Jak mała dziewczynka zaprogramowała sobie raka płuc

Przykład Ireny pokazuje, jak  dodarła do źródła raka  i jak jego sobie zaprogramowała.

Irena dała świadectwo, jaki bieg można nadać procesowi leczenia przez spojrzenie w głąb siebie i uwolnienie się od sznura przeszłości.

Była  troskliwą matką i oddaną nauczycielką, a jej życie wydawało się spokojne i ustabilizowane. Jednak, kiedy zdiagnozowano u niej raka płuc, świat, który znała, runął. Chemioterapia, radioterapia i seanse terapeutyczne wypełniały jej dni, ale pomimo medycznej batalii, coś głęboko w niej  krzyczało: to nie wystarczy.

Lekarze czynili, co w ich mocy, lecz po wyczerpaniu dostępnych im środków powiadomili, że przedłużyli jej życie tylko o parę miesięcy. Mimo dużej remisji, raka nie udało się  zupełnie usunąć.  Zaproponowano chorej  leczenie paliatywne, czyli starania o utrzymanie jak najlepszej jakości życia w danym stadium choroby. Na koniec dodali, że powinna załatwić swoje ziemskie życiowe sprawy, bo ma przed sobą tylko osiem miesięcy życia.

Teraz sama biedna bez lekarzy, musiała zmierzyć się z trudnym przeciwnikiem. Biedna się nie poddała,  postanowiła, że będzie walczyć z nim różnymi sposobami, z lądu, morza i powietrza.

Przypomniała sobie, jak  leżała pod szpitalną kroplówką,   to pewnego razu  nagle wyświetliło się jej całe dzieciństwo ze szczegółami o których dawno zapomniała.

Zastanowił ją fakt, dlaczego wyświetliło jej się dzieciństwo i to z drobnymi detalami,  a nie całe życie?  Na odpowiedź nie musiała długo czekać, nocami kiedy w samotności  płakała, to emocjonalny ból, był dokładnie taki sam,  jakiego   doświadczała w dzieciństwie, był  równie realny, co ten fizyczny,  wywołany chorobą.

Poddana powyższym  myślom, pewnej nocy zobaczyła siebie jako małą dziewczynkę najpierw było to nawet miłe. Lecz większość tych scen stanowiły przykre sytuacje, wręcz traumatyczne. Wyraźnie  poczuła, jak okropnie doświadczyła horroru spowodowanego kradzieżą gruszki.

Postanowiła w tym temacie skonsultować się z psychologiem lub terapeutą.

Wybór padł na terapeutę,  pierwsze sesje z nim  były trudne. Rozmowy o przejściach z dzieciństwa sprowadzały lawinę łez i bólu. Ale mimo niechęci do ponownych traumatycznych przeżyć,  nie uciekała, tylko tym bolesnym uczuciom się poddała.

Z każdą wyłonioną z okresu dzieciństwa  opowieścią, z każdym wydobytym wspomnieniem, czuła, jak murek wokół jej serca kruszeje. Trauma sięgała głębiej, niż kiedykolwiek mogła przypuszczać.

Terapeuta usilnie wracał do Ireny wizji, a może raczej koszmarów sennych, tych z soczystą gruszką.

Trudno jej było zrazu uwierzyć, że ta piękna gruszka była pierwotną przyczyną cierpienia i umierania.

Wszystko ma swój sens i tak samo było w przypadku Ireny; przez niewinny, malutki epizod z soczystą gruszką, szła przez życie pełne bólu i niepowodzeń.

Bardzo pomocne okazały się trzy pytania, które zadał  jej terapeuta:

  1. Dlaczego tak panicznie boisz się śmierci?
  2. Co złego wydarzyło się w Twoim życiu?
  3. Pochodzisz z rodziny katolickiej, dlaczego odeszłaś od wiary?

Oto jak zdrowa, pyszna gruszka stała się u  małej Irenki zalążkiem raka płuc:

Po krótkiej medytacji i na prośbę terapeuty, bohaterka stała się detektywem swoich uczuć i podążała za pojawiającymi się pytaniami:

Co takiego zrobiłaś w swoim życiu, że tak bardzo boisz się śmierci oraz czy aby ten rak płuc nie informuje ciebie o czymś ważnym, może o problemie do rozwiązania?

Wszystko co mówił terapeuta wydawało jej się niedorzeczne. Tylko jedno pytanie  nie dawało jej spokoju, – „a co jeśli mogę rozwiązać zapomniany problem z dzieciństwa i wpłynie to korzystnie na moją odporność? W końcu co mam do stracenia”

Podczas dalszej sesji emocjonalnej Irena przenosiła  się w czasie do swojego wczesnego dzieciństwa, najbardziej zaciekawiło ją zdarzenie o którym nie pamiętała, a podczas sesji ujawniło się wydarzenie tak wyraźne jak by to działo się tu i teraz, a nie sześćdziesiąt lat temu.

Zobaczyła siebie jako  sześciolatkę, uczestniczącą w pewnym zdarzeniu, niby mało istotnym, a niebawem okazało się, że zaważyło to na całym jej życiu.

Poczuła się tak, jak gdyby  ponownie została  wcielona w sześcioletnią małą dziewczynkę w momencie, gdy jej kotek uciekał z rodzinnego  strychu, na strych sąsiadów przez ukrytą dziurę w ścianie.

Wyraźnie zobaczyła siebie jako małą dziewczynkę która  spontanicznie przecisnęła się przez kotka odkrytą dziurą  i nie zważając na nic pobiegła za nim. Zatrzymała się dopiero w kuchni sąsiadów, chociaż kotek poszedł dalej do ich pokoju. Myśląc, że może ktoś jest w mieszkaniu, głośno zawołała:

–   „Proszę pani, kotek uciekł do was”.

Skoro na  jej wołanie nikt się nie odezwał, zorientowała się,  że jest  sama w cudzym mieszkaniu i to ją mocno przestraszyło. Jej myśli zostały ukierunkowane, aby  natychmiast   z tego mieszkania  wyjść. Pospiesznie kierując się do wyjścia zobaczyła na stole przepyszną dużą gruszkę. Nie mogła oprzeć się pokusie i szybko wsadziła ją  do  swojego  fartuszka, mimo że  czuła wyraźnie, jak parzy ją w rączce i  w fartuszku, nie odstawiła na miejsce, tylko uciekając szybko jak złodziej zabrała gruszkę z sobą.

Połączone łakomstwo ze strachem dawało emocje podobne do złodzieja okradającego cudzy sejf ze złotem.

Z gruszką w rączce, będąc ukrytą na strychu sąsiadów trochę ochłonęła i wówczas dotarło do niej, że ona grzeczna dziewczynka została złodziejką. Próbowała ponownie położyć gruszkę na miejsce skąd wzięła, ale niestety było za późno, bo z korytarza sąsiadów usłyszała kroki, a to oznaczało, że sąsiad   wrócił do domu.

Łakomstwo doprowadziło do kradzieży a to wywołało   w małej dziewczynce  potężny strach. Targały  nią  emocje podobne do złodzieja okradającego cudzy sejf ze złotem.

Siedząc w ukryciu zaczęła się jej prawdziwa gehenna, bo ze skradzioną gruszką nie mogła przejść na swój strych z powodu młodszego braciszka, który zawsze jak cień chodził za nią.  Za ścianą przez szpary zobaczyła, jak czegoś szuka myszkując blisko wyjściowej dziury, a jego ulubionym zajęciem było skarżenie do Rodziców na nią.  Będąc w pułapce musiała się pozbyć dowodu kradzieży, zanim braciszek doniesie o tym Rodzicom.

Trzęsąc się ze strachu i trochę z zimna, płacząc na siłę połykała każdego gryza gruszki w pośpiechu razem ze łzami, aby po niej  nie było śladu. Gruszka w ogóle jej nie smakowała, była gorzka i zimna, nie mogła przełknąć żadnego gryza, ale jakoś na siłę  ją zjadła  z obrzydzeniem. Po cichu mówiła do siebie;

– Jaka  ona ohydna!!!! Po co ja ją z sobą zabrałam! Trudno, stało się!

Z kryjówki wyszła jak kochany braciszek sobie poszedł.   Kochała go nad życie, dlatego tolerowała jego skargi na nią. Nawet było jej przykro, że nie mogła z nim  tą gruszką  się podzielić, wyobrażała sobie, jak apetycznie by ją wcinał, nie to co ona z obrzydzeniem.

     Zawsze bardzo starała się udowodnić swoim kochanym Rodzicom i całemu światu, że jest dobrą, mądrą i grzeczną dziewczynką, a teraz ta gruszka wszystko zniszczyła.

Nie bała się kary, wiedziała, że otrzymałaby lanie i tego się nie bała. Martwiło ją to, że kradzież u  jej  Rodziców była bardzo mocno piętnowana.

Nauczono ją, że piętno złodzieja nie wymaże żadna kara do końca życia!

Po wydostaniu się ze strychu natychmiast uciekła za stodołę do kryjówki pod ulubiony jej krzaczek. Upewniając się, że nikt ją nie widzi, złapała się za głowę i mocno zaczęła siebie karcić i krytykować;

– „Co ja narobiłam! Przecież ja cały czas udowadniałam Rodzicom, że jestem dobra i że jestem jednak mimo wszystko coś „ warta”. Teraz wszystko poszło na marne, już zostanę najgorsza do końca życia!!!  Jestem złodziejką i tego nie można już zmienić“.

Kradzież gruszki się nie wydała, ale dla małej  Agatki  ukryty wstyd bardzo doskwierał. Próbowała o tym co zrobiła przyznać się zaufanej cioci, później zakonnej siostrze na religii oraz Mamie. Niestety, nie do końca w swych zwierzeniach była szczera, nie dopowiadała skąd tą gruszkę ukradła, a  nikt o to się nie dopytywał.

Problem małej dziewczynki z uśmiechem ignorowano, kończyli rozmowę regułką, którą dobrze znała – jak się coś wzięło to trzeba znów położyć na miejsce. Sęk w tym, że skąd po sezonie miała wziąć gruszkę i jak ją położyć na miejsce, skoro dziurę na strychu już ktoś załatał.

Po paru miesiącach problem kradzieży gruszki powrócił,  przy spowiedzi przed Pierwszą Komunią Świętą. Ksiądz dając rozgrzeszenie nakazał jej oddać gruszkę i położyć na miejsce, ale już pod rygorem, że inaczej spowiedź będzie nieważna, a tym samym rozgrzeszenie.

Księdza nie obchodziło, że gruszek w maju nie zdobędzie, a dziura na strychu u sąsiadów jest od dawna porządnie  zabita deskami. Nie przyszło jej do głowy, że oddać może już wchodząc normalnie drzwiami, ale to było mało istotne, bo w maju gruszki były nie do zdobycia. /W czasach Irenki dzieciństwa owoców po sezonie nie było w żadnym sklepie/

Irenka nie miała wyjścia, komunię przyjęła, a według niej bez wypełnionej pokuty oznaczało,  że popełniła ogromny grzech. Po komunii    sama sobie wmówiła  że popełniła „świętokractwo”.

Teraz z perspektywy czasu wie, że ksiądz zwyczajnie zbagatelizował problem Irenki, a prawdopodobnie straszył wszystkie dzieci  przy spowiedzi jedną regułką, tylko ona biedna wzięła zbyt dosadnie do siebie i sama karała się okrutniej niż gdyby była złapana na gorącym uczynku.  Prawdopodobnie pogrożono by jej palcem i  to wszystko.

Zawsze starała się być ukochanym dzieckiem, rodziców i całego świata; dobrą, mądrą i grzeczną dziewczynką. Według niej ta kradzież wszystko zniszczyła i zapoczątkowało w jej życiu zło.    Zaprogramowała się, a raczej weszła w życiowy schemat, że zasłużyła na porządną karę.

Irena owe zdarzenie z przeszłości z kradzieżą gruszki odkryła sama przed sobą i przeżyła tak,  jak by to działo się teraz, a nie pięćdziesiąt lat temu.

Pierwsza kradzież i jej fatalne następstwa: brak zadość uczynienia po pierwszej spowiedzi a po niej ta pierwsza komunia, świadomość świętokradztwa, utkwiły w jej umyśle, czy gdzieś tam, głęboko i karma wróciła po latach w postaci tego raka.

Te fakty z emocjami zostały z czasem wymazane z codzienności, świadomej pamięci, co nie oznacza, że przestały istnieć. Wręcz przeciwnie, rosły one razem z nią. W dorosłym życiu przejawiało się to tym, że pomału oddalała się od kościoła. W kościele czuła, jakby postacie ze świętych obrazów wciąż jej groziły, bo nie jest godna uczestniczyć w nabożeństwach, choć już nie pamiętała, z jakiego to powodu.

Nie wiedziała, że w niej rośnie lęk przed śmiercią a ten, według totalnej biologii, jest  przyczyną raka.

Ekspedycja do przeszłości uświadomiła jej, że ten skrywany problem, nie do końca ujawniona prawda, dziecinny brak odwagi emocje małej dziewczynki   stały się  zarodkiem  choroby.

Irena wróciła do przeszłości, uświadomiła sobie owe przewinienie, przeszła proces wybaczenia wszystkim i sobie,  wówczas   ciało zostało oczyszczone  a   rak w nowym czystym środowisku  pozbawiony pożywienia,  pewnej pamiętnej nocy opuścił jej ciało.

Najdziwniejsze w tym momencie było  to, że Irena nie chciała go z siebie wypuścić. Nie wie, czemu. By nie czynić tego przedwcześnie, chciała najpierw odcierpieć należycie za swoje przewinienia? Czy dlatego, że będąc po drugiej stronie, było tam jej całkiem dobrze?

Niemniej, ten rak, jak się jej wydawało, uciekł szybko i z hukiem. Była w pokoju sama, więc nikt nie mógł usłyszeć jego głośnej ucieczki. Ona słyszała. Słyszała jego krzyki, jakby coś parzyło go w jej ciele.

Teraz wiemy, że to możliwe, już udowodniono: komórki rakowe potrzebują toksycznego środowiska, w czystym środowisku giną tumor to wirus.

J.Murphy pisze, że „Twoja podświadomość steruje wszystkimi żywotnymi procesami w organizmie i zna odpowiedź na wszystkie pytania.”

Dyplomowany terapeuta pomógł Irenie opanować techniki, które pozwoliły jej odblokować i przetworzyć emocje. Wkrótce kontynuowała już samodzielnie to, czego się nauczyła. Ta praca nad sobą zaowocowała wyraźną poprawą kondycją ciała, podniosła swoją odporność, natomiast całkowicie była zaskoczona że to również  przełożyło się na młodszy wygląd, nie tylko uzyskała młodszy wygląd twarzy, lecz całe ciało  się odmłodziło, pomału zaczęły regenerować  się  zwiotczałe mięśnie jej ciała.

Stała się dowodem dla siebie samej, że jeśli chce się odmłodzić  o parę lat, to  różne zabiegi kosmetyczne, dają efekt tylko krótkotrwały, bo przewlekłe choroby szybko niszczą wraz z ciałem największy organ człowieka, jego skórę. Wnet się też zmienił jej stosunek do leczenia przewlekłych chorób. Przestała traktować chorobę jak bitwę z wrogiem, zaczęła postrzegać ją jako informację, że ma nierozwiązany problem.

Lekarze stwierdzili ze zdziwieniem, absolutny brak owego raka. Wprawdzie uprzednio, po chemio- i radioterapii nastąpiła znaczna remisja, to guz i tak pozostał, dość spory, bo o wymiarach 1 cm na 3 cm i dawał przerzuty. Nie potrafili wytłumaczyć, jak to możliwe, że pozostawiony guz, po sześciu miesiącach, bez aplikowania jakichkolwiek leków tak sam zniknął. Co miała Agata lekarzom powiedzieć, jak im wytłumaczyć, że  rak sam nie zniknął, aby tak się stało musiała wykonać pewną pracę sama z sobą.

Jeszcze większym niedowierzaniem przyjmowali ten fakt wszyscy z jej otoczenia; Irena odmłodniała o parę lat,  stała się jak  za młodu pełna energii, dostała w oczach blask, a twarz rozjaśniała, nabierając koloru brzoskwini,  jakby nigdy  nie miała raka, tylko przeszła jakąś odnowę biologiczną, zamiast  leczenia agresywną chemio- i radioterapią. Ten efekt to nie tylko sama poprawa kondycji fizycznej, ale też projekcja przemiany wewnętrznej, która dokonała się, na skutek podjętej samo terapii.

Historia bohaterki dowodzi, że walkę z tumorem należy toczyć nie tylko w ciele, ale i umyśle. Umysł i ciało oraz dusza i emocje tworzą jedną całość – między tymi elementami musi panować harmonia. Stała się dowodem, że pełne uzdrowienie można osiągnąć dopiero po dotarciu do źródła, a za starzenie się ciała błędnie uważała ilość przeżytych lat, tymczasem prawdziwym sprawcą starzenia okazały się przewlekłe choroby.

Irena, jako mała dziewczynka nie poradziła sobie z rzeczywistością w jakiej się znalazła, a jej umysł, ratując małą dziewczynkę przed skutkami które ją  przerastały zakopał zdarzenie głęboko w niepamięć. Emocje zostały wymazane tylko z pamięci, niestety zostały zachowane w pewnych komórkach ciała, czyli  podświadomości. Skąd  mogła wiedzieć, że podświadomość  nie słucha świadomości, a kieruje naszym  życiem.

Po terapii długo nie mogła uwierzyć, że z punktu widzenia dorosłej, to tak absurdalne, ukryte wydarzenie emocjonalne z dzieciństwa poczyniły w jej życiu tyle  cierpienia.

Przecież tak naprawdę jako mała dziewczynka nie poczyniła nic aż takiego złego – w porównaniu do kary, która na nią spadła, a raczej wymierzyła sama sobie, z powodu ogromnego poczucia winy – a jak wina to i kara.

Ogarnęło ją ogromne poczucie winy połączone ze wstydem.

Jeszcze nieświadoma zaprogramowała sobie lęk przed śmiercią.

Co nas uczy historia Ireny? – Irena dała świadectwo, jaki bieg można nadać procesowi leczenia przez spojrzenie w głąb siebie i uwolnienie się od sznura przeszłości, oraz nieuleczalnego wyleczyć.

c.d.n

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *