Naznaczona rakiem płuc

 

 

Mnie w życiu nigdy nie było łatwo, a teraz przez raka skomplikowało się jeszcze gorzej, a radzą mi, abym   starała się żyć normalnie, jak by to było możliwe.   Zastanawiam się, czy nie lepiej by mi było umrzeć,  jeśli muszę resztę życia układać sobie  pod raka tak,  aby jemu to się nie podobało.

Kartka z pamiętnika 14.10.2005r.

Już sporo czasu upłynęło od zakończenia mojego leczenia, ale moja walka z rakiem nadal trwa. Niestety po leczeniu nie usłyszałam upragnionych słów  ” komórek rakowych nie stwierdzono”, najgorsze, że tych słów od lekarzy nie usłyszę już chyba nigdy.

Złości mnie to, że nie wiem kto z nas bardziej przetrzymał silnie trującą chemię, ja czy rak? Czy ja się kiedyś  o tym dowiem?

Pomału dociera do mnie, że drobnokomórkowym rakiem zostałam naznaczona już do końca życia. Tak naprawdę dopiero teraz moja walka się zaczyna, tylko już sam na sam z rakiem.  Lekarz  powiedział mi wprost, że u mnie wznowę  można rozpoznać tylko po objawach,  tylko zapomniał dodać, że nie wiadomo jakich.  Jak rozpoznać różnicę w  objawach  po skutkach dużej dawki chemii, a wznową raka, tego nie wie nikt.

Jeśli umrę, to też nikt nie będzie dochodził się w mojej sytuacji przyczyny, czy umarłam z powodu zniszczenia dokonanego przez chemię, czy przez raka, czy może dlatego, że miałam dość życia z rakiem.

Nie wiem jak się z tym swoim rakiem i zdrowiem pozbierać, ale jakoś muszę, skoro już tyle przeszłam, to teraz się nie poddam, zastanawiam się tylko po co?

Lekarze radzą, że mam normalnie żyć  jak do tej pory, tylko zapomnieli już, że ja swoim dotychczasowym  normalnym życiem stworzyłam sprzyjające warunki do rozwoju raka, to jeśli nic nie zmienię, to rak ze wznową będzie miał jakieś problemy?

Zmiany w moim życiu już i tak zaszły, bo dokonał tego rak i chemia, problem  polega na tym, że zmiany zaszły nie po mojej myśli. Moja pomniejszona pojemność  płuc i spalone  oskrzela chemią  i radioterapią  nie pozwalają być mi tak aktywną  jak  przed chorobą.

Po reakcji innych zauważam, że leczenie chemią wielu uważa, że w obecnych czasach to takie nic.  Szkoda, że ja  nie mogę swojego leczenia  tak lekko  skwitować,  bardzo bym chciała,  aby  chemia którą przeszłam była sobie ot taka jak farbowanie włosów, ale tak nie jest, poczyniła w organizmie nieodwracalne spustoszenie nawet większe niż  zdążył poczynić rak.

Ludzie po ciężkich wypadkach mają rehabilitację, aby zapomnieć o tym co przeszli, by móc życie zacząć  od nowa.

Mnie o raku do końca życia nie wolno  zapomnieć,  jeśli nie chcę mieć jego wznowy, muszę  ciągle być czujna, bo on przy mnie jest tuż za rogiem, albo  jeszcze bliżej, a może już atakuje mnie.

Walkę z rakiem  zaczęłam od sporządzenia listy co rak lubi, a czego się boi. Mam tą listę przed sobą  i ją analizuję,  co rak lubi, czego się boi, a co muszę  wyrzucić  ze swojego życia i wprowadzić to czego się boi,  tylko jak to wcielić w życie?

Teoretycznie wszystko jest proste jak budowa cepa, tylko z realizacją mam teraz problem  prawie nie do pokonania.

Na liście którą mam przed sobą czerwoną kredką zaznaczone jest lubienie raka identyczne jak lubienie mojego „ego”. Te  same myśli, przekonania, używki i dietę  lubi rak to samo,  co moje ego, czyli ja? Wychodzi na to,  że rak w moim własnym ego ma potężnego sprzymierzeńca – nie do wiary,  jest to moje własne ego!!!!!!

Okazuje się, że muszę podjąć walkę sama ze  sobą.  Nie mam wyjścia  teraz muszę zrobić drugą  listę dla swojego ego co chcę wyrzucić ze swojego życia i jednocześnie co chcę wprowadzić. Właściwie lista jest identyczna jak dla raka, tylko  zmieniłam nazwę.

Moje ego jest dzielne, nie daje się zastraszyć, zakrzyczeć, jest  mądre  i wydaje mu się, że  chroni słusznej sprawy. Z takim walczyć to muszę uzbroić się w odwagę, a przede wszystkim zmotywować siebie, albo się poddać, innego wyjścia nie mam, a może jednak jest inny sposób?

Po medytacji przyszło mi na myśl, że może walkę zastąpię przekonywaniem i negocjacją, jest to lepsze niż walka ze sobą.

Aby nie zwariować, czy zgłupieć i jakoś się pozbierać i siebie ogarnąć,  na kartce papieru misternie nakreślam plan działania;

Akceptację mam już za sobą, to teraz na początek muszę  przekonać swoje ego, aby mnie nie przeszkadzało w wprowadzanych zmianach, bo jest to konieczne, jeśli żywcem nie chcemy być pożarte przez raka muszę stworzyć środowisko którego  on nie znosi.

Aby nie zwariować, czy zgłupieć i jakoś się pozbierać i siebie ogarnąć,  na kartce papieru misternie nakreślam plan działania.

Irena

14.10.2005r.

 

 

 

 

Jedna myśl nt. „Naznaczona rakiem płuc

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *