Koniec leczenia

 

 

To ja z córką z okresu walki z rakiem                               To ja z córką obecnie

 

 

Zostawili mnie z niewyleczonym do końca guzem i rozsianymi komórkami rakowymi! Zalecenia lekarskie brzmiały – spędzić resztę życia w sposób miły.

Już wiem, że najcenniejsze to te chwile, spędzone razem z bliskimi, ale czasem jest to niewykonalne. Takie jest życie, że aby spędzić miło z kimś chwile, muszą inni mieć na to czas. Niestety czas to pieniądz i niektórzy muszą zarabiać na życie i zaspakajać swoje inne nie mniej ważne potrzeby, a może ważniejsze niż spędzenie czasu ze mną. Muszę się z tym pogodzić, nie mam wyjścia, jestem skazana na samotność.

Przypominają mi się słowa Pana profesora onkologa prowadzącego moje leczenie w szpitalu na Golęcinie. Teraz to w leczeniu to nie Pani problem, inni z bliskimi się tym zajmują. Pani problem zacznie się niedługo jak zakończy się procedura leczenia. Wszystkie możliwe leczenia już się kończą, a na całym świecie nie ma na ten typ raka skutecznego leku. Odpowiedziałam mu, że ja się nie poddam i wierzę w cud wyleczenia. Uśmiechnął się i pogratulował mi wspaniałej postawy, dodając, że obawia się, że mój entuzjazm może zniszczyć samotność. Dopiero teraz docierają do mnie jego słowa.

Podjęłam dzisiaj decyzję dnia 11.10.2005r, że akceptuję swoją samotność i muszę się z nią zaprzyjaźnić, tak jak zaprzyjaźniłam się już z rakiem. Muszę nauczyć się trudnej sztuki życia samej z sobą. Ten pamiętnik jest moim pomocnikiem na drodze do walki z samotnością.

Mam pytanie, czy warto walczyć o życie w samotności i samotnie?

Dzisiaj właśnie doświadczyłam, że służba medyczna, łącznie z moją wspaniałą prowadząca Panią doktor nie będzie mi nawet kibicować na dalszej drodze do wyleczenia. Oni zakończyli swoją procedurę leczenia, zalecili mi w sposób miły spędzać czas, jednocześnie uchwycić wznowę, która w każdym momencie może nastąpić. Nie zdawali sobie sprawy, że jedno z drugim pogodzić się nie da i na tym ich rola mojego leczenia się zakończyła.

Oczekiwałam, że moi bliscy postąpią podobnie, tylko bardziej taktownie i ze współczuciem.

Przecież już nie wierzy nikt w moje wyzdrowienie, wszystkich tylko interesuje jak będzie przebiegała moja wznowa raka i kiedy to nastąpi. Tylko moja córka kontroluje moje książki, czy czasem nie przysporzą szybszą wznowę.

Dobrze, że mogę chociaż w pamiętniku się wyżalić. Swoje niekorzystne badania ukryłam przed bliskimi, bo po co ich martwić? Przecież i tak nic poradzić nie mogą, a ja nie jestem pewna, czy przed nimi bym się nie rozkleiła. Nie chcę też, aby przyjeżdżali mnie odwiedzić dlatego, ze coś złego znów się dzieje z moim zdrowiem i w każdej chwili może mnie nie być. Moim marzeniem jest spędzić trochę chwil z bliskimi, ale tak, że Oni też tego chcą, samoistnie, dobrowolnie bez wymuszania chorobą.

Jakie to ma znaczenie, kiedy wznowa ma nastąpić, jeśli oczekiwać na wznowę muszę w samotności? Może córka wierzy, że w każdej chwili może pojawić się lekarstwo na raka? Nie ważne co myśli, ale miło mi, że te książki przerabia razem ze mną, dzięki temu czuję jej obecność, nawet jeśli jej przy mnie nie ma. Tego jestem pewna, córka kibicuje mi w tej samotnej walce ze wznową raka. Czy na pewno tylko ze wznową? Przecież zostawili mnie z niewyleczonym do końca guzem i rozsianymi komórkami rakowymi!!!! Radioterapie miałam tylko na prawe płuca, a przecież przerzut szedł na cały organizm!

Po co to wszystko? Dzisiejsza wizyta u onkologa potwierdziła ich tezę, że na wznowę długo nie czekałam. Badanie lekarskie zupełnie inaczej przebiegło niż sobie zakładałam….

Poszukiwania broni na mojego raka, po wielu trudach zostały uwieńczone sukcesem, dzisiaj jestem zdrowa, ten sam sposób z sukcesem zadziałał na inne choroby. Winowajcą okazały się moje własne zapomniane emocje, z bardzo odległych czasów.

Na moje szczęście jak je odkopać znalazła sposób córka Agnieszka – dla zainteresowanych więcej na stronie http://www.terapiaemocjonalna.com

 

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *