocha swoje płuca? Kiedy ostatnio dziękowała im, że może swobodnie lekko oddychać? Czy dbasz o swój organizm jak o świątynie, o każdą komórkę jego ciała jak coś wspaniałego? Twoje ciało to twoja świątynia. Czy spożywając posiłek błogosławisz go i prosisz by odżywił każdą komórkę twojego ciała? Pamiętaj za każdym razem, gdy jesz w biegu, łykając szybko byle co, zaśmiecasz swoją świątynie, gdy palisz papierosa mówisz swoim płucom nienawidzę was, nie chcę was oglądać i je trujesz, zadymiasz, czy równoważysz te czyny, chociaż miłością i wdzięcznością za to, że są?  Swoim postępowaniem, ściągasz chorobę na swój organizm, swoją świątynie – a potem mnie pytasz, dlaczego ja. Sobie zadaj to pytanie,  tylko bądź szczera wobec siebie. Jak traktowałaś siebie, swój organizm? Prosisz mnie o zdrowie dla mamy, ja jej tego zdrowia nie zabrałem, więc jak mam jej dać.

Jeśli sama sprowadziła na siebie chorobę swoją własną wolą, to tylko ona sama może się uleczyć.

Błądzisz i idziesz złą drogą, ja jestem światłem i jestem miłością, mogę pokazać ci właściwy kierunek, ale tylko od twojej dobrej woli będzie zależało czy pójdziesz za mną. Najczęściej mówisz chcę, i dalej błądzisz i nie idziesz za mną. Zastanów się, o co i kogo prosisz?

Zapytałam, więc: To, o co powinnam prosić?

Usłyszałam odpowiedź: Niech się twoja wola dzieje Boże, a nie moja. Przepraszam, że zbłądziłam pokaż mi światło i pokieruj w stronę światła. Naucz mnie kochać siebie , ludzi i otaczający mnie świat. Wybacz mi, że zbłądziłam, przepraszam, że doprowadziłam do tego miejsca, co jestem. Proś o siłę, o wskazanie kierunku i o miłość, reszta przyjdzie sama. Pamiętaj słowa: Wybacz mi, Proszę, Przepraszam, Kocham Cię, Dziękuje , mają wielką moc. Moc jest w tobie , musisz tylko ją użyć, człowiek został stworzony na podobieństwo Boga – nigdy o tym nie zapominaj. Kocham cię, widzę, jaka jesteś doskonała tylko, że ty tego nie widzisz. Przyjdzie taki czas, że zobaczysz, poczujesz wtedy taką miłość do siebie, jaką ja czuję do ciebie. Moc jest w Tobie. Poproś, a ja Cię pokieruję,  to takie proste. Nie lękaj się,  pamiętaj, że ja zawsze jestem z tobą.

Żal i gorycz minęła, poczułam, że Bóg mnie Kocha i jest ze mną. Poczułam się silniejsza i nabrałam pewności, że idziemy z mamą właściwą drogą. Poczułam,  że nie jestem z tym sama , że Bóg jest ze mną.

Piszę o tym, bo często wspominamy na tym blogu o sile modlitwy, a nie chodzi nam po prostu o klepanie: Zdrowaśki i Ojcze Nasz,  tylko o szczerą rozmowę nas samych z Bogiem i samym sobą. Są to sprawy bardzo intymne, ale i bardzo istotne.

Moja rada: Podczas modlitwy zawsze używaj słów Wybacz mi, Proszę, Przepraszam, Kocham Cię, Dziękuję.

Życzę wszystkim głębokich przeżyć w trakcie medytacji i modlitwy.

Aga

Styl życia chorego

 

 

Gdyby dawano nagrodę „Nobla” za krytykę leczenia raka, to nagród byłoby więcej niż chorych,  terapeutów i lekarzy razem wziętych.  Jak byłam  dotknięta  rakiem  płuc,  nie miała sił i czasu na analizowanie krytyków zdrowia.  Szukałam tylko szybkiej   pomocy,  bo czasu miałam bardzo  mało.

By pozbyć się raka w warunkach jakich przyszło mnie chorować, unikałam takich chorych jak ja nieuleczalnych, bo siebie wzajemnie nie mieliśmy sił wspierać.  Natomiast  w mediach, na różnych forach w Internecie spotykałam tylko   cierpiących, chorych, ale za to dzielnie znoszących swój los dotknięty nieuleczalną chorobą.  Potrzebowałam nadziei jak spragniony wody, a nie dzielnych chorych będących w beznadziei.

 Interesowali  mnie tylko uzdrowieni, lub  wyleczeni, nieważne  jak się określali, ważne,  że uwolnili się od raka i wiedli spokojne  życie. Niestety takich osób ani w mediach, ani na forum Internetowym nie udało mi się  spotkać.

Na szczęście potrzebną  nadzieję czerpałam z książek o tematyce terapii naturalnych.

Zauważyłam, że wszystkich uzdrowionych i wyleczonych łączył wspólny mianownik i to nie jeden. Wszyscy zmienili swoje życie, wszyscy walczyli o zdrowie wieloma sposobami. W  walce o zdrowie  korzystali z dostępnych  usług  i środków  jednocześnie, często już nie oczekując pożądanych rezultatów.

Nie lubię porównań, ale  na mojej drodze spotykani terapeuci    tak samo  jak lekarze,   wobec nieuleczalnego raka byli  jednakowo  bezsilni.

Mimo braku wiary w wyleczenie, ze swoim rakiem podjęłam walkę   wszystkimi  sposobami.  Wspomagała mnie w tej walce moja kochana córka, a inspiracją dla mnie byli pacjenci, którzy nieuleczalnego raka  pokonali. Życie wisiało mi na włosku i robiłam wszystko co było możliwe, bo już nic nie miałam do stracenia.

Mnie dotkniętą  rakiem nie interesował  tak zwany zdrowy styl życia, potrzebowała stylu życia chorego na raka, któremu trudno było przełknąć każdy kęs jedzenia. Poszukiwałam czegokolwiek, po którym chociaż trochę  poczułabym się lepiej. Tragikomiczna  była troska bliskich, że mnie umierającej może jeszcze coś  zaszkodzić. Jak poczułam, że po jakimś soczku jest mi lżej, to nie zwracałam uwagi na zalecane normy i kto umierającemu może zabronić? Na pewno jacyś  gorliwi politycy by się znaleźli, na szczęście przy mnie ich nie było.

Nie interesowało mnie też innych zdanie w temacie;  energie Reiki, ogrodowe piramidy, Radykalne wybaczanie, Kod Uzdrawiania, czy  okażą się  skuteczne. Liczyło się tylko to, że  ja po nich czułam ulgę i tylko  dlatego stosowałam,  nie słuchając niczyich krytyk i głupich uwag.

Co mnie umierającej mogło jeszcze zaszkodzić? Nie miałam już nic do stracenia w obliczu kończącego się  mojego życia.

Tak mówiąc szczerze,  to nie  wierzyłam stosowanym  terapiom i  leczniczym działaniu soków. Mówiłam wówczas sobie,  jak się nie przekonasz Irena, to nie będziesz wiedzieć, liczyłam jednak, że może  dowiem się chociaż  dlaczego boję się śmierci, co ja takiego zrobiłam, że boję się aż tak?  Świadomie nic nie zrobiłam złego, a życie tak mi już dało popalić, że nawet z ulgą bym  przyjęłam odejście z tego świata, gdyby nie ten paniczny lęk przed śmiercią.

Z uporem maniaka szukałam, drążyłam różne terapie nie podejrzewając nawet troszeczkę, że toruję sobie drogę do drugiego lepszego życia.

Irena

 

 

Okrutna i dobra Matka II

W dzisiejszych czasach Matka musi być „alfa omegą” i  nie może się mylić,  musi przewidywać, zapobiegać ,  zabezpieczać  dzieciom odpowiedni status materialny, a do tego być dobrą żoną i zadbaną kobietą.

 

 

 

Matka to też człowiek i jak każdy  ma prawo do błędu! Nie ma szkoleń, ani kursów jak być dobrą matką  i jak  dla wszystkich dzieci i męża być dobrym od młodości do późnej starości.

Niestety dla  wielu,  jeśli popełni nieświadomy  błąd to  jest niewybaczalny.  Chwileczkę, pytam, skąd wiadomo, że  matka popełniła błąd? Bo coś komuś się nie spodobało? Bo jedno z dzieci uznało, że przez matkę miało  przechlapane życie, bo nie pomogła w wyborach, a drugie miało  nieudane życie, bo  pomagała   przy dokonywaniu wyborów?

Łatwo oceniać niewinną Matkę, jak zmęczona życiem, pełna miłości wobec swych dzieci nie broni się,  tylko przyjmuje  winę na siebie, czyli bierze  odpowiedzialność  za błędne wybory swych dzieci, które jakże często nie raczyły nawet o swych wyborach  Matkę powiadomić.

Mój znajomy w poprzednim poście  obwiniał  Matkę,  a Ona tak naprawdę tylko kierując się swoim  matczynym instynktem bardziej wspierała dzieci słabsze  spełniając   swój obowiązek.  Tak bywa,  jeśli dziecko czegoś nie zrozumie, to w dorosłym życiu często przeradza się w pretensje.

Zgadzam się i często na blogu piszę , że  najwięcej przekonań programuje się w  okresie dzieciństwa i rodzice mają  duży wpływ na przekonania swych dzieci, tylko trzeba zrozumieć, że każda Matka wychowuje swoje dzieci najlepiej jak potrafi,  na ile pozwala jej świadomość i swoje serce dzieciom ofiarowuje  na dłoni drżąc o ich obecne i przyszłe jutro.

Dwoje  dzieci kłóciły się o kalarepę,  jedna była większa, a druga mniejsza, oczywiście  obydwoje chcieli większą, jak im mama wytłumaczyła, że mniejsza jest bardziej soczysta, to obydwoje  przerzucili   się na mniejszą. Mama im obydwie na tarce starła, wówczas oni w zgodzie wyszli  obrażeni na mamę,  bo chcieli je  mieć w całości. Jako dorośli  zdarzenia nie pamiętali, ale w podświadomości   u  trzy letniego chłopca  zdarzenie  zapisało się, że  jak  się  o coś kłócili, nie ważne  o co,    to Matka  im  to zabierała i niszczyła, taka była niedobra i przez to jako dzieci mieli ciężkie dzieciństwo.

Z poprzedniego postu   – „Okrutna i dobra Matka”  mój znajomy podjął się terapii  i  zobaczył swoją Matkę zupełnie w innym świetle  a  nawet poleciały mu rzęsiste łzy. Matce nie tylko wybaczył, ale zaczął siebie z tego powodu obwiniać. 

Bez  trudu wyjaśniłam   Wojtkowi, że jako dziecko miał prawo zinterpretować wiele zdarzeń tak jak to zrobił. Miał też  prawo  do wyrażania swoich emocji jak   ból, żal, przykrość, czy rozczarowanie z powodu decyzji  Matki.   Tak jak poczuł i jego złe myślenie o Matce  w konfrontacji z jej  dobrocią spowodowało u niego konflikty emocjonalne wewnętrzne  i zewnętrzne,  które  były  przyczyną ogromnego stresu.

Matki tak  bardzo  kochają swoje dzieci, że biorą na siebie winę za  ich dorosłe życie, decyzje i  wybory, podobnie jak dzieci często biorą winę na siebie za błędy Rodziców.

Tak naprawdę  w  konfliktach pokoleń nie wiadomo  kto ma rację i to  nie jest istotne, ważne  by w  związkach rodzinnych panowała miłość i harmonia, a do tego konieczne jest wybaczenie  Matce,  sobie i wszystkim w Rodzinie.

Dla swojego dobra powinniśmy pamiętać,  że  Matki miłość jest niewinna, nawet w biblii  nigdzie nie jest napisane – szanuj dzieci swoje, tylko szanuj Matkę i Ojca swego.

Irena

 

 

 

Drogi są dwie cześć II

Nikt nie pomyślał nawet wtedy, że to klucz do wyzdrowienia.

Ustalenie właściwej intencji to krok do usunięcia przyczyny choroby a i tym samym samej choroby.

Choroba powstaje gdy intencja świadoma (rozum), nasz rozumny cel: chce wyzdrowieć – jest sprzeczna z nasza podświadomością, (sercem) nasz uczuciowy cel: zneutralizować paraliżujący lęk nie dam rady. Tak powstaje konflikt miedzy sercem i rozumem.

Gdy zachorujemy to już mamy w sobie ten konflikt,  wtedy  do wyboru są dwie drogi.

Jedna prowadzi z górki i na końcu jej jest ŚMIERĆ- to łatwa droga,  nic nie musisz robić,  wózek jest już rozpędzony. Inni cię pokierują, dokonają wyboru  za ciebie tak jak do tej pory. Nic się nie zmieniło, tylko teraz z powodu choroby już nie musisz czuć się winny: że czegoś nie dopełniłeś, że nie zarabiasz więcej, że działka leży odłogiem, że dziećmi się nie zajmujesz po pracy itp.

Druga ścieżka to ŻYCIE – ta wiedzie pod górę, tu musisz wyskoczyć z wózka i zacząć się wspinać, nie możesz już słuchać innych,  musisz zacząć słuchać tylko siebie. Co twoja podświadomość (twoje serce) chce ci powiedzieć? Tu zaczynają się schody. Jest to droga pod górę wyboista, ale na szczycie za to czeka na ciebie piękny widok i gdy spojrzysz w dół już zawsze będziesz miał inną  perspektywę.

Więc  jaką drogą ty chcesz iść?  Łatwą czy trudną?

Wybierasz życie czy śmierć?

Większość chorych na raka wybiera śmierć. Dlaczego? Po pierwsze ta droga jest łatwiejsza i nic nie muszą robić, po drugie nie wiedzą jak.

Jak to zrobić? Jak wyskoczyć z tego rozpędzonego wózka?

Wystarczy się tylko zastanowić? Czego ja chcę tak naprawdę? Czego chce moje serce? Dać wysiłek by wyskoczyć z wózka i dreptać pomału, ale pod górę?

Co ja tak naprawdę chcę? Co chce moja podświadomość (nasze serce)?

Co ja tak naprawdę czuję w związku z tą sytuacją?

Tak naprawdę?! Czy to nie przypadkiem ulga, że już nie muszę?

Jestem chory odczepcie się ode mnie! Już nic nikomu nie muszę udowadniać. Jestem biedny i pokrzywdzony przez los. Jak możecie coś ode mnie wymagać,  przecież jestem chory?!

Łatwiej będzie to zrozumieć na przykładzie:

Wyobraźmy sobie Pana Wiesia, który ma 57lat. Właśnie jego firma zbankrutowała, a on dostał sowitą odprawę. Ma dwóch synów na studiach i żonę, która prowadzi własny sklep z odzieżą, mają wybudowany i spłacony dom, są zabezpieczeni finansowo.

Pan Wiesiu starał się o rentę na kręgosłup. Uważa, że jest za stary by się przebranżowić, a w jego wieku to nikt go nie zatrudni.

Renta to jego plan by przetrwać do emerytury. Z odprawy chce pomóc synom na studiach. Nagle dostaje z ZUS  odpowiedź odmowną – nie dostaje renty. Jest załamany, co ma teraz zrobić? Nie chce być obciążeniem dla rodziny, zawsze to on był głównym żywicielem. Miał by być teraz na utrzymaniu żony, to nie do pomyślenia dla niego. Na studia jest już za stary, nie widzi żadnych perspektyw dla siebie.

Paraliżuje go wewnętrzny lęk,  że będzie obciążeniem dla rodziny, zawsze pogardzał darmozjadami.Ten lęk uruchamia podświadomość, czyli serce, które by ratować rozum przed paraliżującym lękiem działa impulsywnie, uczuciowo uruchamia komórki rakowe.

Serce nie myśli racjonalnie, nie zastanawia się nad konsekwencjami, po prostu neutralizuje lęk by pomóc rozumowi. I tak Pan Wiesiu dowiaduje się, że ma raka płuc. Jest wstrząśnięty diagnozą. Dlaczego ja? Całe życie palił papierosy, ale ogólnie dbał o zdrowie. Jego synowie i żona Ewa bardzo wspierają go.

Z powodu nowej diagnozy dostaje upragniona rentę. Racjonalnie  i rozumowo, oczywiście jego pragnieniem  i intencją jest –  chcę wyzdrowieć. Tylko jego serce (podświadomość) będzie sabotować jego wysiłki by paraliżujący lęk jak utrzymać Rodzinę,  nie powrócił.

Lęk i wstyd:, że będzie obciążeniem finansowym dla rodziny, że nie wykształci dzieci, że będzie po leczeniu zniedołężniałym starcem, że będzie nie sprawny jako mężczyzna, że przestanie się podobać żonie itd.

Gdy Pan Wiesiu dowiedział się o terapii to stwierdził, że jest za słaby by się jej poddać. Chodził, był samodzielny a przecież przy terapii można leżeć,  trzeba tylko rozmawiać z terapeutą. Poza tym lekarz mu zabronił wysiłku fizycznego, a on w takie rzeczy i tak nie wierzy. Dajcie mi wszyscy święty spokój powinniście mnie teraz wspierać a nie mnie denerwować – mówił. On teraz musi słuchać lekarza. Palił papierosy dalej ukradkiem, gdy nikt nie widział, mimo że tego też mu lekarz zabronił. A tu zasłaniał się lekarzem.

Intencja świadoma, nasz rozumny cel: chce wyzdrowieć – jest sprzeczna z nasza podświadomością, sercem.

Ludzie często nie chcą wyzdrowieć podświadomie, bo po pierwsze –  w końcu nic nie muszą, po drugie  – są w centrum uwagi rodziny.

Podświadome nie chce wyzdrowieć – widać po tym jak chory nie chce nic dla swego zdrowia zrobić. Najlepiej  wziąć   tabletkę i nic nie robić, bo przecież jestem chory. Mówi nam za to,  że jest przerażony i bardzo chce wyzdrowieć, ale nie chce dać z siebie żadnego wysiłku. Gdy mamy sposób,  tylko trzeba dać minimum wysiłku to nawet nie chce rozmawiać na ten temat,  bo podświadome pragnienie serca mówi nie chce wyzdrowieć.

Ustalenie intencji, która nie jest sprzeczna z naszą podświadomością sercem jest bardzo ważna. Ułatwia nam prace.

Nie nastawiajmy się, że terapia spowoduje wyleczenie pacjenta. To błąd sam w sobie, który blokuje współpracę naszej świadomości z podświadomością (serca z rozumem). Intencje nie mogą być sprzeczne, bo powodują konflikt.

Dobrze ustalić sobie na początku  cel, który będzie zgodny z podświadomością naszego chorego niezależnie, co on nam mówi. Słuchamy, co mówi jego rozum, który nie słucha serca. Pamiętajmy,  że taki chory zawsze będzie mówił nam  co innego i robił, co innego. W konsekwencji i tak posłucha serca. Nawet nie będzie wiedział, dlaczego tak postąpił. Wymyśli milion idiotycznych rozumnych powodów byle wyjaśnić swoje postępowanie, podtrzymując swój świadomy rozumny cel.

Gdy mama była chora, ze względu na diagnozę i lekarzy,   ja w jej wyzdrowienie nie wierzyłam. Po prostu wiedziałam, że z tego nie wyjdzie koniec, kropka.

Wiedziałam, że to kwestia czasu i że będzie tylko gorzej. Dawali mamie 6 tygodni życia od rozpoznania. Wyniki były złe,  całe płuco zajęte przeżuty do węzłów chłonnych i ze względu na zachowanie mamy podejrzenie przerzutów do mózgu. Nawet do głowy mi nie przyszło, że może z tego wyjść.

Szukałam pomocy by po pierwsze,  nie siedzieć bezczynnie, po drugie by ulżyć mamie w przejściu na druga stronę. Chciałam by odchodząc była pogodzona ze sobą, by nie bała się demonów i ciemności,  by miała pewność, że tu zostawia pozałatwiane sprawy, a tam czekają na nią bliscy i aniołki. By pozbyła się lęków,  w asyście aniołów mogła z uśmiechem przejść na drugą stronę.

To była moja intencja –  nie wierzyłam w jej wyleczenie. Wiec intencja była zgodna z jej świadomością i podświadomością (sercem i rozumem). Mama też pracując z lękami chciała okiełznać lęki i przestać się bać.  To była nasza intencja, nasz wspólny cel.

Nikt nie pomyślał nawet wtedy, że to klucz do wyzdrowienia.

Intencja jest bardzo istotna. Pracując z chorym trzeba z nim ustalić cel intencji spotkań, tylko to nie może być wyzdrowienie,  szczególnie  gdy on sam w to nie wierzy  i  podświadomie tego nie chce.

Intencja – cel pracy nad sobą nie może być sprzeczny  z naszym wewnętrznym podświadomym pragnieniem.

Moje zalecenia:

Na początek niech twoją intencją będzie spokój ducha i harmonia wewnętrzna,  pozbycie się lęków i stanów depresyjnych związanych z choroba.

Tak należy rozmawiać z chorym. Dobrze, gdy w terapii bierze udział chory z rodziną,  to pomaga. Gdy mamy uraz do kogoś jest dobrze wybaczyć te urazy przed śmiercią i  pogodzić się. Sesje powinny być indywidualne, by każdy mógł się swobodnie wypowiadać nie obawiając się że urazi kogoś z rodziny czy chorego.

Wyjaśnienie konfliktów i wzajemne wybaczenie sobie jest bardzo ważne i powinno płynąc z serca, a nie być udawane. Jeśli nie teraz, to kiedy?

Nawet, jeśli chory nie będzie potrafił otworzyć się na terapie,  a pogodzi się z rodziną i uzyska spokój wewnętrzny i harmonię to i tak warto.

To krok do usunięcia przyczyny choroby a i tym samym samej choroby.

Tego z całego serca wszystkim życzę

Pozdrawiam

Aga

 

 

Dobra i okrutna Matka

Będąc dobrym dla wszystkich,  dla kogoś  przez to musimy   być  okrutnym.

Przez nikogo tak nie cierpiałem   jak przez swoją Matkę,  a Ona chociaż żeby była zła, nie zajmowała się nami, tylko myślała o swoich przyjemnościach byłoby mi o wiele lżej.

Zwierzył mi się pewien Pan  słowami – ” wiesz   wiele osób mnie   skrzywdziło i wszystkim wybaczyłem bez problemu, bo tak trzeba, ale swojej Matce próbowałem,   jednak to  okazało się  ponad  moje  siły, taki  ogromny czuję  przez nią ból”.

Rodzina i znajomi  uważają ją prawie za Świętą Teresę. Sam kiedyś będąc dzieckiem  uważałem, że zasługuje by do nieba iść z butami, wszystko robiła dla naszego dobra, sama od życia nic nie oczekując tyrała od świtu do nocy.

Najgorsze  to jest to, że Ona sobie  nie zdaje sprawy  jaką  mi  krzywdę zrobiła.

W domu byłem najstarszy i tak się stało, że  mając trzy latka już stałem się dorosły, a najmłodsza była zawsze potrzebująca wsparcia do dnia dzisiejszego. Ode mnie żądała,  wymagała, a im wszystko się należało.  Miałem obowiązek  nimi się zajmować i ich chronić, a Oni jeśli mnie coś niszczyli, czy bili, to  nie wolno mi było się  przed ich agresją bronić, tylko wymagano ode mnie zrozumienia, że są młodsi i musiałem postępować według przysłowia, że  ” mądrzejszy i silniejszy musi ustąpić”

Może całkiem po macoszemu mnie    nie traktowała,  tylko zawsze byłem gorzej traktowany od mojego rodzeństwa.  Przy moich dorosłych dzieciach wspominała, że dałem jej popalić bardziej niż pięciu chuliganów.

Według Matki byłem gorszy od  swoich kolegów, chociaż nie chodzili do szkoły, nie uczyli się, bili młodszych i dla nich  zawsze znajdowała wytłumaczenie   złego ich zachowania. Natomiast  wobec mnie była krytyczna, jeśli nawet przynosiłem piątki, to uznawała, że tak jakoś mi się udawało, a mój kolega z dwójkami i tak jest lepszy, bo w gospodarstwie jest sprytny i jego rodzice z niego mają dużą pomoc.

Zawsze byliśmy najedzeni, czyści i ładnie ubrani. Czasem trochę pokrzyczała, ale naprawiała to  zaraz  łagodząc  swoim miłym uśmiechem  i nie pamiętam, aby któregoś nas kiedykolwiek uderzyła.  Ten uśmiech Matki w ciężkich chwilach od wczesnego dzieciństwa dawał mi siłę i wiarę, że będzie dobrze, ale wcale dobrze nie było, tylko coraz gorzej.

Co ja Ci będę mówił, nikt nie  zrozumie mojego  bólu ile  przez nią wycierpiałem, jak mi serce na jej wspomnienie krwawi  i jak zniszczyła moje całe życie  przez to, że była taka dobra, troszczyła się o wszystkich, nigdy nic drugiemu człowiekowi złego nie powiedziała,  o wszystkich w koło mówiła tylko dobrze.  W tym jej pozytywnym mówieniu o innych, tylko ja stanowiłam wyjątek, w mojej obecności każdy mój błąd ogłaszała wszystkim sąsiadom, znajomym i całej rodzinie. Jak niechcący atramentem z pióra poplamiłem siostrze niedzielną bluzkę, to lamentowała nad tą bluzką przez tydzień, ogłaszając wszem i wobec, że przeze mnie pójdzie z torbami. Ale jak młodszy braciszek np.  celowo  uciął mi w teczce szkolnej  pasek, to go Matka tłumaczyła, że  tak  naprawdę nie wiedział, że to aż takie zniszczenie, bo jeszcze mały i wszystkiego nie rozumie, a też już chodził do szkoły.

Tylko  mój Ojciec  na nią się skarżył, a ona przy  nim milczała, a ja też  milczałem, ale uznawałem, że ma racje. Matka chyba to wyczuwała, bo zawsze   po jego wyjściu mnie się za niego obrywało w ten sposób, że  musiałem wysłuchiwać jej żalów i wszystkie złości  jakie  miała do  niego, czasem przez trzy godziny. Nie pozwalała mi się oddalić, zmuszała mnie do wysłuchiwania, obym czasem  w niego się nie udał.  Niekiedy  nie wytrzymałem i brałem Ojca w obronę, wówczas przeszywała mnie takim złym wzrokiem, że ciarki po plecach mi przechodziły.

Wielokrotnie moja Matka mi przytyk robiła, jak uważała, że ojciec popełnił błąd lub coś złego zrobił, widzisz jaki on jest, a ja to muszę  wszystko sama znosić. Jak  np. sprzedał kawałek ziemi, to do Ojca nawet się uśmiechała, a dopiero po jego wyjściu nadawała na niego do mnie, że za tanio, że mógł poczekać, a tak go prosiłam biadoliła,  nie sprzedawaj, a On i tak zrobił po swojemu i mamy teraz stratę. I zaczynała litanię, co by mogła za te pieniądze   mnie kupić i dla  domu gdyby sprzedał drożej, lub gadała ile będzie ta działka wart za parę miesięcy. I tu podawała przykłady  ile rzeczy sprzedał tanio, a później podrożały.

Będąc nastolatkiem zastanawiałem się, czy jestem jej biologicznym synem, bo to by mi wyjaśniało jej gorsze do mnie nastawienie.

Przez całe lata udowadniałem, że jestem  lepszy niż myślała, ale to wszystko na daremno. Jak się możesz domyślić miałem podobną, tak idealną  żonę, kobietę i Matkę  moich dzieci, że nie do wytrzymania. Ona tak samo zawsze pracowita i zawsze nim coś zrobiła, to dyskutowała z wszystkimi i chociaż  każdy miał inne zdanie, to i tak zrobiła po swojemu, a złymi skutkami winą mnie obarczała, bo nie potrafiłem sprostać zadaniu, które ona mi zleciła.  Oczywiście akcentując, że każdy inny zrobiłby by to z łatwością.

Po rozwodzie  zauważyłem, że bardzo moja była przypominała charakterem moją Matkę, ale te postrzeżenia chowałem dla siebie nic nikomu nie mówiąc.

Matkę  zobaczyłem w innym świetle jak odkryłem jej  kłamstwa  o sobie,  i mojego rodzeństwa.   Pewnego dnia wpadły mi przypadkowo  przekazy emerytury mojej Matki,  wypisane kwoty zrobiły na mnie wrażenie, że aż siadłem.  Jej emerytura była większa niż moje zarobki.  Ojciec już nie żył, ale wiem, że Ojciec miał  bardzo wysoką emeryturę, a Matka lamentowała jak  teraz z jednej jest ciężko jej wyżyć.

Nic nie powiedziałem, tylko dopiero teraz zrozumiałem  jak bardzo mnie okłamywała, aby w  moich oczach i  innych siostra z bratem uchodziły za zaradnych i mądrzejszych niż są. Nie jednokrotnie mnie przytykała, zobacz jak siostra  potrafi dobrze pracować, oszczędza  to i ma, podobnie zresztą jak  Twój  brat. Oni już od dziecka wykonywali pracę zawsze  chętnie,  dobrze i solidnie.

Nie zazdrościłem bratu, że się pobudował, a siostrze, że kupiła sobie dwa własnościowe mieszkania w Gdańsku w nowym budownictwie.   Dopiero po odkryciu wysokiej emerytury zwróciłem uwagę, za co w szczególności siostra  kupiła w krótkim czasie dwa  mieszkania. Przecież pracowała za najmniejszą krajową,  więc nie mogła mieć aż takich oszczędności, ale  jak się okazało Matka owszem mogła, nawet bez ojca emerytury.

Nie chodzi mi o pieniądze, mnie wystarcza to co mam, chodzi mi tylko o kłamstwa tej nieskazitelnej Matki,  zaradnej siostry i brata. Nie mogę znieść  dlatego, że oszukiwano  po to, aby  w moich oczach ich wywyższać, a mnie  pogardzać. Przez całe życie czułem się gorszy, czyli inaczej mówiąc byłem pogardzany, a rodzeństwo do końca wybielała i nadal na stare lata to czyni. Tak do końca nie wiem, czy poniżała mnie  i zadawała ból z rozmysłem, czy nie zdawała sobie z tego sprawy.

Nie mogę zrozumieć, że aby uchodzić w środowisku za biednych, bez skrupułów brała z kościoła dawane jej darowizny, a potem nie wiedząc  co z tym zrobić, jak się pozbyć    niepotrzebnych jej  wiele artykułów, podrzucała pod  różnymi śmietnikami. Zwróciłem na to uwagę, że czyni  krzywdę, bo darowizna przeznaczona jest dla potrzebujących, a ona  na to, że przyjmuje, by sprawić  fundacji przy kościelnej  przyjemność, bo nikt darowizn nie chce przyjmować.

Wiem, że Matce chodziło o to aby w środowisku  nikt  nie podejrzewał, że  mieszka  z córką, ze względu na  swoją wysoką emeryturę. Czasem zwracałem uwagę siostrze, że zaniedbuje Mamę, zostawiając ją na 14 godzin i więcej samą. Oczywiście, że proponowałem zabranie Matki, ale siostra podnosiła od razu taki krzyk  jak  nie wiem co, a Matka jak zawsze jej przytakiwała i byłem bezsilny.

Nie mogę Matce wybaczyć, że przez całe życie była fałszywa  po to, aby mnie okazać pogardę, że jestem gorszy od siostry, brata i innych i bardzo mnie to boli.

Odpowiedziałam  znajomemu, że go trochę rozumiem,  bo  ja też  przez moją  kochaną  Mamę i rodzinę  czułam się gorsza, okłamywana, a nawet oszukiwana, a mimo to dla swego i ich dobra  wybaczyłam.

W skrócie opowiedziałam jemu,   że ja też  przez moja  kochaną  Mamę i rodzinę  czułam się gorsza, okłamywana, a nawet oszukiwana, a mimo to dla swego i ich dobra  wybaczyłam.

Opowiedziałam znajomemu  jak  ja tego dokonałam  po to,  aby go zmotywować do wybaczenia mimo wszystko, poza tym  można się samemu przekonać, że   Matki miłość jest niewinna.

Czy  go zmotywowałam?   I z jakim skutkiem?   O  wszystkim na blogu za  tydzień  opiszę.

Pozdrawiam.

Irena