Narodziny tumor
Laboratoria na całym świecie, oświetlone silnie od zarania świtu, budzą się wcześnie do kolejnego dnia nieustających poszukiwań. Każdego poranka, podobnie jak słońce, naukowcy wyłaniają się z cienia, by rzucić wyzwanie chorobom, największym przeciwnościom ludzkiego życia.
Rak, czy inna nieuchwytna, nieprzewidywalna i często okrutna choroba, od lat stawia badaczom przeszkody, które wydawały się nie do pokonania. A jednak, wytrwałość i nieustająca chęć poznania przyniosły światu nową erę w medycynie – erę, w której udało się pokonać wiele uznawanych za nieuleczalne. Jednak nowotworu drobnokomórkowego płuc nie udało się całkowicie pokonać.
Po zastosowaniu wszystkich możliwych sposobów leczenia, mimo pięknej remisji, zakończono leczenie pozostawiając guza rakowego w płucach. Irena nawet nie dowiedziała się, co jest z przerzutami, które szły węzłami chłonnymi, przy diagnozie – zostało Pani sześć miesięcy życia, może nawet osiem, resztę już chyba nie miało znaczenia. W zaleceniach miała kontrolę lekarską oraz domową cało dobową opiekę.
Leżąc sama w swojej sypialni nasunęły się jej myśli i pytania bez odpowiedzi.
Jednak nie wszystkie pytania zostały bez odpowiedzi, na jedno pytanie coś w głowie jej podpowiadało – „ z pewnością ten rak siedzący w twoich płucach musi być inteligentny, skoro sztab naukowców na całym świecie tego typa raka nie może pokonać. Skoro tak, to jaki ma on interes aby ciebie w tak szybkim tempie uśmiercić?
Resztę dopowiedziała sobie sama – „ no tak, przecież wie, że razem ze mną zostanie uśmiercony, a może chodzi jemu o zupełnie coś innego”
Wyciągnęła wniosek, że chce ją przejąć po tej drugiej stronie i to ją przeraziło okropnie, bo w swoim dorosłym życiu odsunęła się od kościoła i teraz dla demonicznego raka jest łatwym kąskiem, by ją przechwycić na wieczne czasy.
Struchlała ze strachu, zaczęła się modlić błądząc mętnie oczyma po ścianie zauważyła obraz Matki Boskiej Licheńskiej, którego dawno temu powiesiła na ścianę z szacunku, bo był poświęcony, więc nie chciała, by gdzieś leżał zakurzony. Jakżeż teraz jej się przydał, w tej okrutnej beznadziei zobaczyła w tunelu światełko nadziei. Aż krzyknęła głośno sama do siebie – ten poświęcony wiszący obraz jest dowodem, że tak całkiem od Boga się nie odwróciłam, tylko odeszłam od kościoła z jakiegoś nieznanego mnie powodu. Zaczęła jeszcze bardziej gorliwie się modlić bo już nikt na ziemi nie był w stanie jej pomóc. Nie żal jej było zostawiać ziemskiego życia, tylko ten okropny strach, że tam po drugiej stronie nikogo życzliwego przy niej nie będzie. W modlitwach prosiła o wybaczenie za wszystko co złego uczyniła, oraz nieśmiało wysyłała prośbę o Anioła aby był przy niej jak przejdzie na drugą stronę.
Nie wie jak długo się modliła, lecz kiedy nieoczekiwanie otrzymała odpowiedź, to było bardzo niesamowite i realne. Z tyłu głowy coś jej mówiło – „Matka Boska cię kocha” i w tym samym momencie nagle obraz zaświecił się cały żółtym światłem. Przestraszyła się tak bardzo, że szybko uciekła ze swojej sypialni w którym wisiał obraz. Nic domownikom nie mówiąc po cichu szybko wróciła, dając sobie odwagę tym, że obraz był poświęcony prawdziwie po trzykrotnym przejściu na kolanach wokół ołtarza z Matką Boską Licheńską w Licheniu, więc nie może być zły. Dokładnie to zapamiętała, bo kolana bolały ją okropnie, tak że prawie się czołgała w trzecim okrążeniu i była wówczas z tego dumna, że dała radę. Za to wrócił strach, że przerzut do głowy zamanifestował swoją obecność i daje jej zwidy, a może już majaczy. Przetarła oczy, przyjrzała się badawczym wzrokiem sobie w lustrze, nie dostrzegając nic dziwnego jeszcze raz postanowiła przyjrzeć się wizerunkowi Matki Boskiej na wiszącym obrazie w jej sypialni. Może jestem osłabiona i coś mi się wydaje pomyślała.
Po powrocie do swej sypialni zobaczyła, że obraz ponownie zaświecił się jej cały żółtym światłem i ponownie usłyszała głos w głowie, że Matka Boska ją kocha.
Z niewiadomego jej powodu uważała że jest zła, niedobra i na miłość nie zasługuje, a kogoś taką jak ona Matka Boska jednak kocha? Wydawało jej się, że to niemożliwe, a jednocześnie czuła że naprawdę ją kocha.
Cudowny obraz z wizerunkiem Matki Boskiej sprawił, że po raz pierwszy od bardzo dawna poczuła się kochana, to było uczucie niewiarygodnie tak silne, że łzy popłynęły z jej oczu strumieniem. Nie przestały lecieć, kiedy do pokoju weszła córka, nadal szlochała, nie mogła zatrzymać płaczu, ani powiedzieć prawdę. Córka pomyślała by, że jej odbiło, a tak po przytuleniu zostawiła ją płaczącą i milcząc wyszła.
Nie pamięta kiedy zasnęła płacząc, lecz zaraz po przebudzeniu ponownie wpatrzona w obraz modliła się, a jak ponownie zaświecił żółtym światłem i usłyszała gdzieś z tyłu głowy, że jest kochana to nie mogła opanować wodospadu łez. To były łzy radości że jest kochana i że nareszcie przestała się bać śmierci.
Od zawsze naturalna jej ciekawość przybrała na sile, ponownie coś z tyłu głowy jej podpowiadało, dowiedz się dlaczego odeszłaś od kościoła?
Tego nie mogła sobie przypomnieć, nie pamiętała nawet od kiedy, a wychowała się w katolickiej rodzinie i tak naprawdę to na plebanii. Czas spędzony na plebanii był to piękny okres jej życia, bo tam czuła się lubiana i bezpieczna bardziej niż w rodzinnym domu. Na plebanii nikt nawet na nią nie krzyczał, za przewinienia po których spodziewała się kary otrzymywała pocieszenie, a nawet ksiądz którego wszyscy się bali głaskał ją w takich chwilach po głowie życzliwie mówiąc że każdemu takie coś mogło się przytrafić. Tym bardziej starała się być dobrą i grzeczną dziewczynką. To była duża plebania, kuchnia połączona z dużą jadalnią, a pośrodku stał duży okrągły stół, przy którym wszyscy wraz z proboszczem siadali do obiadu oraz kolacji. Wszystkim zarządzała Pani która była też nauczycielką w szkole, a ponoć przed wojną była hrabianką. Poza tym była przemiła pani kucharka, oraz moja mama sprzątaczka. Do księdza apartamentów zabronione było każdemu wejście, ten przywilej należał tylko do mojej Mamy, nawet Pani była hrabianka zarządzająca plebanią też miała zakaz wejścia. Dzieci na religii mówili na gospodynię zarządzającą plebanią że jest księdza Panią. Ksiądz woził ją bryczką osobiście do szkoły odległej dwa kilometry w której uczyła, oraz do pobliskiego miasteczka na zakupy. Według Irenki była elegancka, piękna, oraz wobec innych zawsze miła i skromna, jedynie tylko przestrzegała nas dzieci prawidłowego siedzenia przy stole, nie wolno się było podpierać na stole rękoma, nie mlaskać, oraz prawidłowo posługiwać się nożem i widelcem, pamiętam, jak mówiła, nóż nie jest od nakładania potraw na widelec, tylko od podtrzymania potrawy na widelcu. Wobec niej i jej braciszka nie stosowano żadnych kar, tylko były nagrody w postaci pysznych deserów, a czasem od święta bywały czekoladki. Poza nią na plebani przebywał jej braciszek, oraz dwaj bratanki księdza w jej wieku. Do szkoły chodzili innej, bo do pobliskiej wioski, tam gdzie uczyła nauczycielka księdza Pani, jak mawiały dzieci. Irenka nie pamięta aby kiedykolwiek ominęły ją smakołyki, lub spotkała ją jakaś kara na plebani, czuła się bardziej bezpieczna niż w rodzinnym domu z ojcem, który za wszystko groził jej pasem, bez względu na to czy zawiniła, czy tylko ktoś niesłusznie naskarżył.
Z pewnością siebie doszła do wniosku, że nie możliwe, aby przebywanie na plebanii miało wpływ na odejście jej w późniejszym okresie od kościoła. Jednak niebawem przekonała się, że jak bardzo się myliła.
W okresie, kiedy już od przedszkola, aż do ukończenia szkoły podstawowej przebywała całe dnie na plebanii, pewnego dnia będąc sama w domu z braciszkiem przytrafiło się wydarzenie, które zaważyło na całym jej dorosłym życiu.
Całe wydarzenie zaczęło się niewinnie, a było to tak:
