Archiwa autora: Iren

Matka staje się nikim

Obecnie Matki dobro się nie liczy,  tylko dobro dzieci.

W mediach, w Decyzjach Sądowych, Ustawach Rządowych , w tym ustawach o ochronie życia poczętego bierze się pod uwagę tylko i wyłącznie dobro obecnych i jeszcze nie narodzonych dzieci, a  Matki dobro  w ogóle nie jest brane pod uwagę.  Wobec  faktów dzisiejszego życia Matka stała się nikim? Matka tylko musi, nikt jej się nie pyta czy na narzucone zobowiązania wystarczy jej sił.

Wobec powyższych faktów nic dziwnego, że wielu młodych  zatraciło  szacunek do seniorów,  skoro im od momentu poczęcia wmawia się, że tylko im wszystko się należy, bo tylko Oni są ważni, Matka wobec nich wykonuje tylko obowiązek i łaski nie robi, bo musi, bo jest Matką.

Gdzie nie  ma wdzięczności, nie ma szacunku.

Teraz jeszcze głośno mówi się, że  biedni młodzi muszą  na nasze emerytury pracować, dlatego mało zarabiają.

Każda  Matka marzyła i walczyła o to, aby przyszłemu pokoleniu żyło się lepiej. Problem jest w tym, że teraz o tym się nie pamięta, wielu uważa, że  gdyby nie nasze emerytury młodym żyłoby się dostatniej.

Zapomniano, ŻE NAM  SENIOROM PRZEZ DŁUGIE CIĘŻKIE LATA  ZABIERANO WIĘKSZOŚĆ WYPRACOWANYCH POBORÓW NA  INWESTYCJĘ DLA MŁODEGO POKOLENIA I NASZĄ PRZYSZŁĄ EMERYTURĘ.

My seniorzy nic nikomu nie jesteśmy winni, na swoją emeryturę zapracowaliśmy swoją ciężką pracą!!! Swoim dorosłym dzieciom też   niczego nie jesteśmy winni, wychowaliśmy ich tak, jak potrafiliśmy najlepiej!!!  Mamy prawo liczyć na ich wdzięczność i należny nam  szacunek!!!

 

jesien-zycia-039         jesien-zycia-038 Jesień jest piękna i obfita

 

My seniorzy Rodzice już dla swych dorosłych dzieci dużo zrobiliśmy, pytanie, co dzieci zrobiły dla nas, dla swych Matek? Może się zdarzyć, że będą coś jeszcze chcieli dla swej Matki zrobić, ale na to już będzie za późno, bo nas może już nie być.

Przez całe życie ciężko pracowaliśmy na swoją emeryturę, nie nasza wina, że ktoś nasze pieniądze zebrane  na emeryturę  zaprzepaścił. Jesteśmy powojennym pokoleniem, wychowywani na zgliszczach wojennych. Nie narzekaliśmy na chowanie się w biedzie i później takie samo życie, bo były trudne czasy.

Rozumieliśmy, że nasze  niskie pobory wynikały  z potrzeby, bo większość  była  zabierana na potrzeby wyższego rzędu.  Należało  w pierwszej kolejności wznosić  na gruzach nowe budowle, szpitale, szkoły, drogi, przemysł itp. Do tego jeszcze swoimi niskimi poborami  spłacaliśmy swoją edukację szkolną i uczelnianą.  Znane było powiedzenie ” chcieliście się uczyć, to teraz nie narzekajcie, że zarabiacie mniej od tych co się nie uczyli. To były czasy, kiedy swoją edukację trzeba było odrabiać całe długie lata.

Uważam, że dawanie uszlachetnia jeśli jest wdzięczność. W przeciwnym razie dawanie przeobraża się w żądania   i przymus dawania.

 Według mnie  ciągłym dawaniem, czasem ponad siły, seniorzy zatracili szacunek sami do siebie.  Natomiast młodzi są tego projekcją. /To nie znaczy, że usprawiedliwiam młodych za brak szacunku/

Na polu bycia niepotrzebnym wraz z Matkami  polegli i Ojcowie.  Seniorzy, jak  poczuli się niepotrzebni, wycofali się w cień i stali się NIEZAUWAŻALNI.

Dawniej Matki zdanie  liczyło się do późnej starości i tak samo do późnej starości  seniorzy czuli się potrzebni. Dorosłe dzieci przy  swoich ważnych decyzjach, brali pod uwagę zdanie swoich Mam, mając na względzie ich życiowe doświadczenie i  miłość. Nie oznaczało to wcale,  że młodzi nie podejmowali decyzji samodzielnie. Tak naprawdę byli  w decyzjach odważniejsi, co skutkowało wcześniejszym usamodzielnieniem się  niż dzisiaj.

Powyższe przemyślenia skłoniły mnie do zastanowienia się jaką ja jestem seniorką. Młoda już nie jestem, ale jako seniorka czuję się jeszcze młoda. Wychodzę z domu na różne kursy, na spotkania, wycieczki organizowane dla seniorów.  Cenię sobie należność do  Stowarzyszenia Uniwersytetu Trzeciego Wieku.

Związku z powyższym na nudzenie się nie mam czasu, ale i tak czuję się niepotrzebna, bo moi bliscy już mnie nie potrzebują. Dzieci dawno się usamodzielniły co mnie bardzo cieszy, bo chyba nie miałabym już czasu i sił im pomagać.

Czasem dzwonią  moje kochane wnuki  i zwierzają mi się, że tęsknią za babcią. Po takim telefonie pojawia się radość,  kręci się  łezka  w oku i duża tęsknota.

Natomiast uczucie bycia niepotrzebną tkwi nadal niczym głaz nie do ruszenia.

Moje toksyczne przekonanie w tym temacie wyrosło niczym wielka góra lodowa. W moim życiu przejawiało się  to, na wydobyciu się na powierzchnię lęku „nie przeszkadzaj”.  Nawet córka zwróciła mi uwagę, co Ty Mamo ciągle ostatnio wychodzisz z niedorzecznym absurdalnym „przeszkadzam”

Spostrzeżenie córki na moje często wypowiadane słowo „przeszkadzam” dało mi do myślenia, że wyszło na wierzch toksyczne przekonanie.

Jestem bardzo ciekawa, co ma wspólnego automatycznie wypowiadane często słowo „przeszkadzam” z uczuciem bycia niepotrzebną.

T E R A P I A

Wczuwając się w lęk  „przeszkadzam”, gdzieś z tyłu głowy  słyszę szepty „nie przeszkadzaj”

Wyciszona przy pomocy medytacji i Kodu Uzdrawiania wczuwając się w szepty „nie przeszkadzaj” po nitce do kłębka weszłam jak zwykle w ukryte obrazy wczesnego dzieciństwa.

Mam około trzech latek, jestem w otoczeniu dorosłych ciotek i kuzynów. Idziemy polną drogą, a właściwie oni idą, a ja między nimi biegnę. Przynaglają mnie, abym szła szybciej, bo gdzieś nie zdążymy. Ruszyłam biegiem do przodu, nagle potknęłam się i poczułam w prawej ręce ogromny ból. Upadając oparłam się rączką o wbite w ziemię coś ostrego i brunatnego, była to chyba zardzewiała blacha. Ciocia owinęła mi czymś  rękę dodając,  tyle roboty, a tu jeszcze z tobą trzeba jechać do lekarza, dlaczego nie uważałaś!

jesien-zycia-069

Na zdjęciu mały ślad opisanego zdarzenia pozostał.

Bardzo chciałam jak najszybciej przytulić się do Mamy, aby mniej bolało. Po przyjściu  do domu Mama jak zobaczyła zakrwawioną rękę uderzyła w biadolenie, jak Ona teraz zostawi wszystko i pojedzie do miasta na opatrzenie ręki. Chciałam się przytulić, odsunęła mnie mówiąc,  „nie przeszkadzaj” muszę się spieszyć, abyśmy zdążyli na autobus. Wcale nie chciałam jechać do szpitala, byłam pewna, że jak by mnie Mama przytuliła, to ręka przestała by boleć i po sprawie.

Pokazał mi się następny obraz w zimowej scenerii, jak naśladując duże dzieci pod ich nieobecność pozwoliłam sobie zjechać z dużej ślizgawki. Poleciałam głową w dół rozbijając sobie czoło i łuk brwiowy. Mocno leciała mi krew, a ja wykorzystując, że nikogo nie było, zakrwawiona uciekłam za pobliską stodołę i tam spokojnie wycierałam śniegiem krew z czoła i twarzy. Tam chyba zasnęłam, bo obudziłam się na rękach sąsiadki, która czule do mnie przemawiała opatrując czoło. Jak tylko wspomniała, że zaprowadzi mnie do domu, ja wyrwałam się z jej objęć i uciekłam.

Widzę jak uciekam, a Ona mnie goni. Sąsiadkę lubiłam, bo była miła i troskliwa, ja tylko strasznie bałam się iść do domu, że znów w jakiejś ważnej robocie przeszkodzę Mamie. Moja Mama zawsze coś ważnego robiła, zawsze była zapracowana. Bardzo pragnęłam Mamie pomóc, ale Ona zawsze mówiła, pomożesz, jak nie będziesz przeszkadzać.

W tym momencie utrwaliłam sobie toksyczne przekonanie ” jak przeszkadzam to jestem niepotrzebna” ; „Lepiej abym nie istniała, Mamie i cioci  byłoby lżej”

Podczas terapii łzy leciały mi ciurkiem, ale spojrzenie na fakty z pespektywy dorosłej spowodowało ulgę taką, jak by jakiś ciężki kamień spadł mi z  pleców, który czułam jak uwierał mi w krzyżu.

Świadomie pamiętam, jak będąc dzieckiem bolało mnie coś w krzyżu, ale wstydziłam się tego bólu, bo wmawiano mi, że naśladuję Mamę.

Po terapii poczułam wielką ulgę nie tylko w kręgosłupie, ale i na duchu, bo nareszcie poczułam się potrzebna. Pozostał jeszcze lęk, abym nigdy nie potrzebowała pomocy, zamiast tego  obym zawsze mogła pomagać.

Dotarło do mnie, że skoro jestem na tym świecie, a do tego  wyszłam z nieuleczalnej choroby, to mam jakąś rolę do spełnienia, nawet jeśli będę słaba i potrzebowała pomocy.

Wszystko ma swój sens, nic nie dzieje się bez przyczyny.

Irena

 

 

Cierpienie przez „MIŁOŚĆ”

MIŁOŚĆ uzdrawia, oślepia i rani.

/Kartka z pamiętnika pisanego inaczej 10 – 12.05.2016r. /

Jest   wieczór,  jestem sama, za wcześnie aby  iść spać,   a na nic innego nie mam ochoty.  Źle się czuję,  boli mnie gardło,  mam objawy  anginy,  ale  nie mam  gorączki.  Wydaje mi się, że  jakaś obręcz uciska mi szyję, a  klatkę  piersiową ugniata coś ciężkiego, jak by uciskał  kanciasty  kamień.  Czuję się  tak bardzo źle,  że pomyslałam  o inhalacji  oskrzeli.  Niestety od lat  nie używam już inhalatorów  i w domu  nic takiego nie posiadam.

Wiele moich znajomych cierpi na grypę i nic dziwnego, że być może mnie też dopadła.  Boję się, aby nie nastąpiło odnowienie astmy oskrzelowej. Parę lat temu  jej się pozbyłam, dlatego żadnych inhalatorów nie używam.  Teraz przydałyby  się,  może  by mi pomogły, ale bez recepty nigdzie nie kupię.

Chyba powinnam  zrobić sobie badania lekarskie,  tylko na samą myś o lekarzach  czuję się jeszcze gorzej. Jednak będę musiała się przemóc, aby  dowiedzieć  się co z punktu widzenia lekarskiego mnie dolega. Jeśli  nawet zaatakował mnie jakiś rak, to też chciałabym wiedzieć, na czym stoję, a może już leżę. Bliskim o swoich podejrzeniach nic nie powiem, nie chcę przysparzać  im  swoich problemów.

Tak długo miałam błogi spokój, a teraz  dopada mnie lęk, że mam być może znów raka? A może to nie lęk, tylko rak? Jestem pewna tylko tego, że bezpowrotnie pozbyłam się DRP, a  na inny typ raka nie mam „imunitetu”.

Póki co biorę się w garść, ogarniam myśli i  upominam siebie, że  mam sposób na dolegliwości zdrowotne. Przełamuję broniące  się  „ego” lękiem i   tak jak przy początkowym leczeniu  raku płuc, tak i teraz zaczynam modlić  się do MATKI BOSKIEJ LICHEŃSKIEJ  i proszę  PANA JEZUSA O ŚWIATŁO  MIŁOŚCI. Wizualnie promienie  ŚWIATŁA  PANA JEZUSA   kieruję  na bolące miejsca. Od razu czuję się lepiej  na tyle, że chyba będę mogła zasnąć.

Całą noc przespałam, ale obudziłam się połamana, zupełnie nie do życia. Nie mam wyjścia, przełamuję się   i idę  do lekarza.

Jestem po wizycie  u rodzinnego lekarza, zrobiłam podstawowe badania i  wróciłam  ze  skierowanie do pulmonologa.

W swoich dokumentach medycznych odnajduję  numer  telefonu do lekarza  onkologa pulmonologa. Po trzech latach przerwy w badaniach kontrolnych  ponownie dodzwaniam  się do przychodni pulmonologicznej  raka płuc.  Nie zaskoczył mnie 5 miesięczny okres oczekiwania,  tylko  zdumiewa  mnie, że po  3 latach przerwy  muszę rejestracji  dokonać osobiście przywożąc z sobą skierowanie do pulmonologa.  Zastanawiam się dlaczego?  Przecież nie wierzą, że  mój nieoperacyjny rak płuc można  było wyleczyć.

Dociera  do mnie, że hasło „PACJENCIE LECZ SIĘ SAM” nadal jest aktualne, pod tym względem nic się nie zmieniło.

W tej sytuacji, znów  ogarniam  myśli i kontynuuję poprzednią  terapię, bo  ostatnio nie poszła mi energia i czuję, że coś nie dokończyłam.  Jak zwykle zaczynam od  medytacji  i  zadania  samej sobie  pytania  co czuję?

Tym razem obok  poczucia winy pojawił się głęboki żal mojego syna, ot tak bez powodu bardzo go żałuję i czuję  jak bym mu coś okropnego niechcący zrobiła.  Trzymam się tego uczucia, oczy napełniły się  łzami, pełna obaw ,  boję  się  w to wejść, ale co ma być to będzie! Trudno! Wchodzę!

W ostatniej chwili jeszcze dociera do mnie, że tak naprawdę   tymi  uczuciami wchodzę do swojej podświadomości, gdzie są ukryte toksyczne zdarzenia. Dla odwagi usilnie mówię sobie  i  głośno, Ty tu już Irena byłaś, dałaś radę, to i teraz  nic ci się nie stanie!

Nieoczekiwanie wizualnie pojawia  się ukryte  zdarzenie!!!! ……  Pojawia się  okropne samopoczucie!  Żal ściska mi serce i zalana łzami  widzę,   jak  tulę mojego  7-dmio letniego synka całkowicie  załamanego, który  łkając szepcze mi, że mnie kocha, a ja tulę go, wycieram mu łzy i też  mówię mu, że go kocham. Chcę mu coś powiedzieć, ale nie wiem co,  mam zamęt, tylko go tulę, wycieram  mu łzy i razem płaczemy.  Czuję  się winna, ból rośnie do nie wytrzymania.

Pojawia mi się obraz, jak mąż  synkowi  wymierza karę pasem  za kłamstwo.  Kupił drogie zabawki za podebrane nam pieniądze i  zwalił winę na kolegę, że to on dał mu te  pieniądze.  Powiadomiliśmy jego rodziców, a oni za to sprawili mu porządnie  lanie.

Jestem  winna, bo  czuję, że mój synek kłamał ze strachu  podobnie  jak  ja,  ze strachu nie broniłam go. Jak mogłam  pozwolić go  tak mocno zbić!!!!  On  biedny   będąc  okładany pasem  nawet nie krzyknął, ani nie płakał.  Ja też powstrzymywałam płacz, głośno płakała tylko  młodsza  siostrzyczka.  Ból rozdziera mi pierś , że dziecko cierpi, a ja jestem bezsilna i jeszcze tłumaczę jego oprawcę!!!!!  Że niby dla jego dobra musiał tak postąpić.  Po wymierzeniu kary nie mogłam go nawet przytulić. Dopiero jak  wszyscy posnęli,  podeszłam do łóżka  synka. On biedny dopiero teraz po cichutku chlipał w poduszkę, bo przy nas nie uronił  ani jednej łzy.

Poczułam jeszcze bardziej się winna, bo nie dopełniłam  obowiązku  jako  Matka, powinnam  bronić synka  przed karą, bo na nią nie zasłużył. Kłamał ze strachu, co biedny miał robić?

Mimo bólu przemyka  mi  pytanie, dlaczego nie obwiniam męża, to przecież też jego syn. Mąż spokojnie teraz sobie śpi w obliczu dobrze spełnionego  ojcowskiego obowiązku!  Przecież  tak naprawdę  też  dzieci kocha i tak naprawdę jak wymierzał mu karę był bardzo spokojny, wcale się nie  złościł.  Może jednak synek  powinien otrzymać karę, bo ze strachu, ale źle postąpił i jego kolega niewinnie ucierpiał. Nagle  zaczyna mi coś mówić, /w głowie prześwitywać/,  że  synek słusznie otrzymał karę. W tym momencie opuścił mnie ból i żal.

Jak opuścił mnie ból z żalem, dopiero byłam zdolna spojrzeć na synka poprzez jego uczucie.  On wcale nie cierpiał z powodu poniesionej kary,  nawet był zadowolony, że tą karę otrzymał. W pewnym momencie dotarła  do mnie  synka pretensja, że Tato za mało mi wlał  za to co zrobiłem!

Uświadamiam sobie, że mój synek cierpiał i rozpatrzał, że przez jego kłamstwo ucierpiał jego przyjaciel, którego bardzo  cenił, a nie przez otrzymaną karę.  Najgorsze jest to, że teraz wstyd mu i nie wie jak spojrzeć  przyjacielowi  w oczy. Żali mi się,  jak teraz pokaże  się kolegom na podwórku.

Dociera do mnie okrutna prawda,  że przez  „miłość” czułam  ogromny  ból  i dlatego nie dostrzegłam  prawdziwego problemu synka. On biedny rozpatrzał, bo nie  potrafił poradzić sobie ze wstydem  i winą wobec swojego  przyjaciela.

Dotarło też do mnie, że nie poradziłam sobie z problemem wychowawczym dziecka. Czyżby zaślepiła mnie miłość do synka? Teraz targają mną nowe wątpliwości, ale już nie są  ukryte w podświadomości,  tylko  świadome.  Usprawiedliwiam siebie, że miałam prawo popełniać błędy, bo nikt mnie nie uczył jak wychowywać dzieci. Starałam się wychowywać tak jak potrafiłam najlepiej.

img189Moje kochane skarby.

 

Teraz z perspektywy czasu  widzę, że przez moje miękkie serce, przez przytulanie  go  po wymierzonej karze przez ojca, pokazałam mu swoją słabość. On tego ode mnie jako Matki nie potrzebował!!!!! Ja jego w  tym ważnym momencie nie zrozumiałam i przez to zawiodłam.

Mój synek zamiast ode mnie pomocy w rozwiązaniu jego problemu, w które sam się  pogrążył i nie  umiał sobie poradzić, otrzymał ode mnie współczucie, które jeszcze bardziej w tej sytuacji go pogrążało.

Obecnie jestem przekonana, że gdyby za kłamstwo nie otrzymał kary podobnej do przyjaciela,  w jego psychice pozostałby destruktywny ślad do końca życia. 

To była jedna z trudniejszych terapii, ale  dzięki  niej dolegliwości w ciele zniknęły. Za tydzień muszę pójść  zbadać sobie tarczycę, jak funkcjonuje przy niedoczynności po uwolnieniu destruktywnych emocji. Mam nadzieję, że niebawem też  przestanę brać  lek  na niedoczynność tarczycy, tak samo jak na pozostałe choroby.

Irena

 

Pamiętnik pisany inaczej

Japonia aparat 084Japonia aparat 039

 

Budowanie nowego życia nie polega na zmianie partnera, pracy, czy miejsca zamieszkania. Przy takim sztywnym podejściu bez zmiany przekonań,  zmartwienia i problemy podążają za człowiekiem jak cień.

Po odkryciu, że rak przekazuje mi  informacje o moich przekonaniach,   moje kartki pamiętnika nabrały innego charakteru.

Na rakowych gruzach dokańczałam  dzieła zniszczenia dotychczasowego  życia, by na nich  budować nowe zdrowsze i  nieznane.

Moje zapisane własnoręcznie kartki papieru które nazwałam pamiętnikiem   pokazują  nowe wydarzenia  z życia zaskakujące, tak samo jak  wszystko co zaczęło się dziać w moim życiu, po uwolnieniu lęków.

Nowym ważnym wydarzeniem jest inne spojrzenie na pewne aspekty z życia wczesnego dzieciństwa, dzięki wejrzeniu do swojej podświadomości.

Oznacza to uświadomienie, że zmartwienia, lęki, smutki, cierpienia z przeszłości ciągnęły się za mną i manifestowały przez całe moje życie!!!!!!!!

Praktykując uwalnianie destruktywnych lęków i przekonań zniszczone ciało zaczynało się naprawiać i to mnie cieszyło, ale czasem czułam się nieswoje jak  zauważalnie  moje dotychczasowe życie  zaczęło ulegać  zniszczeniu. Niestety, do niektórych zmartwień i smutków tak się przyzwyczaiłam, że zaczęło powoli mnie ich brakować. Na szczęście w zamian w pewnych aspektach następowały pozytywne  zmiany co budziło  refleksje, czasem niedowierzanie, ale  stare przyzwyczajenia ulegały zapomnieniu.

I tak na przykład, czasem przypominałam sobie z sentymentem, jak  czułam się bezpiecznie, czując się  małą dziewczynką, kiedy byłam uzależniona od pierwszego męża  despoty,   który  nie pozwalał podejmować  mi  żadnej decyzji. Podejmował je  za mnie, ale nie kierował się moim dobrem, często nawet nie swoim tylko głupotą. Nie zauważałam niczego, bo czułam się emocjonalną małą dziewczynką otoczona opieką.  Przy takich wspomnieniach, szybko następuje  refleksja, że konsekwencją tego były zmartwienia i cierpienia  dorosłej kobiety o sile „Herkulesa”.

Do  60-ciu lat  moje życie nie należało do łatwego, czekałam na emeryturę jak na zbawienie, marząc już tylko o wypoczynku i spokojnym obserwowaniu   jak radzą sobie dzieci i jak dorastają wnuki.

Kiedy w końcu przeszłam na upragnioną emeryturę, zaczęłam chorować, czego mogłam się spodziewać.  Jednak  nigdy  nie pomyślałam, że  na stare lata  będę burzyła dotychczasowe życie, by na tych ruinach budować  coś  od nowa.

Co wcale nie oznacza, że nie mam sentymentu do minionej młodości.  Nie żałuję niczego co poległo w gruzach, bo  z  pod nich wyłania się wiele radości i uśmiechu.

Wiele osób powiada, że coś tam lubi, bo są to jego smaki dzieciństwa. Kiedy się pytam, jak fajne  i piękne musiała Pan/i/ mieć dzieciństwo i jaką największą radość pamięta? Najczęściej nie potrafią sobie nic przypomnieć, a niektórzy  po namyśle  odpowiadają, że Święta Bożego Narodzenia. Kiedy dopytuję się o szczegóły radości, to zawsze pojawiają się żale i łzy smutku.

Uważam, że wynika to z tego, że negatywne uczucia pamiętamy bardziej, niż radość i miłość. Smutki i żale są zawsze na wierzchu niczym piana i śmieci na wzburzonym morzu.

 W moim praktykowaniu uwalniania zablokowanych emocji doświadczyłam, że usuwając potężną emocję z aspektu życia okresu dzieciństwa, to automatycznie  rujnuje się życie obecne  w wielu aspektach i tworzy się zupełnie coś nowego. Natomiast w ciele ulegają zniszczeniu choroby i następuje  naprawa, na zasadzie co jeszcze można naprawić  to ciało odbudowuje i  naprawia, a ja nie robię nic, tylko patrzę co się dzieje.

Jest to fascynujące doświadczenie, trudne do opisania, jak  dolegliwości ciała i problemy znikają.

Zapomniałam już, jak co rano oglądałam obrzęki pod oczyma, zastanawiając się, czy to nie jest oznaką nawracającego raka. Jeszcze niedawno trudno było mi  wejść po schodach, a uważne dobieranie  środków  higieny i czystości, ze względu na uczulenie jest już dawną  przeszłością. Od młodych lat  na okropne bóle kręgosłupa chodziłam do lekarzy, masażystów, kręgarzy, bioterapeutów,  by trochę ulżyć w cierpieniu, ale bóle ciągle wracały bezlitośnie. Parę lat temu  ten problem zdrowotny  sam przeminął. Może nie do końca sam, bo musiałam pozbyć się pewnych destruktywnych przekonań.

Kiedy czytam, że 9 lat temu było mi przykro i kłóciłam się z obecnym mężem, że  nie spędzał wolnego czasu ze mną,  wychodził z domu i przychodził  tylko jeść i spać.   Zastanawiam się, czy mój mąż jest tym samym człowiekiem, bo obecnie jest wielkim domatorem domu.

Kiedyś  wszelkie porządki należały tylko do mnie.  Jak męża  poprosiłam o pomoc to ewentualnie zrobił tylko to, na co wskazałam palcem i to najczęściej odwleczone w czasie. Nie interesowało go, co ja robię, co lubię i co mi się podoba, wcale  mnie nie zauważał. Obecnie mąż pilnuje i robi  porządki  w domu i ogrodzie. Jak ja np. sadzę kwiatki, to mąż bez proszenia go od razu jest przy mnie i kopie pod nie ziemię.

Z ponurego, ciągle marudzącego, wiecznie nie zadowolonego stał się radosnym, miłym i zadowolonym mężem.  Nie pamiętam, kiedy miał do mnie by jakieś pretensje. Rano wita mnie z uśmiechem i idziemy spać w miłym nastroju.

               Takiego miałam męża, jakie  miałam przekonania  lęki i ograniczenia nabyte we wczesnym dzieciństwie. Nie musiałam zmieniać męża, wystarczyło zmienić swoje przekonania i pozbyć się ograniczeń, a wszystko się pomyślnie poukładało z korzyścią dla obu stron.

Sztuka polega na tym, że buduję życie od nowa nie zmieniając męża, dzieci i miejsce  zamieszkania.

Dla wielu budować nowe to zmieniać partnerów, pracę, miejsce zamieszkania i rodzić dzieci. Później są zaskoczeni, że wraz ze mianami, pozostają te same lub większe problemy i zmartwienia.

JA zmieniłam  tylko przekonania, styl życia i koleżanki, bo przyjaciół tak naprawdę nie miałam i nie mam. Kiedyś myślałam, że otaczam się przyjaciółmi, ale nowe życie zweryfikowało, że nazywałam  coś czym nie było. Być może mam już paru przyjaciół, tylko jeszcze nie wiem i dopiero się niebawem przekonam?

Dawniej w pamiętniku opisywałam tylko bieżące swoje  życie i emocje.  Obecnie mój pamiętnik ma szersze zastosowanie, bo opisuję w nim  doskwierające  emocje obecne, z aspektem życia który je wywołuje  sięgając  aż do korzeni,  czyli  do okresu dzieciństwa.  Opisuję całe swoje uczuciowe życie, łącznie z dzieciństwem.

              Sięgając do źródła juz nic nie muszę robić, wszystko dzieje się samo, ja jestem tylko bacznym obserwatorem co się dzieje i  tylko  skrupulatnie zapisuję na kartkach papieru.

Obecny pamiętnik od poprzedniego różni się tym, że zapisuję obecne życie przed zachodzącymi zmianami, po zmianach i  łączę  z przekonaniami nabytymi w   dzieciństwie.

Opisując jednocześnie  swoje dzieciństwo uwidaczniam  jak  małe dziecko błędnie interpretuje wydarzenia z życia i jaki to ma wpływ na dalsze jego życie.

Po paru latach lubię swoje zapiski  czytać, wówczas  przypominam  sobie jaka naprawdę byłam kiedyś, a jaka jestem dzisiaj. Co czułam, jakie miałam dolegliwości zdrowotne, co mnie doskwierało, a teraz minęło bezpowrotnie.

Gdyby nie kartki pamiętnika, pewnie bym już nie pamiętała, jakie miałam marzenia i ile z nich się spełniło. Nie moją intencją jest  propagować pisanie pamiętników. Chcę tylko powiedzieć, że  jak  przeglądam swoje zapiski, to zawsze uświadamiam sobie, jak wiele w swoim życiu dokonałam zmian zdrowotnych i życiowych.

Muszę przyznać szczerze, że nowe zmienione aspekty życia, nie zawsze są takie jak bym sobie życzyła, myślę że wynika to z nie do końca oczyszczonych wszystkich ukrytych emocji. Ale i tak wdzięczna jestem BOGU, że dane było mi dokonać tyle zmian i że nadal to się dzieje.

Część pamiętnika pisanego inaczej,   opublikuję, a część  nigdy nie ujrzy światła dziennego, bo chcę  zachować prywatność nie tylko swoją, ale całej Rodziny trzech pokoleń.

Irena

 

 

Tabu ważnych chwil człowieka

Japonia aparat 127Japonia aparat 182

Zdjęcia z Japonii  z  2014r.

 

Nie można mówić o raku, nie mówiąc o życiu, a tym bardziej o najważniejszej części naszego życia, czyli ostatnich chwil życia.

Ostatnie chwile mogą okazać się najważniejszą chwilą w naszym życiu. Niestety temat omijany, bo wydaje się tematem mrocznym i bardzo odległym, nawet dla chorych umierających.

Nikt nie wie, kiedy te chwile nastąpią, za wyjątkiem osób chorych na nieuleczalnego raka. Jeśli chorego nie okłamuje się w rokowaniach, to w przeciwieństwie do innych wie ile zostało mu życia.

W szpitalach lekarze i rodzina chorego niby dla jego dobra, często ukrywają przed chorym prawdę i wmawiają choremu do końca jego chwil, że musi walczyć i się nie poddawać.

Do mnie pewna pani chwaliła się, jak jej rodzina była dzielna przy zgonie bliskiego, który umierał, a oni mu wmawiali, że to tylko przejściowa dolegliwość i krzyczeli aby dzielnie walczył z rakiem do końca, zdając sobie sprawę, że są to jego ostatnie chwile. Wierzę, że dla nich było to okropne  przeżycie, ale nie musiało być aż tak traumatyczne.

Rodzina oczekująca podziwu  za okłamywanie umierającego,  nie zdaje  sobie sprawy, że  pozbawia bliskiemu godnych przeżyć ostatnich  najważniejszych  chwil życia.

Umierający też ma prawo do jakości życia do ostatnich chwil i godnego umierania.  Dlaczego  ich  się z tych praw tak często odziera!!!!!

To bardzo subtelny temat, kiedy i w jaki sposób choremu powiedzieć, że umiera i jego dni są już  policzone.  Jednak  należy  to subtelnie  zrobić , dla dobra chorego i jego bliskich. Należy  wsłuchiwać się w życzenia chorego, spełniać je w miarę możliwości i  nie przeciwstawiać się  jego woli.

Słyszałam, jak w takich sytuacjach często bez wiedzy chorego  ściągają w odwiedziny najdalsi krewni, z którymi chory nie widział się od lat. Nie byłoby  w tym nic złego, jeśli chory by sobie tych odwiedzin życzył.

Wiem z własnego doświadczenia, jak te ostanie chwile życia są ważne. Niczego bardziej nie pragnęłam, jak spokoju i wsparcia bliskich w moich przygotowaniach na rozstanie się z tym światem. Pamiętam jak  wizualnie  ze szczegółami przelatywało całe moje życie.

W tych ostatnich chwilach/czego byłam pewna/ pierwszy raz patrzyłam na całe  swoje życie spoglądając  z boku. Spostrzegłam,  że  moje życie nie było takie złe  jak  przez całe życie uważałam. Zobaczyłam siebie w bardziej pozytywnym świetle. Zdziwiłam się bardzo, że moje życie okazało się całkiem fajne.

Mówiąc szczerze, to było mi po tym spostrzeżeniu może bardziej żal rozstawać się z życiem, ale umierałam z poczuciem, że swojego życia nie zmarnowałam. Zdziwił  mnie jedynie fakt, że bardziej żałowałam tego, czego nie zrobiłam, niż popełnionych błędów.

Właściwie swoje błędy i życiowe upadki w automatycznym podsumowywaniu życia odebrałam jako odwagę w podejmowaniu  decyzji. Zrozumiałam, że w życiu nic nie ma pewnego. Niektóre przemyślane  decyzje wydające się trafne, bez żadnego ryzyka, z perspektywy czasu okazały się dużym błędem.

Pomimo ogromnych krańcowo różnych przeżyć, pozostało ważne poczucie, że wielu bliskich udziela mi wsparcia.

Dzięki świadomości umierania, zawierzyłam swoje ostatnie chwile i przejście na drugą stronę Matce Boskiej Licheńskiej. Naprawdę nie modliłam się o uzdrowienie, tylko o pomoc, o przejście  na drugą stronę i pomoc po  drugiej stronie. Najbardziej żałowałam, że oddaliłam się od Boga i modliłam się,  aby moją duszę nie porwały nieczyste „demony” w jakąś ciemną otchłań.

Po obejrzeniu życia z boku i modlitwach, czułam gdzieś głęboko w środku ulgę, a nawet wewnętrzną jakąś radość. Najważniejsze, że pomału stopniowo  śmierć przestawała  być mi czymś strasznym, pozostawał  tylko niepokój wynikający z  tajemnicy, co zastanę po tej drugiej stronie.

Wszystko odbywało się pomału, jak na zwolnionym filmie, jedynie uczucie uzdrowienia pojawiło się nagle, nieoczekiwanie i z zaskoczenia.

Moja wiara w uzdrowienie szybko została zachwiana, a nawet wręcz uległa w gruzach, ale tamtej pamiętnej nocy naprawdę uwierzyłam, że wyzdrowiałam i będę jeszcze trochę żyła. Powiadomiłam swoich bliskich, ale po ich reakcji poznałam, że mi nie uwierzyli.

Trudno się dziwić bliskim, onkolodzy do dnia dzisiejszego po 12-stu latach nie wierzą w moje uzdrowienie, tłumaczą to niebywale długą remisją.

               Pomijać temat ostatnich chwil, to tak jak by  zignorować  najważniejszą  część  życia.

Jak by mnie okłamywano o stanie mojego zdrowia, to prawdopodobnie odeszłam bym nieświadomie w bólu i męczarniach i na pewno już dawno by mnie na tym świecie nie było.

To proste, nie leczyłabym się  terapią naturalną, bo po co?

Wierząc w lekarzy, że mnie wyleczą,  łatwiej było  przyjmować  zalecane leczenie, niż szukać innych jak mi się  zdawało trudniejszych sposobów walki z chorobą. W takich sytuacjach trafne są słowa Bruce Liptona-„Ślepa wiara zabija”.

Kłamstwo zawsze jest destruktywne, tym bardziej w tak ważnych kwestiach jak rokowanie leczenia i świadomość o faktycznym stanie zdrowia.

              Według mnie jest karygodne okłamywać chorego co do ostatnich chwil jego życia. Szkoda, że zbyt  mało się mówi jak dla umierającego  są ważne.

Ostatnie chwile wcale nie muszą być mroczne, jeśli będą wypełnione „MIŁOŚCIĄ”.

Irena

Decyzja, nadzieja i siła

Kartka z pamiętnika 21.11.2005r.

 

książka 001    img157

Ja 13 miesięcy po diagnozie raka płuc,  już z nadzieją, że walkę wygram, chociaż lekarze postawili na mnie krzyżyk

Jak zwykle jestem sama, ale teraz cieszę się, że przy mnie nie ma nikogo. Oglądam swoje skierowanie na tomografię komputerową płuc.  Próbuję w nim doszukać się czegoś, co pozwoli wyciągnąć  mi wniosek w temacie mojego zdrowia.  Od Pani doktor żadnych informacji nie udało mi się zdobyć.

Moje zdrowie wobec mnie lekarze owiewają  tajemnicą, nie mogę pojąć, dlaczego?  Niestety na skierowaniu nic nie ma  na co choruję, to nie wypis ze szpitala, na którym coś o stanie zdrowia muszą napisać.

Całą wizytę lekarską, jeszcze dzisiaj nie mogę ogarnąć, więc analizuję cały przebieg krok po kroku.

Przed gabinetem lekarskim, cierpliwie czekając na swoją kolejkę ściskając w rękach RTG płuc i ambulatoryjne badania krwi, czyniłam postanowienia, że swoimi pytaniami zmuszę Panią doktor do szczerego wyjaśnienia mojego stanu zdrowia.

Po wejściu do gabinetu, Pani doktor spojrzała na wyniki, oględnie przebadała mnie i nic nie mówiąc ciągle coś pisała. Na wspomnienie, jeszcze teraz czuję się nieswojo, jak w mojej obecności rozmawiała przez telefon o dość prywatnych swoich sprawach.

Słysząc, co mówi czułam się gorzej niż nieswojo. Mimo tego chcąc wykorzystać czas, kiedy coś pisała, starałam się zadawać jej pytania dotyczące zdrowia w taki sposób, by lekarka musiała odpowiedzieć. Niestety ten słowny pojedynek z lekarzem przegrałam. Dowiedziałam się o problemach lekarzy, ale nic na temat swojego zdrowia.

Teraz chyba już naprawdę umieram, dlatego na badaniach kontrolnych żadnych informacji nie mogę od lekarzy wydobyć. Zachowanie Pani doktor dobitnie świadczy o tym, że coś złego dzieje się w moich płucach. Wiadomo, dobre informacje przekazała by mnie chętnie i z jakąś „dumą” bo mnie prowadzi.

Z tego wszystkiego wychodząc nie zapytałam się, kiedy mam zgłosić się na następne badanie. Zastanawia mnie, jak niektórym pacjentom udaje się nawiązać kontakt z lekarzem?

Milcząco wręczono mi skierowanie na TK nie informując,  gdzie z wynikiem po badaniu TK mam się zgłosić, skoro  do końca roku limit przyjęć wyczerpany.

Przed wyjściem z przechodni poszłam do rejestracji, aby dowiedzieć się, gdzie mam z wynikiem TK iść na konsultację, jeśli  do końca roku nie mam szans tutaj się zarejestrować. Odpowiedziano mi, że konsultacja lekarska to moja sprawa, ale wynik muszę do nich przynieść, jeśli nie chcę być obciążona kosztami.

Wniosek jest prosty, lekarze w moje wyleczenia absolutnie nie wierzą, i nic nie mówią, bo uważają, że lepiej dla mnie, abym prawdy nie znała.

Patrzę na skierowanie i zastanawiam się, czy w ogóle iść na te badania TK. W ogóle mam dość lekarzy i wszystkich badań. Jednak chyba pójdę na to chole…..TK, bo coś przypominam sobie, że po badaniach TK dają opis. Jednak mimo wszystko wolę wiedzieć, jaki jest stan moich zniszczonych płuc. Tylko w ten sposób dowiem się ile zostało mi życia, pod warunkiem, że zdążę przed śmiercią te badania zrobić.

Tak mnie traktują, jak by chcieli powiedzieć, po co do nas przychodzisz, przecież i tak umierasz i zajmujesz nam niepotrzebnie czas. Dlaczego tego nie powiedzą mi wprost, że niepotrzebnie lekarzom zajmuję cenny czas. Właściwie to mi już powiedziano, że w moim leczeniu wszystkie możliwe środki wyczerpano.

 Czyżby dlatego są źli na mnie, że nie chcę zaakceptować faktu, że umieram i lekarze są bezsilni? 

Służba medyczna z kolei nie chce zaakceptować faktu, że jak oni wyczerpali wszystkie swoje możliwości, to nie znaczy, że  na świecie nie ma innych  skutecznych  metod leczenia. Przecież nie mogę im powiedzieć, jakimi metodami jeszcze się leczę, bo zabili by mnie śmiechem. Nie wiedzą, że badania są mi potrzebne do dalszego leczenia metodą niekonwencjonalną. Myślą, że upieram się do przeprowadzenia badań, bo mam do tego prawo i zabieram kolejkę tym, którym bardziej jest to potrzebne.

Zastanawiam się, czy mam moralne prawo robić badania w beznadziejnej sytuacji ? Chorych coraz więcej, a możliwości do przeprowadzenia badań coraz mniej, nie mówiąc już o środkach leczniczych. Kiedyś lekarz bardzo mnie skrytykował, a wręcz nakrzyczał,   jak  opis  badania  TK głowy okazał się pozytywny. Ja drżałam ze strachu, czy rak nie opanowuje  moją głowę, jak wskazywały na to okropne  bóle, a lekarz przeciwnie, by się ucieszył.

Już nie boję się śmierci i trochę pożyłam, ale żal mi zostawić obecnego życia. Wszyscy zwątpili, ale ja mimo tego nadal walczę. Nie wiem dlaczego dopiero teraz, ale zauważyłam, że tak naprawdę moje życie nie jest takie złe, jest całkiem fajne. Mam kochane dzieci, Mamę, męża, fajną  siostrę i brata z którym lubię pogadać na różne tematy.

Czuję okropne zmęczenie, przecieram oczy  i na mojej półce widzę książkę Pana Durczoka. Książkę już czytałam szukając nadziei, ale po jej przeczytaniu  wpadłam w beznadzieję. Automatycznie  nasuwają mi się  fakty, że zgodnie z prawem przyciągania, jak jestem w beznadziei  to gdzie spojrzę,   ściągam  beznadzieję.

Z książki wynika, że Pan Redaktor Durczok nie miał takich problemów jak ja. Był wyjątkowym pacjentem i w szpitalu Pan profesor  do niego zupełnie inaczej podchodził do leczenia raka. Dla mnie i wielu znanych mi chorych  jest  to nierealna bajka. Pan profesor  mówił mu, że z raka można całkowicie się wyleczyć  i komórki rakowe można z organizmu całkowicie wyeliminować. Każdego dnia bez jego pytań wiele mu wyjaśniał, tłumaczył na czym polega leczenie i jakie są tego  skutki uboczne. Ciekawe, czy do innych pacjentów też tak samo podchodził?

O czym ja myślę, przecież wiadomo, że tacy zwykli pacjenci jak ja do niego nie mają szans się dostać na jednorazową konsultację, a co dopiero o prowadzeniu całego leczenia!

Pacząc na książkę Pana Durczoka wkurzam się i   nasuwają mi się myśli,  że muszę radzić sobie sama. Ja nie mam  wyjścia,  muszę  sobie postawić  rokowania w samo leczeniu i leczeniu. Bez względu na to jakie mają co do mnie rokowania lekarze,  ja z tego raka wyjdę!

No cóż muszę pokonać raka! Nie mogę ze służbą zdrowia, to pokonam go bez niej! Co wcale nie oznacza, że ze służby zdrowia nie będę korzystała. W końcu płaciłam dla nich składki przez 30 lat  i ze zwolnień prawie nie korzystałam, w obawie o pracę. Wyciągnę ze służby zdrowia co się da i ile się da, czy im się to podoba, czy nie!

Właśnie dzisiaj 21.11.2005 roku o godzinie 23minut 45 pierwszy raz zbuntowałam się lekarzom i podejmuję bez ich konsultacji postanowienie!

Skoro lekarze nie mogą mnie już leczyć, to pokonam raka bez nich!

Dochodzi do mnie, że chyba podjęłam właśnie ważną decyzję. Od razu poczułam się lepiej mimo późnej godziny. To nasuwa postrzeżenie, że beznadzieja odbiera mi siłę, a decyzja ją przywraca.

To niesamowite, decyzją dałam sobie nadzieję  i siłę!!!!

Znów się u mnie potwierdza, że Luiza Hay w swoich książkach pisze prawdę, że siła i moc jest w nas.

Optymistyczne postrzeżenie  daje  mi  niesamowitą radość, więc  w radosnym nastroju mówię sobie  „Kocham  Siebie Irenko”  i idę spać.

Dobranoc Irenko, Pa

Irena

 

Samotność z rakiem

Kartka z pamiętnika 11.10.2005r.

Nigdy jak dzisiaj doskwiera mi samotność,  moja potrzeba bycia z kimś urosła niebotycznie.

spacer po okolicy 030kwiaty 2016 014

Od zawsze odczuwałam potrzebę porozmawiania z kimś szczerze, bez zadawania sobie bólu i zawsze nie miałam do kogo. Teraz jak zwykle znów sama, jest po godz.22.00 i nie mam z kim porozmawiać, do kogo się przytulić.

Jeśli zakładając by ktoś z bliskich był, to czy chciałabym zakłócać jego spokój swoimi negatywnymi emocjami? Czy mogłabym bez poczucia winy wyrzucić do kogoś wszystko co w moim wnętrzu mocno siedzi i dręczy?

Słyszałam, że w krajach zachodnich funkcjonują psychoanalitycy, wobec których można wszystko z siebie wyrzucić. Gdybym miała taką możliwość na pewno bym z psychoanalityka skorzystała. Dobrze że mam ten zeszyt, który tą funkcję trochę zastępuje. W tym zeszycie pamiętniku, który nazwałam przyjaciółką, zwierzam się z wszystkiego co mnie dręczy i trapi w chwilach walki o życie.

Nigdy nie lubiłam pisać, swoje myśli przelać na papier jest dla mnie problemem. Nigdy nie lubiłam i nie lubię pisać listów. Mąż jak by się dowiedział, że codziennie zapisuję całe strony, to na pewno miałby pretensje. Muszę ukryć pamiętnik, aby nikt nigdy się o nim nie dowiedział. Obawiam się, że mąż mógłby pomyśleć, że nie pisuję listów bo mam coś do ukrycia.

Skąd On ma wiedzieć, że w pamiętniku nie muszę przejmować się nad treścią, formą i swoim słownictwem, bo moje pisanie nie ujrzy światła dziennego. Nikogo nie obrażę i nie krepują mnie moje uczucia przelewane na papier.

Najbardziej dręczy mnie samotność, jestem sama zupełnie sama. Do samotności powinnam się już przyzwyczaić, bo od kiedy wyszłam za mąż za pierwszego męża, samotność nie odstępowała mnie na krok. Drugi mąż na pewno by powiedział, przecież masz mnie.

Jak urodziłam synka, swoje pierwsze dziecko, to byłam prze szczęśliwa i myślałam, że już nigdy nie będę samotna. Owszem nie byłam sama dopóki dzieci potrzebowały mojej opieki. Teraz cięgle ich mam i nie jestem sama tylko samotna, a to jest różnica.

Mam kochanego męża, kochane wspaniałe dzieci, wspaniałą Mamę, kochaną Siostrę i kochanego brata. Oni wszyscy są daleko, mają swoje życie, swoje problemy i zmartwienia o których nie chcą mi mówić, ale ja i tak wyczuwam. Nie chcę wobec nich być gorsza i przez telefon mijają rozmowy z obu stron nieszczere, mówimy sobie, że wszystko w porządku chociaż tak naprawdę nie jest. Jedno jest pewne, że ja ich kocham i wiem, że Oni też mnie kochają.

Po diagnozie raka płuc, byłam zaskoczona jak bliscy, lekarze i pielęgniarki walczą z moim rakiem. Nikt nawet nie wymagał abym podejmowała trud walki. Wszystko mi podawali na tacy, ja tylko biernie przyjmowałam co mi podawano. Na moje życzenie podawano mi gazety, książki, soki i we wszystkich oczach widziałam troskę i zaangażowanie w walkę z moją chorobą.

Wyrok śmierci miał jedną dobrą stronę, dał mi poczucie, że na tym świecie nie jestem sama. Przed wyrokiem czułam się bardzo samotna i nikomu już niepotrzebna. Owszem starałam się pomagać jak mogłam, ale zdawałam sobie sprawę, że bez mojej pomocy wszyscy i tak daliby sobie radę.

Myślałam, że teraz od diagnozy z wyrokiem dopóki będę żyła, to będę więcej czasu spędzała z bliskimi. Przecież teraz już wiem, bo na łożu śmierci doświadczyłam, że najcenniejszy to ten czas, spędzony z dziećmi, Rodziną i oczywiście z mężem.

Takie jest życie, że aby spędzić miło z kimś chwile , muszą chcieć tego samego inni i mieć na to czas. Niestety czas to pieniądz i niektórzy muszą zarabiać na życie i zaspakajać swoje inne nie mniej ważne potrzeby, a może ważniejsze niż spędzenie czasu ze mną. Muszę się z tym pogodzić, nie mam wyjścia, jestem skazana na samotność.

Przypominają mi się słowa Pana profesora onkologa prowadzącego moje leczenie w szpitalu na Golęcinie. Teraz to w leczeniu to nie Pani problem, inni z bliskimi się tym zajmują. Pani problem zacznie się niedługo jak zakończy się procedura leczenia. Wszystkie możliwe leczenia już się kończą, a na całym świecie nie ma na ten typ raka skutecznego leku. Odpowiedziałam mu, że ja się nie poddam i wierzę w cud wyleczenia. Uśmiechnął się i pogratulował mi wspaniałej postawy, dodając, że obawia się, że mój entuzjazm może zniszczyć samotność. Dopiero teraz docierają do mnie jego słowa.

Podjęłam dzisiaj decyzję dnia 11.10.2005r, że akceptuję swoją samotność i muszę się z nią zaprzyjaźnić, tak jak zaprzyjaźniłam się już z rakiem. Muszę nauczyć się trudnej sztuki życia samej z sobą. Ten pamiętnik jest moim pomocnikiem na drodze do walki z samotnością.

Mimo to kończę ten dzień pytaniem, czy warto walczyć o życie w samotności i samotnie?

Dzisiaj właśnie doświadczyłam, że służba medyczna, łącznie z moją wspaniałą prowadząca Panią doktor nie będzie mi nawet kibicować na dalszej drodze do wyleczenia. Oni zakończyli swoją procedurę leczenia, zalecili mi czekanie na wznowę i na tym ich rola mojego leczenia się zakończyła.

Zdaję sobie sprawę, że moi bliscy postąpią podobnie, tylko bardziej taktownie i ze współczuciem.

Przecież już nie wierzy nikt w moje wyzdrowienie, wszystkich tylko interesuje jak będzie przebiegała moja wznowa raka i kiedy to nastąpi. Tylko moja córka kontroluje moje książki, czy czasem nie przysporzą szybszą wznowę.

Dobrze, że mogę chociaż w pamiętniku się wyżalić. Swoje niekorzystne badania ukryłam przed bliskimi, bo po co ich martwić? Przecież i tak nic poradzić nie mogą, a ja nie jestem pewna, czy przed nimi bym się nie rozkleiła. Nie chcę też aby przyjeżdżali mnie odwiedzić dlatego, ze coś złego znów się dzieje z moim zdrowiem i w każdej chwili może mnie nie być. Moim marzeniem jest spędzić trochę chwil z bliskimi, ale tak, że Oni też tego chcą, samoistnie, dobrowolnie bez wymuszania chorobą.

Jakie to ma znaczenie, kiedy wznowa ma nastąpić, jeśli oczekiwać na wznowę muszę w samotności? Może córka wierzy, że w każdej chwili może pojawić się lekarstwo na raka? Nie ważne co myśli, ale miło mi, że te książki przerabia razem ze mną, dzięki temu czuję jej obecność, nawet jeśli jej przy mnie nie ma. Tego jestem pewna, córka kibicuje mi w tej samotnej walce ze wznową raka. Czy na pewno tylko ze wznową? Przecież zostawili mnie z niewyleczonym do końca guzem i rozsianymi komórkami rakowymi!!!! Radioterapie miałam tylko na prawe płuca, a przecież przerzut szedł na cały organizm!

Po co to wszystko? Dzisiejsza wizyta u onkologa potwierdziła ich tezę, że na wznowę długo nie czekałam. Badanie lekarskie zupełnie inaczej przebiegło niż sobie zakładałam……..Ciąg dalszy nastąpi przy publikowaniu następnych kartek pamiętnika.

Irena

Zapraszam na drugi blog

LĘK LĘKIEM DLA ZDROWIA

WSZYSTKICH ODWIEDZAJĄCYCH „SUPERNOWA  RAKOWI WSPAK”  serdecznie zapraszam do nowego bloga , który jest dalszą  kontynuacją  moich doświadczeń na drodze  lepszego  zdrowia i życia.  Irena

Podaje stronę do bloga  –   www.blog.czekajirena.pl

To nie rak! to uwięzione emocje!

W swoim ciele dokonałam odkrycia, że rakiem w płucu było kłębowisko uwięzionych emocji.

Związku z tym zakładam nowego bloga o zdrowiu, tylko już bez tematu rak.

Odnajdując źródło przyczyny raka zobaczyłam, że rakiem są moje uwięzione emocje w  przeważającej  większości były to lęki!!!!!

Na drodze do zdrowia praktykując  uwalnianie zablokowanych przekonań  tak naprawdę to  działałam    uwięzionym  lękom  wspak i  dzięki temu   uniknęłam wznowy.

Ukrytym   lękom    mówię   zdecydowane  NIE!!!!

kwiaty w moim ogrodzie I 006

                                   W moim ogrodzie zawitało lato

Walkę z chorobą nazwałam walkę z rakiem bo tak byłam zdiagnozowana i tak potwierdzały wszystkie badania. Jednak od samego początku główną moją bronią walki z rakiem  były  emocje, zgodnie z zasadą od czego zachorowałeś tym się lecz.

Nadal moją intencją będzie  niesienie nadziei nieuleczalnie chorym, na podstawie swojego doświadczenia na drodze do uzdrowienia, bo jeśli coś dokonała jedna osoba, to może tego dokonać kazdy.

Od diagnozy  minęło 12 lat, a ja czuję się  lepiej niż przed zachorowaniem, bo tak samo jak od raka uwolniłam się od innych chorób zagrażające życiu, bo umiera się nie tylko na raka.

Tak naprawdę uwolniłam się od  raka, jak  dotarłam do  uwięzionego kłębowiska  lęku  i dałam im wolność.  Mój pierwszy uwięziony lęk   miał swój początek  50  lat temu  i przez te lata mnożył się i rósł w siłę,   aż zamanifestował się  jako rak płuc.

Jestem prostą kobietą i nie interesuje mnie uzasadnienie z punktu widzenia naukowego.  Ja tylko poprzez emocje  praktykuję   oczyszczanie  ciała i umysłu z toksycznych blokad z rewelacyjnym pozytywnym skutkiem i to wszystko jak potrafię   w prosty sposób  opisuję.

W „Supernowa rakowi wspak” tak samo  opisywałam swoje doświadczenie  na drodze do  uzdrowienia swojego ciała i życia.  Zgodnie z przysłowiem ” W ZDROWYM CIELE ZDROWY DUCH”  mam nadzieję, że również uzdrawiałam  moją duszę i kiedyś  się o tym przekonam.      Irena

P.S.

Po zainstalowaniu nowego bloga chętnych do odwiedzenia zaproszę podając link do strony.

 

 

Mały sukces duża radość

Mały sukces, duża radość

Dałam radę – cieszę się.

Jadę sama samochodem autostradą 250 km do swoich wnuków i córki, taka zwyczajna prosta rzecz, stała się dla mnie nie lada wyzwaniem. Tak się  dzieje, jak  ukryty lęk całymi latami rośnie w siłę zdobywając władzę w świadomym umyśle.

jadę samochodem 020             jadę samochodem 003

 

jadę samochodem 014            jadę samochodem 015

Udało się, jestem na miejscu u córki i poszłam z wnukami na plac zabaw.

 

Terapia pomogła mi pozbyć się lęku przed prowadzeniem samochodu, ale swoje lata już mam. Wraz z upływającym czasem  utrwalają się różne przekonania, które kiedyś były mobilizujące do nauki, ale z wiekiem stały się blokadą. Np.” Ucz się dziecko póki umysł chłonny, bo z wiekiem wapnieje i czego Jaś się nie nauczy Jan nie będzie umiał” itp.

Od najmłodszych lat chciałam   prowadzić samochód, zdałam nawet prawo jazdy, ale jeździć się bałam.  Próbowałam wiele razy i zawsze udaremniał to  zakopany w podświadomości lęk.  W odpowiednim momencie wychodził mi naprzeciw niczym potężna zapora za każdym razem silniejszy.

Związku z tym od lat prowadzenie samochodu dałam za wygraną i poddałam się. W między czasie  nabyłam  nowe przekonanie – „prowadzić samochodu już nie będę”.  Pocieszałam się marną pociechą, że wiele osób nie siedzi za kierownicą  i mają się dobrze. Poza tym mam już swoje lata i już nic nie muszę. Nie zdawałam sobie sprawy, że usprawiedliwianiem się  pogrzebałam marzenie.

Jak 20 lat temu przestałam jeździć, bo za kierownicą ból rozsadzał mi głowę, przestałam marzyć aby już  kiedykolwiek usiąść za kierownicą. Jeździłam maluchem mojej córki tylko w obrębie swojej miejscowości nie przekraczając 50km/godz. Na prostej czasem pędziłam 60km/godz. ze strachem i duszą na ramieniu.

Teraz po 20 latach pozbyłam się blokującego lęku, ale jak tu wsiąść za kierownicę? Bardzo bałam się, że powróci znów okropny ból głowy. Według lekarzy spowodowany był niedotleniem serca i głowy, a stres to potęgował.

Pomyślałam sobie, że jak się nie przekonam, to nigdy się nie dowiem. Poszłam na odnawiający kurs prawa jazdy. Po testach z teorii, które dla mnie okazały się dość łatwe, wykupiłam sobie 20 godzin jazdy praktycznej. Okazało się, że nie taki diabeł straszny jak sobie wyobrażałam i najważniejsze, że nie pojawiał się ból głowy, który kiedyś nie pozwolił mi siąść  za kierownicę.

Mój instruktor od prawa jazdy po paru lekcjach stwierdził, że dalsze lekcje są już mi zbędne i śmiało mogę sama jeździć samochodem.

Córka, jak to usłyszała zaraz dała mi swój samochód i przyprowadziła na moje podwórko. W takiej sytuacji nie miałam wyjścia, zaczęłam jeździć samochodem, początkowo pomału, ale  teraz już pewniej i szybciej.

Samochodem ponownie jeżdżę, ale pokonać trasę 250km i to większą część trasy autostradą, jest dla mnie nie lada  wyzwaniem.  Jeszcze nigdy autostradą nie prowadziłam samochodu, nie pokonywałam też tyle kilometrów!!!

Jadąc autostradą do córki  czuję jakbym pokonywała jakiś wysoki górski szczyt. Mnóstwo samochodów na autostradzie i kierowców w różnym wieku, ale ja czułam się jak bym zdobywała górski szczyt, może nie w Himalajach, ale w Tatrach na pewno.  Dla innych na autostradzie  była to zwykła przejażdżka, dla mnie było  nie lada wyzwaniem  któremu dałam radę.

Po przyjeździe na miejsce, córka skwitowała krótko jak by nigdy nic; „A jesteś już, fajnie, dzieci się ucieszą”. Nie oczekiwałam fajerwerków, ale przynajmniej uznanie, że dałam radę. Skąd młodzi mogą wiedzieć ile mnie kosztowało terapii, wysiłku i odwagi. Z drugiej strony, gdyby nie córka nigdy bym się nie dowiedziała jaka to frajda jechać autostradą i mijać tiry.  Dziękuję Ci córeczko, Kocham Cię.

jadę samochodem 021

Wróciłam do domu zmęczona i zadowolona

 

Nigdy na nic nie jest za późno.         Irena

 

Odpowiedzialność za siebie

 

Jakie przekonania, takie życie.

Szłam przez życie jako nic nie znacząca, prosta kobieta , za to teraz dokonuję czegoś, czego nikt dokonać nie może.  Nikt nie może mnie zmienić, zmienić siebie mogę tylko ja sama.

Trudno jest zmienić siebie i wziąć odpowiedzialność za swoje życie,  większą odwagę mamy  zmieniać innych chociaż to daremny trud.

Często obwiniamy innych lub coś za swoje niepowodzenia nie zdając sobie sprawy,  że sprawcą wszystkiego może być  poczucie Winy ukryte w podświadomości.

Naukowo udowodniono, że podświadomość nie potrafi myśleć  logicznie,  ale   pełni  rolę  sprawczą naszego życia  na podstawie naszych przekonań i emocji.

 wiosna lubniewice 016wiosna lubniewice 001

Piękną wiosnę tego roku podziwiam w uroczej miejscowości u córki

 

Nieubłagany czas   zmienia  nasze  ciała,  ale wewnątrz w środku pozostajemy tacy sami, a zablokowane emocje zostawimy  swoim spadkobiercom tworząc  łańcuch pokoleń.

Poczucie winy – to branie odpowiedzialności za czyjeś błędy, najczęściej programowane i blokowane   w okresie dzieciństwa

Po latach terapii zauważyłam,  że jeśli ktoś  w życiu ma skłonność  do brania odpowiedzialności  za cudze błędy, to  w podświadomości  ma zablokowane  duże poczucie Winy  i ciężkie życie/jak wina to i kara/.

Podczas terapii emocjonalnej związku z moim lękiem przed prowadzeniem samochodu, dokopałam się do zablokowanego poczucia Winy   z  okresu  dzieciństwa.

Dzieci kochają swoich rodziców, są ufne wobec swoich wychowawców, dlatego szybko ich błędy przyjmują  jako swoją  winę, tym samym  biorą za ich błędy  odpowiedzialność i płacą za nie całe życie cierpieniem i tak było ze mną.

Moja wczorajsza terapia poskutkowała tym, że pewniej i lżej  zaczynam prowadzić samochód.  Uświadomiłam sobie, że   podświadomie   brałam  odpowiedzialność  za innych  kierowców i z stąd  mój  paniczny lęk  przed prowadzeniem samochodu. Teraz  po pozbyciu się absurdalnego przekonania  zobaczyłam, że prowadząc samochód nie popełniam większych  błędów,  w przeciwieństwie do wielu  innych uczestników ruchu drogowego.

Pozbyłam się blokującego lęku, ale nadal prowadzę samochód ostrożnie , nabierając  co raz lepszej wprawy.

Podświadomość nie potrafi myśleć  logicznie,  ale   pełni  rolę  sprawczą naszego życia  na podstawie naszych przekonań i emocji.

Kierując się swoją  świadomą logiką  życie zaskakiwało mnie problemami zdrowotnymi  i życiowymi. Zdrowo się odżywiałam  –  a chorowałam, rozsądnie  wydawało się  i mądrze postępuję –  a głupio wychodziło,  starałam się jak mogłam, a i tak  wychodziło  wszystko na opak niż chciałam. Wielokrotnie przekonywałam się,  że nad swoim życiem nie mam kontroli, cokolwiek nie zrobię, to i tak wbrew mojej woli i do tego co zamierzałam wychodziło.

Ludzie których znałam uważali podobnie. Wielokrotnie słyszałam od ludzi że;  cokolwiek nie zrobisz to,  d..pa  z tyłu. Niektórzy twierdzili że taka karma, albo szczęście  i nic od nas nie zależy.

Jeszcze niedawno oburzało mnie jak czasem słyszałam, że sama sobie stwarzam różne złe sytuacje w swoim życiu. Już na pewno nie zaprosiłam do siebie raka. Świadomie nie przysparzałabym  sobie cierpień, ale podświadomie, to owszem  z całych sił i w pocie czoła. I pomyśleć, że mogłam umrzeć i nigdy się  o tym nie dowiedzieć.

Wielu uważa, że kontrolując swoje emocje pokieruje swoim życiem według swojego uznania. Nic bardziej mylnego,  nie zdajemy sobie sprawy, że ukryte i zablokowane rządzą naszym życiem, bo są w pamięci komórkowej i w naszej podświadomości.  Nasza świadomość nie ma na to wpływu.

Zakopana emocja, czy zapomniany koszmar wcale cicho nie siedzi. Daje o sobie znać  poprzez podświadomość  stwarzając nam cyklicznie  podobne  przykre życiowe zdarzenia lub  manifestując się  w ciele jako choroba  przez całe życie.        Irena  

 

Wstyd blokował zmianę życia

Na zmianę nigdy   nie jest za późno.

 

img144ślub  serce

Mój ślub

Mając 60+ fascynuję się zachodzącymi zmianami w swoim życiu, ale nie zawsze tak było.

Do niedawna przed zachorowaniem na raka zmiany  w  moim życiu dokonywały się same,  lub ktoś dokonywał ich za mnie czy tego chciałam, czy nie.  Dobrych zmian nie pamiętałam, a złe zwalałam na taki mój los.

12 lat temu jak rak płuc zmienił moje życie  w cierpienie, podejmując  z nim walkę odkryłam, że jednocześnie zmieniam swoje  życie.  Nie pamiętam,  ale chyba  po raz pierwszy sama za siebie.  Nikt  poza moją córką w sens mojej walki nie wierzył. Lekarze wydali wyrok, bliscy  żałowali mnie jak się  miotam i cierpię  a ja postanowiłam wygrać  walkę z niezwyciężonym.  Po wygranej bitwie  zauważyłam, że  nie tylko zdrowieję,  ale i zmienia się  moje życie.

Szkoda, że dopiero śmiertelna choroba  dała mi inne spojrzenie na życiowe zmiany.  Cieszę się ze swojego nowego spojrzenia, bo mogłam umrzeć i  nic nie zauważyć. Teraz jak mi coś doskwiera  dokonuję sama  zmiany  trochę z lękiem, ale dokonuję. Nie czekam,   aż  zrobi to  za mnie jakaś choroba, ślepy los lub ktoś inny. Kocham zmieniać siebie, swoje wnętrze, dbać o swoje ciało i dokonywać zmian w swoim życiu na miarę swoich sił i potrzeb.

Lęki przed zmianą blokują nam drogę do zdrowia i lepszego życia, nie zdajemy sobie sprawy, że zmiany i tak następują i na pewno na gorsze niż byśmy  dokonywali  sami. 

Uwalniając się od raka płuc po drodze wiele problemów mi się rozwiązało samoistnie, niektóre po uświadomieniu  przyczyn  zniknęły, ale wiele nie rozwiązanych problemów pozostało. Niektóre dopiero z czasem  uświadomiłam sobie, że istnieją i blokują drogę do zdrowia i  lepszego życia.

Nie rozwiązanym problemem pozostał niezauważalny przeze mnie alkoholizm mojego męża. Nie do wiary, ale  nie chciałam widzieć,  że mąż jest alkoholikiem uzależnionym od piwa.  Wiedziałam, że dużo pije, trudno było nie zauważyć bo nie znał umiaru,  tylko uznawałam, że mąż lubi piwo, a nie że jest alkoholikiem.

Znajomi niejednokrotnie zwracali uwagę mi na nadmierne ilości  spożywania alkoholu przez męża. Broniłam jego pijaństwo, usprawiedliwiałam, że lubi piwo, stać go  to pije ile chce. Na tego typu uwagi obrażałam się  tłumacząc  sobie,  że  niektórzy mu zazdroszczą dlatego głupio docinają, a przecież pije za swoje i nikomu nic do tego.

Zwyczajnie po ludzku wstydziłam się mieć męża alkoholika, dlatego ukrywałam na ile mogłam, usprawiedliwiałam i coraz bardziej pogrążałam jego i siebie. Między nami dochodziło do kłótni z powodu nadmiernego jego upijania się ale nie z powodu picia  alkoholu. Nie wyobrażałam  sobie mieć męża abstynenta. Uważałam,  że mąż  jak każdy mężczyzna ma prawo wybić te swoje przysłowiowe dwa piwka, a on jak każdy alkoholik wykorzystywał moją wyrozumiałość do upijania się i to zawsze przez dwa piwka.

Moją chorobę nowotworowa płuc i przyjmowaną  chemię mąż tak bardzo przeżywał, że  wypijając na uśmierzenie nerwów dwa piwka ledwo trzymał się na nogach bełkocząc, że wypił tylko dwa piwa.

Bezczelnie okłamywał mnie bez poczucia winy, bo przecież tak ładnie skutecznie usprawiedliwiałam jego picie,  aż zaczął pić  jako wielce pokrzywdzony przeze mnie.

Z takim moim podejściem uważał, że ma powód do tego by już w ogóle nie trzeźwieć. Jak wytrzymywał w trzeźwości trzy dni to czuł się „bohaterem” , podkreślając do znudzenia ile wyrzeczeń musi czynić dla  mojego dobra.

Jako alkoholik miał przekonanie, że dzień bez wypicia skrzynki piwa, to dzień stracony.

Jak zauważyłam, że mam męża alkoholika to uznałam, że to w końcu  jego  a nie mój problem, dzielnie znosząc jego pijaństwo.

Wstydziłam się za swojego męża upojonego alkoholem, więc upijał się bez żenady  na poczet mojego wstydu, a ja jeszcze bardziej  łagodziłam skutki jego pijaństwa.

Coraz częściej zadawałam sobie pytanie, dlaczego muszę to znosić. Czyżbym zakochała się w nieodpowiednim człowieku?

Powiem szczerze, że lęk przed wznową raka i lęk przed nadchodzącym pijanym mężem są bardzo do siebie porównywalne, bo przez obydwa lęki życie staje się nie do zniesienia.

Przed jednym i drugim lękiem czułam okropną bezsilność i gorzkie pytanie bez odpowiedzi dlaczego to wszystko muszę znosić? Muszę? Może nie muszę tego znosić?

Po tak zadawanych pytaniach zaczęłam robić  sobie terapię emocjonalną codziennie, bez mała przez dwa tygodnie. Było ciężko, moje „ego” się broniło okrutnie, bo w końcu zmuszałam siebie aby ego uśmiercić.

Kiedy jako detektyw swoich emocji odnalazłam przyczynę uzależnienia od męża alkoholika zdarzył się nieoczekiwany cud. Mój kochany mąż przyszedł do mnie i oświadczył mi, że przestał pić  i alkoholu do ust nie weźmie, nie wyjaśniając mi skąd u niego wzięło się takie postanowienie!  Przecież ja mu nic nie wypomniałam, dlatego zwyczajnie mu nie uwierzyłam.  Ja tylko dzięki terapii przestałam się wstydzić  za męża, zaczęłam żałować  siebie nie jego i nabyłam nowe przekonanie tak cichutko przed samą sobą,  że alkoholika znosić nie muszę i nie chcę!!!!!!!!!!

Od tej pamiętnej chwili minęło  8 lat i mąż sam sobie dotrzymuje słowa uwalniając mnie  z uzależnienia od męża alkoholika.

Ciekawe jest to, że mój mąż pomału stawał się zupełnie inny w sensie pozytywnym, niż ja go do tej pory znałam.  Przestał być nudnym mężem, tylko stał się dla mnie ciekawym silnym mężczyzną w którym zakochałam się od nowa.    Irena

 

 

 

Wnuki męczą i odmładzają?

Ile wnuki znaczą dla Babci nie można tego ująć słowami, że dają miłość i radość to za mało powiedziane, tylko dlaczego opiekowanie się nimi jest tak męczące?

img164urodziny 004

Potocznie mówi się, że dzieci odmładzają, według mnie dzieci odmładzają wszystkich tylko nie babcie. Kiedyś jako Matce małe dzieci  dawały mi siłę, a będąc babcią opiekując się wnukami czuję że opadam z sił. Zajmując się nimi po paru tygodniach zauważyłam jak pogłębiają mi się nawet zmarszczki. Mimo radości przebywania z nimi zmęczenie bardzo dawało się we znaki. Na szczęście suplementy dr. Nony zapobiegły  chorobom grypy i innym wirusom, oszczędzając  stresów  w męczących kolejkach u lekarzy.

Teraz kiedy już po wszystkim zastanawiam się skąd brało się zmęczenie? Tak naprawdę fizycznie prawie  nie pracowałam, dzieci już są samodzielne,  bardzo miłe i kochane, teoretycznie to przebywanie z nimi  to sama radość.

Będąc  już w domu, wolna od opieki wnuków organizm mój resetuje zmęczenie  długim spaniem, w ciągu doby  przesypiam ponad 9 godzin. Po tygodniu moje zapotrzebowanie na sen jest coraz mniejsze i wracam do swojej  fizycznej formy.

Wiedziona ciekawością dlaczego  opieka wnukami  była dla mnie mecząca zrobiłam sobie  w tym temacie krótką terapię kodem.

Odkryłam, że to nie wnuki mnie męczyły, ani odpowiedzialność za nie, ani obowiązki związane z ich opieką jak mi się zdawało.

Faktyczną przyczyną zmęczenia było życie nie swoim życiem. Całodobowa opieka spowodowała  rezygnację  ze swojego dotychczasowego życia. Niepostrzeżenie tą pustkę wypełniałam żywiąc się emocjami córki i wnuków. Było to nawet miłe, bo ich życie wypełnione było radością i zaskakującymi  miłymi zmianami. W nowym miejscu w nowym domu każdy dzień przynosił im  nowe zaskakujące  pozytywne emocje. Nie byłoby w tym nic złego gdybym tylko cieszyła się  z nimi ich pozytywnymi zmianami.  Ale nie!  Mnie to było za mało, bo w ich domu w ich nowym miejscu zamieszkania, nieświadomie  zaczęłam żyć ich życiem i nawet mi się to podobało!  Nie wzięłam po uwagę faktu, że  to nie było moje  nowe życie tylko  moich dzieci!

Dzieciom można pomóc w opiece na dłuższy okres, ale tak aby  jednocześnie nie rezygnować  z własnego  życia dla dobra swego i dzieci.

Na szczęście moja pomoc uwieńczona została sukcesem, bo moja mądra córka w odpowiednim momencie  szybko poszukała innego rozwiązania, a ja wróciłam do swojego domu i swoich zajęć. Nasze wspólne doświadczenie  wspominamy ciepło miło i z poczuciem humoru. Tak naprawdę  opiekując się wnukami, nie żałuję ani jednej godziny, potraktowałam to dla siebie jako nowe wyzwanie i nowe fajne doświadczenie.

Teraz nie mam czasu żyć życiem dzieci i znów czuję jak każdego dnia jestem zdrowsza, a tym samym i młodsza.

Będąc już wolna od zajmowania się wnukami nadal czuję się im potrzebna , kocham ich, tęsknię za nimi,  a Oni dają mi MIŁOŚĆ  i  RADOŚĆ.  Żałuję tylko, że mieszkają daleko ode mnie.          Irena

 

Moje zmiany i lęki

Moje zmiany i lęki

Córka pod wpływem swoich zmian załatwiła mnie na ” amen”, bo zostawiła mi swój samochód.  Wiedziała od zawsze, że moim pragnieniem, a tak naprawdę  bardziej potrzebą było  prowadzenie samochodu.  Wiem, że  stara się mnie w tym  pomóc, ale czy jej wysiłki nie idą na marne?

20 lat temu otrzymałam prawo jazdy, a córka wówczas wyszła mojej potrzebie naprzeciw i pożyczyła swojego malucha na dojazdy do pracy. Nie miałam wyjścia,  przełamałam lęk i tak zaczęłam jeździć  samochodem. Niestety szkoda, że ograniczałam jazdę tylko do pracy i bliskich miejscowości. Przez 5 lat jeździłam codziennie, ale za mało by czuć się pewnie za kierownicą. Myślałam wówczas, że kupię sobie swojego malucha i pomału nabiorę lepszej  wprawy.  Moje plany pokrzyżowały choroby  i od 15 lat  nie  miałam kierownicy w ręku.

Teraz samochód prawie mój stoi na podwórku, a ja póki co jeżdżę busami. Na razie samochodzik oglądam, czyszczę, myję i robię przymiarki za kierownicą, ale nie odważyłam się jeszcze na jazdę.

Owszem próbne jazdy z dobrym kierowcą obok  kontynuuję  i na tym kończy się moja odwaga prowadzenia samochodu.

 

Irena Święta 114Irena Święta 116

 

Irena Święta 105  Irena Święta 118

Jeszcze nie czuję, że samochód jest mój, ale cieszy moje oczy.

Moje kochane wnuki dopingują mnie mówiąc ” Babcia dasz radę” , córka mówi Mamo! myciem i czyszczeniem samochodu nie oswoisz się z nim, tylko   za kierownicą   poznasz samochód.

Ja milczę i nic nie mówię  tylko myślę,  że już na kierowanie samochodem jestem za stara.

Wiem ja i moi bliscy, że teraz mój umysł jest naprawdę sprawniejszy niż  20  lat temu, ale mimo tego boję się  aby nie być zagrożeniem dla ruchu drogowego.

Do kierowania samochodem motywuje mnie fakt, że kiedyś przed wieloma laty jeszcze za młodu próbowałam nauczyć się obsługi komputera i spasowałam, bo nie dałam rady. Teraz ponowiłam próbę i komputer przestał być dla mnie „czarną magią”, wszystko  stało się jak by łatwiejsze, nie powiem mam jeszcze problemy, ale  ciągle się uczę.  Od dwóch lat mam w Internecie swoje strony, mailuję, opłacam rachunki, sprawdzam konta,  niezauważalnie  okazało się łatwiejsze niż myślałam.

Wielokrotnie przekonywałam się, że jak się bardzo chce, to wszystko staje się możliwe. Tylko zdaję sobie sprawę, że prowadzić samochód to poważniejsza sprawa, boję się nie o siebie, tylko o innych, nie chcę być zagrożeniem dla innych  uczestników  ruchu drogowego.

Jak na złość wczoraj słyszałam w autobusie, jak pasażerowie bardzo źle komentowali jazdę starszych wiekiem kierowców, nawet padło stwierdzenie, że na drodze są zagrożeniem.

Niedawno byłam na odnowieniu  prawa jazdy  i instruktorzy zapewniali mnie  że jeżdżę  bezpiecznie i spokojnie  sama mogę prowadzić samochód. Na testach sprawdzających wypadłam nawet lepiej niż niektórzy młodzi, mimo to nadal boję się samodzielnie jeździć.

Na swoje obawy i lęki muszę zrobić terapię  emocjonalną metodą  Agnieszki i zobaczę co mi wyjdzie, bo „KODEM” próbowałam i nic mi nie wyszło.

Czy będę mogła jeszcze prowadzić samochód dobrze i bezpiecznie?  Czy może jest już za późno, bo jestem za stara?            Irena

 

Nowe życie

Nowe życie

Zmiany po życiowej rewolucji dokonują się nadal.

lubniewice 023lubniewice 026lubniewice 044lubniewice 003lubniewice 002

lubniewice 009 lubniewice 010  lubniewice 006  lubniewice 041lubniewice 035lubniewice 012

Babcia z wnukami w nowej szkole,  nowym mieszkaniu i na  placu zabaw.

Jak wnuki zamieszkały ze mną,  to córka bez dzieci czuła się rozbita,  ja ich opieką zaczęłam być zmęczona, a najważniejsze, że dzieci tęskniły  za  Mamą. Związku z tym najszybciej jak było można wszyscy pojechaliśmy do nowego mieszkania córki, a tym samym dzieci znów poszły do nowej szkoły. Po pierwszym wrażeniu szkoła się spodobała,  miejscowość  urocza, mieszkanie fajne,  jakie tutaj będzie dla nas nowe życie?  Niebawem się przekonamy.  Ja oczywiście mimo dobrego wrażenia  już wiem, że wolę mieszkać w swoim skromnym domku.

Życiowa „rewolucja”

Rodzina to „naczynia połączone”,   jak dokonuje  w swoim życiu zmianę  jedna osoba, to  nie ma siły,  by nie dotknęła  pozostałych osób i w tym tkwi siła Rodziny.  Obecnie doświadczam jak   niechcący zostałam z moimi kochanymi wnukami  „ofiarą”  pozytywnej  rewolucji  mojej córki.

 

babcia do szkoły 008babcia do szkoły 002babcia do szkoły 007

Babcia z wnukami do szkoły i ze szkoły idzie edukować siebie i wnuków

Niesamowitą rewolucję ze swoim życiem dokonała moja kochana córka, a tym samym moje dotychczasowe życie przy sposobności zostało odwrócone do góry nogami. Nie miałam nawet kiedy i głowy by  napisać nowy tekst na swoim blogu.  Mam  dużo pomysłów  na zmianę  bloga  i sporo do zrobienia, a tymczasem z trudem ogarniam  się w nowej  życiowej sytuacji.

Wierzę, że do swojej pasji prowadzenia bloga niebawem wrócę  z większym entuzjazmem i mam nadzieję, że z nowym lepszym spojrzeniem na otaczającą  swoją  rzeczywistość.

Córka dokonując w swoim życiu rewolucji, zmieniła tym samym  moją rzeczywistość i swoich dzieci.

Podziwiam ją za odwagę że; – uwolniła się z toksycznego związku /ojcem  moich wnuków/ ; zwolniła się po 12 latach  z pracy;  wypowiedziała jednocześnie  najem mieszkania / zostawiając  w nim meble i wyposażenie kuchni i mieszkania/; podjęła nową prace 250 km dalej; wynajęła nowe mieszkanie  po kapitalnym remoncie, umeblowane i w pełni wyposażone nowym sprzętem; jest na drodze poznania nowego życiowego partnera/ ja tylko modlę się  by w tym subtelnym temacie nie czyniła pospiechu/.

Póki co, to  zostałam sama ze swoimi wnukami w  swoim  skromnym domku, bo takie  dla dobra dzieci najlepsze było rozwiązanie. W tej sytuacji moje dobro zeszło na dalszy plan.

Nie zdawałam sobie sprawy jakie czekają mnie i wnuków nowe doświadczenia. Przecież już wielokrotnie  opiekowałam się  nimi wiele dni i tygodni  w różnych okresach ich życia. Tylko do tej pory byłam babcią która wnuki rozpieszczała, a Rodzice wychowywali i nie interesowało mnie jak, bo miałam zaufanie do córki jako ich Matki. Zaufanie  nadal zostało, tylko zmieniła się sytuacja.

Teraz okazało się, że muszę być nie tylko babcią ale  i  wychowawcą. Byłam nastawiona, że będę dzieci  do  szkoły zaprowadzać  i przyprowadzać , pilnować by się odpowiednio ciepło ubierały, były  wypoczęte,  dobrze przygotowane do zajęć szkolnych i były odpowiednio zdrowo  odżywiane.  Niby  wszystko proste, bo  przecież według tych zasad wychowałam już swoje dzieci i wyrosły na zdrowych porządnych ludzi.

Już pierwszego dnia okazało się, że to nie jest takie proste jak się zdawało. To są dzieci 21 wieku jakieś „elektroniczne”, rosną i rozwijają się z elektroniką. Związku z tym już od pierwszych dni z dziećmi był  problem z chodzeniem spać i  rannym wstawaniem. W tym temacie nie działały żadne prośby i  obiecanki. Nie było rady,  ja  babcia  która zawsze ich rozpieszczała, musiałam zastosować zakazy, nakazy i to nie zawsze z uśmiechem. Pierwszy raz wnuki zobaczyły mnie inną niż do tej pory byłam, a ja poczułam jak moje rozpieszczanie wychodzi mi bokiem.

Po paru dniach zaczęła się niesamowita nerwówka, dzieci stanęły mi na opak.  Szczególnie Filip na każdą moją prośbę, moje polecenie mówił i robił odwrotnie, wszystko robił na NIE!!!!!!!  Nie wiedziałam co robić i jak się w tej nowej roli odnaleźć.  Bałam się o dzieci, że wpadną w nerwicę, że zaczną chorować, a ja na wsi sama z nimi  daleko  od córki męża i Rodziny.

Powiem szczerze, że bałam się również, co będzie jak mnie dopadnie jakaś grypa, czy coś innego. Kto wówczas zaopiekuje się dziećmi?  W ostateczności musiałaby córka zrezygnować z nowej pracy, ale z czego żyć i jak dzieci utrzymać  na bezrobociu?   Takie i inne lęki dopadały mnie, ale przede wszystkim należało pomyśleć jak dzieci dostosować do nowych warunków życia w nowym środowisku bez  Rodziców i odmienionej babci z powodu odgrywanej nowej roli  opiekunki i wychowawcy.

Przyznam się szczerze, o czym nawet córka nie wie, że przy kolejnym rannym budzeniu dzieci doszło do takiej nerwówki, że Filip krzyczał, a ja z bezsilności się rozpłakałam. Milenka chciała iść do szkoły, płakała, że może nie pójdzie,   a Filipa wołami z łóżka nie można było  wyciągnąć. W takiej sytuacji oznajmiłam, że do szkoły nie idą.   Na te słowa Filip przestał krzyczeć, ale za to Milenka  uniosła się wrzaskiem.  W końcu jakoś obydwoje zebrali się i  razem w zgodzie poszliśmy do szkoły jak by nigdy nic, nawet po drodze sobie razem radośnie  podśpiewywali. Tylko ja szłam za nimi zniesmaczona z jakimś poczuciem winy.

Po przyjściu ze szkoły od razu zaczęłam z dziećmi   rozmawiać o zaistniałym porannym zajściu. Zdziwiło mnie, że obydwoje o wspomnieniu o porannym zajściu wybuchnęli śmiechem. Zapytałam ich co było w tym śmiesznego? Filip odpowiedział mi, że fajna była zabawa jak babcia broniła dostępu do łóżka, a ja starałem się do niego dostać. Spytałam go czy nie zauważyli, że dla mnie to nie było wcale śmieszne. Obydwoje sami doszli do wniosku, że to poranne  ich wstawanie to dla babci  stres i należy z tym cos zrobić, ale co? Spytałam ich czy nie mogliby wcześniej zasypiać i za to rano wcześniej wstawać i jeszcze przed  śniadaniem obejrzeć sobie bajki. Milenka dodała, że tak może być, bo rano lecą powtórki z wieczora. Obydwoje przytaknęli, ze tak zrobią i Filipek sam od siebie dodał, Babciu już rano przy naszym wstawaniu nie będziesz się stresować. Pomyślałam, że to jego obiecanki cacanki, a dla Babci radość. Niebawem przekonałam się, że w tej kwestii moje wnuki dotrzymały słowa. Po tej rozmowie do dnia dzisiejszego poranne wstawanie stało się  miłe i przyjemne dla wszystkich.

Dziwne w tym wszystkim jest to, że przez lata całe Filipek miał problem z zaśnięciem, a od dnia kiedy mi obiecał natychmiast zasypia i nie ma problemów z zasypianiem do dnia dzisiejszego. Nawet nie denerwuje się, kiedy rano włącza TV dosłownie na minutkę, na sygnał śniadanie /przed pójściem do szkoły/ bez słowa sprzeciwu wyłącza i siada już ubrany do stołu.

Każdego dnia po przyjściu ze szkoły staram się z nimi rozmawiać, tłumaczyć im,  że to tylko taka sytuacja przejściowa, ale dzieci jak to dzieci trochę posłuchają  i uciekają  w swoje zabawy i elektronikę i nie do końca wiem, czy moja rozmowa z nimi dała zamierzony efekt.

Cieszyłam się że  wnuki mimo wszystko  są radosne, wesołe, ale jako wychowawca byłam bezsilna w kwestii ich szkolnej edukacji.  W tym temacie poległam może nie do końca na całej linii, bo raz mnie nawet Filipek pochwalił, że w klasie tylko ja dobrze zrozumiałam pytania w teście w zadanej pracy domowej.

Prawda jest taka, że w ogóle do książek i zeszytów nie chcieli zaglądać,  rzucali plecaki i nie mogłam się  doprosić ich zeszytów, co było w szkole zadane zawsze słyszałam  odpowiedź, że nic.  Na moje argumenty, że trzeba się uczyć Filip w takiej sytuacji odpowiadał mi, że on  ma gry komputerowe edukacyjne i w ten sposób się uczy.

Wiedziałam, że w domu miał  ograniczenia do sprzętu elektronicznego, a teraz w nowej sytuacji Filip chciał pozyskać nieograniczony dostęp do gier i bajek i kombinował jak mnie urobić.

Najbardziej z Filipem nie radziłam  sobie  z odrobieniem prac domowych, których było naprawdę dużo jak na II-gą klasę. Przychodził ze szkoły i   absolutnie  nic  nie wiedział jak odrobić zadane domowe ćwiczenia.  Tak naprawdę to te ćwiczenia to  testy, ale nie do końca zwyczajne, bo treść pytań w tych testach jest zwyczajnie zaszyfrowana tylko dla wtajemniczonych, czyli nauczycieli. Filip tłumaczył mi że o to chodzi, że on nie wie o co chodzi w tych zadaniach. Niestety muszę dziecku przyznać, że ja też  nie wiem o co chodzi, ciekawe czy autor tych testów by wiedział?

Zdziwiło mnie, że w poprzedniej szkole wiedział jak  odrobić zadaną pracę domową i miał o wiele mniej zadawane. Zapytałam  nauczycielkę, czy mu zadaje jakieś prace wyrównawcze, bo ma tak dużo zadawane, odpowiedziała mi krótko, że ma tyle samo co wszyscy.  Więc ja z trudem próbowałam się w tych ćwiczeniach jego rozeznać i wytłumaczyć  wnukowi o co chodzi, niestety najczęściej mi to nie wychodziło i w zeszycie szkolnych uwag otrzymywałam nagany.

Problem polega na tym, że ze szkoły przyprowadzam  ich o 15,30 i na ich edukację  i swoją mam naprawdę  mało czasu. Szkoda, że nie przewiduje się dla opiekunów  dzieci szkolnych jakichś szkoleń edukacyjnych, wówczas nauczyciele mieli by prawo wymagać, by prawidłowo interpretować treść pytań w zadawanych ćwiczeniach. Denerwowały mnie  codzienne  wpisy w zeszycie uwag, że słabo Filipa uczę i ma źle odrabiane domowe ćwiczenia. Raz się nawet wkurzyłam i chciałam zwrócić uwagę Pani, że po to dzieci chodzą do szkoły by się czegoś nauczyć, a przynajmniej poznać interpretację treści zadawanych zadań, bo z niektórych można by pisać doktorat tak  można je różnie interpretować.  Takich uwag zaniechałam na prośbę  wnuka. Bał się, że jak ja będę miała pretensje do Pani nauczycielki, to Pani będzie miała pretensje do niego, więc tego stresu mu zaoszczędziłam.

W między czasie jak dzieci były w szkole, to jeździłam do pobliskiego miasteczka kserować po kolei wszystkie książki do II klasy, bo szkoła nie była wstanie  tych wymaganych książek  wnukowi sprowadzić. Mam też swoją edukację na Uniwersytecie Trzeciego Wieku, aby  zupełnie nie zaniedbać wykładów  miałam na szczęście fajną pomocną sąsiadkę i na trochę chętnie z nimi zostawała.

Mój czas wypełniony  jest 24 godziny na dobę  całkowicie  podporządkowany  dzieciom i na zaspokojenie swoich wyższych potrzeb nie mam już sił i czasu.

Najgorsze jest to, że przy wypisie dzieci z tej szkoły okazało się, że Filip uczęszczał do klasy starszej wiekowo, czyli chodził do klasy siedmiolatków. Faktycznie powinien być w klasie sześciolatków, którzy idą zupełnie innym programem.

Oczywiście według szkoły nic się nie stało, to tylko mały ich błąd organizacyjny, jak to się odbiło na uczniu i opiekunie to szkołę i nauczycieli nie interesuje. To tylko przez dwa miesiące robiło się z dziecka kretyna. Na moje tłumaczenie, że w poprzedniej szkole był najlepszym uczniem, odpowiadano mi, że to zmiany  tak źle wpłynęły  na Filipka. Nauczyciel i szkoła zawsze mają rację, jeśli nawet popełniają błędy. Co za czasy nastały, dobrem dziecka zasłaniają się jak tarczą, a tak naprawdę dobro dzieci poza Rodzicami i Babcią nikogo  nie interesuje.

Nie wiem skąd to się wzięło, że dawniej dzieci wychowywać było o wiele trudniej. Przecież to nieprawda, bo było o wiele łatwiej.  Wiadomo było jak dziecku pomóc w zadaniach domowych, nie było problemów z książkami, nie trzeba było dzieci do szkoły zaprowadzać i przyprowadzać, nie było problemów z wyżywieniem, nawet niejadki  jedli co im się podało. Najważniejsze, że  szkoła była od nauki dzieci, a nie sprawdzania  opiekunów  jak swoje  pociechy edukują.

Jest  nam chwilowo ciężko, ale czuję każdą komórką swojego ciała, że te rewolucyjne zmiany córki nam wszystkim były potrzebne jak spragnionemu woda. Mimo trudności tak naprawdę wszystkim nam zmiany wychodzą na zdrowie. Doświadczyłam z córką i  wnukami czegoś cudownego,  scaliła nas   silniejsza  więź  MIŁOŚCI i wiara, że dla kochającej się Rodziny wszystko jest możliwe i nic nie jest straszne  bo doświadczyliśmy, że razem damy radę i wszystko jest możliwe. Szkoda, że nauczyciele nie słyszały jak wnuki mówiły, że to fajnie poznawać nowe szkoły, nowych przyjaciół i cieszą się z nowego mieszkania, bo jest fajniejsze bo teraz mają „antresolę”. Fajnie było słyszeć jak obydwoje z sobą rozmawiają  o byłej szkole i dawnych przyjaciołach  z sentymentem ale bez żalu. Cieszą się, że niedługo ich odwiedzą i będą mieli co  opowiadać jak  jest w  innej szkole.  Milenka ze zdziwieniem dodała, Filip!  jak byśmy nie chodzili do  nowej szkoły, to byśmy nie wiedzieli, że w innej szkole jest inaczej. Filipek  dodał,  a ja bym nie wiedział, że jest taka fajna świetlica i miłe Panie,  taka świetlica  najfajniejsza na świecie.

Obydwie z córką zauważyłyśmy, że dzieci bardzo wydoroślały, jak by zmądrzały nic nie tracąc z dawnej radości życia. Ja mimo zmęczenia czuję się młodsza i zdrowsza, ostatnio czytałam, że dopóki robi się cokolwiek po raz pierwszy, to człowiek się jeszcze nie starzeje.

Na tym nie koniec naszych zmian i nowych ciekawych doświadczeń. Jutro  córka zabiera dzieci do siebie do nowego mieszkania, a tym samym znów dzieci pójdą  do nowej szkoły. Na początek pojadę z nimi, by dodać im otuchy w nowej szkole w obcej nieznanej nam miejscowości. Mam nadzieję, że to nowe miejsce okaże sie dla wszystkich miłe,  przyjazne i szczęśliwe. Ja będę mogła ponownie  zostać  babcią która uwielbia rozpieszczać  wnuki,   wrócę do  swoich ulubionych   zajęć  i zdrowych  przyzwyczajeń, inaczej mówiąc będę mogła  zająć się swoim życiem.  Po takich doświadczeniach, czy moje życie będzie takie samo?   A może takie samo tylko szczęśliwsze?         Irena

Lekarz? Terapeuta? Czy złoty środek?

Lekarz? Terapeuta? Czy złoty środek?

Walka z rakiem, czy z inną nieuleczalną chorobą to nie tylko aplikowana  chemia w kroplówce, to również wiara,  nadzieja , sposób myślenia,  odżywianie, styl życia i przede wszystkim wiedza co rakowi sprzyja, a co mu szkodzi.

Chory który walczy z  śmiertelną chorobą wszystkimi  sposobami  zostaje sam,  między  skłóconą z sobą medycyną akademicką, a medycyną niekonwencjonalną.

 madera 123Zdjęcie z autokaru na Maderze

 

Naukowcy, lekarze i większość chorych poszukają tego jedynego złotego środka na pokonanie nieuleczalnej choroby, nie chcą widzieć, że ten środek  może nie złoty, ale znajduje się w każdym z nas.

Nie interesuje ich wspólny mianownik tych nielicznych  którzy wyszli  z nieuleczalnego np. raka płuc,  jaki prowadzą styl życia, jak myślą, co robią ?  Według mnie  ich  poszukiwania są  połowiczne, bo nie biorą pod uwagę człowieka słabości, która jest pożywką  raka. Z tego co mi wiadomo, to szukają złotego środka w raku  a nie  w środowisku  raka którym  są śmieci w  podświadomości  człowieka.   Czasem nawet  przyczyniają się niechcący  dając  chorobie siłę , a potem jak przegrywają walkę   to wmawiają wszystkim  że zrobili wszystko – czyżby ? Przecież myśląc racjonalnie  coś  musiało  u mnie  i mnie podobnym  spowodować  usunięcie się zawansowanego  raka płuc,  skoro chemia z radioterapią na zaawansowanego drobnokomórkowego raka płuc  jest  nieskuteczna .

MNIE w pewnym momencie  było łatwiej pokonać raka , niż służbę zdrowia przekonać do leczenia tego raka.

Przykre że te dwie metody ciągle wzajemnie się oskarżają, oczerniają  , zamiast połączyć siły w walce z   śmiertelną chorobą.

Jestem prostą kobietą i moje rozumowanie jest proste, jeśli w nieuleczalnej chorobie lekarze nie mogą wyleczyć,  a terapeuci na wyleczenie nieuleczalnego raka  potrzebują dużo czasu to te sposoby  leczenia należy połączyć, jak pomyślałam to tak zrobiłam  i efekty w leczeniu raka płuc  zaskoczyły  mnie samą. Od tego momentu zaczęłam łączyć metody leczenia  w każdej  chorobie. Obecnie terapią emocjonalną zapobiegam chorobom, zgodnie z zasadą lepiej zapobiegać niż leczyć, dlatego kontakt z lekarzami mam coraz mniejszy.

Wybieram  terapie niekonwencjonalne które w żaden sposób nie kolidują z leczeniem akademickim.  12 lat temu  przekonałam się, że strzeliłam w dziesiątkę. Rak płuc przy łączonych metodach leczenia nie miał szans. Większość ludzi stosuje te metody po kolei, pomału, w pewnych odstępach czasowych tłumacząc wyczerpaniem chorobą.  Takie leczenie po troszeczku, na wypróbowanie co skutkuje lepiej, jest rozciągane w czasie  co  zwiększa agresję i siłę raka,  daje się mu czas na rozeznanie jak zawładnąć ciało  i umysł chorego.

Jak działa łączona terapia posłużę się swoim drobnym przykładem; Podczas przyjmowania chemii pod kroplówką siłą woli  myślami  kierowałam chemię w komórki rakowe, osłaniając swoje zdrowe. Traktowałam to jako zdrową formę zabawy dla zabicia czasu podczas wielogodzinnego leżenia pod kroplówką. Moi bliscy z radością, ale i trochę z niepokojem zauważyli, że jakimś cudem lepiej znoszę kroplówki niż inni przy podobnych przyjmowanych dawkach chemii. Nawet rozeszło się po szpitalu, że ze względu na mój wiek chyba podają mi „placebo”, dlatego tak dobrze znoszę kroplówki. Tylko ja wiedziałam swoje, ale nikt mi  nie wierzył.

Nie było łatwo, było mi bardzo ciężko, moja walka z rakiem  była chaotyczna. Racjonalne podejście do leczenia,  przeplatało się z intuicyjnymi wyborami różnych terapii jednocześnie. Moja  wiara w moc modlitwy  wielokrotnie była zachwiana.

Doświadczając moc modlitwy takiej od serca  nigdy nie zapomnę, jak Matka Boska dawała  mi znaki, że mnie też kocha, kiedy  myślałam że na MIŁOŚĆ  nie zasługuję. Każdy modli się na swój sposób, ale i również Bóg pomaga nam według swojego uznania, niekoniecznie w sposób jaki byśmy oczekiwali.

Mnie Matka Boska Licheńska w walce z rakiem pomagała dając siłę i  na drodze do  wyleczenia stawiała mi  odpowiednich lekarzy, terapeutów , oraz książki będące źródłem inspiracji wewnętrznego przebudzenia.  Za udzieloną  pomoc Matce Boskiej Licheńskiej codziennie dziękuję, bo sama z rakiem bym sobie nie poradziła, rak pokonałby mnie zgodnie z rokowaniem lekarzy w ciągu  sześciu  tygodni.

Nigdy nie przyszło mi do głowy przy żadnej chorobie, aby stosować terapie niekonwencjonalne pomijając badania lekarskie i leczenie akademickie. Terapie niekonwencjonalne stosowałam łącznie z leczeniem  ale  nic nie mówiąc lekarzom,  bo na terapiach niekonwencjonalnych lekarze się nie znają i nie chcieli o nich słyszeć. Omijam terapie i terapeutów, które kolidują z leczeniem akademickim, wyjątek stanowią niektóre zioła, które stosowałam  czasem w małych ilościach jak nie brałam żadnych innych leków.

Leczenie niekonwencjonalne jest skuteczne, ale niestety  wymaga długiego czasu leczenia którego zaawansowana  choroba nie daje na takie leczenie czasu. Czasem owszem zdarza się, że terapia zadziała skutecznie natychmiast, ale nigdy nie wiadomo kiedy tak się stanie, a zbyt gorliwe oczekiwania dają negatywne rezultaty.

Jestem bardzo oburzona na tych którzy bez obiekcji zapewniają wyleczenie chorego , kierując się dobrem chorego dając  mu fałszywą nadzieję, że go wyleczą i nic nie musi robić tylko poddać się ich leczeniu. Odporni są na wyrzuty sumienia , nie obchodzi  ich to, że gdyby nie ich zapewnienia chory poszukał by dla siebie sposób na wyleczenie, a tak to zawierzył niewłaściwej osobie i z tego powodu umarł  , bo na inne skuteczne  leczenie zabrakło   cennego czasu.

Różne metody leczenia przeprowadzane jednocześnie mają jedną wadę, bo  tak do końca trudno udowodnić innym co skuteczniej  zadziałało w wyleczeniu choroby, a co zaszkodziło.  Związku z tym wyleczeni z nieuleczalnego są niezauważalni, a szkoda bo może na dzisiaj to jedyna szansa dla wielu  na pokonanie nieuleczalnej choroby.

Dla mnie liczy się tylko skuteczność wyleczenia i tak naprawdę dla siebie wiem na ile co mnie pomogło i ile w tym jest mojej zasługi.   Najważniejszy w tym leczeniu jest fakt, że czuję ulgę w każdej komórce swojego ciała i każdego dnia czuję się silniejsza, zdrowsza, a tym samym młodsza.

Znajomi czasem się dziwią jak wchodzę z siatkami pod górę bez zadyszki, ja wówczas nic nie mówię tylko się uśmiecham i  sobie po cichutku mówię  BRAWO IRENA! stosowane terapie działają! Nieważne,  że funkcjonuję  na zniszczonym układzie oddechowym w 50%.   Ja naprawdę jestem zdrowsza i silniejsza wbrew niezaprzeczalnym dowodom nieuleczalnych chorób i dla mnie to jest istotne,  że się od nich uwolniłam.  Przykro mi jak  wiele osób niszczy swoje zdrowie na własne życzenie i jeszcze wmawiają sobie, że taki ich ciężki los – czyżby?  Słowa  Aleksandra  Loyd ” ŚLEPA WIARA ZABIJA” dotyczą nas wszystkich.  Irena

 

 

 

Niedobra Matka kochaną Matką?

Niedobra Matka kochaną Matką?

Terapia emocjonalna autorską metodą córki wydobyła z mojej podświadomości  głęboko ukryte  uczucia  przesiąknięte mocnym  bólem, z którym sama nie byłam w stanie sobie  poradzić.

Japonia aparat 127

                                      Zdjęcie z Japonii

 

Pracując  nad swoim wnętrzem  ” Miłość i żal Irenki ” napotkałam emocjonalną  ścianę  twardą jak beton nie do przebicia. Nie dawało mi to spokoju i po dwóch tygodniach postanowiłam z nią się zmierzyć i dowiedzieć się co za nią się znajduje? Czego ta twarda ściana broni?

Po bliższym przyjrzeniu się  emocjonalnej ścianie udało mi się zobaczyć  zablokowany wstyd z powodu kochanej Mamy.  Im bardziej nacierałam na twardą ścianę napotkaną w tej podróży w głąb siebie uaktywniał  się   tak duży  stres, że nie byłam w stanie sama sobie poradzić, tak samo jak wówczas  pięcioletnia Irenka.

Ciało stres odczuwało jako  ból który  utknął  we mnie  niczym drzazga  i najgorsze, że rósł w siłę wraz z upływającym czasem. Takie zachowanie ciała na stres  jest dowodem jak duże jest zablokowane cierpienie emocjonalne, tylko pytanie jakie?

Powszechna znana mądrość ludowa mówi,  że na ból emocjonalny upływający czas jest najlepszym lekarstwem.  Ta prawda nie dotyczy zablokowanych cierpień mocno ukrytych w ciemnych zakamarkach naszej podświadomości.

Wizualnie będąc pod ścianą, jak tylko próbowałam  siłą woli  przejść przez nią,   fizycznie  pojawiał się duszący kaszel  z  ostrym  bólem  w całej klatce piersiowej, oraz  wzdłuż okolic wątroby.

Ból  rósł w siłę tak  bardzo , że aż  mentalnie czułam    atak  raka na  wątrobę , śledzionę , nerki  i oskrzela. Rozsypałam się kompletnie i na pomoc wezwałam swoją córkę  słowami  – Agniesiu atakuje mnie rak wątroby.  Córka uspokoiła mnie mówiąc – spokojnie mamo!  Wychwyciłaś   stadium rozwoju raka  w okresie mentalnym i na razie jeszcze nie uaktywnił się w ciele. Mówiąc  mi damy radę, natychmiast przyjechała z odsieczą.

Córka już na początku sesji  od razu rozpoznała  w  stresie dominujące uczucie żalu. Ostatnio przepracowana praca nad żalem to był wierzchołek góry lodowej.

Podczas  terapii  ponownie przekonałam się o jej trafnym wyłapaniu zablokowanych emocji. Faktycznie   nie przyjmowałam  MIŁOŚCI   nawet od kochanych dzieci,  wszystko  się potwierdziło, teraz jestem tego pewniejsza niż Ona sama, a tak długo miałam opory.

„Żal” nieodłączny  towarzysz miłości zablokowany był tym samym przekonaniem co uczucie miłości.

W moim życiu objawiało się to tym, że zawsze żałowałam  innych, ale nigdy nie siebie!!!!

Wchodząc  w emocjonalny  mur  stało się jasne  dlaczego od wczesnego dzieciństwa miałam problemy z wątrobą. Powodem było nieustanne żałowanie  Mamy  za to, że ciężko pracuje , że ma słabe serce i często robi się jej słabo , a ja  nie mogę jej pomóc, bo  nic nie potrafię  dobrze zrobić.  Stałam się bardzo nerwowa, anemiczna  i żółta z nabytej  żółtaczki. Jak zachorowałam to jeszcze   bardziej żałowałam swoją kochaną Mamę , że ma taką  chorą córkę   coraz bardziej nieudolną  i  do niczego.  Wówczas władzę nade mną przejął lęk  przed odrzuceniem, a skutki tego okazały się dla mnie fatalne.

W miarę jak rosłam  utrwalałam przekonanie,  że wszystko co robię to  takie nic.   Wypełniałam swoje obowiązki jak potrafiłam najlepiej jako coś normalnego.  Już jako pięciolatka sama   opiekowałam się młodszym braciszkiem, a rok później opiekując się nim  pasłam  krowy.  Dorastając  sprzątałam dom i  matkowałam swojej siostrzyczce,  nie biorąc wolnego w niedzielę i święta. Mimo starań  moja praca była nic warta,  a ja coraz bardziej  czułam się niepotrzebna.   Mama ciągle  za nic mnie  nie chwaliła,  tylko krytykowała. Lęk przed odrzuceniem rósł w niebotyczną siłę, kierując mój wzrok  coraz bardziej do ziemi, prawie przestałam patrzeć przed siebie.

Stało się dla mnie jasne z punktu widzenia energetycznego,  dlaczego   w wieku  pięciu lat chorowałam na żółtaczkę , miałam anemię, byłam chuda , blada i jak mówiono o mnie chorowita. Takie  mówienie o mnie odbierałam jako pogardę o sobie , że jestem gorsza od tych tryskających  zdrowiem  silnych dzieci.

Nie przyjmowałam miłości, a do tego  nie żałując siebie tylko innych  moja ” czakra uczuć ” szybko  wysychała i wątroba z woreczkiem żółciowym  w wieku pięciu lat zaczęła chorować.

Mimo solidnie wypełnianych obowiązków jako mała Irenka  myślałam o sobie jako zła, niedobra nikomu niepotrzebna. Nawet jak poszłam do szkoły i byłam najlepszą uczennicą i tak uważałam siebie za gorszą od innych.

Moje piątki i czwórki   były gorsze od piątek  i  czwórek  moich koleżanek, bo piątka piątce nierówna kwitowała moje dobre oceny kochana Mama. W ten sposób chciała mnie motywować do lepszej nauki, nie zdając sobie sprawy, że na całe życie programowała mnie niskim  poczuciem własnej wartości.

W pewnym momencie podczas sesji uświadomiłam sobie, że nadal tkwi we mnie gdzieś głęboko nabyte  przekonanie  że;  jestem chuda, brzydka,  nikomu niepotrzebna, gorsza od innych, nic nie umiem, nic nie potrafię dobrze zrobić. Zauważyłam  tkwiący we mnie konflikt.  Przecież od  lat walczę z otyłością, a mimo tego tkwi we mnie przekonanie, że jestem chuda – wykrzyknęłam głośno,  przecież to nieprawda !!!!!!!!!! Mam dużą nadwagę!!!!! Mam z nadmiaru tłuszczu otłuszczoną wątrobę!!!!! Co za absurdalne mam  przekonanie!!!!!!!

Tym ponownym przeżyciom towarzyszył mi przeszywający ból pod lewą łopatką , czułam obolałą całą lewą stronę, ból w klatce piersiowej , duszący kaszel, ból w okolicy wątroby, odbijającą się gorycz , mdłości z tendencją wymiotną i oczywiście okropny ból głowy.

Podczas sesji chwilami myślałam, że nie przeżyję , ale na szczęście była przy mnie kochana córka, a jej  spokojny głos  uspakajał mnie ;  Już to przeżywałaś , jesteś w miejscu w którym juz byłaś i dałaś radę , to i teraz dasz radę nie bój się jestem przy Tobie , tym razem nie jesteś sama , ściskając moją rękę cicho dodawała – JESTEM Z TOBĄ . Łzy płynęły mi ciurkiem i mimo  ostrego  bólu czułam się przy niej bezpiecznie.

Po wyciągnięciu na światło dzienne blokady żalu,  poczucia winy i wstydu , zobaczyłam zdarzenie   zupełnie w innym świetle, tym samym  automatycznie zmieniały się moje uczucia i zobaczyłam jak  betonowa ściana rozsypuje  się w pył.   Przekonanie ” NIE ZASŁUGUJĘ NA MIŁOŚĆ”  – rozpłynęło się jak we mgle.

W  miejsce DESTRUKTYWNEGO  nabyłam nowe przekonanie – „ZASŁUGUJĘ NA MIŁOŚĆ”

Mocne bóle ustępowały,  a po paru dniach poczułam się jak  ” MŁODY  BÓG”.

Swojej  Mamie nie miałam nawet czego wybaczać, bo wychowywała  mnie tak, jak potrafiła najlepiej. Widziałam w jej  oczach miłość i  strach o mnie, który  rządził  jej  postępowaniem w moim wychowaniu.

Tak naprawdę świadomie zawsze wiedziałam, że mam kochaną mądrą Mamę całkowicie oddaną swoim dzieciom, to tylko podświadomość odbierała  inaczej.  Nasza podświadomość nie słucha naszej świadomości, dlatego nie miałam pojęcia jaką mam blokadę.

Cieszę się, że moja Mama  była taka jaka była   i nigdy w życiu  za żadną cenę nie zamieniłabym ją na inną. Kocham ją taką jaką była i taką jaka jest teraz.

Jestem  córce wdzięczna , że skutecznie zmotywowała mnie do pracy z żalem, bo tym sposobem znów uratowała mnie przed śmiertelną chorobą, ale tym razem   przed rakiem wątroby. Biorąc pod uwagę od lat wątroby otłuszczenie, usunięty woreczek żółciowy  i reakcję ciała przy odblokowywaniu stresu jest duże prawdopodobieństwo, że w niedługim czasie rak mógł się uaktywnić.

Gdybym nie uwolniła blokady żalu, wątroba pozbawiona swoich enzymów stałaby się łatwą pożywką dla raka. Po uaktywnieniu prawdopodobnie  rozprzestrzeniał by się po całym ciele   w kolejności jak  podczas terapii odczuwałam ból.

 Każda choroba zawsze najpierw  ukazuje się mentalnie nim objawi się  w naszym ciele fizycznym.

Prostując swoje przekonania nabyte przez złe spojrzenie na pewne zdarzenia, nie wiem, czy zmieniam nabyty swój program, ale wiem i widzę  jak  zmieniam w swojej podświadomości przekonania i jak  zmienia się  moje  obecne  zdrowie  i życie. Odczuwam  to tak jakbym ciągle przeżywała w swoim życiu nowych zaskakujących cudów.

Uczucie żalu jest bardzo wskazane i potrzebne  pod warunkiem, że zachowana jest równowaga . W sytuacji , gdy tylko daje się miłość i  żałuje  innych , nie zachowując nic dla siebie to w końcu choroba musi dać znać  o sobie , że coś nie tak jest z naszymi emocjami i z naszym  życiem w skrajnych przypadkach taką informację przekazuje nam rak.

Trzeba kochać siebie, by móc tą miłość przekazywać  innym. Nie można dać czegoś, czego sami nie mamy.  Żałowanie od serca to dobra miara dawania i brania miłości.   A czy Wy czasem żałujecie  siebie i innych?   Tylko proszę nie mylić z biadoleniem na swoje życie –  to jest bardzo destruktywne!          Irena

„Co nie jest uświadomione jest naszym  przeznaczeniem” – Jung

„Podświadomość nie umie myśleć logicznie” ; „Podświadomość  nie jest wstanie rozważać  żadnych za i przeciw” – Joseph Murphy

 

 

 

Miłość i żal małej Irenki

Miłość i  żal   Irenki

Podczas terapii emocjonalnej z miłością i  żalem odkryłam zaskakujące  mnie samą  destruktywne wspomnienie z dzieciństwa.

Z biegiem upływającego czasu wszystko się zmienia , tylko emocje od zarania dziejów człowieka są ciągle takie same.

urodziny 002 serce 2

Nie jesteśmy świadomi, że podejmujemy decyzje w dorosłym życiu bazując na przekonaniach zaprogramowanych we wczesnym dzieciństwie.

Pisząc o swoich przeżyciach z dzieciństwa ukrytych głęboko w podświadomości chcę pokazać  wszystkim  którzy  czytają bloga  jak małe dzieci  mocno przekłamują zdarzenia , które w konsekwencji mają  wpływ na nasze całe  życie.  Nie jesteśmy świadomi, że podejmujemy decyzje w dorosłym życiu bazując na przekonaniach  zaprogramowanych we wczesnym dzieciństwie.

Zapomniane zdarzenia

Podczas terapii emocjonalnej zobaczyłam siebie jak byłam małą drobną dziewczynką . Jestem z małym dwuletnim braciszkiem i z dala widzę swoją Mamę przy jakiejś pracy.  Staram się być   dobra dla małego braciszka którego bardzo kocham,  ale   przede wszystkim  chcę  zwrócić  na siebie  uwagę  swojej kochanej   Mamy  by  zasłużyć  sobie na jej pochwałę. Niestety mój malutki  braciszek  w tym czasie też czynił to samo  starając  się  dostać  na  ręce  Mamy  która coś przy kuchni robiła.  Ja zabawiam  go tak jak potrafię  by  nie przeszkadzał Mamie ,  więc  on darł się jak by go ze skóry obdzierano.  Zamiast pochwały Mama  krzyczy  na mnie –  co ty mu robisz!  Wzięła go na ręce i  przytuliła ciągle robiąc mi wymówki  i tłumacząc, że on jest malutki , a Ty jesteś  już  duża  masz skończone  cztery latka i musisz zrozumieć,  że nie wolno mu dokuczać.  Nie słuchała mojego tłumaczenia, że ja mu nie dokuczam i że nic mu nie robię. On po prostu krzyczy bo woli być na rękach u Mamy niż  bawić się ze mną.  Znów  przyniosła go do mnie okazując mi niezadowolenie, a on znów zaczął  się wydzierać i  mnie  ponownie oberwało się za jego krzyki.  Miałam cztery latka i  otrzymywałam burę , że  nie potrafię  bawić  się z małym  braciszkiem . Wykrzyczała mi, że jej ręce opadają na to jak jestem nieusłuchana i wyszła z domu.

W tym momencie urwało mi się wizualne wspomnienie z tego zdarzenia i zobaczyłam przed sobą gruby mur nie do pokonania.

W takich sytuacjach odpuszczam sobie przebijanie muru , zapisuję sobie w podręcznej kartce nie przerobione emocje z  przerwanego zdarzenia. Czasem po odkopaniu innego  zdarzenia napotkany mur pęka i łatwiej się jest przez niego przedostać.

Wyprzedzając fakty przyznaję, że tym razem nie poradziłam sobie  i poprosiłam o pomoc córkę , bo rozgrzebane nieoczyszczone emocje spowodowały nasilenie bólu w okolicach wątroby i  w  całej klatce piersiowej.

Póki co nadal kontynuowałam dalszą terapię sama z wyrzuconą na wierzch emocją – ” Jestem złą, niedobrą córką ”  bo tak naprawdę nie wiedziałam  dlaczego?

Ponownie zobaczyłam siebie w innym zapomnianym zdarzeniu  z dzieciństwa.

Widzę  siebie przestraszoną  jak mam około pięć lat i jestem  świadkiem   kłótni  Rodziców .  Oni wściekli krzyczeli  na siebie wzajemnie się oskarżając i ubliżając . Nigdy wcześniej ich w takim stanie nie widziałam, przestraszona chcąc nie chcąc raz winiłam Ojca, by za chwilę winić  Matkę , że między nimi nie ma porozumienia.

Chociaż skutecznie w przerwach swojej kłótni  obydwoje zgodnie tłumaczyli mnie , że ich kłótni  nie jestem niczemu winna , bo mocno płakałam,  to i tak wpędzali mnie w poczucie winy  ale z innego powodu o który nawet nie podejrzewali.

Wzajemne ich oskarżenia powodowały , że po cichu przyznawałam rację raz  Mamie, a raz  Ojcu , w zależności   czyje   oskarżenia  mnie w tym czasie  przekonywały  przysłuchującej się kłótni.

Jak przyznawałam rację Mamie siłą rzeczy w tym momencie źle zaczynałam myśleć o Ojcu jednocześnie winiąc siebie, że aż tak źle pomyślałam o kochanym Ojcu. Natomiast  jak trafiały do mnie   oskarżenia Ojca na Mamę  to źle myślałam o Mamie winiąc się za to  jeszcze okrutniej./jak wina to i kara/  Zaprogramowałam sobie przekonanie ” Jestem złą córką” ; Żal mi Mamę i Ojca , że mają taka córkę jak ja” ; „Jak mogłam nawet przez chwilę pomyśleć o Rodzicach źle, które tyle dla mnie robią dobrego”.

Taki wymuszony osąd nad Rodzicami powodował w małej Irence zamęt w głowie chowając  destruktywne emocje w głębokie zakamarki podświadomości.

Starałam się być dobrą córką,  bo  już chyba jako niemowlę mocno miałam  wpojone, że o Ojcu i Matce nie wolno  myśleć źle .

Więc siłą rzeczy ukrywałam   swoje wnioski wyciągnięte z kłótni  Rodziców  głęboko przykrywając   jeszcze większym  WSTYDEM.

Jednego dnia wpajano  mnie dziecku , że czcij Ojca swego i Matkę swoją ,  ale  następnego dnia podczas  ich kłótni   musiałam  wysłuchiwać  ich wzajemnych oskarżeń, a tym samym wmawiali mi   jak obydwoje są źli i niedobrzy. 

Do małej Irenki częściej trafiały pretensje Ojca wobec Matki  kiedy wykrzykiwał  , że powinna być w domu z dziećmi , a nie chodzić do pracy . Wiadomo jako  dziecko  wolałam tak jak Ojciec , by  Mama  nie chodziła do pracy  tylko była z nami w domu.

Z tego powodu coraz częściej podczas ich kłótni  po cichu tłumiąc swój płacz, z lękiem by się nie wydało    trzymałam  stronę Ojca, nie mówiąc o tym  nikomu.

W ten sposób nabyłam  przekonanie  , że jestem złą  i niedobrą córką , skoro pomyślałam źle o swojej kochanej Mamie, by nie przyznawać się  samej przed sobą natychmiast przykrywałam  wszystko wstydem głęboko w ciemnych zakamarkach.

W tym też okresie z śmiałej odważnej dziewczynki przeradzałam się w  bardzo nieśmiałe dziecko.

Moją nieśmiałość wyraźnie widać na poniższym pokazanym zdjęciu, jak miałam pięć lat.

img080W oznaczonym kółku to ja

Mając niespełna pięć lat  po takich  przemyśleniach wpadałam w panikę, że jestem złą wyrodną córką , skoro nie kocham swojej Mamy tak jak  powinnam.

Poddając się swojej intuicji zobaczyłam siebie już jako dorastającą małolatę,  która   coraz  bardziej   swoją kochaną Mamę  żałowała, że ma taką córkę jak ja. Winiłam się za to,  że przysparzam jej zmartwień z powodu życiowych swoich problemów , a które przed Rodzicami nie zdołałam ukryć.  Bardzo często chciałam aby mnie nie było, tylko nie wiedziałam jak to zrobić. Myślałam o tym, że lepiej byłoby  abym umarła , bo po co komu taka niedobra córka. Nic  jednak nie próbowałam sobie zrobić,  bo   przerażało mnie leżenie samej w ciemności w zimnym grobie, więc szybko takie myśli odpychałam.

Po terapeutyczne przemyślenia

Czasem zadaję  sobie pytanie po co odkopywać coś strasznego, niech sobie w tych ciemnych zakamarkach nadal cicho siedzi, przykryte wstydem, czy czymkolwiek, to już przeszłość i co mnie to obchodzi co było,  chciałoby się  w takich momentach rzec.

Niestety zakopany koszmar, czy  horror wcale cicho nie siedzi. Daje o sobie znać  poprzez podświadomość  stwarzając nam cyklicznie  inne  przykre życiowe zdarzenia lub  manifestując się  w ciele jako choroba  przez całe życie.

Prawda jest taka, że gdybym nie oczyszczała się  z destruktywnych  emocji to dawno by mnie już nie było , a wszystko przejęli  by moi spadkobiercy, czy tego by chcieli, czy nie.     Irena

A jednak można!

Na tej stronie chce się z wami podzielić skutkami działania terapii emocjonalnej – na innych.

wikiend 054

Mam nadzieję że to będzie motywacja dla wszystkich do pracy nad sobą. Jak wiecie korzystam z tej metody od 11 lat. To, że zaczęłam interesować się rozwojem osobistym i terapiami zawdzięczam mamie, w szczególności jej chorobie: rakowi i beznadziejności sytuacji w jakiej się w tedy znalazłam. Teraz z perspektywy  czasu widzę wszystko inaczej i jestem wdzięczna za naukę jaką otrzymałam przez bogate doświadczenia wynikające właśnie z choroby mamy.

Wiem, że terapia emocjonalna działa. Przekonałam się o tym nie raz i za każdym razem nie mogę wyjść z podziwu: że aż tak i że … jednak można! Wystarczy tylko chcieć. Tylko z tym bywa różnie.

Zwróciła się do mnie z prośbą o pomoc osoba której mama zachorowała na raka, sytuacja wydawało by się podobna do mojej.

Z chorymi jest tak, że sami nie chcą dać żadnego wysiłku od siebie by wyzdrowieć. Zazwyczaj to rodzina szuka ratunku pomocy. Chory jest przecież chory, musi odpoczywać tak jak lekarz zalecił i łyka pigułki by nikt mu nie zarzucił że się nie leczy.

Terapia emocjonalna działa: tylko że to każdy sam musi się wyleczyć pracując ze swoimi emocjami. Bo to one są kluczem do zdrowia i harmonii w naszym ciele. Choroba jest sygnałem alarmowym że organizm już sobie sam nie radzi. Często przykre emocje są tak dla nas przerażające, bolesne , że je wypieramy i wolimy o nich nie pamiętać. Jeszcze raz stanąć z nimi w oko w oko jest dla nas nie do przejścia. Wolimy umrzeć niż przeżyć powtórnie ból, wstyd itp. Tak było z mamą Pani Kasi. Na wszystkie propozycje odpowiadała jestem już zmęczona, dajcie mi spokój,  lekarz mi kazał odpoczywać. Nie zmusimy drugą osobę do czegoś czego nie chce.

Jedynie możemy się skupić na sobie i swoich emocjach. Spytałam się Pani Kasi co czuje w związku z zaistniałą sytuacją. Tak zaczęłam  z nią pracować. By mogła uporać się z zaistniałą sytuacją, mogła ją lepiej zrozumieć i potrafiła wybaczyć sobie i przede wszystkim swojej mamie to, że nie chce walczyć do końca. Jeśli nie możemy pomóc choremu bo on tego nie chce, pomóżmy sobie. Tylko my mamy wpływ na swoje emocje, przecież nikt inny nie wie co czujemy w danej chwili i nikt nie może sprawić byśmy coś poczuli. Uczucia należą do nas i są naszą własnością. To największy dar jaki posiadamy.

Pani Kasia podczas terapii wykonała bardzo dużo pracy w okiełznanie własnych emocji. Po wyczerpującej sesji w końcu wybaczyła sobie i mamie. Pogodziła się z decyzją mamy i zaakceptowała fakty takie jakie są. Zrzuciła z siebie żal i poczucie winy, wyszła z terapii lżejsza spokojniejsza i z wiarą że da sobie radę nawet jak mamy zabraknie. Wzbudziła w sobie wdzięczność za czas jaki miały ze sobą i jaki im pozostał.

Po kilku dniach zadzwoniła do mnie bardzo dziękując za terapie. Jej relacje z mamą się bardzo poprawiły, na nowo stały się dla siebie bardzo bliskie jak dawniej. Pani Kasia umówiła się ze mną na kolejną sesje. Jakie było moje zdziwienie gdy przyjechała z mamą. Jej mama powiedziała mi, że córka jest dla niej najważniejsza, miłość i wsparcie jakie od niej teraz czuje i otrzymuje jest warte tego by walczyć do końca. Nawet jak to przedłuży jej życie o kilka miesięcy to warto. Tak, zgodziła się na sesje.

Pomyślałam wtedy…..A jednak można!

Pozdrawiam

Agnieszka

Pożerane płuca nie bolą

kartka z pamiętnika – przemyślenia

20150908 SOFIA (46)instam - Bułgaria 012   instam - Bułgaria 075Wycieczka – Bułgaria – Istambuł  w której uczestniczyłam była dość  mecząca ,  ale zmęczenie zostało nagrodzone pięknymi obrazami i emocjami.

Poniżej publikowana kartka z pamiętnika uświadomiła mi, jakiego nie lada wyczynu dokonałam pokonując 5000 tys. km wycieczką autokarową Bułgaria – Istambuł , z której niedawno wróciłam . Bardzo ucieszył mnie fakt , że zwiedzając Istambuł w temperaturze 35 stopni niejednokrotnie podążając za pilotem pod górę nie miałam zadyszki charakterystycznej dla osób ze słabym układem oddechowym .

Kartka z pamiętnika

Dnia 23..05.2005r

Dzisiejszy dzień nieoczekiwanie okazał się dobrym dniem. Jest godz. 16 i ufam , że dalszego dnia nic nie zasmuci mojego dobrego samopoczucia . Mam z czego się cieszyć , bo na kontynuowanie budowy domku otrzymałam kredyt w 10 minut i to wcale nie mały. Z radością kalkuluję jakie potrzebne na budowę kupię materiały . Moja niezbyt wysoka emerytura jest całkowicie obłożona kredytem , ale prace przy budowie domku pomału posuwają się do przodu .

Jest godz. 19 , więc w dobrym humorze , aby dla relaksu spokojnie obejrzeć komedię w TV idę szybko wziąć sobie prysznic.

W łazience jak spojrzałam w lustro to mój dobry humor diabli wzięli. Zobaczyłam pod oczyma bardzo mi znane charakterystyczne obrzęki pod oczyma. Co prawda nie były aż tak wielkie jak przed diagnozą rak, ale na tyle duże, że posiały niepokój. Na obrzęknięte nogi nie zwracałam większej uwagi, ale teraz z obrzękami pod oczyma dają  jasny obraz, że coś nie tak dzieje się z moim organizmem.

Zamiast filmu zaczęłam przeglądać szczegółowo wynik badania tomografii komputerowej, wykonanej niedawno na umówioną wizytę z profesorem onkologii. Spokojnie dwa dni temu odebrany wynik odłożyłam do dokumentacji medycznej myśląc, że wynik jest dobry, a profesor onkolog tylko moją wiarę potwierdzi.

img161Mój wynik TK.

Po szczegółowym przeanalizowaniu wyniku TK ostatnie zdanie „…nie można określić stopnia regresji lub progresji „ stało się dla mnie oczywiste , że rak w płucach siedzi i pożera mnie żywcem. Nie ważne , czy ten guz się zmniejszył, czy zwiększył , on tam jest , a rak drobno-komórkowy rozwija się w bardzo szybkim tempie. Pożerane płuca nie bolą , ale czy się to zauważa czy nie , organizm to odczuwa i nie pozwala człowiekowi normalnie żyć i przeżyć odrobiny pozytywnych emocji.

W tym momencie ode chciało mi się oczekiwanej komedii w TV bo widmo śmierci i cierpienia zajrzało mi znów prosto w oczy. O swoim postrzeżeniu nikomu nic nie mówiąc zamiast filmu poszłam się modlić. Na zawołanie męża „ film się zaczął” wydobywając z siebie w miarę spokojny głos odpowiedziałam , że idę coś poczytać, bo ten film już widziałam .

Po modlitwach , przyszła mi refleksja , że chociaż już śmierci się nie biję, to myśl o umieraniu nadal mnie przeraża . Boję się rozliczenia swego życia, ale nie tego że coś źle zrobiłam, ale tego czego nie zrobiłam a mogłam zrobić i powinnam zrobić jak był temu czas, a nie odkładać na później. Tego później dla mnie już nie ma , ten mój czas się skończył i nic nie można już zrobić. Przy wypisie w szpitalu poinformowano mnie jasno, że wyczerpano u mnie wszystkie możliwości leczenia.

Nasunęła mi się następna refleksja . Życie jest tak proste , a przez to tak trudne . Wiele mogłam zrobić, wiele zobaczyć, ale zostawiłam to w swoich planach na później, że wiele jeszcze zrobię , zobaczę . Miałam wiele pięknych emocji do przeżycia, ale odkładałam na później usprawiedliwiając siebie , że coś tam, coś tam , a tak naprawdę odkładałam na później, bo bałam się. Był to lęk przed najmniejszym ryzykiem.

Przyszło mi  do głowy , że tak naprawdę to bojąc się ryzyka, dużo więcej ryzykowałam marnując swój cenny dany mi czas na usprawiedliwianie siebie i innych , oraz zamartwianie się przyszłością której jeszcze nie było i już nie będzie , bo raczysko w płucach już o to się postarało. I po co mi to było !? Przecież wystarczyło pomyśleć co lubię , dokonać wyboru i podjąć decyzję. Jest to tak proste, że aż już nie możliwe do zrealizowania bo umieram i to w szybkim tempie.

Zawsze robiłam to , co należało robić według ustalonych norm społecznych, które przyjęłam jako słuszne i dobre dla innych nie dbając o swoje dobro , bo tak trzeba było , bo tak byłam nauczona. Nabyłam przekonania, że tylko egoiści myślą o sobie , nie byłam świadoma , że takie przekonania były wygodne , bo nie musiałam ryzykować w dokonywaniu trudnych wyborów, podejmować decyzji.

Dbałam o to aby móc powiedzieć – „to nie moja wina ” . Często innych obarczałam winą , ale najczęściej usprawiedliwiałam siebie mówiąc , że „taka jest karma” lub że „takie jest życie”

Ci inni których obarczałam winą , skąd mogli wiedzieć co ja lubię i co sprawiło by mi przyjemność. Przecież ja nawet dla wszechświata po cichutku bałam się powiedzieć o swoich pragnieniach , które by mi przyniosły radość, bo uważałam , że  nie zasługuję.

Trochę późno, ale dopiero teraz podczas modlitw w obliczu śmierci uświadamiam sobie , że Pan Bóg dał nam wolną wolę i nic na siłę nie będzie nam wciskał, jeśli my o to nie poprosimy. Staje się dla mnie oczywiste , że również i odwrotnie Pan Bóg nas kocha i nikomu nie daje cierpienia . To my sami swoimi destruktywnymi przekonaniami nabytymi , lub odziedziczonymi po przodkach ściągamy na siebie zło tego świata.

Szkoda, że mnie już nie będzie dane , bo nie mam potrzebnego czasu , by dokonywać w swoim życiu wiele zmian. Aby dokonywać wiele zmian musiałabym od początku nauczyć się dokonywać wyborów licząc się z tym, że będą nie zawsze doskonałe i dopuszczać opcję popełnienia błędu.

Dotarło do mnie, że jak by jakimś cudem dane by było mi jeszcze trochę pożyć, to musiałabym w swoim życiu dokonywać wiele zmian sama , dokonywać wyborów nie mając pewności, czy nie popełniam błędów. Na takie nowe życie obudził się we mnie sprzeciw ;

Nie!!!!!! Tego dla mnie za dużo, jestem już na to za stara mam już 57 lat! To czas na odpoczynek, a nie uczenia się życia od nowa według nowych zasad.!!!!!!!!!

Odruchowo znów zaczynam  się modlić do Matki Boskiej Licheńskiej o szybką śmierć bez cierpienia. Tłumacząc podczas   modlitwy nie wiem komu, sobie czy Bogu, że nie dam rady , że już za późno zaczynać życie od nowa jak niemowlę. Niemowlęta mają opiekunów, a ja nie mogę obarczać swoich bliskich opieką i na stres z powodu dokonywania ewentualnie złych wyborów. Wszyscy znają mnie taką jaką jestem , a jak się zmienię , uznają mnie za dziwaczkę i ode mnie się odsuną , a ja tego nie chcę najbardziej na świecie!!!!!!

Na tym etapie nie byłam jeszcze świadoma, że praktykując terapie ; Radykalne Wybaczanie , Kod Uzdrawiania , medytacje , pomału wszystko mi się poukłada, a życie nabierze innych barw. Nie wiedziałam , że jeśli ja nie zacznę dokonywać wyborów według swoich upodobań, to ktoś lub życie podejmie za mnie nie bacząc, że są one dla mnie złe , często wpędzając mnie w tak zwany „kozi róg” , a ja chcąc, czy nie znów stanę się ofiarą losu. Nikt poza mną nie może wiedzieć co jest dla mnie dobre , więc nikt ani nic nie może za mnie dokonać dobrych wyborów.

Przypomniałam sobie jakże często kierując się lękiem o swoje dzieci , by uniknęły moich błędów, chciałam wyperswadować im ich własne wybory. Rady swoim dzieciom należy dawać, ale jednocześnie nie zapominać , że mają prawo do własnych wyborów i własnych błędów. Tego też muszę się uczyć . To takie trudne widzieć , że dziecko popełnia życiowy błąd i być bezsilnym , chyba czasem się przeceniałam myśląc, że wiem co dla moich dzieci jest dobre, a co jest złe. Tego tak naprawdę nie wie nikt .     Irena

Drugie życie to szczęście, czy fart ?

wiosna 005

Mnie udało się wyjść z zaawansowanego raka płuc,  dlaczego z takim samym typem raka tak wielu umiera?  Opuściło ich szczęście?

Po zapoznaniu się z moją historią choroby,   wiele osób stwierdza,  że otrzymałam drugie życie.

„Fart nie trwa długo, ponieważ nie zależy od nas.

Szczęście tworzymy sami,  dlatego trwa wiecznie”.   Autorzy   – Alex R. Celma ; Fernando Trias De Bes

Tak naprawdę to mnie  z przed diagnozy już nie ma, ja dawna  całkowicie odeszłam i nie wiele z tej Ireny dawnej dziś zostało,  niby jestem tą samą, ale całkowicie już inna, ale dzięki temu żyję.

Nie do wiary, że mój układ oddechowy jeszcze pracuje po tym co rak zrobił swoje,  a resztę dokonała chemia i radioterapia .

Po leczeniu z wypisu szpitalnego  dowiedziałam się,  że został mi guz 1cm x 3 cm. Poszłam do Pani doktor prowadzącej z reklamacją, że się pomyliła , że po piątym cyklu chemii guz był mniejszy i nie mógł teraz po szóstej chemii urosnąć,  chyba, że dano mi faktycznie placebo,  jak po szpitalu głosi fama. Na moją interwencję poprawiono wpis na wypisie szpitalnym  na 3 mm x 0,5 cm, niczego nie wyjaśniając. Później   z perspektywy czasu uznałam, że guz na koniec leczenia się powiększył,  stąd było dziwne zachowanie Pani doktor i poprawiono mi jak chciałam dla  mojego spokoju.  Nie oddano mi szpitalnych RTG zdjęć,  a po wielu interwencjach oświadczono,  że zaginęły.

Tak, czy tak zakończono moje leczenie raka płuc z pozostawionym guzem.

Długość życia naukowcy ustalają na podstawie pojemności płuc.  Nie tylko moje chore prawe płuco było całkowicie zdewastowane, ale również  podczas radioterapii ucierpiało  płuco lewe oraz oskrzela . Nie trzeba być lekarzem, by wiedzieć,  że jeśli płuca źle dotlenią inne ważne organy to oczywiste,  że wszystko szybko zacznie źle funkcjonować.

Z tego tytułu  nie powinnam być już tak zdrowa jak przed zachorowaniem na raka. Lekarze i profesor onkolog powiedzieli mi,  ze u mnie rak się uaktywnił sześć miesięcy przed diagnozą.

Wcześniej przed rakiem,  nie należałam do osób tryskających zdrowiem.  Byłam ciągle pod opieką lekarzy różnych specjalności z powodu zdiagnozowanych wielu chorób.

Do najbardziej dokuczliwych chorób nieuleczalnych z którymi walczyłam była ;   – niedoczynność tarczycy z ostrym zapaleniem, z licznymi guzkami /choroba Hashimoto/

– duża dyskopatia kręgosłupa ze skrzywieniem / dla złagodzenia bólu   brałam leki i terapie/

– otłuszczona wątroba po operacji woreczka żółciowego;

– migrena

– przepuklina

– alergie /codziennie brałam leki przeciw alergii/

– astma oskrzelowa /na codziennych lekach i inhalatorach/

– niedotlenienie serca , chore stawy i nerki.

Wymieniłam tylko te choroby które kiedyś były zdiagnozowane , leczyłam się i mam na nie dokumentację medyczną .

Nie do wiary, ale wymienione choroby już mnie nie dotyczą i na razie nie wymagają leczenia. Biorę tylko małą dawkę „letrox „ na niedoczynność tarczycy,  ale guzki zniknęły.

Z tego powodu też jestem inną osobą, jaką byłam przed diagnozą rak. Poza tym nie zajmuję innym kolejek w gabinetach lekarzy różnych specjalności.

Nastąpiła we mnie tak duża pozytywna  zmiana pod wieloma względami,  że trudno nawet mnie uwierzyć,  że ja to jestem ja z przed 11 – laty.

Jeszcze czasem wspomnę dawną siebie z małym sentymentem,  ale szybko wracam do obecności,  jak przypomnę sobie jak cierpiałam z powodu wielu chorób i jak meczące były wizyty u lekarzy .

Nie do wiary, ale zakładając,  że jakaś wróżka chciałaby mnie przenieść w czasie o 20 lat,  to ja błagałabym ją aby tego nie czyniła. Oczywiście chciałabym wyglądać młodziej o 20 lat ale nie cofając się w czasie. Nie miałabym już sił przeżywać tyle bólu i cierpień ponownie.

Jak odkrywałam,  jakie przekonania i lęki kryją się za daną chorobą uwalniałam się od dolegliwości,  tym samym zmieniając siebie i swoje życie,  chociaż nie było to moim celem.

Jak widać  niżej na  dołączonych zdjęciach,  niecałe dwa lata przed diagnozą ze swojego życia byłam zadowolona,  czyli ja 12 lat temu, 2002 – 2004 r.

 

 img154

 

Przed rakiem ze swojego życia byłam zadowolona i nie widziałam powodu dlaczego miałabym siebie zmieniać i swoje życie. Owszem miałam pragnienia   ale na zasadzie, aby one dołączyły dodatkowo do mojego życia i do mnie jaka byłam.  Nie zdawałam sobie sprawy, że w ten sposób tworzyłam wewnętrzne konflikty,  a tym samym choroby .

„Nasz organizm, podobnie jak całe nasze życie, odzwierciedla ukryte myśli i przekonania” – Autor Luiza Hay

Do zmiany siebie i swojego życia zmusił mnie rak,  a ja tylko tym zmianom się poddałam w obliczu kończącego się mojego życia.

Wcześniej nigdy bym nie pomyślała, że na stare lata będę tak diametralnie zmieniała siebie i swoje przekonania. Wówczas mnie moje przekonania odpowiadały i broniłam ich z całych sił jako swoje dziedzictwo i swoją tożsamość.

Uczono mnie, że im człowiek starszy to tym trudniej zmienić jemu swoje nawyki, przyzwyczajenia, a o zmianie przekonań nie ma mowy,  bo są już tak przez lata utwardzone, skamieniałe,  że nie do ruszenia.

Moje przekonania na miarę moich lat były dość mocno twarde i żadna siła nie zmusiłaby mnie do ich zmian,  które nikomu nie czyniły zła i nikomu nie przeszkadzały. Wówczas mnie nie przeszkadzały,  nawet mało narzekałam uznając, że taka moja karma.

Niestety rak poinformował mnie, że na tych misternie , z trudem , ale z dumą budowanych przekonaniach moja ścieżka życia się kończy.

W obliczu śmierci zrozumiałam, że jeśli dotychczasowe moje nawyki , przekonania są  dla mnie aż tak cenne to muszę oddać za nie życie. Nie wiedziałam i jak bym umarła nigdy bym się nie dowiedziała,  że budowane były na złym spojrzeniu na życie po większej części w okresie wczesnego dzieciństwa.

Bardzo chciałam się dowiedzieć dlaczego muszę cierpieć ? Dlaczego rak mnie żywcem pożera i to tak nagle i w szybkim tempie? Przecież tak bardzo się starałam dbać o swoje zdrowie. Dlaczego!!!!!!!

Zgodnie z zasadą,  że nie ma złych pytań, tylko są złe odpowiedzi w pierwszych dniach po diagnozie to dręczyło mnie pytanie dlaczego? Zadawałam sobie nieustannie, aż za którymś razem coś wewnętrznego powiedziało mi, że najpierw dowiedz się Irena KIM JESTEŚ ???? !!!!!!!!

Od zadania sobie pytania  kim jestem? Zaczęła się na dobre moja walka najpierw z rakiem, a później sama z sobą i to ostra!  Na śmierć i życie,  ale małymi etapami i kroczkami.

 

  1. – w pierwszym etapie poddałam się śmierci, pogodziłam się ze śmiercią, ale nie zrezygnowałam z walki z rakiem. Póki żyję postanowiłam walczyć z nim do ostatnich sił różnymi sposobami , postanowiłam atakować go „ z lądu, morza i powietrza” .

To oznaczało, że podjęłam walkę metodą akademicką i niekonwencjonalną i wszystkimi sposobami na ile wystarczy sił.

Na tym etapie jednak priorytetem moim było w miarę możliwości przygotować się do śmierci.

  1. pierwszy mój krok – Zadając sobie pytanie kim jestem? Ze wstydem przyznałam się przed sobą, że może nie odwróciłam się, ale oddaliłam od kościoła i Boga więc kim ja teraz jestem?
  2. drugi krok – Z pokorą zwróciłam się do Matki Boskiej Licheńskiej z prośbą o wybaczenie mi, że oddaliłam się od BOGA . Modliłam się nie o zdrowie, tylko o wybaczenie i gorąco od serca prosiłam aby Anioł był przy mnie jak będę po tej drugiej stronie i nie pozwolił „demonowi” / dla mnie rak był demonem/ zawładnąć moją duszą. Było mi wstyd, że dopiero teraz jak umieram to zwracam się o wstawiennictwo do Boga. „Jak trwoga to do Boga” Tak modliłam się codziennie i długo ile starczało mi sił, aż pewnego dnia poczułam, że modlitwy zostały wysłuchane. /wpis na blogu „Modlitwy wysłuchane”/

To było niesamowite jak poczułam, że mimo wszystko mnie takiego niedowiarka Matka Boska też kocha. Po tym odkryciu łzy szczęścia lały mi się strumieniem, ilekroć sobie o tym przypomniałam.

  1. – W drugim etapie zadawałam sobie pytanie dlaczego tak panicznie boję się śmierci ? Dlaczego oddaliłam się od kościoła?

Zastanawiałam się, czy dzieciństwo spędzone na plebanii miało na to jakiś wpływ. Co takiego zrobiłam? Co przeszkadzało mi chodzenie do kościoła.

a/ trzeci krok – Żałowałam, że nie byłam lepszym człowiekiem niż byłam , ale tak naprawdę nie mogłam sobie przypomnieć , abym coś aż tak bardzo złego w życiu zrobiła aby aż tak bać się śmierci.

Na tym etapie jeszcze mylnie uważałam,  że sobie to krzywdę mogłam robić, ważne aby innym nic złego nie czynić.

Efekty takiego myślenia widać na  niżej załączonych zdjęciach     –  to ja  dwa tygodnie po ostatniej chemii i rok po radioterapii , czyli 10 lat temu , 2004 – 2005 r.

 img158

 Poniżej na zdjęciu ja już bardziej zgodna sama z sobą obecnie tu i teraz, zupełnie inna   jak z przed 10 lat.

wakacje z babcią 059 u Basi w ogrodzie 012 u Basi w ogrodzie 014

Jeśli po drodze gdzieś zgubiło się radość i szczęście to co drugiemu człowiekowi można dać jak zostały tylko lęki i cierpienie?

Następne etapy i kroki na swojej ścieżce do zdrowia niebawem na blogu opublikuję .

Irena

 

Mam raka!!! co robić???

 

Wspomnienie   po diagnozie raka

W związku z wieloma takimi i podobnymi pytaniami zwracających się do mnie osób dotkniętych chorobą nowotworową sięgnęłam do swoich zapisanych kartek pamiętnika z okresu swojej choroby raka płuc.

Moja diagnoza miała miejsce 11 lat temu i już od dawna żyję innym życiem. Swoje życie dzielę na przed rakiem i po raku. Ja zmieniłam się i moje życie po raku. Chorobę nowotworową wspominam jako dramatyczną przygodę, która obróciła się na moje dobro.

Teraz z perspektywy czasu dla mnie rak płuc to nic groźnego. Na pewno miałabym problem z innym typem raka gdyby u mnie zagościł .  Nie znałabym przyczyny , ani jak będzie przebiegało leczenie. Wiem na pewno, że wszelkimi sposobami starałabym się przyczynę odnaleźć. Być może byłabym bezsilna, jeśli lekarze byliby tak bezsilni jak przy moim raku płuc, ale z pewnością zweryfikowałabym obecny styl życia, i zmieniłabym radykalnie na inny.

 Ślimak 081

 

Gdzieś czytałam , że przy śmiertelnej chorobie dobrze jest zmienić tryb życia przeciw stawnie do obecnego. Jeśli na przykład ktoś dużo pracował powinien dużo wypoczywać i pozwalać sobie na leniuchowanie. Jeśli ktoś mało pracował dużo bezczynnie marnował czasu, to powinien poszukać sobie zajęcia które wymaga dużo pracy . Jeśli ktoś był domatorem i w ogóle się nie bawił , powinien zacząć chodzić na balety, tańce i szukać towarzystwa którzy lubią się bawić itp. Analizując swoje życie przed rakiem i po raku, to myślę, że w tym jest coś na rzeczy.

Przed rakiem wydawało mi się, że prowadzę zdrowy tryb życia , poza tym kontrolowałam swoje zdrowie systematycznymi lekarskimi badaniami , a mimo to jak zdiagnozowano u mnie raka, to był już bardzo zaawansowany i były przerzuty. Najbardziej zaskoczyło mnie to , że RTG płuc miesiąc przed diagnozą żadnych zmian w płucach nie stwierdził. Poza tym stosowałam dietę wątrobową, wybierałam oczka z rosołu , unikałam smażonych potraw, stroniłam od zabaw i towarzystwa rozrywkowego.

Bruce Lipton pisze w książce Biologii Przekonań , że wszystkie komórki w naszym ciele zachowują się jak ludzie. Przyzwyczajają się do swojego środowiska w którym się rozmnażają , dlatego w trakcie choroby warto zmienić swój styl życia na bardziej niekorzystny dla np. komórki rakowej.

Po usłyszeniu diagnozy najpierw było u mnie niedowierzanie, a  później bezsilność,  bo skoro lekarze i naukowcy bezradnie rozkładali ręce, to co ja prosta kobieta mogłam w takiej sytuacji zrobić.

Tak się złożyło, że ja jakoś instynktownie faktycznie zaczęłam prowadzić inny tryb życia, nie zastanawiając się dlaczego i po co .

Wiedząc, że umieram i zostało mi mało czasu to; po pierwsze zaczęłam się modlić i to tak od serca i chodzić do kościoła; po drugie zmieniłam swoją dietę beztłuszczową na bardziej tłustą, bo usłyszałam , że płuca lubią tłuszcz , ale bez przesady do diety tłuszcz dodawałam z umiarem ; po trzecie zaraz po chemii pojechałam po raz pierwszy na 3 tygodniowe wczasy sanatoryjne na których bawiłam się i szalałam do białego rana bo uważałam , że skoro umieram to już nic nie mam do stracenia; po czwarte terapie jak : RADYKALNE WYBACZANIE, KOD UZDRAWIANIA , EFT i inne pomału zaczęły zmieniać mnie i moje życie i chyba na dobre, bo pozbyłam się raka płuc i to bez wznowy

Kartka z pamiętnika

Pamiętnego dnia 22.10.2004 r.   po pół rocznym lataniu od jednego lekarza do drugiego różnych specjalności nareszcie zdiagnozowano mi moje dolegliwości . Nie podejrzewałam jednak nawet w najgorszych snach, że ta diagnoza będzie dla mnie wyrokiem śmierci i to w krótkim czasie. Bez chemii dawano mi trzy tygodnie życia, a z chemią sześć miesięcy ewentualnie 10 miesięcy, jeśli dobrze zniosę leczenie. / dokumenty medyczne są w zakładce leczenie /

Tak czy siak dotarło do mnie, że umieram i to w krótkim czasie.

Nigdy nie myślałam o śmierci , wiedziałam że to innych spotyka , nawet moich bliskich , ale ja tu i teraz umieram , co to jest ta śmierć !!!!!, co to znaczy , że mam raka , to niemożliwe, to mnie nie mogło spotkać!!!!!!

Pierwsze co zrobiłam, to zadałam sobie pytanie ? czy jest coś straszniejszego od raka ? Odpowiedź przyszła sama –tak – to mój okropny lęk przed śmiercią. Wówczas przed okropnym rakiem uciekłabym wszędzie nawet na drugą nieznaną stronę, gdyby nie ten towarzyszący mi paniczny strach co mnie spotka po śmierci, po tej drugiej stronie?

Jeszcze snułam nadzieję, że może to pomyłka? Jeszcze liczyłam, że zaraz po chemii poszukam dobrego onkologa, który podważy innymi badaniami te badania potwierdzające raka płuc. Mocno wierzyłam, że na pewno jest jakiś lek na świecie na ten typ raka, tylko że do mnie do małego żuczka taka wiadomość nie została przekazana.

Niestety szybko inni onkolodzy po innych badaniach potwierdzali znaną mi diagnozę ; ma Pani drobnokomórkowego raka płuc z przerzutami i nie ma skutecznego leku na całym świecie na ten typ raka. Są jedynie leki, które zmniejszają raka agresję przedłużając życie, w zależności od stopnia remisji i jak organizm zniesie leczenie.

Niektórzy lekarze pocieszali mnie mówiąc – zdarzają się przypadki, że  z Pani diagnozą żyją nawet trzy lata. W takich sytuacjach włączało mi się myślenie , że dotyczy to szczęściarzy, a mnie przez całe życie szczęście omijało szerokim łukiem, więc zostawałam z rokowaniem, że zostało mi 6- 8 miesięcy życia.

Zewsząd skąd było możliwe szukałam wiarygodnych informacji na temat mojego typu raka, bardzo chciałam wiedzieć z czym mam do czynienia.

I się dowiedziałam , że mam DRP w zawansowanym stadium , bo w moim płucu prawym guz 4cm x 8 cm z przerzutem do węzłów chłonnych zaliczany był przez wszystkich lekarzy i profesorów onkologów , że jest w zaawansowanym   stadium i to dużym i nie ma na niego skutecznego lekarstwa.

Po takiej wiedzy wyciągnęłam wniosek, że mam raka płuc bardzo inteligentnego , przebiegłego, skoro lekarze i naukowcy z całego świata nie mogą sobie z nim poradzić. Zadałam sobie pytanie dlaczego mój rak tak mądry i przebiegły , tak szybko chce mnie swojego żywiciela uśmiercić? Przecież musi wiedzieć, skoro jest mądrzejszy od naszych naukowców, że on również zginie wraz ze mną.

W tych moich rozmyślaniach nasunął mi się wniosek, że skoro jest tak przebiegły, to może we mnie siedzi „demon” który po mojej śmierci po tej drugiej stronie też mną zawładnie.

Po takich rozważaniach z całą desperacją podjęłam walkę z nim na śmierć i życie. Nie zależało mi już tak na życiu, tylko na tym aby siedzącego we mnie „demona” zniszczyć by zginął razem ze mną, jeśli ja przez niego muszę umrzeć to on też zginie , by nie mógł mną po mojej śmierci zawładnąć.

Moja koleżanka „niedoli’’ z takim samym rakiem płuc przyznała mi się w tajemnicy że też się boi , że jej rak po śmierci porwie ją do jakiejś otchłani. Związku z tym zaraz po chemii wybiera się do księdza który uwalnia ludzi z opętań i demonów i podała mi zapisany na kartce adres. Ja do tego księdza nie miałam zamiaru jechać , intuicyjnie coś mnie od tego pomysłu wzbraniało i nie pojechałam. Nie mniej poczułam się lepiej, że nie tylko ja boję się raka demona że mną po śmierci zawładnie.

Leżąc pod kroplówką na szpitalnym łóżku wiele myślałam o śmierci i swoim życiu, zaskoczyłam że przecież ja nic takiego w życiu nie zrobiłam, aby teraz aż tak bać się życia po życiu. Starałam się żyć uczciwie , starałam się świadomie nikomu krzywdy nie czynić . Uświadomiłam sobie, że moim największym grzechem było nie chodzenie do kościoła, a jeśli już, to tylko od czasu do czasu od wielkiego święta.

Teraz w obliczu śmierci żałowałam, że aż tak bardzo odeszłam od kościoła, a tym samym od BOGA.

Zaraz po pierwszej chemii modląc się i przy pomocy Arkusza Radykalnego Wybaczania prosiłam o wybaczanie i wybaczałam. Czyniłam tak nie licząc na żaden cud ani wyzdrowienie . Aż pewnego dnia przestałam się bać śmierci i zaraz po tym poczułam jak rak z głośnym jęczeniem, którego odgłosu nigdy nie zapomnę , oderwał się ode mnie z hukiem jak poparzony i uciekł daleko ode mnie, gdzieś w przestrzeń kosmiczną. Nie trudno było mi zrozumieć, że rak boi się miłości. / Więcej w tym temacie pisałam – „Modlitwy wysłuchane” /

Tego dnia poczułam , że jestem wolna od raka płuc . Moja radość trwała do momentu dopóki sobie nie uświadomiłam, że poszły przerzuty i rak może się ujawnić w jakichś innych organach. W ten sposób stworzyłam sobie potężny lęk przed wznową. Przy każdych okresowych kontrolach lekarskich ostrzegano mnie przed wznową, mówiono mi , że wznowa nastąpi na pewno, tylko nie wiadomo w jakiej części ciała . Już i tak mając lęk przed wznową utwierdzali mnie w przekonaniu, że wznowa nastąpi i muszę być czujna. Zawsze z  nadzieją wpatrywałam się w usta lekarzy , że wszystko jest w porządku, a oni nie wiem po co pogłębiali mój lęk , skoro medycyna w razie wznowy nie miała mi już nic do zaproponowania w walce z rakiem.

Walka z lękiem przed wznową była trudna , długa i mozolna ale w końcu jak ten lęk pokonałam to uwierzyłam, że jestem wolna od raka płuc .

Tak naprawdę moja walka z rakiem to była walka z samym sobą , a konkretnie to ze swoimi lękami. Jak okazało się była bardzo skuteczna skoro żyję już 11 lat od diagnozy i to bez wznowy.

Irena

 

Bolesne odrzucenie

 

„Odrzucenie przez innych to jedna z najbardziej bolesnych rzeczy, jakich można doświadczyć „ – autor Aleksander Loyd.

Lęk przed odrzuceniem podczas terapii / Ukryty szpitalny horror/  gdzieś się ulotnił, jak  okazało się, że wynikał  całkowicie  z  fałszywego przekonania, szkoda że przez 61 lat szłam z nim przez życie niczym uwierająca kłoda, ale lepiej późno niż wcale. Ufff!!!!!! – jaka ulga .

wikiend 054

 

Podczas poparzenia i leczenia  przeżyty ból    fizyczny został zapomniany, ale nabyty lęk przed odrzuceniem bardzo mi komplikował  życie.

Po uwolnieniu się  tego lęku  w moim ciele i życiu zaszło wiele pozytywnych zmian.  Całkowicie ustąpiło kłucie pod lewą łopatką powodowane według lekarzy niedotlenieniem serca. Poza tym z mężem  i bliskimi  okazujemy sobie dużo  więcej ciepła i miłości .

Niedawne   badania pulsoksymetrem HSR  potwierdziło , że moje serce pracuje w normie.

img134

I pomyśleć, że wiele cierpienia mała Irenka by uniknęła, gdyby  wiele spraw wyjaśnili  jej  opiekunowie  i Rodzice.

Kocham swoich Rodziców i mam szacunek do swoich wychowawców i opiekunów  i do nikogo nie mam żalu,  takie były metody wychowawcze w dobrej wierze.

Byłam wychowywana w czasach gdzie dzieciom za wiele nie wyjaśniano. Nawet jeśli cos próbowano wyjaśnić, to w atmosferze napięcia, pretensji co jeszcze urazy  pogłębiało. Takie podejście budziło w dzieciach niezgodę , gniew , które przeradzało się w strach przed karą  , smutek i  bezsilność .

Przy strachu przed odrzuceniem jak  u wielu  dzieci przy podobnej traumie  w  małej Irence narodziło się duże  poczucie  winy , co przerodziło się w poczucie niskiej wartości i poczucie , że ja Irenka  jestem gorsza od innych.

„Kiedy zrozumiemy, że główny system kontrolujący ciało w największym stopniu ulega uszkodzeniu pod wpływem odrzucenia , uświadomi to nam , jak ważne jest odrzucenie. „ Autor Alexander Loyd

Wchodząc emocjami w swoje dzieciństwo zrozumiałam jak dziecko za dorosłych łatwo  przyjmuje na siebie  winę . Natomiast    regularne zakazy bez wyjaśnienia  w dzieciństwie zapisują się w nas , a w dorosłym życiu obwiniamy się za to  i  sami sobie zabraniamy tego co kiedyś było nam zakazywane. Przyjmujemy za własne narzucone kiedyś zewnętrzne postawy, normy, poglądy i wartości.

„Nasze pozytywne i negatywne przekonania nie tylko wpływają na nasze zdrowie, ale także na każdy inny aspekt naszego życia. Henry Ford miał rację mówiąc o efektywności linii montażowych i miał rację, kiedy mówił o sile umysłu: „ Jeśli wierzysz, że możesz , lub wierzysz , że nie możesz…to masz rację.”  Pomyśl o osobach , które chodzą po węglach , nie parząc sobie stóp.” Autor – Bruce Lipton

„Twoje przekonania działają jak filtry w aparacie fotograficznym, zmieniając twoje spojrzenie na świat. A twoja biologia adaptuje się do twoich przekonań. Kidy już naprawdę przekonamy się , że nasza wiara jest tak potężna , trzymamy w ręku klucz do wolności. „ Autor – Bruce Lipton

Dzieci myślą bardzo prosto i łatwo i szybko wyciągają wnioski, które później dla dorosłych są absurdalne, ale zgodnie z  nimi funkcjonujemy nie zdając sobie z tego sprawy. Dlatego jest tak bardzo ważne, by z dziećmi dużo rozmawiać i wiele wyjaśniać , aby z zakazów, różnych zdarzeń wyciągały właściwe wnioski, a tym samym nie programowały się w fałszywe przekonania. Na szczęście dzisiaj wiele rodziców   i opiekunów   dzieci ma już świadomość jak ważne w wychowaniu jest wyjaśnianie, rozmowa,  zamiast  zbędnego zastraszania .

Ciężko  mi było przejść  przez  terapię „Ukryty szpitalny horror” , kosztowało mnie dużo trudu , wysiłku i odwagi by poczuć  ból jeszcze raz,  ale zrobiłam to i  naprawdę warto było, by  teraz odczuć  tak wielka ulgę.   Irena

I

 

 

Ukryty szpitalny horror

kwiaty w moim ogrodzie  I 005

Przystępując do terapii na przepracowanie emocji z wypadku w którym zostałam poparzona będąc dzieckiem  nie podejrzewałam, że  przeżyłam aż taki horror. Nie wiem, czy jak bym cokolwiek pamiętała miałabym odwagę przeżyć to jeszcze raz.

Moja stosowana  terapia jest skuteczna, ale  polega na tym, że aby uwolnić się od niechcianych emocji trzeba odnaleźć źródło  mimo , że w TRW C.C.Tippinga nie ma potrzeby szukania źródła przekonań.

Ja bardzo poważam  TRW , jednak  stosuję terapię łączoną  która dla mnie okazała się bardziej skuteczna.  W praktyce oznacza , że trzeba  znaleźć źródło przekonań i  poczuć  przeżyte  emocje  ponownie, co prawda  tylko na parę chwil,  które w wielu  sytuacjach wydają się wiecznością.

Najwięcej  blokowanych emocji  i destruktywnych przekonań  źródło znajduje się  w okresie dzieciństwa. W związku z tym chcąc uwolnić się z emocjonalnych blokad przerabiam swoje dzieciństwo, czyli uczuciowo przeżywam to jeszcze raz , najczęściej już z innym  spojrzeniem na przerabiane zdarzenie.

Do terapii na pobyt w szpitalu po wypadku poparzenia wrzątkiem w wieku 6 – 7 lat  przymierzałam się od paru tygodni. W międzyczasie odblokowywałam emocje z innych blokad, ale  leczenie poparzenia  odwlekałam, albo zawsze coś mi stawało na przeszkodzie, aż w końcu zebrałam siły i podjęłam się terapii na to odpychane zdarzenie.   Czułam, że kryje się w tym duża emocja, skoro ego aż tak się broni.   Nie podejrzewałam, że w tym zdarzeniu mam  ukryty  przeżyty  horror .

Świadomość moja zapamiętała z tamtych ciężkich chwil poparzenie  z mojej wyłącznej  winy .

Pamiętałam ,  że  byłam leczona w szpitalu  przez wspaniałego chirurga wysokiej klasy. Lekarz ten cieszył się  w okolicy sławą  jako lekarz i jako niesamowity chirurg .  Przez wielu uważany był za wojennego bohatera, bo fama głosiła, że  nabył swoje  bogate doświadczenie lecząc  ludzi z urazów i chorób podczas wojny na froncie. Byłam  dumna, że byłam leczona przez tak sławnego lekarza i  wojennego  bohatera.

Wydawało  się, że nie ma potrzeby przerabiania szpitalnego leczenia poparzenia, bo leczenie zakończyło się dużym sukcesem, można nawet powiedzieć, że cudownym. Ktoś nawet powiedział mi, po co szukasz dziury tam, gdzie jej nie ma? Ja mimo wszystko chciałam się przekonać  skąd emocjonalny  opór do zdarzenia uwieńczonego sukcesem?

Moi rodzice często podkreślali znajomym jakiego niesamowitego cudu  dokonał prowadzący mnie lekarz , bo po poparzeniu nie ma śladu. Ojciec  jeszcze  dodawał, że na froncie wypracował swoje skuteczne metody leczenia i dzisiaj jemu nie ma równych i długo takich lekarzy nie będzie.

Podczas terapii prawda z wypadku była  zupełnie  inna i to w wielu aspektach.

kwiaty w moim ogrodzie  I 003

Okazało się, że początek szpitalnego  horroru ma miejsce  przed wypadkiem. Zdarzenie miało miejsce w  1954 r jak miałam 6 lat.

W pewien  ciepły majowy dzień bujałam się przy kuchni na krześle patrząc jak pali się ogień pod kuchnią. W pewnym momencie mama  ostrzega  mnie przed stawianym gorącym wrzątkiem w kotle, akcentując abym natychmiast przestała się bujać, bo jeszcze wpadnę do wrzątku i wyszła. Prawie w tym samym czasie  moja koleżanka z sąsiedztwa zawołała mnie z radosną nowiną w głosie. Bez żalu zgodnie z mamy poleceniem przestałam się bujać na krześle i wyszłam  na korytarz naprzeciw wołającej mnie koleżanki. Jak tylko  mnie zobaczyła  jednym tchem przekazała nowinę, że jej mama znalazła dla nas   ładne pomieszczenie na nasz dom i to będzie tylko nasz!!!

Ten domek to była przy oborze pusta,  ale zamknięta  komórka, a teraz  jej rodzice pozwolili nam się w niej  bawić, dla nas była to niesamowita sprawa.  Koleżanka miała z sobą w metalowej miseczce placki, wówczas przypomniałam sobie, że na stole w kuchni  zostawiłam przez siebie wcześniej zrobioną oranżadę. /Oranżadę zrobiłam z octu, sody i cukru/ Biegiem wróciłam się po nią do kuchni na moment zapominając, że na środku wejścia stoi kocioł z gotującymi się jeszcze przed chwilą obierkami dla inwentarza. Nagle z  impetem lewą stroną pośladka i nogi wpadłam do wrzątku z obierkami po brzegi wypełnionego kotła.

W pierwszy momencie nie czułam bólu, tylko przerażenie  jak utrzymać równowagę, aby kocioł razem ze mną się nie przewrócił i nie  oblał mnie całą jeszcze bulgocącym  wrzątkiem. Kocioł stał na drewnach, aby chronić podłogę, dlatego  nie był stabilny i się bujał.

Kod Uzdrawiania precyzyjnie odtworzył mi nie tylko uczuciowo, ale i wizualnie przebieg wypadku, czego z jakiegoś powodu moja świadomość nie zarejestrowała. Wyraźnie odsłonił mi się obraz jak walczę z utrzymaniem równowagi z bujającym się kotłem i błagalnie patrzę na krzesło na którym niedawno się bujałam, szukając możliwości uchwycenia się jego w taki sposób aby się wyzwolić z bujającego się kotła. Niestety było to niemożliwe, krzesło stało za daleko, więc   musiałam nadal   balansować rękoma  w powietrzu.  Mój krzyk usłyszeli  będący na podwórku sąsiedzi, lub  koleżanka  zaalarmowała ich  czekająca na mnie w  korytarzu. Nieoczekiwanie  ktoś  wyciągnął mnie z tego kotła i dopiero poczułam ogromny ból.  Zaraz przybył mój ojciec, a za nim moja Mama krzycząc – „ a mówiłam aby się nie bujała !!! ” Na  wyjaśnienie zdarzenia  nie było miejsca i czasu.

Byłam pewna, że  Ojciec najpierw przyłożył mnie ręką klapsy  i położył na kanapie. Dopiero teraz zobaczyłam i poczułam, że ojciec mnie nie bił, tylko otrzepywał ze mnie przyklejone obierki , które jakimś sposobem znalazły  się na moich  obydwu pośladkach  i nogach  przyklejone z gotującego się kociołka.  Dokładnie słyszę jak ktoś krzyczy, że dobrze by było lepiej oczyścić oparzenie i polać  spirytusem. Ojciec  zobaczył  stojący  na stole ocet pozostawiony przeze mnie jak robiłam sobie oranżadę. Głośno krzyknął, że nie ma spirytusu i nie ma czasu na oczyszczanie ,  ale jest  ocet spirytusowy i resztę niech zrobi lekarz. Nie czekając na niczyją aprobatę energicznie polał nim oparzenie. Przez ogromny ból słyszę jak  głośno mówi, że biegnie na pocztę dzwonić po pogotowie.

W między czasie wszystkie zaalarmowane ciocie i sąsiadki aby sprawić mi ulgę  trzymały moją poparzoną nogę  i pośladek w powietrzu i dmuchały na nią, aby mi trochę ulżyć.  Mimo bólu fizycznego czułam żal, że ojciec mnie zbił jak by za mało ukarał mnie kocioł z gotującymi się obierkami.

Do dnia dzisiejszego uważałam, że ojciec mnie zbił, a nie że otrzepywał gorące przyklejone obierki. To otrzepywanie obierek z moich pośladków było tak bolesne, że odczułam to jako bicie.  Po tym sprostowaniu od razu  nastąpiła  ulga, ale pojawiło się  poczucie winy, że obwiniałam ojca  za coś, czego nie zrobił. Automatycznie zniwelowałam dopiero co powstałe poczucie winy  rozumiejąc,  że mała Irenka w bólu i szoku  miała prawo tak poczuć.

Przyszło mi uświadomienie, że będąc małą dziewczynką w  szoku uwierzyłam w kłamstwo,  że się bujałam i dlatego wpadłam do gorącego kotła drogą sugestii przez  Mamy wykrzykiwanie „ a mówiłam abyś się nie bujała!!!”   Moja biedna Mama skąd miała wiedzieć, że ja zaraz po jej wyjściu przestałam się na krześle  bujać .

Moje odczucie, że ojciec nie otrzepywał mnie z przyklejonych obierek, tylko dawał klapsy sprawiło, że sugestia mamy została utrwalona i  stała się  moją zakłamaną prawdą.

Tak naprawdę nikogo  nie obchodziło jak wpadłam do kotła, tylko mnie i może trochę moją Mamę.

Nim Ojciec wrócił z poczty przyjechało pogotowie i jak zrobili mi opatrunek ból momentalnie mi przeszedł, ale mimo tego zabrali mnie do szpitala. Nie chciałam z pogotowiem jechać, ale dobre ciotki i sąsiadki tłumaczyły mi, że muszę pojechać, bo zaraz opatrunek przestanie działać i znów zacznie boleć, a w szpitalu na miejscu dadzą mi ratunek – to pocieszanie ciotek  w dobrej wierze tak naprawdę w dużym stopniu przyczyniło się do przeżytego horroru w szpitalu.

Szpitalny horror się zaczął;

Nie pamiętam jak pogotowie  przywiozło mnie do szpitala. Obudziłam się  na dziwnym  łóżku ogrodzonego kratkami z nogą wiszącą w powietrzu przywiązaną do czegoś w pustym pokoju. Próbowałam się podnieść, rozejrzeć, ale nie miałam sił. Leżałam przerażona nie wiedząc gdzie  jestem. Wydawało mnie się to miejsce bardzo dziwne. Zabrało mnie pogotowie, ale nie pamiętam co działo się dalej. Z oddali słyszę jakieś odgłosy i jak usłyszałam czyjeś słowa zaczęłam wołać, aby ktoś przyszedł. Przyszła pielęgniarka i wyjaśniła mi miłym głosem że jestem w szpitalu, a w szpitalach są takie łóżka i na dowód otworzyła drzwi i pokazała mi w pobliżu drugie pomieszczenie w którym były podobne łóżka, ale było ich dużo , a w nich były  dzieci.

Wyraziłam swoje pretensje, że ja też chcę być w tym pokoju z innymi dziećmi. Nim powiedziałam swoje żale pielęgniarka bez słów zamknęła drzwi i wyszła.

Samotna w pustym pokoju w dziwnym łóżku poczułam się odrzucona, a za tym gorycz i żal i pogarda do siebie, jestem gorsza od innych. Ojciec zawsze miał rację, dał mi  klapsy dlatego abym wiedziała, że zawiniłam bo nie byłam posłuszna.

Trochę cichutko sobie popłakałam i zasnęłam. Obudziła mnie inna już pielęgniarka, myjąc mnie w łóżku oznajmiła, że zaraz do mnie przyjdzie lekarz. Liczyłam na to, że przyjdzie tak samo miły lekarz jak z pogotowia, zobaczy poparzenie i zrobi bezbolesny opatrunek . Jeszcze wierzyłam, że będzie tak, jak pocieszano mnie nim zabrało pogotowie.

Z impetem otworzyły się drzwi i wszedł nie jeden, ale dwóch lekarzy i jakaś z groźną miną pielęgniarka , a za nią z tyłu  stanęła jeszcze jedna. Lekarz ostro i energicznie przypiął mnie ręce pasami do łóżka, mocno przytrzymał, a ten drugi zdarł opatrunek i jak by tarką na  żywca ranę skrobał. Ten zabieg trwał całą wieczność  tak długo, że nie miałam sił już krzyczeć.

Na koniec zabiegu na ranę położyli  żrący opatrunek i mnie z bólem,  krzyczącą, a raczej skamlącą zostawili  samą i wszyscy wyszli. Myślałam, że żywcem trafiłam do piekła, gdyby nie to, że wszyscy  byli ubrani  na biało , a diabły są czarne od dymu i smoły.  Z tymi myślami  osłabiona przysnęłam.  Obudziła mnie pielęgniarka, uwolniła  z pasów, zmieniła pościel i przebrała w suchą piżamę. Była miła, coś do mnie mówiła, ale ja jej już nie słuchałam, nie wierzyłam już nikomu.

Najgorsze, że ten okropny  rytuał  zmiany opatrunku i czyszczenia rany  odbywał się codziennie. Podczas zabiegu wykrzykiwałam z bólu różne rzeczy; zapewniałam, że już zawsze będę posłuszna, wołałam na pomoc Mamę, wołałam do Mamy że Ona nie wie, że porwali mnie bandyci i torturują, a ten najgorszy  to ukraiński. Któregoś dnia podczas zabiegu straszyłam Ojcem, że jest bohaterem wojennym, że poradził sobie z faszystami, to i poradzi sobie z bandytami. W ataku bólu i niemocy nazwałam  lekarzy bandytami .  Słysząc, jak  jeden z lekarzy  zaciąga akcentem wschodnim nazwałam ich ukraińskimi bandytami. Jako dziecko wielokrotnie nasłuchałam się opowiadań dorosłych jak to bandyci ukraińscy okrutnie traktowali ludzi, nie oszczędzając nawet swoich bliskich. Akcent wschodni był mi znany, bo wielu rodziców moich kolegów podobny mieli akcent, a wiadomo mi było, że byli Ukraińcami, tylko tymi dobrymi i wstyd im było za ukraińskich bandytów. Jeden z moich kolegów tak bardzo wstydził się ukraińskich bandytów, że nawet płakał, że jest Ukraińcem. Nikt z tego powodu temu koledze nie dokuczał, bo był bardzo lubianym kolegą, to on sam od siebie tak zareagował.

W szpitalu leżałam bardzo  przestraszona ,  nikt mi niczego nie wyjaśniał miałam sześć lat i byłam mądrą dziewczynką,  ale nie  rozumiałam  dlaczego lekarze zadawali mnie ból,  na poparzenie nie posmarowali taką maścią  jak lekarze z pogotowia, po której od razu przestało boleć!!!!! Wyciągnęłam wniosek, że to co robili mnie, to nie mogli być lekarze.

Pamiętałam, jak  lekarz  tłumaczył mi, że dlatego robi mnie bolesne zabiegi abym była ładną dziewczynką z ładnymi nogami, ale do mnie te argumenty nie trafiały. Miałam 6 lat i  jak każda dziewczynka chciałam być ładna , ale za cenę takiego bólu  uroda  nie była tego wart.

Jedna pielęgniarka,  którą naprawdę polubiłam  przekonała mnie , że zabiegi robią mi mądrzy lekarze. Wówczas wyciągnęłam wniosek , że na pewno  dowiedzieli się , że jestem nieposłusznym dzieckiem, dlatego zadają mnie ból, poniżają i oddzielili od innych grzecznych dzieci. Jak by zadawali ból bandyci, to ja nie byłabym winna. Jak ból zadają szanowane autorytety to znaczy, że ja zasłużyłam sobie  na ból i cierpienie.

Żadne mądre wyjaśnienia nie były już wstanie zmienić moich dopiero co zaprogramowanych destruktywnych przekonań. Wiarygodne wyjaśnienia potęgowały jedynie już coraz większy WSTYD chowany do głębokich  warstw podświadomości.

Moment  przed wypadkiem miałam przyjemność i radość, związku z tym w podświadomości zaprogramowałam sobie przekonanie , że radość  w swój domek, przyjemność z bujania jest przyczyną mojego poparzenia, a tym samym okropnego bólu i cierpienia.

Irenka już  w swojej podświadomości zaprogramowała na 61 lat  przekonanie, że przyjemność i radość jest zła, niedobra, dlatego jest poniżana, odizolowana od innych, a za winę zasługuje na cierpienie. Przecież zadawali jej ból lekarze, którzy są szanowani, a nie jacyś  bandyci. Co za WSTYD!!!! , że  mnie  to spotkało !!!!!!!!!!!!

 To wszystko nie do przeżycia – umysł małej Irenki z tym sobie nie poradził, dlatego zepchnął emocje i nabyte przekonania do ciemnego zakamarku podświadomości.

Po zaprogramowanym wstydzie  każdego następnego dnia tą samą procedurę zabiegu mała Irenka przyjmowała z pokorą , coraz bardziej utrwalając swoje nabyte nowe przekonania, oraz  wiarę w błędną wersję zdarzenia swojego wypadku.

Jako dorosła do  dnia dzisiejszego byłam pewna, że bujając się na krześle wpadłam do kotła z wrzątkiem nie słuchając matki, abym przestała się bujać.  Uwierzyłam w coś co było nieprawdą.

Najgorsze, że nabyłam destruktywne przekonania blokujące nie tylko przyjemność i radość, ale również przekonanie, że mając oddzielny pokój jest się odrzuconym, odizolowanym od innych.

W  swoim życiu to przekonanie przekładało się na to, że miałam lęk przed  radością  i  przyjemnością.   Krótko przed wypadkiem otrzymałam wiadomość, że mam z koleżanką swój dom, a w nim każda z nas ma swój pokój./Fikcyjny dom i pokoje dla dziewczynek były prawdziwe/ .

Wywołana radość pośrednio była przyczyną wypadku.

61 lat temu wypadek z poparzeniem był prawdziwy, ale  spojrzenie  na  to wydarzenie było bardzo nieprawdziwe. Był to wypadek i nie była to niczyja wina.

Mój lekarz, którego jako dziecko znienawidziłam dokonał cudu, dzięki niemu z poważnego poparzenia nie zostały blizny, a groziły mnie przykurcze, a tym samym nawet krótsza noga. Dzięki temu lekarzowi nie zostałam  kulawa.

Teraz z perspektywy czasu rozumiem , dlaczego   leczenie z poparzenia  przykryłam wstydem i ukryłam w głębokiej swojej podświadomości. Już przed wyjściem ze szpitala, kiedy opatrunek był już zmieniany bezboleśnie, przekonywałam się, że lekarz jest miły i sympatyczny i coraz bardziej wstydziłam się tego co wygadywałam na lekarza podczas bolesnego zabiegu.   Teraz mogę się domyślać, że było bolesne, bo lekarz nie mógł mnie  aplikować codziennej narkozy, a środków przeciw bólowych takich jak dzisiaj nie było. Świadoma jestem również i tego, że tak wspaniały lekarz i człowiek nie brał do siebie co na niego wykrzykiwała mała dziewczynka w okropnym bólu. Doskonale wiedział, że już niedługo docenię to co dla mnie zrobił.

Dowodem na to jak bardzo doceniłam lekarza, jest  ukryty  duży wstyd za swoje zachowanie w bólu i cierpieniu  sześcioletniej  Irenki,  ukryty w podświadomości na 61 lat.

Ta terapia była o wiele cięższa i boleśniejsza niż terapia uwalniająca od przyczyny raka płuc. Nie wiem, czy moje ciało  uwolniło się z jakiejś dolegliwości. Teraz obecnie dziękuję BOGU , że dane mi było wyprostować błędne spojrzenie z wypadku . Czuję się lekko, jakby mi ktoś z pleców i piersi zdjął co najmniej po 10 kg aż byłam się zważyć czy nie spadło mi sadło. Ważę tyle samo co przed terapią, tylko czuję się lekka jak piórko.

Po wyprostowaniu błędnego zdarzenia jest tak wspaniałe uczucie , że nie mogę znaleźć słów by to wyrazić,   ciekawe jak długo będę się tak fajnie czuła? Tego nie wiem, ale przekonanie,  że Ojciec bardziej mnie kochał niż myślałam zostanie na zawsze.   Irena

Kontrola emocji

„Samokontrola nie powinna być trudnym i znojnym zadaniem wymagającym wysiłku, takim, które wydaje się równie meczące i uciążliwe jak mozolna wspinaczka pod górę w mokrym ubraniu. Samokontrola powinna raczej przypominać zjazd na nartach z pięknej góry przy idealnym śniegu.” – autor – Aleksander Loyd

„KIEDY KONTROLĘ PRZEJMUJE PODSWIADOMOŚĆ . Jak nazywa się ten proces? Nazywa się reakcją stresową! O tym właśnie mówił dr Lipton, gdy nawiązywał do tego, z jakiego powodu ludzie się boją kiedy nie powinny się bać. Właśnie to sprawia, że nie osiągamy takich rezultatów, jakie moglibyśmy.

  Za każdym razem, kiedy te traumatyczne wspomnienia znowu staja się   aktywne, świadome myślenie się wyłącza. Włącza się świadomy umysł i zazwyczaj robi to, co powinien. Czyli zazwyczaj wywołuje w organizmie reakcję stresową.” – cytat z książki KOD UZDRAWIANIA   A. Loyd 

serce 3

Kiedy mamy zaburzony system energetyczny ciała , to zachować emocjonalny spokój jest niemożliwe.

Z przerażeniem zauważyłam, że niektórzy by  na twarzy nie można było dostrzec żadnych uczuć,  to spychają  nawet radość i  zadowolenie do ciemnych zakamarków swojej podświadomości, tym sposobem jeszcze bardziej zaburzając  swój system energetyczny ciała  powiększając swój stres.

Najgorsze, że te osoby by ukryć negatywne emocje robią projekcję na inne osoby związanych z pracą, czy w relacjach  wobec bliskich.   Wmawiają im  słowa których nigdy nie wypowiedzieli, oraz negatywne emocje, których nie okazali. Inaczej mówiąc takie osoby są bardzo toksyczne.

Jak sobie radzić z takimi osobami? Najlepiej toksyczne osoby unikać, a jeśli to niemożliwe? Według mnie przede wszystkim należy zaakceptować te osoby takimi jakimi są i  nie pozwolić sobie  niczego wmówić. Jeśli to możliwe to  dobrze by było nakłonić takie osoby do leczenia układu nerwowego  póki ich stres nie ujawnił się jako poważna choroba. / jak ujawni się choroba to sami  ją  zaczną  leczyć z powodu dolegliwości/   Niestety dopóki  robią  projekcję na innych na jakiś okres chorobę swojego ciała  z powodu stresu oddalają, ale za to czynią innym wiele zła swoim zachowaniem.

Z takim problemem spotkała się Kasia z powodu toksycznego zachowania swojej kochanej siostry. Przyszła do mnie prosić  dla niej o pomoc. Po długiej namowie Kasi jej  siostra zadzwoniła do mnie z pytaniem, czy potrafię  pomóc , by  mogła lepiej ukryć swoje emocje. Powiedziała mi, że do tej pory z tym ukrywaniem uczuć dawała  sama sobie radę, ale teraz ma bardzo stresująca pracę  i związku z tą pracą trochę  ma z tym problem . Powiedziałam jej , że moja terapia polega na uwolnieniu emocji, a nie ukrywaniu jej.  Wówczas bez żadnej obiekcji  podsumowała moją terapię jako szkodliwą. Przecież ja chcę emocje ukryć, a nie uwalniać !!!!! – tak podsumowała naszą telefoniczna rozmowę.

Razem z Kasią byłyśmy zaskoczone jej wypowiedzią, bo zajmuje się JOGĄ  , zdrowym odżywianiem, stosuje dietę warzywną i pozytywne myślenie. Mimo tego   nie chce zauważyć, że ma tak  duży lęk przed uwolnieniem się z  zablokowanych emocji, że jeszcze spycha z całych swoich sił wypływające  uczucia do ciemnych zakamarków swojej podświadomości.

Jak wynika z wypowiedzi Kasi, siostra sprawiała sobie ulgę  robiąc  na nią projekcję, a Ona tłumaczyła ją  stresującą  pracą, dlatego z pokorą przyjmowała obelgi i poniżanie. Do tego kochana jej siostrzyczka wymyśliła, że to  Kasia musi wzmocnić swój układ  nerwowy, a nie ona. / Chyba po to by lepiej znosiła jej stres/

Według mnie stres siostry Kasi nie był wywołany stresującą  pracą , tylko jej zablokowane negatywne emocje powodowały problemy w pracy , podobnie jak  spięcia  między siostrami.

Kasia podczas KODU UZDRAWIANIA  odblokowała przymus ustępowania  siostrzyczce,  bo uwolniła  POCZUCIE WINY  za wypadek  pięcioletniej siostry, chociaż  była w tym momencie pod opieką Matki. Wzięła odpowiedzialność za Matkę , a jak wina , to i kara, dlatego z pokorą przyjmowała siostry obelgi i poniżanie.

Po  terapii  poczuła niesamowitą lekkość, niczym z automatu nastąpiło wybaczenie siostrze wszystkich doznanych przykrości. Wzrosła jej pewność siebie i już nie pozwoli niczego sobie wmówić, a projekcję siostry automatycznie odrzuci w jej stronę, może wówczas siostra  podejmie się leczenia? Ja mam taką nadzieję, ale jak będzie nie mam na to wpływu. Uważam, że teraz relacje między siostrami się polepszą, ale nie będą one takie jak być powinny, z powodu nie odblokowanych emocji siostry.   Pracę z podświadomością każdy musi wykonać sam,  tej pracy za nikogo nie można wykonać.          Irena

Jakie uczucia takie życie

 

Jesteś tym czym się karmisz – uczucia to ważne  pożywienie.  Złość, nienawiść, nieumiejętność wybaczania nie zastąpi żadna dieta cud.   

„Każdy z nas tworzy swe doświadczenie za pomocą myśli i wypowiadanych słów” – Louse L. Hay

 urodziny 009 urodziny 008

W rocznicę urodzin lubię tylko otrzymane kwiaty, bo to mi uzmysławia – O! rany! Mam już 67 lat!!! To nic, jutro znów będę żyć dniem dzisiejszym, nie myśląc o latach.

Na jakich myślach się koncentrujemy ,  takie mamy samopoczucie, jakie samopoczucie takie zdrowie.

Zauważono w szpitalach z chorymi dziećmi, że  rozśmieszanie  dzieci skutkuje   lepszym efektem leczenia.

Pojawiające  się  destruktywne  myśli  wypływają na wierzch , niczym szumowiny w zupie  dając  takie same  uczucia, a tym samym i smutne  życie.

By się  pozbyć destruktywnych myśli ,  wcielam się w detektywa   swoich uczuć i podążam  za nimi , w ten sposób  wchodząc   do  swojej podświadomości i  idę    aż  do źródła zdarzeń.

Jak  w tej podróży  emocjonalnej  do przeszłości    znajduję się w zdarzeniu  kiedy te uczucia zostały  tworzone  odkrywam , że  spojrzenie na to zdarzenie z perspektywy  czasu jest  zupełnie inne. Takie odkrycie powoduje inną świadomość  i tym samym  automatycznie tworzą się  inne  emocje.  Za tymi  uczuciami  pojawia się  radość z uwolnionych  destruktywnych przekonań, inne przekonania i automatyczna  zmiana  życia.

Pracując nad wewnętrznym rozwojem , podążam  tropem swoich emocji  już ponad 10 lat. Niestety  nie było  łatwo , kosztowało to wiele odwagi by zmierzyć się z ukrytym :  WSTYDEM ; POCZUCIEM WINY  , ZŁOŚCIĄ ,  musiałam dać z siebie wiele wysiłku by ponownie poczuć   zapomniany;  ŻAL ; GORYCZ ; BÓL – wydawało się czasem nie do przeżycia, wówczas dodając sobie odwagi myślałam,  jak przeżyło się raz to i przeżyje się ponownie.

Zapewniam, że ten ponowny ból wcale nie był mniejszy , bo mimo emocjonalnej podróży w przeszłość , uczucia odczuwa się tak jak by to działo się tu i teraz, trwa to krótko parę sekund, czasem minutkę  ale trwa i aby ten ból zniknął trzeba go poczuć.  Za każdym razem wiem, że te cierpienia trwają krótko, ale za każdym razem tak samo boję się ponownie to przeżyć  i  zdarza się, że w ostatniej chwili wycofuję się już prawie dotykając bolesnego zdarzenia nie do przeżycia. Po takiej niedokończonej  terapii , przyznaję sama przed sobą, że moje „ego” skutecznie się obroniło. Wieloletnie   doświadczenie  pracy na swoich emocjach potwierdziło, że  jak  mocno ego się broni  to znaczy, że moje destruktywne przekonanie jest bardzo silne  i   tak samo wprost proporcjonalnie  niszczy moje zdrowie.  W takiej sytuacji zawsze zapisuję sobie w swoich notatkach bolesną emocję i po jakimś czasie do tej emocjonalnej podróży wracam ponownie. Przy takich emocjonalnych powrotach moje ego destruktywnych przekonań jest  tak osłabione, że już bez trudu wchodzę do bolesnego zdarzenia .  Za każdym razem po wejściu do zdarzenia  odkrywam , że moje spojrzenie na to zdarzenie było błędne.

Uwaga!!!!!!!!!!!!! – nigdy nie oceniam  przeżywanego cierpienia z powodu błędnego spojrzenia. Euforia, radość  i świadomość,  że mogłabym umrzeć i nigdy się nie dowiedzieć, że moje destruktywne przekonanie powodujące to cierpienie programowała  mała Irenka i miała prawo tak  spojrzeć na to wydarzenie jak spojrzała.  Za każdym razem po terapii dziękuję BOGU , że dane mi było za życia sprostować błędne spojrzenie , a tym samym usunąć destruktywne przekonanie, zbudowane na tym zdarzeniu.

To nie do końca jest tak , że ja przerabiam swoje dzieciństwo, ja przerabiam emocje dnia dzisiejszego  tu i teraz. Są to  zdarzenia życia , lub  dolegliwości zdrowotne , którym towarzyszą  destruktywne ukryte  emocje  dnia dzisiejszego. Emocje ukryte manifestują się w zdarzeniach życiowych, oraz naszym ciele jako choroby.  Trudno jest mieć pogodną uśmiechniętą buzię i mieć dobre samopoczucie jak  coś boli , lub ściska za serce ból i żal.   Czasem takie  malutkie uczucie , po wejściu w nie okazuje się ogromną górą nie do udźwignięcia. Wówczas na krótko odpuszczam sobie, by ponownie nabierając sił i odwagi ponownie zmierzyć się z tą ogromną emocją.

Czasem słyszę pytania , po co się męczyć i rozdrapywać zabliźnione rany,  zapomniane cierpienie?

To nie jest tak!!!!! –  te rany to nam się wydają, że są zabliźnione, one ropieją i bardzo bolą tylko my tego nie chcemy widzieć, dlatego  choroby mówią nam o tym , czego nie chcemy widzieć. Zapomniane cierpienie przez całe życie daje nam o sobie znać i to bardzo mocno przez różne sytuacje życiowe, jak również przez chore ciało. Leki przeciw bólowe ukoją na chwilę tylko  fizyczny ból, dlatego jesteśmy po takich lekach przymuleni czasem tak bardzo, że tracimy zdolność  normalnego  myślenia.

Ja właśnie po to stosuję swoją terapię, bo nie lubię cierpieć. Zabliźnione rany, zapomniany ból nie pozwalał mi  cieszyć się życiem. Jeśli nawet próbowałam się uśmiechać, to wykrzywiałam twarz oszukując siebie i innych , bo  zapomniany ból manifestując się w ciele i sytuacjach życiowych nie pozwalał na szczery uśmiech.

Dzięki terapii przez  ostatnie 10 lat wiele się w moim zdrowiu i  życiu dokonało zmian, każda terapia daje lepsze zdrowie i samopoczucie.  Złośliwcy twierdzą, że zdrowa umrę, tego nie wie nikt, ale tych fajnych przeżyć po odblokowaniu przekonań nie odbierze mnie już nikt. Świadoma  zmiana  swojego życia  daje niesamowite poczucie wolności!!!! Nie jestem w stanie tego wyrazić słowami , jednak fakty mówią same za siebie. Ja i moje życie przed rakiem i po raku jest diametralnie inne.   Irena